Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


01.01.2009 (22:09)

Sylwestrowa kolacja z winem rozplątała język mojej Mamie, która zaczęła opowiadać o swoich latach studenckich.

-A moja koleżanka, Apolonia miała na imię, piękna dziewczyna... wyszła za dyplomatę i wylądowała w Warszawie; i ona, ta Apolonia, to zawsze mówiła, że jej największym marzeniem jest mieć ciepły sweterek...

-Chodziłyśmy z Halinką do delikatesów i marzyłyśmy sobie, że jak już pójdziemy do pracy, to za pierwszą pensję nakupujemy tu sobie tego wszystkiego i wreszcie się porządnie najemy; a Halinka marzyła o tym, żeby kiedyś wreszcie mieć mnóstwo jabłek...

-Czasem odwiedzałam koleżanki, które mieszkały w akademiku, ale one miały całkiem inny tryb życia, niż ja; ja lubiłam się uczyć nad ranem, budziłam się wcześnie i do rozpoczęcia wykładów jeszcze się parę godzin zdążyłam pouczyć; a one to całymi dniami gdzieś latały a potem uczyły się w nocy – piły kawę za kawą, a nogi moczyły w misce z zimną wodą, żeby nie zasnąć!

-A profesor od zachowawczej, to był dopiero idiota, bo on filozofię też skończył (!). Wchodzi mój kolega do niego na egzamin, a on mu pokazuje kota na zdjęciu i pyta: „co pan tu widzi?”; student odpowiada: „widzę kota, panie profesorze”. „No, drogi panie – odpowiada profesor – to pan lekarzem chce zostać i pan mi tu opowiada, że to jest kot? To jest, proszę pana, pojęcie kota!"

-A ja na egzaminie u niego dostałam pytanie, czym się różni śmierć od umierania; myślałam już, że obleję ten egzamin, odpowiadałam tak i tak i ciągle było źle...
wreszcie coś mnie tknęło, przypomniało mi się, jak jeden kolega mówił, że ten profesor ma hopla na punkcie elektryczności; i dzięki temu tylko wybrnęłam: należało odpowiedzieć, że śmierć to wyrównanie napięć elektrycznych, a umieranie jest ich wyrównywaniem!

Komentuj (1)

04.01.2009 (21:51)

Posiadanie dzieci, to wspaniała rzecz, nigdy nie myślałam inaczej, kiedy ich jeszcze nie miałam i nigdy też, ani przez chwilę, nie pomyślałam inaczej, kiedy je już miałam.

Jednak w czasie tego dwutygodniowego urlopu okołoświątecznego moje dzieci próbowały mnie wykończyć.

Pierwszy tydzień niewątpliwie należał do Niej i szczerze mówiąc, przeczołgała mnie wte i wewte, że do tej pory ledwo zipię.
Drugi tydzień - rządzi On, jeszcze nie skończył zresztą i zahaczy o trzeci tydzień.

Jestem psychicznie wykończona, jak zmięta szmatka; możnaby ze mnie zrobić kokardkę Kłapouchemu na ogonie.

Jak to cudownie, że jutro można już iść od pracy!

Komentuj (0)

06.01.2009 (19:46)

Mam jeszcze w jednym pokoju stare drewniane - p r a w d z i w e - okno. Ze szklaną normalną szybą, która jest czysta, jak się ją umyje.

Na tej szybie dzisiaj w nocy mróz straszliwy wymalował takie piękne malowanki. Kiedy byłam mała, były one zimą czymś normalnym. Mogłam chodzić od okna do okna i podziwiać - na każdym inna bajka!

No bo w tamtych czasach w zimie był mróz, okna były z drewna a szyby były ze szkła.





Komentuj (6)

10.01.2009 (14:15)

Co prawda to już nieco przebrzmiała pieśń, ale nie mogę się nie pochwalić szopką z piernika, jaką wyprodukował w tym roku mój mąż.
Z rozwałkowanego dość cienko ciasta piernikowego wycinał to wszystko i łączył ze sobą, a potem było pieczone i kolorowane.
I taka szopka stała sobie pod choinką.



Teraz nie wiem - zjeść, czy zostawić do przyszłego roku? Niby za rok można zrobić nową...
Ale jeżeli zjeść, to jakoś głupio tak zeżreć szopkę, nie?

Komentuj (6)

14.01.2009 (09:16)

A ja jestem sobie chora troszkę. Wczoraj leżakowałam więc całe popołudnie i zaplanowałam na dziś wizytę u lekarza i może jakieś zwolnienie na czwartek i piątek. Ale okazało się, że do mojego lekarza nie ma już na dziś szczęśliwych numerków, więc cały misterny plan runął.
W takim razie nie pozostaje mi nic innego, niż wyzdrowieć bez jego udziału.

Młody pisał wczoraj próbny test dla gimnazjalistów. Tematem wiodącym był deszcz, no i jak to w tych testach bywa, wszystko wokół deszczu się kręciło.
Trzeba też było napisać rozprawkę, ilustrującą powiedzenie "wpaść z deszczu pod rynnę" w odniesieniu do wybranego bohatera literackiego.
Bohaterem rozprawki Młodego został Rincewind. No nie wiem, nie wiem...

Komentuj (3)

14.01.2009 (22:20)

Mój stary postanowił rozpocząć nowe życie i wytoczył walkę swojemu chrapaniu.
Między innymi.
(To ja wytoczyłam tak naprawdę, no ale.)
Zakrapia sobie przed snem do gardła tajemniczy preparat.
Śpię, śpię i naraz budzę się, bo ta cisza mnie budzi. Myślę: "umarł!". Ale po chwili słyszę, że oddycha sobie grzecznie, tak jak kiedyś, te dwadzieścia kilogramów temu.
Kocham przemysł farmaceutyczny.

Komentuj (4)

16.01.2009 (20:45)

Lubię brutalne i soczyste filmy, nawet z krwią, flakami i ostrym seksem oraz różnymi rzeczami, które nie są grzeczne i do pokazywania dzieciom – ale wtedy jeśli ma to w tych filmach jakiś sens.

Próbowałam oglądać serial „Californication”, bo zachęciły mnie entuzjastyczne recenzje. Wytrzymałam siedem odcinków pierwszego sezonu, co i tak uważam za osiągnięcie, ale chciałam nabrać przekonania.
No i nabrałam - wyrzuciłam z dysku pozostałe odcinki czekające w kolejce, bo życie za krótkie na oglądanie filmów o tym, że seks, to jest grzebanie małym palcem w tyłku partnera (sorry!), a bycie pisarzem polega na siedzeniu przed pustym ekranem monitora z flaszką wódki i celebrowanie niemocy twórczej.

Ten serial to bezsensowna kupa syfiastych śmieci, nie polecam.
I pusty śmiech mnie zbiera, kiedy czytam w recenzjach, że jest to serial o tym, „jak mężczyzna radzi sobie z rozstaniem”, bo dla mnie to on jest żałosny palant, a nie żaden mężczyzna.

Komentuj (1)

18.01.2009 (17:12)

Zgubiłam mój ulubiony klips. Znów. Zawsze gubię tylko ulubione, bo te najbardziej ulubione najczęściej noszę.
Mam nadzieję, że może jeszcze się odnajdzie, bo upadł mi gdzieś chyba tam, gdzie wczoraj byłam, w miejscu pełnym miłych i przyjaznych ludzi.
Jeśli ktoś z nich go znalazł, to może jeszcze do mnie wróci...



Komentuj (1)

28.01.2009 (20:45)

Ponieważ społeczeństwo ma już z pewnością odruch wymiotny na widok mojego klipsa, postanowiłam dać głos.

Jutro oddaję się w ręce medycyny, która będzie mi naprawiać lekko zepsutą (nadpsutą?!) nogę. Już się spakowałam, nawet mam zrobione domowe kanapki - żebym tych ichnich syfów nie musiała jeść. Jutro badania, pojutrze konkrety.
Szkoda tylko, że mi przepadnie czwartkowy angielski. Miałam przez chwilę szatański pomysł, żeby uciec wieczorem na ten angielski i wrócić ukradkiem. Ale chyba by mnie po 22.00 na oddział nie wpuścili...

Po powrocie do domu będę celebrować niechodzenie, oglądać pełne sezony seriali i zarządzać gospodarstwem domowym z pozycji leżącej.
Tacy jedni będą w piątek medytować specjalnie w mojej sprawie, obiecali.

Więc cóż, wszystko będzie dobrze. A po paru tygodniach, spod siniaków wyłoni się całkiem zdrowa nóżka, a w marcu zacznę znów chodzić pieszo do pracy.
Trzeba będzie zniszczyć tę zimową słoninę.

Komentuj (2)

29.01.2009 (12:39)

Uwaga! Dementi!
Otóż najpierw panie na oddziale stwierdziły, że jakoś chyba nie bardzo mają mnie gdzie położyć, ale jednak kazały mi zapytać doktora J., on zadecyduje. Doktora J. nie było, więc wróciłam do tych pań i kazały mi w takim razie iść na izbę przyjęć, no, że jakoś mnie będą musiały zmieścić. "Może w łazience?" - zaproponowałam z uśmiechem, a pani podchwyciła i powiedziała, że być może. No bo pomyślałam sobie, że ja przecież nie jestem chora, to wszystko mi jedno, gdzie poleżę jedną dobę.

Na izbie przyjęć zabrano mi skierowanie, poczekałam chwilkę, po czym dowiedziałam się , że mam jednak iść do doktora J., on już tam czeka na mnie i wszystko mi wyjaśni. "Oooo" - pomyślałam - "pewnie chcą mi wręczyć korzyść materialną, żebym się rozmyśliła z tą operacją".
Co o tej porze miesiąca (tuż przed wypłatą) byłoby mile widziane, nie ukrywam.

Doktor J. powiedział, że mam iść do tych pań, co na początku i one mi pobiorą krew, zrobią badania i pójdę sobie do domu, a jutro z rana przyjdę od razu pod nóż. To mi się nawet spodobało, bo będę mogła pójść na angielski, a dziś test piszemy.

Pani Małgosia (nasi synowie chodzili sześć lat do jednej klasy) założyła mi dokumentację, przesłuchała mnie na okoliczność nałogów, duszności i wykwitów na ciele i wytoczyła ze mnie trochę krwi.
Potem poszła po aparat do EKG (ten stary, bo nowy zepsuty). Podłączyła mnie do kabli, wcisnęła pstryczek - nie działał. Pomyślała, pomyślała, przełączyła do innego gniazdka - zaczęło drukować. Ale zaraz przestało, bo papier się skończył.
Założenie nowej rolki nie było proste, przyszła pani Ela, pomagała, jakieś kółka i zapadki im się nie zgadzały, coś tam nie pasowało, najpierw nie dało się wcisnąć, potem nie dało się wyjąć - kiedy okazało się, że jednak niepotrzebnie wcisnęły.
A jak tak sobie leżałam półnaga i okablowana i marzłam, bo pani Ela nie zamknęła drzwi na korytarz.

Wreszcie zwyciężyły nad tą bezmyślną materią, wydruk ruszył i dotarł do finiszu, potem jeszcze szybciutko RTG klatki i do domu.

W samochodzie zeżarłam te moje bułki szpitalne, byłam taka głodna! A tu w perspektywie lekka zupka na obiad a potem ścisły post aż do jutra.


Z zachwytem słucham Renaty Przemyk. "Z woli nieba jestem tu!" - śpiewa. I to musi być prawda.

Komentuj (0)

29.01.2009 (17:30)

Przespałam pół popołudnia, chyba od tego stresu szpitalnego. Obudziłam się teraz i poczułam żądzę kawy z ekspresu i fermentację myśli do spisania. No to sobie piszę.

Z rzeczy, które najbardziej działają mi na emocje to chyba jako pierwszą muszę wymienić muzykę. Choć całe życie uchodzę za niemuzykalną i staram się nie śpiewać, jak jestem trzeźwa, to odczuwam to jednak, jako trochę krzywdzące. No bo jak może być niemuzykalny ktoś, komu muzyka potrafi tak działać na bebechy i mieszać w trzewiach!

Druga rzecz, to poznawanie obcego języka. Rozumienie obcego języka jest dla mnie niezwykle podniecające – że można słuchać i rozumieć, że można czytać sobie książkę w języku jej autora, że stare piosenki brzmią inaczej, bo wreszcie wiadomo, o czym są.
Mówienie językami to kosmos nie dla każdego osiągalny; ale na szczęście znam tu obydwa stany – złapać króliczka i gonić króliczka, choć w zastosowaniu do różnych języków.
Tłumaczenie z jednego języka na drugi, to już jak bycie bogiem.

No i jeszcze piękno krajobrazów; czasem to działa aż tak, że chce mi się płakać i twarda gula rośnie mi w gardle.

A wracając jeszcze do tych języków: wczoraj moja córka mówiła po rosyjsku do Aloszy Awdiejewa. Mało tego - on powiedział, że wszystko rozumie!

Komentuj (6)

31.01.2009 (15:06)

Ekshibicjonizmu ciąg dalszy.

Wróciłam do domu, wzięłam prysznic z nogą na wysięgniku, wykonałam podstawową wersję makijażu i leżę. Oczywiście na początek przyssałam się do sieci.

Spędziłam w szpitalu 29 godzin, z czego 40 minut trwało oszpecanie mojej nóżki, żeby potem mogła być ładniejsza. Pagan mnie ostrzegał, że te dochtory lubią oblizywać skalpel i obawiam się, że to mogło mieć miejsce, bo leżałam na brzuchu i nie widziałam, co oni tam kombinują.

Blok operacyjny to szczególny kombinat – widać od razu, że jest to ta część całego mrowiska, która się rządzi odrębnymi prawami, gdzie jest czysto i jasno, wszystko jest ściśle określone i każdy robi dokładnie to, co powinien. No i w dodatku wszyscy są sympatyczni, mili i uprzejmi. Dwa razy usłyszałam: "pani jest szczupła, to dobrze"(!).
Podobało mi się tam.
Trochę było kłopotu ze znieczuleniem do kręgosłupa (4 podejścia), ale wiedziałam wcześniej od Lecter, że tak może być w moim przypadku, więc nie panikowałam, choć było to dość nieprzyjemne. Leżałam sobie potem i spoglądałam na zegar, nic mnie nie bolało i chociaż czułam to i owo, to nie miałam żadnych przykrych doznań.
Jak już było po wszystkim, odwrócili mnie na plecy. Leżę tak, leżę... patrzę w pewnej chwili na mojego lekarza po skosie w lewo i widzę, że on trzyma na klacie jakąś zabandażowaną nogę, zakończoną wyjodynowaną stopą. Dopiero po ładnej chwili dotarło do mnie, że to musi być moja własna noga, chociaż nie czuję z nią jakiejkolwiek więzi! To było niesamowite!

Potem leżałam sobie na łóżeczku szpitalnym wspomagając się mantrą medycyny i obserwowałam, jak powoli moje ciało wraca do mnie.

Ogólnie większość czasu przespałam - miałam bardzo niskie ciśnienie, coś mi tam dawali, żeby temu zaradzić, ale niewiele pomogło.
I nikt nie wpadł na pomysł, żeby po prostu puścić kawę przez tę kroplówkę.

Komentuj (1)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów