Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


06.10.2009 (19:34)

Zawsze powtarzam, że sport jest szkodliwy, a nie żadne tam dobroczynne ma działanie. Może sport, to za dużo powiedziane, ale w celu rozruszania swojego leniwego cielska uprawiam chodzenie do pracy pieszo, przynajmniej połowę codziennego dystansu. Przyzwyczaiłam się już chyba i jest to nawet przyjemne.

Dziś jednak było nieprzyjemnie, a mianowicie podczas przebiegania przez ulicę chwycił mnie bardzo silny kurcz łydki i ponieważ nie mogłam podkurczyć paluchów i sobie szybko z tym poradzić, bo musiałam śmigać przed nadjeżdżającymi samochodami, to skurcz dokonał swego dzieła i unieruchomił mnie na amen. Nie wiem, jak dopadłam krawężnika, ale teraz już rozumiem, jak to się dzieje, że pływacy zostają nagle topielcami, bo złapał ich kurcz łydki w wodzie.

Wszystkie próby ruszenia z miejsca różnymi sposobami kończyły się przeszywającym bólem, zadzwoniłam więc po Starego, żeby przybył mi z odsieczą. Nie zdążył jednak, bo okazało się po chwili, że stoję sobie właśnie przed domem uczennicy z mojej szkoły, którą mamusia zawoziła na ósmą na lekcje i zabrały mnie ze sobą. Jak to dobrze być sławną bibliotekarką!

W pracy pocierpiałam sobie trochę a po dwóch i pół godzinie zadzwoniłam do przychodni i pan doktor zaprosił mnie na zastrzyk z papaweryny. Poszłam więc, ale nic to nie pomogło, bo jakże miało pomóc, skoro papaweryna silnie rozkurcza mięśnie gładkie, a ja mam w łydce same prążkowane. Stary zawiózł mnie z pracy prosto do apteki, gdzie zakupiłam ratunkowy magnefar B6, a w pobliskim sklepie czekoladę gorzką 70% i sok pomidorowy. Po skonsumowaniu tego wszystkiego w kolejności naprzemiennej i wsparciu przeciwbólowo ketonalem, odczułam lekką chęć zwrócenia całości, ale byłam twarda i dałam radę.

Leżę całe popołudnie, ponosząc konsekwencje wdrażania zdrowego stylu życia i rozważam pójście na zwolnienie od jutra.

Komentuj (9)

10.10.2009 (18:13)

Jadąc wczoraj autobusem do pracy słuchałam pewnej rozmowy. Właściwie była to seria pytań, zadawanych starszemu panu przez znajomą, chyba głuchawą trochę, bo bardzo głośno mówiła. Rozmówca odpowiadał niechętnie i mrukliwie, monosylabami.

-Na jedynkę się pan przesiądzie?
-Mhm.
-No tak, na jedynkę. A nie lepiej na dziewiątkę, z dziewiątki ma pan bliżej. Tylko przez ulicę i już pan jest na cmentarzu. A od jedynki to trzeba jednak iść kawałek...
-Mhm.
-Świeczkę pan jedzie zapalić?
-Tak.
-To ile już lat żona nie żyje?
-Cztery.
-Mój Boże, pan to taki dobry mąż! Drugiego takiego trudno znaleźć...

Tym sposobem dowiedziałam się, że dobry mąż to taki, którego żona nie żyje. I wydaje mi się to nawet całkiem logiczne.

Komentuj (3)

13.10.2009 (22:46)

Straciłam wszelkie złudzenia, co do pogody, co do pory roku. Jest sztorm, cofka, wichura, deszcz i grad. Bałtyk wciska się do rzeki, deszcz i wiatr też wciskają się wszędzie; ma być gorzej.

To ten czas, kiedy mam ochotę kupić sobie flaszkę wódki i postawić ją pod łóżkiem, żeby móc łyknąć przed snem.

Ale takich chmur jak u nas, to nie ma nigdzie...





To dziś około wpół do siódmej, po zachodniej stronie nieba.

Komentuj (3)

15.10.2009 (15:37)

Odebrałam wyniki badań, zleconych mi przez lekarza po tym sportowym wydarzeniu roku i okazało się, że wszystkie wyniki od góry do dołu włącznie z poziomem żelaza i magnezu, jonogram i morfologię - wszystko mam super i można mną orać pole. Więc wyszło na to, że niepotrzebnie zjadłam przez tydzień tyle gorzkich czekolad, soków pomidorowych i magnezu w tabletkach.
Grunt, że gwoździ nie trzeba będzie jeść.

Dziś zanieśliśmy do sądu podanie o przyśpieszenie tych spraw z księgami wieczystymi.
Dom naszych marzeń stoi i czeka, my też czekamy. Zaczynam powoli wierzyć, że on może być nasz.
Ponieważ Stary ma charakter, jaki ma i rzadko się przejmuje czymś na zapas, to ja muszę robić to za niego. Zaczynam się więc stresować tym, ile to będziemy musieli się stresować, kiedy ta cała maszyna ruszy.

Zapowiada mi się weekend atrakcyjny dla ciała i dla ducha. Już się cieszę.

A dla stęsknionych za nowościami wydawniczymi dwie propozycje:





No i proszę - o miesiączce mała, ale o siusiakach to już wielka. Znów dyskryminacja kobiet!

Komentuj (5)

17.10.2009 (16:18)

Od dawna towarzyszyła mi taka myśl, że ten nasz dom już gdzieś jest. No bo przecież jeśli to ma być dom przedwojenny, to wiadomo, że on już istnieje, że stoi i czeka, tylko jeszcze wzajemnie się nie znamy. Z jednej strony było to bardzo podniecające, ale z drugiej, to jednak martwiłam się trochę, że może stoi sobie opuszczony i nieogrzewany, a w czasie deszczu woda leje się przez dziury w dachu...

Tymczasem znaleźliśmy kandydata, który nas zauroczył, jednak na razie powstrzymują nasze działania pewne okoliczności, więc tylko stoimy w blokach startowych. Jednak obejrzeliśmy go już i poniżej konkrety.

Zalety:
>rok budowy – 1918
>powierzchnia działki - 9472 m2 (prawie hektar!)
>dopuszczalna odległość (do 20 km) i dobry dojazd drogą krajową (ale i rozsądna od niej odległość)
>wieś nieduża i otoczona lasem, bez zbędnej infrastruktury w rodzaju szkoły czy kościoła
>usytuowanie domu na niewielkim wzniesieniu, w najwyższym punkcie wsi (więc sucho)
>obejście schludne i zadbane, widać, że właścicielka, która mieszka tam, uwaga... od pięćdziesięciu lat (!) dba o wszystko
>dach w dobrym stanie i nieprzeciekający, z dachówek cementowych
>2 niezależne wejścia – można urządzić bezkolizyjną pracownię dla Starego
>prawie od razu do zamieszkania (jednak kuchnia z łazienką syf syfiasty)

Wady:
>trzeba natychmiast, przed przeprowadzką, urządzić kuchnię i łazienkę (i to w innych miejscach, niż są obecnie)
>podłogi na dole do wymiany
>powierzchnia domu (250 m2), niby za duża, ale jest to liczone razem z poddaszem (a te dwa pokoje na poddaszu służyłyby nam jako pokoje letnie, bo dach jest nieocieplony i na zimę trzeba górę zamykać, żeby na dole nie było zimno)
>wysoka cena (ale udało się już wynegocjować co nieco)

Boję się: kredytu, formalności, czekania, chłodnych poranków, much, że ktoś przed nami kupi ten dom.
Nie boję się: przeprowadzki, błota, dojazdów, pracy w domu i ogrodzie bez końca.

Tak jest teraz:


Tak byśmy chcieli to zmienić:


Komentuj (10)

28.10.2009 (18:03)

Przypomniało mi się dzisiaj, że jak byłam młodsza, to często mi się śniło, że latam. Normalnie fruwałam, machając powoli rękami - jak skrzydłami; a może i miałam skrzydła, nie pamiętam...
W każdym razie to latanie było we śnie czymś normalnym, czymś dobrze znanym, co robi się często, co nie sprawia trudności.

Czasem był to lot nad chodnikiem, prowadzącym do domu mojej mamy dość stromo pod górę; wtedy zawsze leciałam niewysoko, ze dwa metry nad tym chodnikiem i niezbyt szybko, tak sobie bez pośpiechu.
I czułam wyraźnie to odpychanie rękami i nogami powietrza, tak jak w czasie pływania odpycha się wodę. I wiedziałam, że to właśnie pozwala mi przesuwać się do przodu. Pamiętam też, jakie to było uczucie, kiedy wznosiłam się czasem wyżej, a potem znów opadałam w dół. Nigdy nie bałam się, że spadnę.

Nie wiem, dlaczego już dawno mi się to nie śniło. Fajne to było. Właściwie, to mogę powiedzieć, że czuję się tak, jakbym kiedyś umiała latać, ale już dawno nie ćwiczyłam.

Komentuj (4)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów