Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2015
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Seriale
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


30.07.2015 (15:44)

Chłopy wychodzą z lasu po czternastej i idą do sklepu. Po ciężkim dniu pracy pragnienie doskwiera, kupują więc po dwa piwa i konsumują na miejscu. "Na miejscu" wypada na mojej osi widokowej z okna jadalni w stronę sklepu. W ubiegłym roku konsumowali koło mojego płotka przy placyku gospodarczym, ale ich pogoniłam, bo o ile sama konsumpcja mi nie przeszkadzała, to już zostawianie tam nadmiaru płynów ustrojowych owszem.
W tym miejscu przebiega granica między ziemią moją a sklepową, więc niech się oni trzymają swojej strony a jak nie, to Stary może im nawet z wiatrówki jajka odstrzelić.
Tak powiedział.

Patrzę tak codziennie na tę ich pofajrantową konsumpcję napojów i odnoszę wrażenie, że robotnicy leśni harują w tym lesie wyłącznie po to, żeby zarobić na te swoje piwa, które jak wypiją, to mają znów bilans na zero. A więc dnia następnego idą znów zarobić do lasu i tak w kółko i w kółko, wciąż tak samo!
Jak nic, napędzają machinę dziejów.

Komentuj (0)

25.07.2015 (22:22)

Stary dokończył wreszcie ruinkę w ogrodzie i wyszła piękna, dokładnie taka, jaka miała być. Zamknęła nam ona ostatecznie prywatną część ogrodu, która była wcześniej rozdziawiona na pole sąsiada. Mamy teraz z tylu za domem wielki ogrodowy pokój dzienny.
Ruinka będzie obsadzona pnącymi różami, dwie nawet już tam rosną, chociaż są jeszcze malutkie.
Do kompletu Stary od razu zrobił fajny krąg na ognisko. W siną dal i niepamięć odeszły na razie plany budowy grilla; w tym roku się ogniskujemy i niech tak będzie.









Jak to dobrze, że jeszcze wciąż jest lipiec, że jeszcze na razie nie trzeba wracać do pracy. Można zajmować się domem, ogrodem, gospodarstwem. Chociaż z tym domem, to najgorzej, no na przykład nie ma kto umyć okien.

Obrodziły nam w tym roku atrakcyjne owoce, takie, których nigdy dość. Wciąż jeszcze jest masa czereśni, trochę wiśni, będzie chyba po raz pierwszy dużo gruszek z jednego starego drzewa, które mamy po poprzednikach. Najwcześniejsze słodkie sierpniowe winogrona na starym krzaku odmiany Iza Zaliwska też zadziwiają obfitością gron. Fajnie!
Nie ma natomiast malin, a raczej jest ich bardzo mało, nie wiadomo też, jak będzie z jabłkami, bo małe jabłoneczki nie wyglądają dobrze; może stare renety uratują sytuację.

Cieszy mnie wiadomość, że odkryto nową planetę, nadającą się być może, do zamieszkania. Niektórzy mogliby się już pakować.

Komentuj (4)

17.07.2015 (19:48)

Od pszczoły do pszczoły się bujam, ale tym razem już nie poszło tak gładko. Jestem od wczoraj nafaszerowana prochami, które wydają się nie działać.
Musiałam się wiec dziś wybrać do naszej wsiowej przychodni, gdzie dostałam zastrzyk sterydowy, w dodatku zrobił mi go SAM LEKARZ, moiściewy! Najpierw co prawda jojczył, że nie ma kto zrobić zastrzyku, bo pielęgniarka jest na urlopie, ale jak powiedziałam, że mam chwilowo w domu emerytowaną stomatolog, która mi może ten zastrzyk podać, to się chyba ogarnął i w myśl zasady, że nie będzie stomatolog pluł mu w twarz - wykonał zabieg osobiście.
-No wchodź, pani - zawezwał mnie kurtuazyjnymi słowy do gabinetu, a następnie zadysponował: kładź się pani.
No to się położyłam.

Pszczoła mi się wczoraj odbiła żądłem od ramienia i wkłuła się w wierzch dłoni - chyba się nie mogła zdecydować na miejsce lądowania, albo też wkurwiona była okrutnie i postanowiła zdublować siłę rażenia, co jej się nawet udało.
Moja ręka wygląda teraz, jak stwór z innej planety, a obrzęk układa się falowanymi naciekami. Palce mam jak parówki, a dłoń jak poduszkę i spory balon do połowy przedramienia; potem leci normalny kawałek ręki, a zaraz nad łokciem zaczyna się drugi balon. Nie muszę chyba mówić, że wykonałam kilka ciekawych zdjęć w różnych ekspozycjach.

Stary doił wczoraj miód, to druga tura w tym roku. Jutro kontynuacja i muszę w związku z tym siedzieć w domu, bo jak Stary pszczołom ten miód kradnie, to one latają po wsi i mnie szukają, żeby się zemścić. No w każdym razie tak to wygląda.
Prawie nie będzie w tym roku malin, dojrzewają natomiast czereśnie w dużych ilościach. Najpierw jednak trzeba się uporać z tym miodem, bo ule stoją pod czereśniami, co powoduje konflikt interesów. Wyniosłam sobie dziś drabinę do ogrodu i żarłam czereśnie prosto z drzewa, stojąc na drabinie i oglądając wieś z góry. No, prawie.
Oczywiście nie była to ta czereśnia w pasiece.

Po rozjazdach i podróżach stwierdzam, że nie ma takiego miejsca, które wytrzymałoby konkurencję z moim gospodarstwem, z moim ogrodem. Tu chcę żyć i umierać.


Pięknie jest bardzo i smutno bardzo. Do jednego i drugiego nie brakuje powodów.

Komentuj (5)

01.07.2015 (00:34)

Puchnie mi prawa noga w kostce, boli mnie prawy migdał, a w dodatku pszczoła, kurew jedna, użarła mnie dziś w szyję, jak próbowałam zasiać na polu gorczycę między ogórkami a truskawkami.
Te pszczoły coś mają do mnie, no po prostu nie lubią, jak się zajmuję pracami polowymi. Zawsze jakaś wtedy przyleci i od razu słychać, że jest oszalała z żądzy żądlenia, choćby za cenę życia, jak to u pszczół, wiadomo.

Próbowałam też odciąć sobie wskazujący palec takim fajnym urządzeniem do strzyżenia obrzeży rabat, ale jednak nie w pełni mi się to udało i choć rabaty krwią zbryzgałam, to palec, przyciśnięty na miejsce, przyjął się z powrotem.

No więc taka felerna i w złym stanie technicznym wylatuję pojutrze nad ranem rejsem Berlin-Lizbona; no ale najpierw trzeba dotrzeć do Berlina wesołym autobusem i po raz pierwszy leci ze mną Młoda! W programie jest hotel nad oceanem, zwiedzanie Lizbony i Sintry, plażowanie i inne atrakcje, w tym wieczór z muzyką fado.

Dziś odwiedziła nas Adzia, oj powspominało się trochę!

No i mieliśmy przeżycia w ostatnim czasie, ale na razie nie chcę o tym pisać.

Komentuj (1)

08.06.2015 (10:54)

Minął kolejny weekend w Poznaniu, być może już przed wakacjami ostatni, ale to się dopiero okaże.

Na zajęcia w sobotni poranek dotarłam z pewnym trudem, bo chociaż wiedziałam, że pętla tramwajowa jest przebudowywana i muszę wysiąść wcześniej, to jakoś nie udało mi się upilnować właściwego przystanku i po chwili zorientowałam się, że jestem znów w rejonie dworca kolejowego. Nie było czasu na kolejną próbę, więc szybko zadzwoniłam po taksówkę i jakież było moje zdumienie, kiedy pani przyjmująca zamówienie zwróciła się do mnie: pani Małgorzato..., a następnie w taksówce zobaczyłam na wyświetlaczu swoje imię i informację o zniżce. A korzystałam z tej linii zaledwie drugi raz!

Zjazd minął owocnie, bo w niedzielę napisałam egzamin i przybyły mi też dwa kolejne zaliczenia na piąteczki.
A egzamin pisaliśmy u pani, która tak jak w poprzedniej sesji zaczęła od porozsadzania nas nie za gęsto i wyznaczenia miejsca na wszystkie nasze torebki i inne przedmioty, nieprzydatne jej zdaniem podczas pisania egzaminu. I powiedziała też: jeśli ktoś ma dysleksję, to ma problem - czego nie mogę przeczytać, tego nie ma!

Pod koniec tego dnia zajęć, kiedy inna pani omawiała nasze prace zaliczeniowe, odstawiłam jakoś tak nieuważnie papierowy kubek z kawą, wydawało mi się że na blat, stołu, a w rzeczywistości na mój telefon, leżący na brzegu i kubek wykopyrtnął się nieoczekiwanie na mnie (biała spódnica!!!), na koleżankę siedzącą obok i przy okazji trochę jej się wlało do torebki, a trochę rozprysło na teczki z notatkami. To był jeden z tych momentów, kiedy człowiek ma ochotę zapaść się pod ziemię i już tam pozostać!
Koleżanka, szczęśliwie, nie została poparzona, a ciuchy miała czarne, co też nieco zminimalizowało siłę rażenia. Spontanicznie utworzyła się kilkuosobowa brygada ratunkowa z chusteczkami i serwetkami i po krótkim zamęcie, wprowadzonym w precyzyjnie zaplanowany przez panią doktor tok zajęć, wszystko wróciło do normy.

No i jeszcze jeden numer zaliczyłam u progu podróży powrotnej, kiedy to na peronie piątym, wsiadłam do niewłaściwego pociągu i nawet rozgościłam się już na, rzekomo, swoim miejscu, usankcjonowanym miejscówką, a jakże! Zaczęłam już nawet czytać, ale nagle coś mnie tknęło i spytałam siedzącego obok pana, czy ten pociąg jedzie do Szczecina.
- Nie, proszę pani, my jedziemy ZE Szczecina – usłyszałam. Galopem pozbierałam swoje klamoty i wypadłam na peron. Okazało się, że w tym samym czasie na tym samym peronie stały dwa pociągi: Szczecin-Katowice i Katowice-Szczecin. Nie minęły dwie minuty i ten pierwszy odjechał! No, miałam szczęście, znów!

Tymczasem w gospodarstwie Stary przekwaterował się z biurem do letniego pokoju, więc chyba przeszedł wreszcie na tryb letni.
Zgodnie z planem Stary opróżnił też studnię, ale jakoś opornie się ona teraz napełnia i chyba przyjdzie czekać na solidniejsze opady, żeby powtórzyć akcję jeszcze kilka razy. Inna sprawa, że może to wcale nie być tak, jak mi się zdaje, bo wykopy, związane z budową kanalizacji unijnej spowodowały obniżenie się wód gruntowych, więc woda jest, ale nie na tym poziomie, co kiedyś.
No i z nowości, to może jeszcze to, że Antonio, droczący się z psami przez ogrodzenie, zapragnął prawdziwej konfrontacji i rzucił się do boju przez uchyloną furtkę, kiedy Stary wychodził z kurzego wybiegu. Od razu się okazało, że to jednak nie on tu rządzi i po dramatycznej akcji ratunkowej, wymagającej od Starego refleksu i talentów akrobatycznych, kogut został uratowany. Wszyscy żyją.

Takie to były przygody!

Komentuj (4)
Blogi
Barbarella
DD
Etyka
DrMorfeusz
NaWsi
Pierwsza
Warsztat
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Sigi
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Szpinak
PodWulkanem
Wypieki
Gospodarstwo
Biodynamicznie
Kompostownik
Oaza
Wolierka
Pogoda
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
Nohavica
Pińczów
Przemyk
Trójka
WOŚP