Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
2009
2008
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


01.01.2011 (15:39)

Jak to miło spędzić parę sylwestrowych godzin w dobrym towarzystwie, w porządnym domu, gdzie - jak należy - w łazience koło kibelka można znaleźć Wyborczą.

A po powrocie – roztopy; zrobiło się trzy na plusie i zepsuło piękne sople, zwisające z naszych dziurawych rynien. Ciekawe, ile jeszcze ta zima potrwa. Jak na razie, to śnieg z ogrodu mogę sprzedawać na ciężarówki.

Na następny rok pięknie proszę o błogie poczucie spokoju i bezpieczeństwa dla mojej Rodziny i Przyjaciół, wzajemną bliskość i materialną pewność jutra.
Wszystkim, z którymi nie odczuwam bliskości, życzę szczęścia z daleka ode mnie.
A tym, którzy wyrządzają krzywdę innym, życzę, żeby doznali ukojenia, bo to oni sami mają problem.

Komentuj (3)

03.01.2011 (22:57)

Zabieram się za przygotowaną stertę numerów miesięcznika Ogrody i zaczynam szczególnego rodzaju aktualizację bibliografii.

Zasadnicza część tej bibliografii powstała dawno temu. Potem, w miarę kupowania nowych numerów, aktualizowałam opisy - oczywiście nie tak od razu, ale starałam się przynajmniej raz w roku, jak się już trochę uzbierało.
Porobiłam wtedy różne grupy zagadnień, tak, żeby każdy mógł tam łatwo znaleźć dla siebie coś, czego właśnie potrzebował. Zawsze podczas tej pracy natykałam się na różne rzeczy, które wydawały się stworzone wprost dla mnie, które mnie urzekały i zachwycały; żałowałam wtedy, że mogę się tylko pozachwycać i pokazywałam je Staremu, żeby zachwycał się razem ze mną. Nie wiedziałam jeszcze, że nadejdzie taki czas, kiedy będę mogła naprawdę zajmować się takimi rzeczami, kiedy będę miała miejsce dla tych niesamowitych roślin, będę mogła wykorzystywać zdobytą wiedzę lub sprawdzać w praktyce przeczytane ciekawostki.

A teraz właśnie mam zamiar przekopać się przez te pisma jeszcze raz i wszystko to stamtąd wydłubać.
Nowy folder, a potem podstrona na te wszystkie skarby ma na razie roboczą nazwę „siemipodoba”. Będzie to mój podręczny zasobnik, z którego będę mogła czerpać, podczas urządzania naszego ogrodu.
No bo Stary ma to wszystko w głowie, a ja niestety muszę się wspomagać...

Ha! I znów będę bogiem, który powołuje do życia coś, co pojawia się potem na stronie wu-wu-wu.

Komentuj (4)

06.01.2011 (23:34)

Przyjechała kiedyś Elżbieta i miała taki pomysł, żeby w ścianie kotłowni zrobić okienko, które znajdzie się dokładnie naprzeciw okna w sieni i doświetli wnętrze kotłowni. A że Elżbieta wie, co mówi, a okienko stosownych rozmiarów znalazło się PRZYPADKIEM w szopie, to Stary zapalił się do pomysłu. Spodobało mu się, że będzie mógł sobie dorzucić drewko do pieca przy dziennym świetle.
Kotłownia znajduje się w samym centrum domu, tam, gdzie kiedyś była kuchnia. Ściany kotłowni, tworzące prawie kwadratową kostkę, to są właściwie jedyne ściany, które dobudowaliśmy podczas remontu. Powstały one wokół pieca CO, który pozostał na starym miejscu.
Wziął więc Stary piłę i wyciął był w ścianie otwór, a następnie wstawił tam okienko. Oprawił je drewnianą listwą, a ja pomalowałam listwę brązową lakobejcą.
I co się okazało? Patrzę, patrzę... a to domeczek! Drzwi do kotłowni, obok okienko – mały domeczek w środku naszego domu! Gdyby nie ta syfiastozielona płyta GK, pomyślałabym, że to Baby Jagi chatka z piernika.



Jak się Stary rozpędził, to zrobił też nową drewnianą klapę do piwnicy i urządził sobie na górze sprytny warsztacik do budowania naszej świetlanej przyszłości.
A ja dziś bejcowałam to i owo – szerokie framugi drzwi do sypialni i do łazienki, drewniane listwy do wykończenia luksferowej kabiny prysznicowej, narożniki listew przypodłogowych. Tak mnie poniosło, że powiesiłam nawet w szafkach kuchennych nowe zasłonki. Kiedyś tam będą drzwiczki ze starych desek, a na razie wiszą szmatki. Te nowe, to w takim kolorze, że do soboty może powiszą czyste, ale dłużej? Nie mam złudzeń.



A na obu zdjęciach widać fragmenty ściany, tynkowanej przez Starego (normalnie łapami) tynkiem glinianym. Tynk powstał z niewypalanych cegieł, rozpuszczonych w wodzie.
Z takich cegieł zbudowane są wewnętrzne ściany naszego domu.

Komentuj (10)

15.01.2011 (16:16)

Pierwszy raz w życiu mam teraz coś takiego, że chciałabym przestać pracować. Niby jeżdżę do tej pracy, ale jak już tam jestem, to cały czas myślę tylko o tym, żeby stamtąd wyjść jak najprędzej. Dawniej tego nie miałam, jakąś równowagę to wszystko trzymało: praca – dom, wiadomo. A teraz jest inaczej.
Myślę, że ma to związek z przeprowadzką i z tym, że miejsce do którego wracam, to jest już zupełnie inna bajka, niż kiedyś.
Oszalałam z zachwytu.

Właściwie, to mogłabym stąd wcale nie wychodzić. Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby moje życie zawęziło się do tego miejsca. Mogłabym bez końca chodzić po polach i pracować w domu i ogrodzie, gdzie zajęć jest bez liku i wiadomo, że zawsze będzie.
Cudownie jest w ferie i wakacje; jak Stary jedzie wtedy do miasta i chce mnie zabrać ze sobą, to ja tylko kombinuję, jak by się tu wymigać.

Pustelnikiem jednak nie jestem i nigdy nie byłam, potrzebuję ludzi, cieszę się więc z odwiedzin przyjaciół i cieszę się, kiedy ja ich mogę odwiedzić.
Ale kiedy znów zostaję sama, jestem szczęśliwa, że mogę tu celebrować moją emigrację wewnętrzną - bez marketów, banków, szkół i kościołów, telewizji, spalin i sygnalizacji świetlnej, dresiarskiego towarzystwa wrzeszczącego pod blokiem i sąsiadów nad, pod i po bokach.

A co najdziwniejsze - kiedy byłam młoda, w ogóle takich odczuć nie miałam.
Musiałam dorosnąć.

Komentuj (1)

16.01.2011 (21:02)

Młody pokwestował w WOŚP, zakończył pierwszy semestr drugiej klasy nie tak znowu najgorzej, ma ferie.
Kolano Młodej zostało parę dni temu uwolnione z ortezy, może więc już pomykać luzem, choć jeszcze niesymetrycznie.
Jadą więc do Miasta Stołecznego Kraków i odwiedzą też babcię w Miasteczku, co się szczęśliwie zbiegnie z Dniem Babci.

Zostaniemy sami. Od wtorku będę codziennie jeździć na zabiegi rehabilitacyjne na ten mój szyjny kręgosłup.
Planujemy też kompleksowe przycinanie drzewek i krzewów w ogrodzie, niektóre z nich wymagają radykalnego odmłodzenia, a teraz, kiedy nie ma liści, widać wszystkie szczegóły. Ja się dokształcam, czytam i wykopiowuję - jak z leszczyną, jak z lilakami, a róże pnące tak, a wielkokwiatowe siak; wszystko mi się plącze. Dopóki pierwszy raz tego nie zrobię, to tak będzie - w głowie groch z kapustą.

Będzie przez te parę dni mniej gąb do wyżywienia, mniej gotowania i w ogóle używania kuchni, więc może Stary zacznie budowę okapu kuchennego. Przykryje on piekarnik i płytę gazową, zamykając bryłę niby-pieca i też będzie wytynkowany gliną, tak jak ściana całej kuchennej części.

Dziś termometr za oknem pokazywał sześć na plusie, ale ten śnieg w ogrodzie nie zamierza się roztopić. Modlitwa o deszcz wskazana; on mi może pomóc. Bo kiedy tylko pojawi się wreszcie spod śniegu ziemia na miejscu, gdzie od tego roku będę miała ogród warzywny, Stary będzie mi tam mógł rozłożyć kurzy obornik, czego nie zdążył zrobić w listopadzie.
Nie wiem tylko, czy ten śnieg się stamtąd wyniesie, zanim spadnie następny.

Dziś Stary pięknie wyfugował zaprawą glinianą część ceglanej ściany w tylnej sieni. Zdjęcia nastąpią...

Komentuj (0)

17.01.2011 (15:45)

Wczoraj rano Młody odkrył na strychu kolejną mysz, świeżo wyflaczoną przez Dziunię.

Wieczorami chce mi się lodów czekoladowych. I nie chcę już mieć krótkich włosów.
A śnieg leży...

Za to kury przedsięwzięły dziś poważną wyprawę rozpoznawczą, nie bacząc na przeciwności. Byłam w szoku, bo przez półtora miesiąca wychodziły tylko kawałeczek ze swojego domku i dreptały tuż przy drzwiach.
No, jak się teraz zaczną nieść, to aż szum pójdzie po wsi!

Komentuj (0)

19.01.2011 (18:02)

Zdążyliśmy. Grządki przygotowane.

Mnóstwo pracy poszło jesienią w przygotowanie tego kawałka, bo był tam zagajnik śliwek samosiejek i trzeba było najpierw rozebrać fragment ogrodzenia, potem te drzewka wyciąć i wykarczować pnie a wreszcie przekopać porządnie, wyciągając z ziemi plątaninę korzeni po śliwkach i po pnącej róży, która porastała wcześniej ogrodzenie.
Stary przywiózł dziś na te przyszłe grządki z dziesięć taczek obornika i przekopał płytko; teraz, nawet jak znów przymrozi i poprószy, to już wszystko będzie tam pod spodem pracować po cichutku na przyszły sukces hodowlany ("Mamofyen ze wsi SD wyhodowała marchew wielkości litrowej butelki po winie").
Będę teraz miała warzywne grządki blisko domu, tuż przy tylnym wyjściu, które jest otwarte przez całe lato niczym wrota obory. Znajomi, którzy też mieszkają na wsi, w prawdziwej wiejskiej chałupie, powiedzieli nam kiedyś, że u nich drzwi do domu są przez cały dzień zamknięte, również latem. No ja nie wiem, jak oni to robią.

Ja zajmowałam się dziś w obejściu bardziej poetyckimi sprawami, a to pobrałam materiał na sadzonki zielne z moich trzech lawendowych krzaczków (bo lawenda pokazała się właśnie dziś spod śniegu), a to wdzięcznie porozkopywałam czubkiem kaloszka piękne, świeże kretowiska, a to odmiotłam śnieg z salcesonowego placyku przy drzwiach ogrodowych. Przyniosłam też od razu trochę piasku na podłoże do tych sadzonek i wyprażyłam go w piekarniku.
Udrożniłam sobie wyjście przez tylną furtkę; będę teraz mogła znienacka wychodzić rano do pracy bez budzenia domowników okrzykiem: "hej, chłopy, wstawajta i otwórzta mi bramę!"
Mamy bowiem, na skutek grudniowych mrozów, trudności komunikacyjne - rządek cegieł pod bramą spuchł (pewnie spuchł ten lód pod spodem) i brama nie jeździ swobodnie, tylko szura po cegłach, a to już zabawa nie dla mnie; próbowałam, to wiem.

Wyszłam też dziś za furtkę ogrodu, a tam coś jakby wiosna, trawa prawie wszędzie pokazała się już spod śniegu i zapach jakiś inny od pól.
No i co - i poryczałam się.
I definitywnie posprzątałam wszystkie świąteczne dekoracje. Dość. Teraz na oknie w jadalni stoi antydepresant w postaci wielkiego bukietu zielonych brzozowych gałązek i forsycji z żółtymi kwiatkami.

Okazuje się, że płacimy tu horrendalne pieniądze za prąd. Myśleliśmy najpierw, że to normalne w okresie przejściowym, z powodu remontu i używania prądożernych potworów betoniarkopodobnych, ale remont dawno się skończył a tendencja się utrzymuje. Zaczęliśmy więc liczyć kilowaty (kilowatogodziny?), notujemy, obserwujemy - ciekawe, co z tego wyniknie.
Nie poczuwamy się do konsumpcji tego, co wskazuje licznik.

Komentuj (4)

20.01.2011 (19:57)

No i spadło białe gówno, nowe zapasy tam mieli przygotowane.

A ja od paru dni użeram się z różami.
W naszym ogrodzie rośnie ponad pięćdziesiąt róż. Postanowiłam więc naumieć się o nich wszystkiego, żeby je potem prawidłowo pielęgnować i nie zmarnować tego skarbu. Nawet mi nieźle szło, dopóki się nie natknęłam na grupę róż pnących.
Tu się okazało, że w różnych źródłach są podawane sprzeczne informacje, co znacznie utrudnia zaklasyfikowanie róży do odpowiedniej grupy. Nie jest to bez znaczenia, bo od przynależności do grupy zależy rodzaj ciecia, które powinno się stosować, a co za tym idzie późniejsza kondycja rośliny i obfitość kwitnienia.

Doświadczeniem nie bardzo się mogłam wesprzeć, bo po zeszłej zimie moje róże miały mnóstwo przemarzniętych pędów, przycinałam je więc na wiosnę raczej intuicyjnie, a czasem mnie poniosło i poleciałam sekatorem brawurowo, bo mi się zdawało, że tak będzie dobrze. W rezultacie niektóre róże kwitły a inne nie i nie poprzyglądałam się, na których pędach kwitły te, co kwitły, więc nie dysponuję po minionym sezonie porządnym materiałem obserwacyjnym, w rodzaju tabelki tematycznej w WORDzie, uwzględniającej wszystkie kryteria klasyfikacyjne.

Przegrzebałam więc liczne zasoby: posiadane numery Ogrodów i Działkowca, polsko- i angielskojęzyczne strony internetowe (w tym fora ogrodnicze i jedną pracę inżynierską) oraz wszystkie książki o różach i ogrodach na półkach w empiku. Pociągnęłam za języki takich, co róże pnące mają od lat, a także przesłuchałam Starego i zarzuciłam mu nieuctwo.
Uspokoiłam się wreszcie, kiedy przeczytałam na jednym forum komentarz pana, który pisał, że w różnych źródłach podawane są błędne informacje, ze wskazaniem, jakie źródła i jakie informacje. A myślałam już, że mam jajecznicę zamiast mózgu i nie potrafię pojąć najprostszych rzeczy.

Ustaliłam w końcu co następuje i tego się będę trzymać. Weryfikacja nastąpi w ogrodzie pod koniec sezonu wegetacyjnego 2011.

Róże pnące sztywne, ang. climber roses (między studnią a cisem, na ścianie wiatrołapu, na frontowej elewacji)
>charakteryzują się silnym wzrostem i wyprostowanym pokrojem
>kwiaty dość duże, pojedyncze lub zebrane w niewielkie grona, pojawiają się na tegorocznych pędach bocznych od późnej wiosny do jesieni, na ogół w sposób ciągły, albo powtarzają kwitnienie
>rozpinać pędy możliwie poziomo, co pobudza kwitnienie
>na wiosnę pędy boczne skrócić nad 2-5 oczkiem, usunąć wszystkie pędy chore, cienkie i starsze niż 5 lat ;

Róże pnące wiotkie, ang. rambler roses (na bramie)
>grupa róż o luźnym pokroju
>bujnie rosnące pędy przewodnie osiągają długość nawet do 5 m; co roku u podstawy wypuszczają wiele długich i giętkich pędów, na których w następnym roku wyrastają krótsze, boczne pędy kwiatowe z zebranymi w grona niezbyt dużymi, pojedynczymi lub półpełnymi kwiatami
>kwitną tylko raz, ale za to bardzo obficie
>cięcie wiosenne polega na usunięciu martwych, starych i chorych pędów; ubiegłoroczne pędy skrócić o ok. 1/3 (do grubości ołówka)
>usuwać przekwitłe kwiaty, po kwitnieniu przeprowadzić cięcie prześwietlające

Komentuj (6)

23.01.2011 (09:46)

Okap.
Się robi się...





Raport z prac ogrodowych:
>prześwietliłam forsycję - usunęłam jej cztery najstarsze gałęzie, które miały u nasady grubość mojej ręki w nadgarstku; krzaczek złapał oddech, wygląda pięknie; po kwitnieniu czeka ją jeszcze cięcie formujące...
>powycinałam odrosty korzeniowe trzech leszczyn; jeszcze dwie, może dzisiaj...
Z tych wyciętych patyków porobimy sadzonki.
Rozmawiałam też z Andrzejem - na wiosnę ruszymy z pierwszym naszym własnym ulem.

A przedwczoraj rano sarenka znów się pałętała po pasiece.


(3388)

Komentuj (0)

25.01.2011 (17:52)

Tak sobie radzi mała kicia, kiedy nagle wpuszczają do kuchni psy, tak bez ostrzeżenia...



Wczoraj przygotowywałam patyczki na sadzonki forsycji, a dziś wiązałam je w pęczki po dziesięć sztuk. Naliczyłam sto sześćdziesiąt. A w kolejce do pocięcia czeka leszczyna.

Dziś przez cały dzień Stary przygotowywał do wywózki poremontowy złom. Sporo się tego nazbierało, a i czas zrobić porządki w gospodarstwie.
Podobno teraz są dobre ceny w skupie. W końcu będziemy bogaci! (czyt. dożyjemy jakoś do mojej wypłaty)

Komentuj (1)

27.01.2011 (17:17)

Jestem taka dzielna, taka dzielna!
Obejrzałam dziewięć odcinków serialu z angielskimi napisami. I to nie jakieś tam belegówno, że dwudziestominutowe odcinki, tylko poważne, prawie godzinne. Jest to serial Big Love, który bardzo mnie wciągnął i pochłaniałam odcinek za odcinkiem, gdy nagle, w połowie drugiego sezonu, zabrakło mi polskich napisów. Więc niby to nie był żaden akt odwagi, tylko konieczność – jeśli chciałam oglądać dalej, musiałam przekroczyć ten mur. I poszło!

Nie powiem, żebym stuprocentowo wszystko rozumiała... zwłaszcza tego słownictwa biznesowego nie ogarniam, ale nie oszukujmy się – ja tego nie ogarniam również po polsku.
Nie zawsze nadążam czytać te napisy, więc jak są dłuższe kwestie, to sobie na chwilkę zatrzymuję i czuję sie wtedy trochę jak małpa z głębi lasów równikowych.

Jestem jednak dumna z tego, co osiągnęłam i właśnie teraz, z tego miejsca, w tak uroczystym dniu chciałabym podziękować Młodej, która od dawna nieugięcie mnie namawiała, zachęcała, motywowała i życzliwie kopała w dupę.


A tak się przytulamy z dużą suką:

(3550)

Komentuj (5)

31.01.2011 (17:39)

Mój blogasek skończył wczoraj sześć lat. Miał urodziny.
Przez ostatnie trzy lata (czyli, od kiedy mam wgląd do dokładnych statystyk), miał on ponad 41000 odwiedzin. Największa dzienna liczba odwiedzin została odnotowana 15 grudnia 2009 – 78 osób.

Miałam czytelników z Polski, Islandii, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Argentyny, Szwajcarii, Holandii i Irlandii. Ale również, chociaż poniżej 10 odwiedzin - z Australii, Austrii, Norwegii, Belgii, Danii, Chorwacji, Japonii, Szwecji i Czech.
84% odwiedzających to byli czytelnicy z Europy, ale i nieliczni z Azji, obu Ameryk oraz Australii i Oceanii.
W Polsce - najczęściej zaglądano ze Słupska, Szczecina, Krakowa, Warszawy, Wrocławia, Gdańska, Gdyni, Poznania i Krynicy-Zdroju.

Bardzo wszystkim dziękuję i wszystkich pozdrawiam i muszę wyznać, że średnia dzienna liczba odwiedzin, przekraczająca 40, wciąż i wciąż nieodmiennie wprawia mnie w osłupienie!

W dniu urodzin mojego blogaska chciałabym, żeby pod ta notką zostawiło swój ślad jak najwięcej osób – nawet ci, którzy nigdy nie zostawiają komentarzy, nawet ci, którzy nie wiedzą, jak to się robi.
Postarajcie się, ten jeden raz, proszę, proszę, chociaż nick i kropeczkę...
(3790)

Komentuj (29)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów