Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


02.12.2016 (20:40)

Minął miesiąc i czas wreszcie to napisać i zrozumieć… że to już koniec. Przeżyła swoje życie, odeszła i już się nie zobaczymy.
Nie jestem małym dzieckiem, wiem przecież, że śmierć jest na końcu życia i że każdy umiera, a nie każdemu jest dane dożyć starości… a jednak to nie bardzo pomaga i nie wiadomo jak zapełnić tyle pustego miejsca i co zrobić z tą tęsknotą.
Tyle wspomnień, tyle śladów, rozmów, pamiątek, listów, zapisków i powiedzonek. Ulubione smaki i kolory, ruch ręki sięgającej po serwetkę, poprawianie włosów przed lustrem... Zajmowała tyle miejsca w moim życiu, była w nim codziennie obecna, szczególnie w ostatnich jedenastu latach, kiedy była już sama.

A na koniec było mi dane przeżyć nie tylko jej śmierć, ale i umieranie, odchodzenie, wygasanie dzień po dniu. To był koszmar, ale teraz wiem, że i wielki dar – te dwadzieścia cztery dni spędzone razem w szpitalu, tak blisko jak tylko się dało.
Jedyne, czego żałuję, to że tego ostatniego wieczora ubrałam się i poszłam do domu jak zwykle, że nie wyczułam, że to JUŻ, że powinnam zostać i posiedzieć jeszcze choć te kilka godzin.
I zostawiłam ją tam samą.


Święta w tym roku uważam za odwołane. Jestem jeszcze myślami w szpitalu i w tych innych koszmarnych miejscach i nie widzę powodu, żeby urodziny jakiegoś Jezusa miały być ważniejsze, niż śmierć mojej Mamy.



Komentuj (4)

21.10.2016 (10:38)

Jeszcze kiedyś tu wrócę...

Komentuj (3)

04.09.2016 (10:42)

Raport z placu boju:
>przedwczoraj wieczorem Zuzia siłą focha i godności osobistej odsunęła ciężki grzejnik, zasłaniający strychowe wyjście na dach i zniknęła...
>Bogusia bryka po domu i po strychu (z zachowaniem separacji międzygatunkowej), ale wciąż zadowolona i szczęśliwa, a od wczoraj również zaszczepiona; w swoim strychowym pokoju lekceważy koszyk z kocykiem i sypia na wysokościach, na pudle z maszyną dziewiarską :)
>psy są zachwycone!

Komentuj (0)

02.09.2016 (20:17)

Dziś rozpoczęliśmy eksperyment mający na celu wyeksmitowanie Bogusi z sypialni. Mimo całej miłości do tego kociego dziecka, mam już dość budzenia się w oparach kocich gówien.

Po południu wyniosłam cały bogusiowy majdan na strych i urządziłam jej tam gospodarstwo w pokoju z szydełkowymi firankami. Miski, kuweta, koszyk z kocykiem do spania, zabawki dyndające i niedyndające - ma być zadowolona. Dziś pierwszy raz obydwie kotki będą spały na górze... no, taką mam nadzieję.

Tak było w sypialni...













A tak jest na strychu...





Drzwi sypialni wreszcie znów mogą być OTWARTE. Ach, jak ja nienawidzę pozamykanych drzwi!

Zdezorientowane psy wpadają do sypialni i nie mogą uwierzyć, że nie ma tam już kota, ani - co gorsza - kociej miski i kociej kuwety, których zawartość można by było wrzucić na ząb, zanim mój krzyk przetnie powietrze!!!

Trwa kolejny odcinek serialu wiejskiego: Lawirowanie między gatunkami . Musimy się pilnować, bo teraz znów wszystko jest trochę inaczej.
Strych stanowi zamknięty teren - koty nie mogą wyłazić na dach i nie mogą schodzić do domu. Kiedy psy są w ogrodzie, wtedy otwieramy strychową klapę i koty ganiają po całym domu. Trzeba jeszcze przemyśleć wypuszczanie Zuzi przez dach na ogród, ale tak, żeby Bogusia nie wylazła, bo nie jest jeszcze zaszczepiona, a zresztą chyba w ogóle nie powinna wychodzić, zanim nie będzie wysterylizowana.
W dodatku wciąż trwa wzajemne docieranie się kotek, więc nieustającym radosnym harcom kociego dziecka towarzyszą fochy, prychanie i syczenie Zuzi, szczęśliwie coraz bardziej znudzone.

A ciekawe, czy Burek przyjdzie dziś do łóżka?

Komentuj (2)

24.08.2016 (20:28)

To ostatni taki tydzień, kiedy mogę nie wiedzieć, jaki jest dzień tygodnia. Wakacje się kończą i znów będę dreptać jak ten chomik w kołowrotku, zgodnie z harmonogramem, utartymi ścieżkami, znanymi tekstami...
Z rzeczy niezwykłych i niecodziennych - w listopadzie jadę na dwa tygodnie do najprawdziwniejszego Oxfordu! Będę tam mieszkać u rodziny angielskiej i konwersować przy śniadaniu o pogodzie, a przez resztę dnia nabierać doświadczeń lingwistyczno-edukacyjnych.

Po sierpniowych deszczach ogród jest namoknięty niczym gąbka; róże wyglądają jak stare szmaty, a zaraza ziemniaczana zżera pomidory. Przeważającą tonacją zapachową są psie gówna i gnijące śliwki, więc z wielką nadzieją wyglądam najbliższych kilku dni, które mają być podobno ciepłe i suche.
Fajnie, jak się ogród sam z nieba podlewa, ale co za dużo, to niezdrowo.

Idzie jesień, czas kupować nowe róże.

Komentuj (4)
Blogi
Barbarella
Etyka
NaWsi
Pierwsza
Warsztat
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Sigi
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Szpinak
PodWulkanem
Wypieki
Gospodarstwo
Biodynamicznie
Kompostownik
Oaza
Wolierka
Pogoda
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
Nohavica
Pińczów
Przemyk
Trójka
WOŚP