Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
2009
2008
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


07.10.2011 (18:41)

Jestem. Przyjechaliśmy wczoraj, przywieźliśmy mamę na miesiąc.
Nie mam siły pisać notki. Rzeczywistość mnie przytłacza.

Jakby mi ktoś powiedział miesiąc temu, że wytrzymam ponad trzy tygodnie bez netu, to bym mu się w główkę popukała.

Komentuj (5)

08.10.2011 (21:39)

Majorka zamajaczyła na horyzoncie...

Komentuj (2)

10.10.2011 (21:26)

Jakoś przeżyłam ten pierwszy dzień w pracy po takiej długiej przerwie. Zobaczyłam dziś znów kilka mordeczek, za którymi się prawdziwie stęskniłam i kilka ryjów, których mogłabym przez dalsze trzy tygodnie nie widzieć.
Z tym, że obie listy nie są jeszcze zamknięte.

A od poniedziałku jak nie urok to sraczka.

Młody wreszcie został pozbawion swojego przetrwałego mleczaka, który przysparzał mu problemów od dłuższego czasu. Zwykła dentystka nie dała rady i musiał tu pośpieszyć z pomocą dzielny chirurg szczękowy wyposażony w sekretne narzędzia i umiejętności.
A mleczak to był jak dąb.

Mamy problem z Korą, bo porobiły jej się między paluszkami takie twarde kołtuny, które sprawiają ból. Mała terierka też tak czasem miała i wycinałam jej sama te dredy małymi nożyczkami, nie było problemu. Natomiast ta smarkula tak histeryzuje, że nie ma nawet mowy o podobnych pomysłach. Ledwo zdołałam jej wymacać te paluszki; wydaje mi się, że tam jest jeden ten kołtun, ale może jest i kilka, bo ta cholera wierzga, szarpie się i miota i uniemożliwia badanie, a co dopiero jakiś zabieg. Próbowaliśmy ją potraktować siłowo (Testosterony unieruchamiają, ja operuję), ale odstawia wtedy taką panikę, że autentycznie się boimy, że coś sobie zrobi, złamie, zwichnie, cholera wie.
Stary był dziś u veta i niestety, trzeba będzie ją spacyfikować głupim jasiem, a pan doktor zrobi co trzeba i zainkasuje.

Mama słaba jest jak mucha po tym szpitalu i ledwo nogami powłóczy. Cały dzień dziś prawie przespała. Deszczowa pogoda zawsze ją dołuje i pozbawia sił, a teraz sprawę pogarsza jeszcze fakt, że jakiś ból francowaty wlazł jej w szyję. Smarujemy, wygrzewamy, ale bez cudów.

A mnie napieprza kręgosłup, bo kłaniają się teraz te trzy tygodnie przerażenia i bezruchu - siedzenie w szpitalu, siedzenie w domu, siedzenie, siedzenie, siedzenie. Poza tym jestem nadal tak zestresowana, że czuję się jak mokra szmata zawiązana na supeł.
I niech ktoś spróbuje to rozwiązać.

Komentuj (6)

13.10.2011 (22:35)

No lepiej jest, lepiej, ale ja jestem tak wykończona mijającym tygodniem, że nie mam siły pisać.
Może jutro...

Komentuj (2)

14.10.2011 (20:06)

Dorota wczoraj a ja dzisiaj piję wino. Oj, należało mi się po tym tygodniu, a zwłaszcza po tych poprzednich trzech tygodniach. Dziś już od rana czuję pociąg do alkoholu i dałam mu upust, wykopawszy uprzednio buraczki i pietruszkę, nać osobno, korzeń osobno.
Teraz spijam drugi kieliszek i miętko mi się w głowie robi, lubię to.
I nie zadbałam o towarzystwo, bo tu dosłownie nie ma się z kim napić. I nawet lusterka nie postawiłam przed sobą.

Matka moja Maria mówi, że wina nie lubi.
Córka moja, co się z nią lubię napić czasem, nieobecna jest.
Syn mój również nieobecny jest, ale z nim, choć pełnoletni, nie pijam, bo z gówniarzami nie pijam. Najpierw matura.

Małżonek mój zaś najczęściej stanowi grupę kontrolną - znaczy ktoś w rodzinie jednak powinien być czeźwy.

Komentuj (2)

16.10.2011 (20:40)



To jest zdjęcie komunijne mojej mamy; siedzi tu na kolanach swojego ojca, a mojego dziadka Ludwika, na balkonie domu w Zakopanem, gdzie wtedy mieszkali; rok 1945.
Piękne jest to zdjęcie, z przyjemnością oprawiłam je w ramkę i na razie stoi w jadalni na komodzie.

Komentuj (2)

20.10.2011 (20:46)

Moi drodzy czytelnicy, wsiąkłam trochę ostatnio w forum ogrodnicze i myszkuję tam, podglądam, szperam, węszę, a nawet piszę i dlatego nie było mnie tutaj.

Odbiło mi teraz z kolorowymi chryzantemami o drobnych kwiatkach, tymi, które przetrzymują nasze zimy. Chcę je mieć, kupować, dostawać, kraść, kolekcjonować. Podglądam w ogródkach wsiowych i miastowych, w parkach i na klombach, no i na tym forum właśnie, aż ślina mi cieknie, no ale cóż, to nie czas na ukorzenianie, muszę wstrzymać się z tymi bólami do wiosny, wdech-wydech.

Ale tak myślę, że skądinąd byłoby rzeczą praktyczną nosić zawsze w torebce łopatkę. W końcu mam w tej torebce cuda świata całego to i dla łopatki miejsce by się znalazło.

Mam jedną nóżkę bardziej; w kolanku mam ją bardziej, a tu jutro impreza tańcująca. Już wymyśliłam, że chyba nie pójdę, no bo jak tu z takom nużkom, ale na mnie dziewczynki nawrzeszczały, no to cóż, pójdę w celu spożywać, nie tańcować.
A nóżka zepsuła się była w niedzielę, kiedy to ganiałam po ogrodzie psa, który ganiał kurę i miętosił ją łapami i mordą. Nie było to łatwe, złapać tego psa, no bo za co? Za włosy na szyi go złapałam oburącz i ciągnęłam, ale nie szło. No to wzięłam tego psa oburącz, wykonałam rwanie i niosłam i poprawiałam i znów trochę niosłam, a jak już doniosłam do schodów te dwadzieścia cztery kilogramy, to ta małpa mi się wyrwała i dalejże tę kurę znów w obroty.
Bez tchu wpadłam do domu po smycz z obrożą i jak po chwili znów ją złapałam, to nie wiedziałam, jak się nazywam, a co dopiero imiona rodziców i nazwisko panieńskie matki.

I wtedy usłyszałam, jak kolanko do mnie przemówiło. A już było prawie, prawie dobre po czterech tygodniach starań.

I po co ja tę kurę ratowałam, to nie wiem; zwłaszcza, że to była kura sołtysa, która wtargnęła na nasze terytorium.
A niechby się psina pobawiła.

Komentuj (1)

23.10.2011 (11:32)

Buddyści mają rację, że ważne jest tylko to, co teraz, tylko "tu i teraz".
Jak pomyślę, że denerwowałam się kiedyś, jak jeszcze mieszkaliśmy w bloku, że ciągle pełno piachu na podłodze, gderałam, zamiatałam, pomstowałam. Ach jaka byłam głupia! Tu i teraz jest sto razy tyle piachu i tak naprawdę, to ten mały piesek, który wtedy tam był winowajcą, tu zupełnie nie ma znaczenia. Bo ten cały piach przynosi oczywiście na tych swoich futrzanych kapciach głównie duży pies.
Albo z tą wagą. Pamiętam, że jak po studiach przyjechaliśmy tu i osiedliliśmy się w Mieście, to ważyłam 54 kg i byłam nieszczęśliwa, że taka jestem gruba. A trzeba było się cieszyć!
Więc dbajmy o to dobre, co jest teraz. I nie denerwujmy się tym złym, bo nie warto - pięć minut temu j e s z c z e tego nie było, a za pięć minut j u ż tego nie będzie.
Wiśta-wio, łatwo powiedzieć! Zwłaszcza, że w pracy grasuje świr o osobowości maniakalnej.

Wczoraj urządziłam psi salon fryzjerski na słoneczku na ławce za domem i dwie godziny minęły jak w mordę strzelił. A Kora teraz wygląda tak:


Stary porządkuje szopę, co, jak powiedział, ma na celu wyrzucenie cudzych śmieci, żeby było gdzie trzymać własne.

Komentuj (6)

25.10.2011 (22:33)

Proza:
Wróciwszy wczoraj z pracy po szesnastej posiałam marchew, pietruszkę i posadziłam czosnek, uświęcając dzień korzeniowy. Zdążyłam jeszcze skoczyć w pole i nazbierać trochę jarzębiny, bo tak sobie wymyśliłam, że do jednego wina jabłkowego trochę dorzucę. Nie wiem, czy pisałam - dwa balony jabcoka gulgoczą w łazience.
Stary sprząta te szopy i sprząta i odwalił taki kawał roboty, że chyba muszę zrobić drewutni i szopie ogrodniczej jakąś sesję fotograficzną. Przy okazji uprzątania miału po rozebranej szopce (bo to była szopka na węgiel) wykopał znaczne ilości materiałów budowlanych w postaci białej cegły (obecnie szarego koloru), która po wysuszeniu może się przyda na podmurówkę do nowego kurnika.
A na strychu wdepłam w mysie flaki, co to Dziunia po konsumpcji nie posprzątała.

Poezja:
Nie nadążam z tym wszystkim, czasu za mało, a tu jeszcze dzień znika po kawałku i każdego dnia jakiś złodziej ucina paseczek. Jak mi ma wystarczyć to, co zostaje?
I tak strasznie mi się chce znów chodzić na angielski, że jak pomyślę, to aż mnie brzuch boli. Ale na razie nie mogę.

Komentuj (0)

26.10.2011 (19:56)

Zadzwoniła Młoda i zajęczała: "mamusiu, a jak przyjadę, to będzie jakieś mięsko takie dobre i mięciutkie i z sosikiem, ale nie indyk, nie kaczka i nie wołowinka?"
I bądź tu mądry.

Mama lepiej się czuje, wychodzi codziennie do ogrodu trochę podreptać, ma lepszy apetyt, no ale musi niedługo wracać do siebie i położyć się znów na trochę do szpitala, żeby jej ustawili nowe leki, już takie na stałe, na spokojnie, bo teraz ma takie poszpitalne i na ostro.

W pracy mi się rozkręcił dodatkowy zapierdziel, ale nie narzekam, bo zarobię trochę grosza, mimo że padam na pysk.
A jak dziś o siódmej rano stałam na przystanku, to było ciemno jak w czarnej dupie, szlag by to trafił.

Szaleję na forum ogrodniczym i wszyscy mnie tam lubią.

Komentuj (7)

29.10.2011 (21:36)

Ponieważ tego lata poczęstowaliśmy lisa większością naszych kur, to zostały nam na zimę tylko cztery. Może i są one w stanie zaspokoić bieżące jajcarskie potrzeby trzyosobowej rodziny w zakresie panierki do kotleta, czy wsadu do farszu, ale o rodzinnej jajecznicy na śniadanie nie ma co marzyć.
Zrobiłam więc na wiosce research, które kury tak na oko wyglądają na najszczęśliwsze, po czym wzułam gumiaki, wzięłam koszyk i udałam się na zakupy. I tak będę się pewnie musiała ratować do wiosny, bo dopóki Stary nie wybuduje nowego kurnika, to żadnych kur kupować nie zamierzam.

Stary tymczasem szaleje w ogrodzie. Znikają kolejne szopki i budy, a także liczne fragmenty różnych ogrodzeń i furtki, których zastaliśmy tu bez liku.
Po sprzątaniu w budynku gospodarczym staliśmy się posiadaczami przestronnej i wygodnej szopy ogrodniczo-pszczelarskiej, która spodobała się również myszom, do tego stopnia, że musieliśmy im tam dzisiaj zakwaterować Dziunię, żeby im wyjaśniła podstawowe sprawy.

No i mam pierwsza chryzantemę! Sąsiadka, zapytana, czy ze swojego krzewu użyczy mi na wiosnę gałązki na sadzonkę, odpowiedziała, że owszem, na co sąsiad chwycił za szpadel i wykopał mi kawał krzaczora.






Komentuj (2)

30.10.2011 (16:56)

Taka piękna ta jesień, taka łagodna. Wrzesień i październik jak malowanie.

W sobotę posadziłam w ogrodzie żywopłot wzdłuż tej nowej biedackiej siatki od strony sołtysa. Niby malinowe zarośla po obu stronach stanowią latem zasłonę, ale środek zieje pustką.
Na wiosnę dostaliśmy od Dany maleńkie siewki berberysów, a teraz wysadzałam już kształtne małe krzaczki z gęstą wiązką cienkich korzonków. Zanim urośnie z tego żywopłot trzeba będzie jeszcze podsiewać jakieś jednoroczne zielsko na kurtynę, żeby znów się można było wygrzewać w stroju nieskromnym.



Komentuj (1)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów