Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2015
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Seriale
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


01.07.2015 (00:34)

Puchnie mi prawa noga w kostce, boli mnie prawy migdał, a w dodatku pszczoła, kurew jedna, użarła mnie dziś w szyję, jak próbowałam zasiać na polu gorczycę między ogórkami a truskawkami.
Te pszczoły coś mają do mnie, no po prostu nie lubią, jak się zajmuję pracami polowymi. Zawsze jakaś wtedy przyleci i od razu słychać, że jest oszalała z żądzy żądlenia, choćby za cenę życia, jak to u pszczół, wiadomo.

Próbowałam też odciąć sobie wskazujący palec takim fajnym urządzeniem do strzyżenia obrzeży rabat, ale jednak nie w pełni mi się to udało i choć rabaty krwią zbryzgałam, to palec, przyciśnięty na miejsce, przyjął się z powrotem.

No więc taka felerna i w złym stanie technicznym wylatuję pojutrze nad ranem rejsem Berlin-Lizbona; no ale najpierw trzeba dotrzeć do Berlina wesołym autobusem i po raz pierwszy leci ze mną Młoda! W programie jest hotel nad oceanem, zwiedzanie Lizbony i Sintry, plażowanie i inne atrakcje, w tym wieczór z muzyką fado.

Dziś odwiedziła nas Adzia, oj powspominało się trochę!

No i mieliśmy przeżycia w ostatnim czasie, ale na razie nie chcę o tym pisać.

Komentuj (1)

08.06.2015 (10:54)

Minął kolejny weekend w Poznaniu, być może już przed wakacjami ostatni, ale to się dopiero okaże.

Na zajęcia w sobotni poranek dotarłam z pewnym trudem, bo chociaż wiedziałam, że pętla tramwajowa jest przebudowywana i muszę wysiąść wcześniej, to jakoś nie udało mi się upilnować właściwego przystanku i po chwili zorientowałam się, że jestem znów w rejonie dworca kolejowego. Nie było czasu na kolejną próbę, więc szybko zadzwoniłam po taksówkę i jakież było moje zdumienie, kiedy pani przyjmująca zamówienie zwróciła się do mnie: pani Małgorzato..., a następnie w taksówce zobaczyłam na wyświetlaczu swoje imię i informację o zniżce. A korzystałam z tej linii zaledwie drugi raz!

Zjazd minął owocnie, bo w niedzielę napisałam egzamin i przybyły mi też dwa kolejne zaliczenia na piąteczki.
A egzamin pisaliśmy u pani, która tak jak w poprzedniej sesji zaczęła od porozsadzania nas nie za gęsto i wyznaczenia miejsca na wszystkie nasze torebki i inne przedmioty, nieprzydatne jej zdaniem podczas pisania egzaminu. I powiedziała też: jeśli ktoś ma dysleksję, to ma problem - czego nie mogę przeczytać, tego nie ma!

Pod koniec tego dnia zajęć, kiedy inna pani omawiała nasze prace zaliczeniowe, odstawiłam jakoś tak nieuważnie papierowy kubek z kawą, wydawało mi się że na blat, stołu, a w rzeczywistości na mój telefon, leżący na brzegu i kubek wykopyrtnął się nieoczekiwanie na mnie (biała spódnica!!!), na koleżankę siedzącą obok i przy okazji trochę jej się wlało do torebki, a trochę rozprysło na teczki z notatkami. To był jeden z tych momentów, kiedy człowiek ma ochotę zapaść się pod ziemię i już tam pozostać!
Koleżanka, szczęśliwie, nie została poparzona, a ciuchy miała czarne, co też nieco zminimalizowało siłę rażenia. Spontanicznie utworzyła się kilkuosobowa brygada ratunkowa z chusteczkami i serwetkami i po krótkim zamęcie, wprowadzonym w precyzyjnie zaplanowany przez panią doktor tok zajęć, wszystko wróciło do normy.

No i jeszcze jeden numer zaliczyłam u progu podróży powrotnej, kiedy to na peronie piątym, wsiadłam do niewłaściwego pociągu i nawet rozgościłam się już na, rzekomo, swoim miejscu, usankcjonowanym miejscówką, a jakże! Zaczęłam już nawet czytać, ale nagle coś mnie tknęło i spytałam siedzącego obok pana, czy ten pociąg jedzie do Szczecina.
- Nie, proszę pani, my jedziemy ZE Szczecina – usłyszałam. Galopem pozbierałam swoje klamoty i wypadłam na peron. Okazało się, że w tym samym czasie na tym samym peronie stały dwa pociągi: Szczecin-Katowice i Katowice-Szczecin. Nie minęły dwie minuty i ten pierwszy odjechał! No, miałam szczęście, znów!

Tymczasem w gospodarstwie Stary przekwaterował się z biurem do letniego pokoju, więc chyba przeszedł wreszcie na tryb letni.
Zgodnie z planem Stary opróżnił też studnię, ale jakoś opornie się ona teraz napełnia i chyba przyjdzie czekać na solidniejsze opady, żeby powtórzyć akcję jeszcze kilka razy. Inna sprawa, że może to wcale nie być tak, jak mi się zdaje, bo wykopy, związane z budową kanalizacji unijnej spowodowały obniżenie się wód gruntowych, więc woda jest, ale nie na tym poziomie, co kiedyś.
No i z nowości, to może jeszcze to, że Antonio, droczący się z psami przez ogrodzenie, zapragnął prawdziwej konfrontacji i rzucił się do boju przez uchyloną furtkę, kiedy Stary wychodził z kurzego wybiegu. Od razu się okazało, że to jednak nie on tu rządzi i po dramatycznej akcji ratunkowej, wymagającej od Starego refleksu i talentów akrobatycznych, kogut został uratowany. Wszyscy żyją.

Takie to były przygody!

Komentuj (4)

31.05.2015 (15:36)

Pies rasy ryjącej wynajduje miejsca, najczęściej ukryte dla ludzi - a to pod stertą chrustu, a to pod deskami opartymi o drzewo - bo w takich zacisznych miejscach lubią się zadekować nornice. Na rabatkach już nie mogą, bo tam zostają od razu namierzone i wyprowadzone z błędu. Ginie przy tym trochę roślin, znikają żurawki i szachownice, ale efekt jest widoczny i długofalowy. Mimo tych strat, opłaca się.

Cóż to takiego?

To właśnie pies rasy ryjącej podczas działań wojennych.

A od strony zakręconego ogonka dupka wygląda tak.




Potem wsteczny i w kupce chrustu zostaje dziura, prowadząca do Australii.


Po skończonej pracy pies rasy ryjącej wraz z przybranym bratem robią jeszcze krótką wizję lokalną.


Komentuj (2)

25.05.2015 (21:14)

Wyborcza niedziela niebezpiecznie znów mnie rzuciła w szpony sportu, bo pojechaliśmy wreszcie na tych rowerach przez las do lokalu wyborczego, tak jak planowaliśmy już przy pierwszej turze. Wtedy deszcz nie pozwolił, ale wczoraj pogoda dopisała. Przez moje gapiostwo musieliśmy jechać dwa razy i jak potem zmierzyłam na google maps, to mało nie padłam z wrażenia, bo zrobiliśmy 34 kilometry! Teraz za to boli mnie kręgosłup od wertepów i tyłek od siodełka.






Niedziela była bardzo słoneczna, jak na ten zimny maj i udało mi się zainaugurować łóżko ogrodowe, z Polityką i herbatką, ale i z kocykiem.


Cała wieś o tej porze pachnie kwitnącymi bzami. Mam w ogrodzie dużo bzów i choć nie wszystkie co roku kwitną obficie, to zawsze któryś daje prawdziwy pokaz.





Kalina koralowa lada dzień też pokaże swoje możliwości


A tak wygląda różanka - moja duma i radość, której poświęcam mnóstwo czasu i uwagi. Róże jeszcze nigdy nie były takie piękne, zdrowe i dorodne, jak w tym roku, co widać już teraz i co zapowiada piękne kwitnienie.


Komentuj (2)

23.05.2015 (07:46)

Nastawiłam budzik na 4:40. Wstałam, zrobiłam kawę i przystąpiłam do porannych obrządków. Stary miał mnie zawieźć na pociąg, który, jak pamiętałam, odjeżdżał o 6:17. Ubrana i umalowana, spakowana - z bułkami, zeszytami i prasą do pociągu oraz w kompletnym rynsztunku podróżniczym, tuż przed wyjściem z domu zerknęłam jeszcze na bilet i ... !!! ??? patrzę, a tam jak wół: godzina odjazdu: 5:35. No a była już właśnie 5:45.
No więc.

Od dziesiątej są dziś nowe zajęcia, z edukacji demokratycznej, nie chciałam ich zaczynać nieobecnością...

Dzień darowany, weekend darowany - tak to trzeba przetworzyć. Ale skąd mi się ta 6:17 wzięła - nie mam pojęcia!







Komentuj (0)
Blogi
Barbarella
DD
Etyka
DrMorfeusz
NaWsi
Pierwsza
Warsztat
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Sigi
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Szpinak
PodWulkanem
Wypieki
Gospodarstwo
Biodynamicznie
Kompostownik
Oaza
Wolierka
Pogoda
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
Nohavica
Pińczów
Przemyk
Trójka
WOŚP