Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2014
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon
Osloskop

YouTube
Drzewo

statystyka
GG e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


26.07.2014 (08:24)

Za mną wakacyjna podróż na Bałkany i piwna premiera w gospodarstwie. Przede mną jeszcze wyjazd do ogrodów pokazowych w Dobrzycy, a poza tym już siedzę na miejscu i ładuję akumulatory.
Była Młoda z Jadzią, jest mama, czekam na Młodego, który obiecuje i obiecuje i wreszcie chyba naprawdę przyjedzie w przyszłym tygodniu.
Piwna premiera zgromadziła grono przyjaciół i oprócz degustacji były też przygody i wiejskie rozrywki ludowe, jako to: ściąganie ula z dachu sąsiada i układanie drewna opałowego przez uczestników imprezy pod okiem Starego.

Piwowary wpadli na genialny pomysł nazwania piwa na pamiątkę faktu, że nasz dom był kiedyś szkołą. Okazało się, że jest to już dziesiąte piwo, wyprodukowane przez nich, była więc mowa okolicznościowa i uroczysta inauguracja konsumpcji.





Kolejną premierą wieczoru było dla mnie założenie stroju pszczelarskiego. Stary dorobił się wreszcie prawdziwego uniformu, więc mogłam wykorzystać ten poprzedni, uszyty niegdyś przeze mnie z lumpeksowych ubrań roboczych. Pod ostrzałem aparatów fotograficznych naszych gości wyruszyliśmy po ul, który został sprowadzony do pasieki. Operacja zakończyła się sukcesem.
Kilka dni wcześniej sąsiad zameldował, że ma pszczoły w kominie. Musiały to być pszczoły z któregoś czerwcowego rojenia, bo okazało się, że były już w tym kominie nieźle zadomowione. Stary powycinał plastry i włożył je do ula, postawionego na dachu. Potem przez kolejne dni pszczółki się przyzwyczajały, aż wreszcie nadszedł czas odzyskania zasobów i umieszczenia ich w pasiece.











I jeszcze drewno...









Komentuj (0)

24.07.2014 (10:29)

No dobra, koniec przerwy wakacyjnej.

Postanowiłam napisać wreszcie o piwie, bo wspominam tu o nim od kwietnia i skoro jest już nawet skonsumowane, to czas na dokumentację historyczną.

Wszystko zaczęło się 5 kwietnia. Wtedy rozprute zostały pierwsze woreczki z tajemniczymi substancjami i machina ruszyła. W woreczkach były różne rzeczy... wiem, że jęczmień, wiem, że chmiel, były też preparaty do odkażania naczyń i sprzętu, gary, rurki, miarki, waga i czujniki. Wyglądało to jak istne laboratorium chemiczne.
Piwowary potrzebowali też silnych palników gazowych do szybkiego zagrzania i zamrożonych butelek z wodą do szybkiego schłodzenia. Co z czym było mieszane, w jakiej kolejności i konfiguracji - niech mnie kto zabije, nie wiem! Oni warzyli, a ja czyniłam honory domu.









Po tym pierwszym, najbardziej pracochłonnym etapie, piwo powędrowało do piwnicy w dużym pojemniku-kuble, który miał w pokrywie taką powyginaną rurkę, jak balon na wino, a na boku naklejoną podziałkę-termometr. Miało być tak 10-14 stopni, czyli tyle co w naszej piwnicy, co zapewniało warunki do wyprodukowania piwa tzw. dolnej fermentacji (lager), a było nie do osiągnięcia w bloku, tam, gdzie mieszkają.
Piwowary odjechali, a my potem mieliśmy telefony i maile z zapytaniami: czy plumka? jeśli tak, to czy plumka powoli: plum...plum, czy też szybko: plum-plum-plum?



Drugie spotkanie i drugi etap nastąpiły 3 maja. Wtedy przyszłe piwo zostało poddane kolejnym obrządkom (m. in. został mi z tego słoik drożdży piwnych, na których potem upiekłam chleb). I powędrowało do piwnicy na kolejny miesiąc.
A 6 czerwca było już tylko butelkowanie i kapslowanie butelek. Piwo w skrzynkach znów znalazło się w piwnicy i tam miało dojrzewać i nasycać się bąbelkami.





Wszystkie etapy okraszone były degustacją bieżącej produkcji Piwowarów, powstającej w Wielkim Mieście. Piwa były różnokolorowe i różnoalkoholowe, a wszystkie miały śliczne etykietki, niestety, jednorazowego użytku.



Co było dalej - wkrótce!

Komentuj (0)

22.07.2014 (12:18)

Chyba to jest przerwa wakacyjna. Ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi, kiedy nadejdzie na niego pora :)

A kawałek lipca wygląda tak:





Komentuj (0)

01.07.2014 (22:01)

Pamiętajcie, że jeśli mąż wychodzi rano i mówi, że będzie z powrotem około południa, jak się pogoda ustali, żeby wybierać miód, a zresztą, będziemy w kontakcie ... to oznacza, tylko tyle, że przez cały dzień nie zadzwoni ani nie napisze smsa, a wróci przed dwudziestą drugą i nie raczy ani jednym słowem ustosunkować się do powyższego.

Komentuj (4)

25.06.2014 (21:22)

Jestem już jedną nogą w pociągu, ale drugą wciąż jeszcze w pracy. Jutro wieczorem jadę po mamę, a w niedzielę rano będziemy już powrotem w domu. Bilety w obie strony od dawna czekają, a ja pakuję się na dwa wyjazdy jednocześnie. Do walizki wrzucam to, co biorę jutro, do papierowej torby w szafie to, co w ciepłe kraje. Bo w ciepłe kraje też wyruszam, ale to jeszcze za chwilę.
A tymczasem w Miasteczku zobaczę się na chwilkę z Młodą!

Dorwałam krowę w sąsiedniej wsi. Znaczy, dowiedziałam się, że przebywa tam krowa, której mleko można kupić i że warto. Oj, warto!
Mleka ja nie lubię i nigdy nie lubiłam, bo całe moje dzieciństwo było naznaczone przymusowym piciem mleka. Jak już byłam samodzielna i samorządna, to Nauka stwierdziła, że mleko krowie dobre jest dla cieląt, a że ja mam dla Nauki szacunek, to tej wersji będę się trzymać.
Jednakowoż mleko kwaśne, jogurty, kefiry i inne pochodne Nauka dopuszcza, a nawet rekomenduje, jako zbawienne dla gatunku Człowiek. A ponieważ i tu występuje zbieżność z moimi upodobaniami, to rzuciłam się na to mleko i kupuję co tydzień trzy litry. Nastawiam na zsiadłe, a po paru dniach robię z niego twarożek. Oj, to jest czysta poezja, taki twarożek! Bardziej lub mniej tłusty, w zależności od tego, czy z całą śmietaną wylewam to mleko na sitko, czy ukradnę jej trochę po drodze, do pomidorowej na przykład.
Jak nastawie mleko w piątek, to w poniedziałek do pracy mam już twarożek. Rewelacja!

Dowiedziałam się wczoraj, że Pedro żyje. Trzymają go w szopce i karmią, pewnie chcą, żeby urósł i żeby z niego potem wyszło sto litrów rosołu.
Piwo zgodnie z umową dostałam i wypiłam. Sklepowa dała mi jedno piwo A (moje ulubione) i jedno piwo B (ulubione Starego).
-O, przepraszam - powiedziałam, wymieniając piwo B na drugie piwo A - to są moje kury i to był mój kogut!

No a poza tym, to był u nas prawdziwy wójt i z nadzieją na przyszłą korupcję wręczyłam mu z uśmiechem korzyść materialną, ale nie ma na to nagrań audio, video i nie było przy tym żadnych kelnerów.

Komentuj (6)
Blogi
DD
Valyo
DrMorfeusz
Barbarella
Pierwsza
Warsztat
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Sigi
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Szpinak
PodWulkanem
Wypieki
Gospodarstwo
Biodynamicznie
Oaza
Wolierka
Pogoda
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
Nohavica
Pińczów
Przemyk
WOŚP