Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


04.10.2010 (12:16)

Szła sobie przez las grzeczna mała dziewczynka... chociaż trochę stara, to prawda; ale mała. I grzeczna.

Była piękna sobota; dziewczynka postanowiła wreszcie zaliczyć tamtą stronę lasu za szosą, gdzie jest więcej grzybów. Do tej pory chodziła całkiem gdzie indziej, ale za to bezkolizyjnie, polami-bezdrożami... Z pieskami tak było wygodnie. Jednak: „tam niech pani nie chodzi, tam nie ma grzybów, wszyscy chodzą za szosę” powiedziała młodzież wiejska obeznana w temacie.

Więc poszła.
Z koszykiem, z nożykiem, ze smyczą dla szczenięcia – bo ta szosa.

W lesie słońce przesiewało się cudnie przez gałęzie, wietrzyk powiewał, pieski pomykały w pobliżu. Szła sobie tak chwileczkę i jechał leśną drogą czerwony traktor. I zatrzymał się po chwili... i wysiadł z niego zły leśniczy.
-Czy można panią prosić? – zapytał służbowo. –Dlaczego psy biegają po lesie bez nadzoru?
-Jak to bez nadzoru, przecież ze mną są... one są grzeczne, nigdzie się nie oddalają... – zaczęła.
-Za puszczanie psa bez smyczy w lesie grozi mandat w wysokości pięćset złotych. I co, rozmawiamy dalej? – zapytał obcesowo zły leśniczy.

Przeprosiła i obiecała natychmiast psy uwiązać, chociaż wiedziała, że ma tylko jedną smycz dla szczenięcia. A zły leśniczy stał i patrzył i czekał. Złapała szczenię, które, jak to szczenię, niezbyt jeszcze nauczone przychodzenia na komendę, myślało, że to jakaś zabawa z tą smyczą i nie bardzo współpracowało. No a potem musiała wziąć na rękę starą sunię, bo dla niej smyczy już nie miała. A sunia, niedowidząca i niedosłysząca, źle lokalizująca w lesie źródło dźwięku, też się nie popisała intelektem.
-I w dodatku te psy w ogóle pani nie słuchają – stwierdził z okrucieństwem zły leśniczy.

Spłoszona, spocona i zestresowana oddaliła się czym prędzej, nie myśląc już wcale o grzybach, a tylko o tym, żeby jak najszybciej wrócić do domu i przypadkiem znów się na niego nie napatoczyć.

-O kurwa! – pomyślała dziewczynka kilka godzin później. –To ja dwadzieścia pięć lat mieszkałam w bloku, zawsze miałam psa, zawsze zabierałam go do lasu i nigdy przenigdy na smyczy!!! A teraz, kiedy mieszkam na wsi i prawie w lesie... teraz mam po tym lesie pieski na smyczy prowadzać?!
O podły losie!

Komentuj (7)

09.10.2010 (07:44)

Byłam przedwczoraj gwiazdą jednego wieczoru, wcale o tym nawet nie wiedząc. Wielokrotnie wyczytywano przez megafony moje nazwisko w Castoramie, zapraszając mnie do punktu informacyjnego, wciąż i wciąż od nowa. Mnie tam jednak nie było i wzywano mnie nadaremnie.
Pojawiłam się natomiast następnego popołudnia, kiedy przywiódł mnie tam, w panice zrekonstruowany, przebieg wydarzeń poprzedniego wieczoru.
Zgubiłam otóż moją kartę bankomatową, co uświadomiłam sobie przy próbie zakupu białej bluzki na piątkowe rozdanie Oskarów, w którym będę uczestniczyć. A stało się to w momencie, kiedy wyjątkowo co prawda i przelotnie, ale miałam środki na tym koncie, więc tym większą panikę zaliczyłam.
Wiedziałam, że nikt mi jej nie ukradł, bo robiłam w ciągu dnia przelewy z konta i żadnego niekontrolowanego wypływu nie zauważyłam – więc tak całkiem w histerię nie wpadłam. No i okazało sie, że w czwartek wieczorem, kiedy przed samym powrotem do domu korzystałam z bankomatu w Castoramie, karta mi wypadła i ktoś ją oddał do informacji.
Dziękuję Ci, Ktosiu.

A co do Oskarów, to owszem, można gratulować, ale zazdrościć nie ma czego. Sam splendor - kasy nie dają i jeszcze wypominają wiek!

A na wsi... kury niosą się nierównomiernie, Stary szaleje, ryjąc ogród w resztkach gruzu, wyrywając płotki i wkopując je gdzie indziej... a ja muszę dziś wykopać korzeniowe, bo już czas najwyższy i polecieć do lasu wyzbierać te opieńki, co tam wyrosły.

Potrzebuję przepis na podkrój talii w spódnicy z półklosza.

Komentuj (1)

17.10.2010 (13:34)

Zawieźli kota do weterynarza. Odrobaczyli, odpchlili, umówili się na szczepienie. Weterynarz założył jej książeczkę zdrowia, a oni bezczelnie i perfidnie kazali mu tam wpisać imię Dziunia.
Kupili żwirek, kuwetę w kolorze yellow oraz profesjonalną sitkowatą łopatkę do odsiewania tego, co się robi ze żwirku po nasikaniu.
Posprzątali na górze, w pokoju kota. Bo kot mieszka owszem na strychu, ale już śpi w sieni, na krześle, ustawionym wysoko, wysoko - na szafce z butami, która stoi na biurku - żeby psy nie zeżarły Dziuni podczas snu.
Krzesło jest tapicerowane, a jakże. No a kocyk jest różowy...



Komentuj (1)

18.10.2010 (21:36)

Jesienne prace w obejściu nieuchronnie dopominają się o swoją kolej. Dziś Stary uszczelnił daszek nad sypialnią i jadalnią - to ta nowsza część domu, która była dobudowana w latach dwudziestych lub trzydziestych dwudziestego wieku. Papa była tam spękana, a tu, gdzie szczytowa ściana piętra styka się z połacią dachu była nieszczelność i po trzydniowych ulewnych deszczach we wrześniu, pojawiła nam się plama na suficie sypialni.

Zaczynają się rozsychać sosnowe deski na podłogach, tu i ówdzie pojawiły się szczeliny. Wcale nam to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. W bloku na przykład zawsze irytowało mnie piszczenie zawiasów drzwi, kiedy to po ustaniu sezonu grzewczego wzrastała wilgotność powietrza; zaraz atakowałam je z oliwą i jakimś zaimprowizowanym pędzelkiem. Tutaj piszczenie i skrzypienie drzwi, to jest coś zupełnie innego i nawet by mi do głowy nie przyszło z tym walczyć....

Dostaliśmy od Beaty stare drzwi malowane na olejno, dzięki czemu nie musieliśmy już kupować drzwi do wiatrołapu. Młody wyczyścił je elegancko z tej grubej warstwy farby i wyglądają teraz przepięknie. Bardzo już widać, jak były potrzebne, zwłaszcza rano, jak się wychodzi z sieni do wiatrołapu – różnica temperatur jest zauważalna przy pierwszym oddechu.

Kupiliśmy do jadalni deski podłogowe z prasowanego bambusa. Chłopy muszą teraz dokończyć szpachlowanie jadalni i pomalować ją (farba też już czeka) i ułożyć tę podłogę. Wtedy można już będzie zamocować progi między pomieszczeniami, bo tam jeszcze wystaje czarna folia i niepięknie wygląda.
Kupiliśmy też szerokie drewniane opaski do wykończenia otworów drzwiowych, wykładzinę dywanową do tylnej sieni i taką zwykłą zmywalną wykładzinę do wiatrołapu. Przyjechały też kupione na allegro mosiężne karnisze, na których zawiesimy w trzech oknach od frontu moje firanki z prześcieradła i własnej roboty koronek.

Przy tylnym wyjściu Stary ułożył w sobotę salceson z cegieł i kamieni; będzie to wykończenie placyku, gdzie przy ścianie domu stanie ławka z naszego miastowego balkonu – wygodna, długa i szeroka. To wschodnia strona, wymarzona na poranną kawkę w słońcu.



Bardzo pięknie też już wygląda przednie podwórko i jego połączenie z placykiem gospodarczym – nasz śmietnik mieszka w naprawdę miłym miejscu!



A spódnica z połowy koła jest zdecydowanie nie na moją dupę. Zapomniałam o tym, bo dawno nie miałam takiej spódnicy, ale wyszła porażka. Nic to, przerobię ją na ćwierć koła i będzie OK.

Roznosi mnie energia, chciałabym robić wszystko naraz. Wkurza mnie to, że tyle godzin dziennie muszę spędzać w pracy, a tu czeka taka masa roboty!
I obezwładniają mnie ludzie, którzy dają się nieść temu życiu jak gówno na powierzchni wody. To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić, ale jak się wydarzy – pozamiatane!

I jeszcze na koniec, dla mojej Siory – Dziunia w pełnej krasie, w drodze ze szczepienia.





Komentuj (5)

22.10.2010 (17:26)

Stary siedzi od wczoraj na górze. Tłucze się, wali czymś, szeleści i stuka. A kiedy pytam, co tam robi, odpowiada: "przygotowuję poddasze do termomodernizacji".

Dziś wstali o szóstej, żeby Młody zdążył przed szkołą (ot smutny los dziecka wiejskiego, odsłona kolejna) i pownosili na górę belki i deski z odzysku (porozbiórkowe). Termomodernizacja ruszyła.

Stary robi tam strop nad sienią, a potem ze zdemontowanych ram okiennych zbuduje ściankę, która oddzieli jeden ze skosów. Ta część (sień i część strychu do tej nowej ścianki) będzie ocieplona; zaanektowany skos awansuje do roli pralni i suszarni. Będzie można wyprowadzić pralkę z łazienki.
Ocieplony będzie również strop nad górnymi pokojami - no po prostu, Dziunia będzie miała cieplejsze mieszkanie.
Drugi skos pozostanie zimnym nieocieplonym strychem.

Wczoraj oberwaliśmy resztę winogron, którym jednak brakowało jeszcze trochę do osiągnięcia stanu dojrzałości. Ale cóż, zima za pasem, a one już bardziej nie dojrzeją, zresztą opadały już same. Nastawiliśmy więc winko.

I kupiliśmy dziś 20 kg poszatkowanej kapusty do zakiszenia.

Prawie codziennie wracając z pracy myślę sobie: "nic nie robię dzisiaj, zmęczona jestem", ale jak tylko przechodzę przez bramę, dostaję jakiegoś kopa i zapominam o tych obietnicach. Może ta brama, to jakiś magiczny portal?

Komentuj (5)

24.10.2010 (20:36)

Wybudowana na górze ściana wygląda, jak profesjonalny szachulec, który był tam zawsze.
Nic dziwnego, skoro powstała ze starych belek i desek, które były wcześniej w tym domu, tylko w nieco innych miejscach. I nic dziwnego, skoro robili ją moi chłopcy.

Before:


Trochę after:


Całkiem after:


A widziane z dołu ściana z otworem na drzwi i sufit na poddaszu (już ocieplone), wyglądają tak:


Czy ktoś mi powie, skąd się biorą te białe plamki przy robieniu zdjęć z fleszem i czy stosuje się na to jakieś mądrzejsze środki zaradcze, niż wycieranie owiniętym wokół palca t-shirtem tego małego szkiełka z przodu aparatu???
I dlaczego przy niektórych zdjęciach się robią, a przy innych, robionych kilka minut wcześniej/później się nie robią???

Komentuj (11)

28.10.2010 (21:01)

„Populacja myszy domowej w naszym gospodarstwie zmalała o dwie sztuki” – zameldował wczoraj rano Stary, po porannej lustracji piwnicy. Bo te cholery teraz się wprowadziły do piwnicy. Ale nic dziwnego, skoro zainstalowałam im tam dwie skrzynki żarcia w postaci zakopcowanej marchewki i pietruszki.
Kolejna noc przyniosła jedną zatrzaśniętą pułapkę bez ofiar, ale następnego dnia znów dwie się złapały. Na poddaszu Dziunia dba o stan bezmyszowy, ale przecież nie zamknę jej, biednej małej Dziuni, na noc w piwnicy!
A tam, oprócz pietruszki i tej obgryzionej już marchwi mam przecież różne różności bezbronne i bezsłoikowe – ziemniaki, kiszoną kapustę w kamiennym garze, cebulę. No i mamy jeszcze inne plany z tą piwnicą związane, które wkrótce będziemy wprowadzać w życie i absolutnie myszy tam nie wchodzą w rachubę!
Umówmy się tak – w domu od dołu do góry mieszkają oprócz ludzi dwa psy i Dziunia i na tym poprzestaniemy, jeśli chodzi o inwentarz żywy. Myszy i muchy tępimy, pająki na papierku wynosimy do ogrodu. A krety w ogrodzie robią, co chcą i zupełnie to na mnie nie robi wrażenia.

Ogród nie jest jeszcze przygotowany do zimy i niestety, trzeba się będzie sprężyć w ten weekend. Pewnie będę robić to sama, bo testosterony wciąż zajęte w domu przy hardcorowych robotach.
Niby natyrałam się tydzień temu, okiełznałam trochę winogrona – no, przynajmniej pozdejmowałam je z jaśminowca i z bzów, póki ich jeszcze nie wyrwały z korzeniami. Poprzycinałam też wielkie przekwitłe kępy kwiatów i usunęłam zielsko wokół dwóch zaledwie drzewek. Przykryłam też zioła, ale dziś je odkryłam, bo to bez sensu; jest tak ciepło i wydawało mi się, że one się uduszą tam pod tym przykryciem.
Trochę porządniej już to wszystko wygląda, ale to tylko kropla w morzu. Przebudową ogrodu będziemy się zajmowali w następnych latach i dlatego nie bardzo mi się teraz chce angażować. Jednak to, co konieczne, muszę zrobić.
Czasu jakoś mało, przydałoby się być już na emeryturze, a nie - ciągle jeździć do tej pracy. Ale nic z tego. Jestem za młoda, tralalala!

Winogrona puszczają sok, który od razu, bez żadnych pieszczot wstępnych, pachnie wińskiem. Ze śliwkami było inaczej – sok najpierw był sokiem.
Ciepło jest, jesień cicha i łagodna. Chce mi się kaczki pieczonej, natartej majerankiem, z pysznym nadzieniem. Powiedziałam Karolinie...

Czy to prawda, że zaraz listopad?

Komentuj (1)

29.10.2010 (18:52)

Dziś jest jeden z czterech specjalnych dni w tradycji buddyzmu tybetańskiego, kiedy to efekty wszystkich naszych pozytywnych, ale i negatywnych działań, mnożone są 10 milionów razy...

Komentuj (2)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów