Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


02.01.2012 (18:57)

Po chryzantemach mrozoodpornych, które już logistycznie mam oswojone (co, od kogo i kiedy), padło mi na róże. W czasie wolnych dni grudniowych spędziłam długie godziny na forum ogrodniczym wśród prawdziwych różomaniaczek i zaraziłam się. Ponieważ mam w ogrodzie około pięćdziesięciu róż, więc można powiedzieć, że przyszłam na gotowe. Lubię to powtarzać: "pięćdziesiąt róż"! To brzmi fantastycznie, jakby było o kimś innym i jak je pierwszy raz policzyłam, to mnie dosłownie zatkało.

Założyłam już różaną tabelkę i cały czas ją uzupełniam; w poziomie mam tam: chciejstwa, poszukiwanie pomarańczowej i posiadane, a w pionie: nazwa, pokrój, stanowisko, kwiaty, zapach, czas kwitnienia, mrozoodporność, zdrowotność, autorzy opinii. Dane biorę od forumowiczek oraz z tematycznych portali różanych z własnymi wyszukiwarkami - polskiego, rosyjskiego i angielskiego, czyli stąd, stąd i stąd.
Poszukiwanie pomarańczowej oznacza, że chcę kupić różę pnącą lub parkową, kwitnącą na pomarańczowy kolor (dziwne, nie?) no i w tabelce umieszczam kandydatki (na razie mam sześć), z których wybiorę tę jedną.
W chciejstwach jest już dziesięć róż, a w posiadanych udało mi się zidentyfikować tylko siedem, bo nie mam wystarczającej dokumentacji fotograficznej, żeby rozpoznać resztę.

Wiedza i doświadczenie różanych maniaczek z forum, a także ich życzliwość i chęć niesienia pomocy oraz rozwiewania wątpliwości budzą mój najgłębszy szacunek i jak dorosnę, chcę być taka jak one.

A tymczasem wiem już, czym różnią się pomiędzy sobą różne grupy róż, a przede wszystkim, które to są climbery, a które ramblery i na których pędach kwitną. Dzięki temu wiem też, jak i kiedy je przycinać, co spędzało mi dotąd sen z powiek.

A te zdjęcia zrobiłam 28 grudnia.



Komentuj (3)

06.01.2012 (17:37)

Leżę, patrzę... lampka za oknem? A to księżyc usadowił się między konarami akacji.



Jak znajdę jakieś rodzynki, dam znać.

Komentuj (3)

13.01.2012 (13:26)

Byłam wczoraj na wywiadówce u Młodego. Myślę sobie: "ostatnia wywiadówka w maturalnej klasie, trzy miesiące do matury, dwa tygodnie do studniówki - na pewno będą tłumy rodziców".
Jakież było moje zdumienie, kiedy ujrzałam jak zwykle kilka osób. Obecni byli rodzice siedmiorga uczniów (na 35!), w tym rodzice trzech dziewczynek o najwyższej średniej w klasie i mieszczących się w dziesiątce najlepszych uczniów szkoły. Komentarzy sobie oszczędzę. Wciąż tylko nie rozumiem dlaczego nadal mnie dziwią takie rzeczy, wszak powinnam zmądrzeć na starość.

Ogłosili w mediach, że są grzyby i że będą, dopóki temperatura nie spadnie do minus pięciu. Jutro więc po tłustym śniadaniu wybieram się z psem do lasu, sprawdzić, czy media nie kłamią.

Na forum ogrodniczym obiecano mi róże - całe stadko kilkuletnich dwukolorowych Nostalgie, tak pięknych, że aż o tandetę zahaczających. Nie lubię dwukolorowych pstrokatych roślin - ani z kwiatów, ani z liści, ale ta róża jakoś mnie posiadła podstępnie i koniec. Hmmm... jak z kotami jako ogółem i Dziunią jako szczegółem.
Trzeba teraz bardzo umiejętnie dobrać jej towarzystwo, żeby nie narobić wiochy. Zamierzam posadzić ją u stóp róży Sympathie, która jest wysoką pnącą różą o ciemnoczerwonych kwiatach, kwitnącą jednak najchętniej na końcach pędów.

Bardzo, bardzo zajmuje mnie prognoza pogody - ogólna i szczegółowa oraz krótko- i długoterminowa, a także kurs Euro, ceny paliw płynnych i zamiary Rady Polityki Pieniężnej względem wysokości stóp procentowych, chociaż na te rzeczy nie mam akurat żadnego wpływu.

Komentuj (5)

14.01.2012 (09:52)

Biała kaszka przysypała mi trochę ogród, ale postanowiłam lekceważyć jej obecność, bo przecież to tylko na chwilę. Ciemiernik ma już piękny duży pąk kwiatowy.



Komentuj (0)

18.01.2012 (22:58)

Słyszałam już od kilku dni, że Owsiak startuje w Trójce z audycją muzyczną, że w środy po dwudziestej drugiej... Ucieszyłam się, bo ja zawsze Owsiaka lubiłam i jeszcze dawny "Brum" mam w pamięci.
Włączam i co słyszę? Szaleństwo! Zamiast spać po ciężkim dniu, rozkręciłam radio na cały głos i tak sobie słucham i mam silne postanowienie zrobić z tego środowy rytuał.

Tak mi to dobrze zrobiło... a ciężko mi jakoś na sercu ostatnio. Ale daję radę, marzę o wiośnie.

Dziś między pracami wyrwałam się do szpitala i tam na onkologii trzymałam Małgosię za chudzieńkie żółte łapki; posiedziałam bardzo małą chwilkę, ale dobrze, że poszłam.
A potem wróciłam do świata, w którym zdrowy na ciele i szalony na umyśle świr znów zagrał główną rolę.

Komentuj (0)

20.01.2012 (21:43)

W pewnym miejscu znana jestem z tego, że zamawiam dwie gałki lodów karmelowych z orzechami laskowymi ilekroć przechodzę obok. Mają tam lody takie sobie, no przyzwoite, ale żaden szał jak dla mnie, pożeracza, znawczyni i konesera. Ale właśnie te karmelowe całkiem całkiem, bo nie są przesłodzone.
Natomiast orzechy laskowe, które tam mają, mogłabym jeść wiadrami. Zamawiam więc te orzechy pod pretekstem, że niby na lody przyszłam i patrzę czujnie panience przez ramię, ile miareczek wsypuje. Czasem dwie, a czasem trzy.
Potem siadam, a panienka przynosi mi te lody i zaczynam konsumować z namaszczeniem, marząc, żeby ta chwila trwała wiecznie.

Dziś też tam byłam, ale musiałam płacić kartą, choć to drobna kwota. Panienka przyjęła zamówienie, postukała na kasie, spojrzała na ladę, po czym mówi: "dowód osobisty mi pani dała".

Komentuj (1)

22.01.2012 (19:51)

Ta parszywa aura zasługuje, żeby nazwać ją samymi niecenzuralnymi przymiotnikami. I rzeczownikami. Sprawia ona bowiem, że nie wierzę w miłość, pieniądze, wiosnę i zdaną maturę.

Żeby się pocieszyć, oglądam wciąż te róże na forum, na fachowych portalach i stronach szkółek. Czytam też książkę "Róże" z 1957 roku, która była własnością mojego dziadka, zapalonego kolekcjonera pięknych i niespotykanych roślin, które gromadził w swoim ogrodzie. Książka pełna jest notatek na marginesach i odsyłaczy, nanoszonych ołówkiem, który jeden koniec miał niebieski, a drugi czerwony. Pamiętam ten ołówek, jakbym go wczoraj widziała.

Okazuje się, że różę pnącą, którą zaplanowałam na frontową ścianę domu pomiędzy dwa duże okna, miał też mój dziadek. Kupił ją w 1952 roku.
Jest to róża New Dawn, bladoróżowa, określana jako porcelanowa, kwitnąca z różnym nasileniem przez cały sezon, wystarczająco odporna na choroby i na mróz, powtarzająca kwitnienie i nie wymagająca pełnego nasłonecznienia.
Jest też określana jako róża samoczyszcząca, co oznacza, że kwiaty nie zasychają na krzewie po przekwitnięciu, tylko opadają - u nas na głowy i pod nogi wchodzących przez bramę.
I pomyśleć, że niektórzy wskazują tę cechę, jako wadę New Dawn, bo im śmieci (!) na ich plastikowe trawniki.

Żeby się pocieszyć, oglądam też projekty, które narysował Stary jakiś czas temu.

Najpierw przebudowa wiatrołapu.
Będzie on nawiązywał stylem do szachulca na elewacji (ta ściana na prawo od wiatrołapu też jest z szachulca, tylko tu nie jest to narysowane). Schody będą drewniane i ażurowe, a do domu wchodzić się będzie od frontu, a nie z boku tak jak teraz. Wykorzystamy istniejącą podmurówkę obecnego wiatrołapu, żeby nie robić zbytniej rozpierduchy, ale jego wnętrze będzie mniejsze (płytsze), niż podstawa tej podmurówki. Przednia jej część to będzie podest przed drzwiami - dla stróżujących piesków.





A tu kurnik - muszę Starego pogonić z tym kurnikiem, bo wiosna za pasem, a drewno i cegły do jego zbudowania czekają. Może by tak na zachętę podpalić stary kurnik? Mam ochotę.





I tak będzie - nie jest kwestią czy, jest tylko kwestią kiedy. A to jest przecież kwestia drugorzędna.

Komentuj (5)

25.01.2012 (21:59)

Zadzwoniła do mnie Zosia. Najpierw cichutko zapytała w smsie, czy można tak na chwileczkę ... i zadzwoniła. I okazało się, że dziś wieczorem będziemy razem słuchać Owsiaka :)

Poznałyśmy się na pierwszym roku studiów; byłyśmy w jednej grupie z alfabetycznego rozdzielnika – ja na be, Zosia na ce. Zosia była ludnością tubylczą z miasta akademickiego, miała więc dom tam, gdzie studia, co było dla większości z nas w jakiś sposób egzotyczne. Przychodziła czasem do nas do akademika, kiedy między zajęciami wpadałyśmy na jakąś herbatkę. Z Collegium Paderevianum do Nawojki było niedaleko, więc można było zdążyć wte i wewte.
Zosia znana była z tego, że słodziła cztery łyżeczki, ale ponieważ miała takt i kulturę, to w akademiku tylko dwie. Była to bowiem epoka kartek na cukier.

Wkrótce Zosia powiła dzieciątko i zniknęła na trochę. Nasze drogi znów się skrzyżowały, kiedy na trzecim roku znalazłyśmy się w siedmioosobowej grupie niedobitków, którzy nie wyjechali z lwią większością na zagraniczny semestr. Studiowaliśmy sobie nadal na miejscu, spotykając się czasami na wspólne omawianie nudnych lektur, które na szczęście ten cymbał Tadeusz miał zawsze przeczytane, więc mogłyśmy notować, co mówił. Ten zeszyt mam do tej pory.

Takie to były czasy, drogie dziatki, trzeba było sobie jakoś radzić bez internetowych super-mega streszczeń wszystkiego. Internetu nie było wcale to a wcale! Ani komórek!
A po pasie zieleni pośrodku Alej Trzech Wieszczów w Krakowie pomykały dinozaury.

Komentuj (4)

28.01.2012 (17:04)

Dziś w szopie na drewno Stary piłował pniaczki i belki na opał, a pies rasy towarzysząco-drepczacej uwił sobie gniazdo w sianie.





Komentuj (3)

30.01.2012 (16:52)

Zimno jest w domu jak jasna cholera. Rok temu tak nie było, zachodzimy w głowę, z czym namieszaliśmy. Stary docieplił wczoraj wełną mineralną jeszcze jeden fragment dachu, czeka teraz na Młodego, żeby to obić płytami g-k.

Zaczęliśmy też zamykać klapę na strych, no bo bez przesady - całe ciepło wyjeżdża do góry przez klapę, żeby kotek mógł sobie przechodzić tam i z powrotem!
Kotek i tak sobie poradził, wydostaje się jakoś na strych, chyba zamienia się w glizdę i przeciska przez wąską szparę. Za to wrócić już nie może i jak chce do domu, to się awanturuje tam na górze i trzeba ją wpuścić.
Dziś około drugiej w nocy przemknęła się śpiącej w sieni Korze koło pyska i zamontowała się w jadalni na krześle. Spała tam do rana.

A na dachu widać w śniegu podłużny ślad z góry na dół, który wygląda, jakby kot zjechał na dupie po śniegu. I zaiste - to musi być właśnie to, niezależnie od faktu, że wszystkie wyjścia i otwory na strychu są pozamykane i naprawdę, nie ma którędy wyjść na dach!

Mam ferie. Codziennie chodzę z Korą na długie spacery polami do lasu i wracamy szosą przez wieś. Co to za pies, co to za pies, ile ona ma w sobie pozytywnej energii i jak ją cudnie rozdaje na prawo i lewo!

Komentuj (4)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów