Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2014
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Seriale
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


23.11.2014 (18:08)

I znów nadszedł ten dzień, że wciągnęliśmy ogrodowe łóżko do sieni, a tylne drzwi zostały ogacone włókniną i zamknięte aż do wiosny.
Ogólnie mieliśmy dość pracowitą niedzielę poświęconą przygotowaniu domu do zimy. Kombinezony pszczelarskie zostały wyprane i schowane do wiosny; przewiesiliśmy też do sieni zegar z bimbadłem, który wisiał dotychczas w największym pokoju i nie bardzo chciał działać. Tego pokoju zimą nie ogrzewamy i już mi się odechciało chodzić wciąż do tej zimnicy i popychać wahadło. Zegar powieszony w sieni zaczął nagle chodzić sam z siebie i nie muszę go namawiać. Pewnie też mu tam było za zimno.

Taki spokojny weekend w domu to wielka przyjemność, no i wreszcie zobaczyłam mój ogród, który widuję teraz już tylko w weekendy. Cały tydzień mija... wyjście do pracy po ciemku, powrót z pracy po ciemku, a któregoś dnia połaziłam sobie trochę po ogrodzie z latarką, żeby zobaczyć, co tam z tymi różami. W piątek posadziłam w polu czosnek - czterdzieści ząbków pomiędzy truskawkami, bo to wychodzi na zdrowie truskawkom.
Mam tam jeszcze do wyrwania rządek pietruszki i dwa rządki marchewki, ale na razie niech sobie jeszcze siedzą. Marchewka w tym roku zupełnie nie ma robali, co potwierdza, że jednak ona musi rosnąć na otwartej przestrzeni, w oddaleniu od wszelkich zarośli. Ale tego, to już się nauczyłam kilka lat temu.

Leszczyny w ogrodzie sypnęły złotem. Leszczynowe liście są lekkie i kruche, łatwo się rozkładają, a więc świetnie się nadają do ściółkowania rabat. Trochę ich już pozagrabiałam na rabatę z irysami, gdzie eksperymentalnie będę też próbowała przezimować piękne buraczkowe chryzantemy; żeby się udało, muszą mieć zimową kołderkę. Resztę liści pozagrabiam na różanki, ale to jeszcze nie teraz.

Mam nadzieję, że w następnym życiu będę mieszkać w jakimś kraju o łagodnym klimacie i tam będę pracować jako ogrodniczka w czyimś wielkim ogrodzie. W ogóle nie będę musiała opuszczać tego ogrodu, a za swoją pracę dostanę od właścicieli mieszkanie i jedzenie, no i Stary też tam ze mną będzie. A okres wegetacyjny będzie trwał dziesięć miesięcy w roku.

Po niedzieli oddaję do reklamacji mojego laptopa, bo mimo najszczerszych chęci, świętej cierpliwości i przyzwyczajania się od czerwca, mam już dość tego beznadziejnego touchpada. Laptop na gwarancji, więc niech oni go sobie obejrzą i spróbują tym touchpadem zrobić cokolwiek.
W dodatku zarżnęłam kolejny aparat fotograficzny, trzeci już. Nie wiem, czy zamiast tego traktorka na wiosnę, nie powinnam sobie wreszcie kupić porządnego fotoaparatu, a nie zawsze te dziadostwa dla biedoty, które rozsypują mi się w rękach. No prawie, bo ten ostatni rozsypał się częściowo w zębach Burka, który zeżarł mi też tej jesieni dwie konewki z trzech posiadanych.
Burek okazuje się być dość drogim psem.

Komentuj (2)

11.11.2014 (05:55)

Wróciłam z pierwszego zjazdu. Podróż tam była mordercza, najbardziej gównianym z gównianych pociągów (z przesiadką), który planowo miał jechać około sześciu godzin w jedną stronę, a z powodu kraksy innego pociągu, z jeleniem w roli głównej, jechał osiem. W dodatku pierwszy pociąg to była lodówka, a drugi - istny piekarnik, a więc można powiedzieć, że humanitarna średnia temperatur została osiągnięta.
Na szczęście miałam szydełko, więc nic nie było w stanie wyprowadzić mnie z nerw.

Sam Poznań komunikacyjnie też nie był łatwy, bo trwają różne remonty i przebudowy dróg i tramwaje miały pozmieniane trasy, a w dodatku w sobotę jeździły inaczej niż w niedzielę. Dojazdy były więc dość karkołomne ale miałam szczęście i ani razu nie zabłądziłam, a nawet wszędzie zdążyłam na czas, w tym na pociąg powrotny.

Pierwsze dwa wykłady potwierdziły moje obawy i uzmysłowiły mi, jaki mam uśpiony i rozleniwiony mózg; nie byłam w stanie skoncentrować się na tyle, żeby notować i to nie tylko mentalnie ale i długopis mi jakoś w ręce nie leżał. Dopiero po przerwie obiadowej wzięłam się trochę w garść i potem było już lepiej.
Wykłady były cudowne! Wreszcie spełnia się moje marzenie... żeby tak skryć się gdzieś w kąciku, w cieniu kolumny sali wykładowej i po kryjomu sobie posłuchać, pobyć tam, ponasiąkać. Zawsze mnie to brało, kiedy Młoda była jeszcze na studiach i zachwycała się wykładami, a potem znów wróciło, jak Kajzerka przyjeżdżała ze swoich zjazdów i opowiadała.
Teraz mogę to wreszcie mieć, legalnie i nie w żadnym cieniu kolumny. Przyjemność słuchania ludzi mądrych jest nie do przecenienia! A w dodatku są to piękne kobiety (i nie należy tu mieć żadnych skojarzeń z lalkami Barbie!), erudytki, mówiące pięknym językiem, ciekawie, porywająco i z prawdziwą pasją. To co mówią i jak mówią, jak się poruszają, gestykulują, jak odnoszą się do ludzi - to wprost idealna harmonia.

Wstępne założenie mam takie: wytrwać jeden semestr. Jak wytrzymam, przedłużę swoje oczekiwania na kolejny. Jestem tam jedyną osobą dojeżdżającą z tak daleka, również jedną z najstarszych, może ze cztery osoby z ponad trzydziestki są starsze ode mnie.
Tak chciałabym, żeby się udało! Muszę udźwignąć ciężar dojazdów, wysiłku umysłowego, wydatków finansowych i fochów chorego kręgosłupa w różnych jego odcinkach.


A Wydział Filozofii poznać po tym, że w kibelku na drzwiach do jednej z kabin przyklejona jest kartka z napisem: ta toaleta ma skłonność do bycia zapchaną. Złożyłam się na pół ze śmiechu.

Komentuj (6)

04.11.2014 (15:05)

W pogoni za rozumem zapisałam się na studia podyplomowe. W piątek jadę już na pierwszy zjazd, a zakończenie całości przewidywane jest na czerwiec 2015. Przez ten czas będę jeździć na weekendy do Poznania co dwa tygodnie, a czasem nawet co tydzień.
Martwię się trochę, czy w moim wieku funkcje intelektualne nadążą, ale to się okaże w trakcie. W razie czego profesory będą wołać za Młodym: o, to ten student, co ta jego głupia matka oblała u mnie wczoraj egzamin!
Zostałam bowiem koleżanką z uczelni swojego syna.

To moja druga podyplomówka i pewnie już ostatnia, to mój trzeci w życiu uniwersytet i pewnie też ostatni. Rozkład zajęć obiecuje ciekawe rzeczy, więc cieszę się bardzo, ale trochę się też boję.
Wciąż jest okazja dokarmić trochę ten umysł, wzbogacić świadomość, więc trzeba to wykorzystać. Może kiedyś ktoś będzie miał z tego pożytek.

Wielkie nadzieje wiążę też z sześciogodzinnymi podróżami pociągiem tam i z powrotem - nadrobię wreszcie czytanie i szydełkowanie.


Wczoraj nastawiłam ciasto na świąteczne pierniki. Będzie teraz leżakowało sześć tygodni, a smaczniejszych pierników, niż te z ciasta dojrzewającego, nie ma na całym świecie.

A Młoda rozgląda się w rynku nieruchomości i zgłębia różne wersje kredytowania. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Komentuj (2)

27.10.2014 (18:28)

Siedzę po ciemku w ogrodzie z laptopem na kolanach i nadzoruję ognisko. Jest ciepło, ale jest też ciemno i pierwszy raz żałuję, że nie mam podświetlanej klawiatury.
Palę resztki szaletu i choć jest to samo drewno, to jednak nie byłam w stanie wnieść tego do domu i ogrzewać się starymi deskami sedesowymi oraz resztą wyposażenia tego przybytku.
Ułożyłam zgrabny stosik, przyniosłam łopatkę żaru z pieca i pali się jak ta lala!

Jeśli mowa o drewnie, to mamy już całe drewno na zimę porządnie poukładane. Mamy też od niedawna nowy samochód, co prawda też stary, ale nie tak stary, jak ten stary.

Jesienne liczenie róż wykazało przekroczenie setki. Posadziliśmy w sobotę nowe i przesadziliśmy kilka starych. Koncepcja różanej ściany nieco ewoluowała i w dolnej części ogrodu już w najbliższym sezonie będzie różanka, zdominowana przez ramblery kwitnące raz, ale za to długo i bardzo obficie. Po przekwitnięciu będą one stanowiły liściaste tło dla niższych róż, podsadzanych sukcesywnie z przodu, a przy okazji zasłonią kącik biesiadny naszego sąsiada, który niekoniecznie chcemy oglądać, a jednak nie mieliśmy do tej pory wyjścia.
A różany spektakl będzie widoczny z okien największego pokoju.


Ponieważ ja lubię mieć świat zorganizowany w tabelki, to powiedziałam ostatnio do Starego, że musimy opracować procedury na wypadek, gdy jedno z nas umrze. No, żeby wiedzieć, co zrobi to drugie.
- Jak to co? Też umrze - powiedział Stary. - Ja w każdym razie nie zamierzam żyć dłużej bez ciebie.
Nie wiem, ale... to chyba było wyznanie miłości.

Komentuj (3)

14.10.2014 (21:24)

Wtem pojawił się na horyzoncie imperatyw, jakim są odwieczne prawa ekonomii i zmusił mnie on do umówienia się na wizytę jednak. No to czekam grzecznie na termin.

Zamówiłam dziś dziesięć nowych róż w jesiennych zakupach, a zważywszy, że na wiosnę kupiłam osiem, a latem dostałam kolejne dziesięć od koleżanek, to przekroczyłam plan prawie trzykrotnie. A plan brzmi: każdego roku dziesięć nowych róż.
No to chyba już dobijam do stówy z tymi różami.
Parę tygodni temu powstał pomysł różanej ściany o południowej wystawie, która będzie miała około dziesięciu metrów długości, a róże będzie widać z okien największego pokoju. Ach, jakie to daje możliwości! Pięć wielkich pnących róż już tam rośnie i czekają na towarzystwo.

Dziś miałam w pracy dzień bardzo krótki, jakby to był piątek i już o wpół do pierwszej stałam w kaloszkach na przystanku naszym wsiowym, skąd wyruszyłyśmy z Basią do lasu z koszami i nożykami. Było to pierwsze moje wyjście do lasu tej jesieni i pewnie ostatnie. Mieszkam w lesie, ale do tego lasu nie chodzę, bo nie mam kiedy a poza tym grzyby mam w moim własnym brzozowym zagajniku i to w ilościach bardziej niż zadowalających.
Jak już się nam uda gdzieś ruszyć razem ze Starym, to najczęściej idziemy na pola, żeby wybiegać psy. Tam je można bezkarnie wypuścić, bo nie czyha za drzewem Zły Leśniczy z dubeltówką i bloczkiem mandatów.
Sama z psami chodzić nie mogę, bo z dwoma dużymi psami na smyczy to sorry.

Znalazłyśmy opieńki i nacięłam ich cały kosz. Właśnie takie grzyby mi się podobają, co to nie trzeba się za nimi nałazić, tylko rosną jak posiane na jednym miejscu. A już do opieniek mam szczególny szacunek, odkąd przeczytałam, że wszystkie opieńki występujące na kontynencie europejskim są prawdopodobnie jednym wielkim grzybem i to nie rodziną, nie gatunkiem tylko jednym OSOBNIKIEM. To im jakoś wyszło z badania kodu genetycznego.Ten głupi Burek zeżarł w zeszłym tygodniu pół opakowania trutki na szczury i całe szczęście zrobił to na oczach Starego, więc zaliczył płukanie żołądka i długotrwałą kurację zastrzykami przeciwkrwotocznymi, a od jutra zacznie jeszcze tabletki. Tym sposobem jego wartość wzrosła w ciągu jednego dnia o trzy stówy i już teraz Burek nie jest biednym kundlem z sierocińca za sześćdziesiąt zeta.

Komentuj (1)
Blogi
Barbarella
DD
Etyka
DrMorfeusz
NaWsi
Pierwsza
Warsztat
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Sigi
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Szpinak
PodWulkanem
Wypieki
Gospodarstwo
Biodynamicznie
Kompostownik
Oaza
Wolierka
Pogoda
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
Nohavica
Pińczów
Przemyk
WOŚP