Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2014
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Seriale
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


14.10.2014 (21:24)

Wtem pojawił się na horyzoncie imperatyw, jakim są odwieczne prawa ekonomii i zmusił mnie on do umówienia się na wizytę jednak. No to czekam grzecznie na termin.

Zamówiłam dziś dziesięć nowych róż w jesiennych zakupach, a zważywszy, że na wiosnę kupiłam osiem, a latem dostałam kolejne dziesięć od koleżanek, to przekroczyłam plan prawie trzykrotnie. A plan brzmi: każdego roku dziesięć nowych róż.
No to chyba już dobijam do stówy z tymi różami.
Parę tygodni temu powstał pomysł różanej ściany o południowej wystawie, która będzie miała około dziesięciu metrów długości, a róże będzie widać z okien największego pokoju. Ach, jakie to daje możliwości! Pięć wielkich pnących róż już tam rośnie i czekają na towarzystwo.

Dziś miałam w pracy dzień bardzo krótki, jakby to był piątek i już o wpół do pierwszej stałam w kaloszkach na przystanku naszym wsiowym, skąd wyruszyłyśmy z Basią do lasu z koszami i nożykami. Było to pierwsze moje wyjście do lasu tej jesieni i pewnie ostatnie. Mieszkam w lesie, ale do tego lasu nie chodzę, bo nie mam kiedy a poza tym grzyby mam w moim własnym brzozowym zagajniku i to w ilościach bardziej niż zadowalających.
Jak już się nam uda gdzieś ruszyć razem ze Starym, to najczęściej idziemy na pola, żeby wybiegać psy. Tam je można bezkarnie wypuścić, bo nie czyha za drzewem Zły Leśniczy z dubeltówką i bloczkiem mandatów.
Sama z psami chodzić nie mogę, bo z dwoma dużymi psami na smyczy to sorry.

Znalazłyśmy opieńki i nacięłam ich cały kosz. Właśnie takie grzyby mi się podobają, co to nie trzeba się za nimi nałazić, tylko rosną jak posiane na jednym miejscu. A już do opieniek mam szczególny szacunek, odkąd przeczytałam, że wszystkie opieńki występujące na kontynencie europejskim są prawdopodobnie jednym wielkim grzybem i to nie rodziną, nie gatunkiem tylko jednym OSOBNIKIEM. To im jakoś wyszło z badania kodu genetycznego.Ten głupi Burek zeżarł w zeszłym tygodniu pół opakowania trutki na szczury i całe szczęście zrobił to na oczach Starego, więc zaliczył płukanie żołądka i długotrwałą kurację zastrzykami przeciwkrwotocznymi, a od jutra zacznie jeszcze tabletki. Tym sposobem jego wartość wzrosła w ciągu jednego dnia o trzy stówy i już teraz Burek nie jest biednym kundlem z sierocińca za sześćdziesiąt zeta.

Komentuj (1)

30.09.2014 (16:02)

Po krótkiej walce poddałam się i nie idę na żadną kontrolną wizytę do poradni chirurgicznej, o nie! Noga mi przecież nie odpadła ani nie ma zamiaru, na tyle to ja się sama znam na medycynie.
A swoją drogą to bardzo ciekawe, bo pan doktór bardzo przystojny ze szpitalnego SOR-u wystawia skierowanie z zaleceniem wizyty kontrolnej za 2-3 dni w poradni, w której sam przyjmuje. To co on, kurwa, nie wie, że wizyta za 2-3 dni jest niemożliwa, nawet na podstawie skierowania od niego samego do niego samego? Za 2-3 tygodnie, to może i owszem.
Ale dodać tu trzeba, że inna poradnia zaproponowała styczeń.

Więc na takie dictum zaczęłam dla zdrowia i urody zwozić taczką drewno na miejsce zimowego leżakowania i od razu mi się lepiej zrobiło. Sześć taczek w 20 minut.
I upiekłam rogaliki z ciasta drożdżowo-serowo-dyniowego z konfiturą dyniowo-pomarańczową.
Przyglądam się też przepisowi na szybki ser żółty domowym sposobem.

No a w październiku zdobywam Kopenhagę promem tam i z powrotem.

Komentuj (5)

25.09.2014 (08:00)





Zainwestowałam w tym sezonie w porządne urządzenie, ułatwiające egzystencję w gospodarstwie wiejskim. Jest to dziadek do orzechów, urządzenie w typie mobile, można je więc szybko przestawić pod dowolnie wybraną leszczynę lub też skonstruować kilka takich urządzeń, jeśli się na przykład ma pięć leszczyn, rosnących w dwóch oddalonych od siebie grupach.
Liczne nierówności i szpary w belce umożliwiają stabilne ułożenie orzeszka, który nie toczy się i nie przekręca, a zgrabny pięściak pozwala na zaoszczędzenie siły mięśni i dokonanie dzieła bez zbędnego wydatku energetycznego.

Komentuj (7)

22.09.2014 (10:58)

Ledwo wróciłam do roboty, a już wylądowałam na zwolnieniu i to od razu na bogato! A było to tak...

W sobotę Stary porządkował drewno z rozbiórki szkolnego szaletu, a wiec ciął je piłą na kawałki, a ja krzątałam się w pobliżu i układałam je na ładny stosik, żeby potem wygodnie było to pozwozić do szopy.
No i nadepnęłam na deskę, z której wystawały gwoździe i przez piankowe ogrodowe klapki wbiłam sobie w stopę dwa stare zardzewiałe gwoździe, kto wie, czy nie zabytkowe, ich mać!
Krew sikała jak ze świniaka, ale tylko z jednej dziurki, a z drugiej niechętnie. Pierwsza pomoc polegała na tym, że przysiadłam na pniaczku i wodą z węża ogrodowego spłukiwałam z tej stopy krew i kurz, i wszelki brud i grzech tego świata i płakałam w głos, bo ból był nie do wytrzymania.
W ramach drugiej pomocy, po dopełznięciu do domu pomoczyłam nogę w roztworze szarego mydła, nie marnując lekkomyślnie spirytusu, schowanego w barku na okoliczność kolejnych nalewek.

Początkowo miałam zamiar pojechać do mojego lekarza rodzinnego dopiero w poniedziałek ale noc była z bólu w większości nieprzespana, stopa spuchła i tętniła, a jak sobie jeszcze obejrzałam w necie pacjenta, dotkniętego tężcem i przeczytałam, że 1/3 chorych umiera, to już prawie od razu byłam ubrana do samochodu. Pojechaliśmy na SOR...
Pierwsza godzina minęła szybko i była pełna przygód: rejestracja i zaopatrzenie w numerek, gabinet pielęgniarki ratunkowej i wstępna kwalifikacja medyczna, znów rejestracja i założenie karty oraz opaski w kolorze nie rokującym szybkiego powrotu do domu, a potem prawie zaraz gabinet lekarski i skierowanie na rtg.
I tu przygody się skończyły.

No w każdym razie byłam w domu JUŻ przed północą. Bilansem tych sześciu godzin stał się pakiet: zastrzyk przeciwtężcowy, antybiotyk i dwa tygodnie zwolnienia.
Myślę, że tydzień dla nogi, a tydzień dla psychiki w celu odreagowania pobytu na SOR.

A w ogrodzie - niczym w Weranda country i to bez układania aranżacji i wzywania ekipy zdjęciowej!







Komentuj (3)

09.09.2014 (22:13)

Doczekałam się wreszcie ganeczku miłego i czystego i przytulnego, choć wciąż jeszcze się w nim urządzam po swojemu. Tymczasem pogrzebałam w zeszłorocznych zdjęciach i znalazłam takie do porównania. Te before pochodzą z listopada 2013, a te after to stan obecny.

Najpierw rzut oka na drzwi wyjściowe.





Teraz drzwi do sieni - widać, że nastąpiła tu zmiana lokalizacji pstryczka-elektryczka i przełożenie drzwi z lewych na prawe (czy też odwrotnie... nie wiem, bo to jedna z kwestii, których nigdy nie zrozumiem); drzwi dostały też nowy starożytny zamek skrzynkowy, taki jakie mamy jeszcze i w innych drzwiach w domu .





Okienko.









Nadszedł wreszcie czas, że mogliśmy wykorzystać piękne ręcznie robione gwoździe, które można znaleźć w naszym gospodarstwie tu i ówdzie. Na dwóch takich gwoździach zawisł patyczek od firanki, pozostałe cztery otrzymały nowe życie jako wieszaczki.
Firanka wisiała kiedyś w pokoju Młodego, a uszydełkowałam ją pewnego lata, w większości w Rytrze nad potokiem.

Widać tu też sufit, który jeszcze nie jest skończony. Będzie pomalowany na biało, tylko belki sufitowe zostaną drewniane, pewnie trochę przyciemnione.







Cały ganek na zewnątrz i wewnątrz, od prac koncepcyjnych po końcowe zmywanie podłogi, to wszystko robił Stary - sam osobiście i tymi ręcami, a dodać trzeba, że i głową, bo głowa tu była również koniecznie potrzebna.

No i na koniec Centrum Dowodzenia Mrożonkami, żeby mi nie było, że to tylko jakieś czcze przechwałki!






Komentuj (2)
Blogi
Barbarella
DD
Etyka
DrMorfeusz
NaWsi
Pierwsza
Warsztat
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Sigi
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Szpinak
PodWulkanem
Wypieki
Gospodarstwo
Biodynamicznie
Kompostownik
Oaza
Wolierka
Pogoda
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
Nohavica
Pińczów
Przemyk
WOŚP