Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2014
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon
Osloskop

YouTube
Drzewo

statystyka
GG e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


22.07.2014 (12:18)

Chyba to jest przerwa wakacyjna. Ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi, kiedy nadejdzie na niego pora :)

A kawałek lipca wygląda tak:





Komentuj (0)

01.07.2014 (22:01)

Pamiętajcie, że jeśli mąż wychodzi rano i mówi, że będzie z powrotem około południa, jak się pogoda ustali, żeby wybierać miód, a zresztą, będziemy w kontakcie ... to oznacza, tylko tyle, że przez cały dzień nie zadzwoni ani nie napisze smsa, a wróci przed dwudziestą drugą i nie raczy ani jednym słowem ustosunkować się do powyższego.

Komentuj (4)

25.06.2014 (21:22)

Jestem już jedną nogą w pociągu, ale drugą wciąż jeszcze w pracy. Jutro wieczorem jadę po mamę, a w niedzielę rano będziemy już powrotem w domu. Bilety w obie strony od dawna czekają, a ja pakuję się na dwa wyjazdy jednocześnie. Do walizki wrzucam to, co biorę jutro, do papierowej torby w szafie to, co w ciepłe kraje. Bo w ciepłe kraje też wyruszam, ale to jeszcze za chwilę.
A tymczasem w Miasteczku zobaczę się na chwilkę z Młodą!

Dorwałam krowę w sąsiedniej wsi. Znaczy, dowiedziałam się, że przebywa tam krowa, której mleko można kupić i że warto. Oj, warto!
Mleka ja nie lubię i nigdy nie lubiłam, bo całe moje dzieciństwo było naznaczone przymusowym piciem mleka. Jak już byłam samodzielna i samorządna, to Nauka stwierdziła, że mleko krowie dobre jest dla cieląt, a że ja mam dla Nauki szacunek, to tej wersji będę się trzymać.
Jednakowoż mleko kwaśne, jogurty, kefiry i inne pochodne Nauka dopuszcza, a nawet rekomenduje, jako zbawienne dla gatunku Człowiek. A ponieważ i tu występuje zbieżność z moimi upodobaniami, to rzuciłam się na to mleko i kupuję co tydzień trzy litry. Nastawiam na zsiadłe, a po paru dniach robię z niego twarożek. Oj, to jest czysta poezja, taki twarożek! Bardziej lub mniej tłusty, w zależności od tego, czy z całą śmietaną wylewam to mleko na sitko, czy ukradnę jej trochę po drodze, do pomidorowej na przykład.
Jak nastawie mleko w piątek, to w poniedziałek do pracy mam już twarożek. Rewelacja!

Dowiedziałam się wczoraj, że Pedro żyje. Trzymają go w szopce i karmią, pewnie chcą, żeby urósł i żeby z niego potem wyszło sto litrów rosołu.
Piwo zgodnie z umową dostałam i wypiłam. Sklepowa dała mi jedno piwo A (moje ulubione) i jedno piwo B (ulubione Starego).
-O, przepraszam - powiedziałam, wymieniając piwo B na drugie piwo A - to są moje kury i to był mój kogut!

No a poza tym, to był u nas prawdziwy wójt i z nadzieją na przyszłą korupcję wręczyłam mu z uśmiechem korzyść materialną, ale nie ma na to nagrań audio, video i nie było przy tym żadnych kelnerów.

Komentuj (6)

21.06.2014 (10:13)

Dziś będzie notka drastyczna, ale w gospodarstwie tak to już jest - życie i śmierć, naręcza róż i mączniak prawdziwy lub rzekomy i jedni drugich pożerają.
Wczoraj oddałam Pedra za dwa piwa. Chciałam inaczej, szukałam chętnych od kwietnia chyba, ostatnio trwały jeszcze rozważania, czy pójdzie do gospodarstwa wujka, czy do gara, no i wczoraj wreszcie przyszli po niego w dniu jego pierwszych urodzin.
Pojechał w swoją ostatnią podróż, pogdakując w bagażniku eleganckiego samochodu w drucianej klatce.
Ponieważ nabywcy wytłumaczyli, że za darmo być nie może, bo tak się nie robi, nie i już, no to zarządziłam te dwa piwa. I jeszcze powiedzieli, że mam go nie żałować, bo rosół będzie niedobry. No to się staram.

Teraz doczesne truchło Pedra spoczywać będzie w stanie zahibernowanym aż do lipca, kiedy to stanie się rosołem z okazji przyjazdu rodziny z Anglii.
Skończył więc chyba i tak lepiej, niż Janek, którego trzeba było dobić, tak był pokiereszowany po bitwie z Antoniem. Ugotowaliśmy go potem i zjadła go Kora z kotami.

Właściwie to Pedro już od tygodni nie miał sielankoweego życia, a po ostatniej walce, kiedy to Antonio uszkodził mu oko, bardzo był już strachliwy i chował się całymi dniami po krzakach, a pojeść i pobzykać mógł sobie tylko wtedy, gdy Antonio był naprawdę zajęty.
Karmiłam go smakołykami w tych krzakach, ale najpierw musiałam zawsze nasypać innym kurom, żeby zajęły się żarciem, a Antonio wraz z nimi.

Może teraz, kiedy zniknie nerwowa atmosfera w kurniku, któraś kurka zechce wreszcie zasiąść na jajkach. Rok temu o tej porze miałam już kurczęta.

Komentuj (1)

17.06.2014 (17:00)

Szczęśliwie minął już czas prób i ciągłego nie_mania_czasu, powinnam więc coś napisać, tym bardziej, że róża z poprzedniej notki całkiem już odmieniona, w welonie kwiatów...







Kolejne róże rozwijają się każdego dnia, a ja chodzę, zdjęcia pstrykam, upycham w foldery. Mam już na kompie 30 folderów, nazwanych tak, jak odmiany róż, co oznacza, że tyle odmian już się rozwinęło lub prawie, tuż-tuż.

Jak wszystko dobrze pójdzie, to od jutra będę miała nowego laptopa, znów z matową matrycą. Nie mogę się doczekać, a moje oczy wprost nie posiadają się z radości. Będzie teraz parę wolnych dni, więc pewnie będę personalizować i wściekać się, że to i tamto jeszcze nie po mojemu, ale zajmuje mi to już coraz mniej czasu, przy tej liczbie komputerów, którymi muszę się posługiwać w domu i w pracy (i każdy inny i prawie każdy - dziadostwo!).
No i wreszcie będę mogła znów pracować z touchpadem, bo w tym moim obecnym styki są tak poprzecierane i zarżnięte, że żadne przyciski już prawie nie działają i muszę korzystać z myszy.

W niedzielę zaliczyliśmy drugie miodobranie, tym razem udoiliśmy 48 słoików po 0,9l, a w każdym 1200g złocistej patoki. Teraz jest to miód akacjowy, a raczej wielokwiatowy z przewagą akacji. Jest jasny i bardzo długo pozostaje w stanie płynnym.

Doszliśmy już chyba do wprawy - Stary wybiera plastry z uli i zanosi je w skrzynkach na strych, gdzie ma urządzoną pracownię pszczelarską. Tam, po odsklepieniu plastrów, odwirowuje miód i znosi mi w wiadrach na dół.
W kuchni jest moja pracownia, tu studzę gorące słoiki prosto ze zmywarki i ustawiam je na blacie. Potem napełniam je miodem za pomocą chochelki. Fajne to jest zajęcie, tylko mi się trochę niedobrze robi pod koniec, bo strugę miodu, spływającą po każdym słoiku po jego napełnieniu muszę po zakręceniu słoika zgarnąć palcem z dołu do góry... i co? I oblizać! Przecież nie może to skapnąć znów do wiadra, bo palec jest nieczysty, a miód musi być czysty. Nie spłuczę też pod kranem, bo kto to widział, marnować tyle miodu!

Ciągle więc oblizuję, myję i wycieram ręce, bo muszą też przecież być suche, żeby kropelki wody nie wpadły do wiadra z miodem.

Komentuj (8)
Blogi
DD
Valyo
DrMorfeusz
Barbarella
Pierwsza
Warsztat
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Sigi
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Szpinak
PodWulkanem
Wypieki
Gospodarstwo
Biodynamicznie
Oaza
Wolierka
Pogoda
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
Nohavica
Pińczów
Przemyk
WOŚP