Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


01.10.2007 (17:17)

Studentka w tym roku jest studentką dwóch kierunków na dwóch uniwersytetach. Od kiedy wyjechała, mogę powiedzieć, że zaczął się dla mnie następny rok szkolno-akademicki.

Zasadziłam dziś w trzech małych doniczkach 3 żołędzie. Zobaczymy. Jeśli coś z nich wyrośnie, będzie na razie rosło na balkonie; dotrzyma tam towarzystwa dwumetrowej już brzózce i półtorametrowej jarzębinie.
Jeszcze w planach orzech włoski i leszczyna. Mój las.

Jakoś ciszej, jakoś leniwiej, jakoś spokojniej, niż rok temu. To dobrze.

Komentuj (2)

04.10.2007 (17:32)

Moja z Młodym rozmowa dziś po lekcjach.

Osoby:
*Młody
*Ja czyli matka
*w tle: Dagmara, najlepsza uczennica w klasie, do której odnosi się zwrot „nawet Dagmara” (np.: „nawet Dagmara dostała czwórkę”)

-Facetka od WOSu kazała Dagmarze przygotować referat, a mnie wypowiedź ustną.
-Ale jak to? Za karę? Za gadanie na lekcji?
-Nie za gadanie, tylko za to, że za nami siedział ktoś, kto gadał, a ona myślała, że to my.
-No tak, bo przecież Dagmara to na pewno nie gadała...
-Nie gadała, ale ja za nią siedziałem.

No i co? Czyż nie powinien zostać politykiem?
Ale ja, matka na to nie pozwolę!

Komentuj (0)

09.10.2007 (18:46)

No dobra, powiem to: testosterony do lufy armatniej i w kosmos!

A ja do SPA. Bo zwariuję.

Komentuj (4)

12.10.2007 (14:48)

Dziś cały dzień snuję się w pracy, jak zombie. Najchętniej położyłabym się gdzieś pod kaloryferem (żeby było ciepło) i przespała te godziny. Tymczasem zwierzchnicy, współpracownicy i klienci oczekują ode mnie czegoś zupełnie innego. Nasycam się więc kolejnymi kawami i jakoś ciągnę.

I jakże tu przyoblec tafty, pantofelki i potuptać na bal?
A mam dziś taki zamiar!

Komentuj (2)

17.10.2007 (19:06)

Kopciuszki mają tak, że jak wbiegają w tych taftach i pantofelkach z powrotem do domu o 4.30 nad ranem, to na powitanie mają syna z gorączką 38.6 i migdałami zawalonymi ropą. Ojciec syna idzie z nim nazajutrz na pogotowie (bo to sobota), a tam ginekolog na dyżurze! Ale bez przesady, na anginie przecież się rozumie.

No i Młody leży, gorączkuje, płucze gardło szałwią, a ja, co już się z tej królewny z powrotem w żabę przemieniłam, chodzę normalnie do pracy, ordynuję antybiotyk przez telefon, a po przyjściu do domu oglądam mu to gardło. Przy czym albo Młody musi usiąść na krześle, a ja stoję, albo on stoi, ale wtedy ja muszę stanąć na krześle.

Już znacznie lepiej, będzie żył; i pyskował.

Komentuj (2)

20.10.2007 (13:41)

Taka myśl mnie nurtuje i to dziś, kiedy jest cisza wyborcza.
Każdy z nas powinien się jednak zastanowić, czy ma kogoś bliskiego, komu mógłby schować dowód do poniedziałku.

Komentuj (2)

25.10.2007 (08:12)

Ten tydzień obfituje w niecodzienne wydarzenia, ale zupełnie nie mam czasu, żeby to opisać, a w dodatku laptop poszedł do naprawy, bo nagrywarka wymaga odnowy biologicznej.
Postanowiłam jednak, że będę tę notkę aktualizować.
Zapiski z tygodnia:

Poniedziałek.
Niby wszystko normalnie, ale niezupełnie. Po pierwsze, zapomniałam na którą mam przyjść do pracy i byłam poszukiwana. Po drugie, zapomniałam, że mam z Młodym iść do okulisty. Ale poszłam, więc dobrze się skończyło, biorąc pod uwagę, że termin oczekiwania na wizytę, to jakieś dwa miesiące.
A to wszystko chyba z szoku powyborczego, bo chyba po raz pierwszy wygrali ci, na których głosowałam. W pierwszej chwili byłam tak oszołomiona, że nie wiedziałam, jak się w takiej sytuacji należy zachowywać.

Wtorek.
Syn po tygodniowej anginie, będąc drugi dzień w szkole źle się poczuł i zwolnił się z ostatnich lekcji. Pokazało mi się przed oczami widmo powikłań nie-z-tej-ziemi i wytrąciło mnie to od razu z równowagi. Ale Młody nie jest durny, poszedł do baru i nażarł się wysokoczosnkowych kołdunów z barszczem, stosując walkę biologiczną z pozostałościami paciorkowca. Poleżał przez jeden dzień jeszcze i wygrał.
A ja tego dnia niańczyłam Filipka. Miałam za zadanie przywieźć go do domu i przekazać tacie. Filipek był grzeczny, a ja byłam bardzo przejęta. Dałam radę.
Przemarzłam jednak tego dnia okrutnie i po przyjściu do domu (przesyconego czosnkowymi oparami) musiałam się ratować obecnym w lodówce advocatem - pierwotnie 200 ml, upite przez nieznanego sprawcę.
No dobra, przez znanego:)
Troszkę wypiłam z kieliszka, mieszając z absyntem, troszkę z gwinta, zanim mąż mi zrobił kawę, resztę zaś wlałam do tej kawy. I nie powiem, zrobiło mi się cieplej. Ale tylko w górnej mojej połowie. Na dolną musiałam zastosować kocyk. Po godzinie byłam jak nowa, wstałam i ugotowałam grochówkę.

Środa.
Rano okazało się, że pojawiła się w czasoprzestrzeni kolejna szansa na zakup świateł do naszego rozbitego samochodu. Zostały zamówione, czekamy.
Potem przeczytałam w gazecie, że umarła nasza sąsiadka, samotna 54-letnia kobieta, którą spotykałam na schodach przez 22 lata. W nocy nie mogłam spać, jakoś mi się o niej myślało i postanowiłam w czwartek iść jednak na pogrzeb, choć nie jestem namiętnym bywalcem takich uroczystości.

Czwartek.
To dziś.

Piątek.
Wybieram się do Gosi. Posiedzimy, pogadamy, wypijemy to co zwykle. Stęskniłyśmy się za sobą.

--------------

Taki tydzień, jak ten, wytrąca mnie trochę z równowagi. Jestem już przyzwyczajona do podążania wydeptanymi ścieżkami i jak są jakieś dodatki nadzwyczajne, to trochę potem nie wyrabiam na zakrętach.
Chyba wolę, jak jest nudno. Zwłaszcza, że ja nigdy się nie nudzę.
A poza tym, zauważyłam już dość dawno temu, że rejestruję w tym ciągu przemijających tygodni tylko piątki. Piątek i znów piątek i jutro znów piątek.
Kiedyś były też inne dni...

Komentuj (5)

26.10.2007 (13:14)

Katechetka Lucyna, szefowa delegatury Kuratorium Oświaty stutysięcznego miasta rozesłała do podlegających sobie szkół pismo, z którego smakowite kąski poniżej:

Szanowni Państwo Dyrektorzy, w związku z licznymi zapytaniami rodziców i nauczycieli, czy szkoły powinny organizować dzieciom święto Halloween, po dokładnym zapoznaniu się z genezą tego święta, chciałabym wyrazić swoje zdumienie, że w niektórych szkołach praktyki związane z tym właśnie świętem weszły na stałe do programów imprez i świąt obchodzonych w szkołach. Sądzę, że młodzi nauczyciele języka angielskiego, nie zadali sobie trudu, aby dogłębnie zbadać co kryje się za tzw. ,,wesołą zabawą”, którą proponują dzieciom.
[...]
Wraz z rozwojem ruchu New Age odradzają się dawne pogańskie kulty z ich obrzędami. Niepokojące jest to, że odradzanie się starych zwyczajów następuje pod płaszczykiem zabawy– przebierania się w kostiumy czarownic, upiorów, wampirów czy kościotrupów.
Wydrążona dynia to symbol dusz potępionych.
[...]
Najsłynniejsza halloweenowa parada odbywa się co roku w Greenwich Village na nowojorskim Manhatanie i jest organizowana głównie przez miejscowych gejów.
Tradycje druidów zostały również zawłaszczone przez satanistów, dla których noc Halloween jest szczególnym czasem – odbywają się wówczas ,,czarne msze” i orgie seksualne, związane z jednoczeniem się z demonami, co potwierdzają świadectwa byłych satanistów.
Ze smutkiem należy uświadomić sobie fakt, że Halloween jest kultywowany także w katolickiej Polsce. Ci, którzy serwują te ,,zabawy” dzieciom, są kompletnymi ignorantami.
Ta ,,dobra zabawa” może być pierwszym krokiem do inicjacji w świat okultystyczny czy demoniczny, naprowadza na wiele typów niebezpiecznych tradycji i wierzeń. W jaki sposób kształtujemy wrażliwość dziecka dostarczając mu już samych symboli czy raczej znaków jak śmierć, krew, odrażające kościotrupy albo duchy.
Biorąc pod uwagę powyższe informacje, musimy zdać sobie sprawę, że dalsze przyzwalanie na promowanie pogańskich zwyczajów będzie prowadziło do pomieszania pojęć i niezrozumienia zwłaszcza przez młode pokolenia, głębi uroczystości Wszystkich Świętych i wspomnienia wszystkich Zmarłych. Rodzice i nauczyciele powinni ze szczególną troską pielęgnować w dzieciach piękno polskiej i katolickiej tradycji.


Oto popłuczyny po rządach pisiorów. Mam nadzieję, że już ostatnie.
(Co nie znaczy, że w szczególny sposób bawi mnie osobiście to durne święto!)

Komentuj (10)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów