Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


04.11.2008 (21:12)

A dziś też spałam w pociągu. Dzień dobry :)

Komentuj (3)

08.11.2008 (18:44)

Córka mnie zapytała, czy następna notka będzie, jak znów będę jechać pociągiem. No dobra...

Nie mam czasu. Chodzę codziennie na zabiegi na staw skokowy, odrabiam po przyjeździe zaległości w pracy, zaległości w angielskim, zaległości w czytaniu blogów. Znaczy, znów jestem zarobiona. Poza tym robię sweter na drutach i już na ten sweter to w ogóle nie mam czasu.
Pralka pierze, aparat pstryka, ciasto się piecze (pokroić w plasterki dowolną ilość renet obranych ze skórki, wysypać do formy byle jak, zalać biszkoptem w takich ilościach, żeby przykrył jabłka i trochę powpływał pomiędzy i upiec; a potem, jak się mnie ludzie pytają o przepis, to mnie pusty śmiech zbiera).

Byłam dziś znów na lumpach i powoli zaczynam się zastanawiać nad sensem istnienia sklepów z odzieżą nieużywaną.

I wymyśliłam taką sentencję, która się spodobała, to ją tu niniejszym uwieczniam: "Niektórych ludzi życie opływa łagodnie z obu stron, nie dotykając ich wcale".
Ale ja bym się z nimi nie chciała zamienić.


Aaaa, zapomniałabym: dzwonił do mnie pan z szalenie ciekawą ankietą, jakby wprost dla mnie stworzoną. Najpierw się zgodziłam, bo jestem istotą społeczną i wiem, że pan musi wykonać swoją pracę - niech mu będzie.
Temat pierwszy: ministrowie obecnego rządu. "Ależ proszę pana, ja się tu panu nie przydam, nie mam telewizora, nie znam tych ministrów i oni mnie nie znają" - wystraszyłam się. Ale pan nalegał, więc uległam.
Temat drugi: zakupy w hipermarketach. "Ależ proszę pana, ja bardzo przepraszam, ale ja prawie nie używam hipermarketów".
Temat trzeci: Szczecin. "Matkobosko, nigdy nie byłam w Szczecinie!"

Użyłam całej swojej inteligencji i intuicji, oceniając ministrów, hipermarkety i Szczecin w różnych aspektach w skali od 1 do 6, bo pan brzmiał sympatycznie i przystojnie i głupio by mi było go spławić.
A nawet brzmiał dość inteligentnie, oprócz momentu, kiedy powiedział: "minister Grzegorz SZETYNA".

Komentuj (5)

11.11.2008 (22:41)

Ten długi weekend bardzo mi był potrzebny, odpoczęłam.

Ufarbowałam włosy; jednak L'Oreal Casting bursztyn, już kolejny raz i najbardziej mi się ten kolor podoba.

Byliśmy dziś na listopadowym spacerze, jedliśmy w polu ostatnie dzikie jabłka, razem z psem; trochę my, trochę pies, nie byliśmy chytrusy.
Wytropiłam kwitnące mniszki, kwitnące poziomki, kwitnące koniczyny - a to mi dopiero listopad! Zrobiłam im zdjęcia, na dowód.

Graliśmy też w "Osadników" i wygrałam. I umyłam miliony garów, aż mi się paznokcie rozpuściły i musiałam krótko spiłować.

Komentuj (2)

12.11.2008 (16:48)

Tak to wyglądało:







Komentuj (0)

14.11.2008 (10:24)

Mój laptop w sierpniu zakończył gwarancję, a wczoraj zakończył życie. Po kilku wcześniejszych ostrzeżeniach i symptomach zgasł i zamilkł. Mam nadzieję, że uda się go poddać reanimacji, w każdym razie idzie do lekarzy od laptopów i wszystko w ich rękach.
Dzięki Radkowi, oby Allah wiecznie pasał jego kozy na zielonych łąkach, udało się uratować wszystkie dane. Chyba.
Zanim się to jednak stało, to od tego stresu, strachu i niepewności mało ja sama nie padłam. Teraz czuję się, jak przez walec drogowy przejechana i boli mnie kręgosłup. Muszę to chyba jakoś odreagować.

Komentuj (6)

18.11.2008 (20:21)

Mam chwilowy dostęp do kompa, bo choć Stary jak zwykle robi projekt i zajmuje non stop to miejsce, to teraz właśnie przyszedł z psem i opadł łagodnie na sofę z "Bolesławem Chrobrym" w objęciach.
Dostałam to dzieło wielotomowe w darze do mojej biblioteki od jednej z koleżanek, ale nie nadaje się ono do zaewidencjonowania, gdyż po otwarciu rozpada się na cząstki kilkukartkowe.
Mój stary skradł kiedyś pierwszy tom, będąc u mnie w pracy i potem czytał go wieczorami, przy czym kolejne przeczytane już rozdziały wyrzucaliśmy sukcesywnie na makulaturę, gdyż odpadały od całości bezpowrotnie. Teraz przyszła kolej na tom drugi.

Laptop na kuracji. Zapytano mnie dzisiaj, czy aby nie spadł był mi on na ziemię, bo wydaje dziwne odgłosy ze swojego wnętrza.

W pracy mam ostatnio dużo nadgodzin - zastępuję chorą koleżankę. Skutek tego jest taki, że te małe bachory rzucają się na mnie i obejmują mnie, kiedy zamykam drzwi do klasy lub żwawym krokiem podążam do bufetu na obiad. Madonna Santa, miej mnie w swojej opiece!

Komentuj (2)

22.11.2008 (10:55)

Bleee, napadało tego białego gówna, ślicznie jest dokoła, doprawdy, wirują w powietrzu białe płatki, a ja, zamiast się zachwycać, martwię się, że nie mam zimowych opon.

Wczoraj po ciężkim tygodniu, kiedy to tylko marzyłam, żeby wejść pod koc i udawać, że umarłam, zebrałam się jednak w sobie i rzuciłam się z łopatką na rozmaryn w moim balkonowym ogródku ziołowym. Zdążyłam, przesadziłam go do doniczki i jak co roku mam nadzieję, że dzięki temu uda mi się go przeprowadzić przez zimę.
Do tej pory wszystkie sposoby okazywały się nieskuteczne. Czy zostawię na balkonie, czy wstawię do domu, to i tak zdycha i na wiosnę muszę kupować nowy. Jednak na balkonie, to nie to samo, co w gruncie. Grunt brzmi solidnie, wiadomo.
Ach, jakbym chciała być Annie Hawes, a przynajmniej jej siostrą i mieć ten kamienny domek na liguryjskim zboczu! Tam rozmaryn mógłby robić za żywopłot.

Chodzi mi po głowie domowy pasztet. Czekam. Może wejdzie mi do kuchni?

A tym, którzy idą dziś na bal, życzymy szampańskiej zabawy i królewskiego samopoczucia.
I żeby buciki nie obcierały!


Godzina 18.34 - śniegu po kolana, a za oknem błyska się i grzmi. Czy to koniec świata nareszcie?

Komentuj (9)

28.11.2008 (12:16)

Szukam nowego laptopa.
Oglądam oferty sklepów dla idiotów i nieidiotów. Siedzę godzinami w necie, w pracy i w domu, czytam recenzje, porównania, oferty sklepów w sieci. Zawracam dupę znajomym i nieznajomym, którzy się na tym znają, czytam, porównuję, wykopiowuję, wynotowuję.
Myślę, że jak już kupię, to umrę z wyczerpania.
Włóżcie mi go do trumny!

Komentuj (4)

29.11.2008 (18:20)

Pierwsza notka z nowego laptoka.

Nie umarłam, ale mój Stary leży obok i śpi. Ale chyba żyje - przez sen zjadł paczkę draży korsarz i śpi dalej.

A ja tu sobie użytkuję śmiało vistę, choć wszyscy mówią "vista? vista to syf jest!" Ale to dlatego, że się boją nowego. A ja się nie boję i śmigam po viście, bo jak mówił poeta: "trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe, a nie w uwiędłych laurów liść z uporem stroić głowę!"
Trochę tylko do tej nowej klawiatury się muszę przyzwyczaić, bo jak na razie to enter ma jakoś za nisko i nie zawsze trafiam.

Zaczęłam od ustawienia blogaska jako strony startowej, ściągnęłam gg i w ogóle jestem z siebie zadowolona, bo dwa lata temu, kiedy kupowałam pierwszego laptopa bałam się go dotknąć i obcy ludzie mi go wypełniali treścią.
To tak, jak z dzieckiem, pierwsze dziecko przyszła mi wykąpać Anka, bo się bałam; i pamiętam do dziś to uczucie nienawiści, tę chęć rzucenia jej się z zębami do tętnicy szyjnej, że mi maca moje dziecko. I ten wstyd - bo przecież wiedziałam, że przyszła pomóc i doradzić.

No i trochę już sobie tu powoli personalizuję to wszystko, kolory swoje daję, żeby nie było wszędzie tego niebieskiego. Nie wiem, co ci informatycy mają z tym niebieskim, ja rozumiem, że uspokaja, ale bez przesady, można przecież melisy się napić.

No ale strzałki to są jednak jakieś trochę za małe.

Komentuj (3)

30.11.2008 (19:31)

Nie jestem jeszcze taka najgłupsza, tyle rzeczy już porobiłam i prawie wszystko działa. Filmy się ściągają, GG działa, poczta skonfigurowana: wszystkie trzy konta działają w obie strony - wyślij, odbierz.
A ile śmiecia powyrzucałam, to szkoda gadać - te wszystkie ułatwienia i upiększenia, psia ich mać.

Byliśmy wczoraj w Koszalinie po tego laptoka i nie da się ukryć, że było to straszne. Musieliśmy dotrzeć nowego centrum handlowego. Jechaliśmy i jechaliśmy w korku przesuwającym się mozolnie i końca nie było widać. Kiedy wyjechaliśmy na ostatnią prostą, wyszłam z nerw i z samochodu i udałam się dalej pieszo. Co mój Stary wykorzystał natychmiast i zapalił faję w samochodzie; myślał, że nie zauważę, ale tu się mylił jak zwykle.

Niesiona tłumem dotarłam do wejścia. Próbowałam znaleźć jakiś panel informacyjny, gdzież ten sklep dla idiotów się mieści, ale szybciej zobaczyłam szyld sklepu, niż jakąkolwiek informację.
Weszłam więc, znalazłam towar, znalazłam pana od towaru, potem poszłam do informacji - za kasami w prawo, proszę pani. Próbowałam złym wyjściem, ale ochrona mnie zawróciła na właściwą drogę. Potem znów do sklepu, schwyciłam towar (zostały już tylko trzy!) i udałam się do kasy. Zapłaciłam, poszłam do punktu, gdzie wystawiają faktury - za kasami w lewo, proszę pani, i kiedy panienka kończyła już wypisywać fakturę (co trochę trwało, bo kazała mi patrzeć na ekran, czy dobrze pisze i musiałam jej tłumaczyć, gdzie ma zrobić spację i że nie, spacja to nie jest myślnik, tylko przerwa zupełnie pusta), tu, uwaga, mój mąż zaparkował i dołączył do mnie!

W pobliżu kas animatorzy kultury zabawiali gawiedź radosnymi okrzykami do mikrofonów, śpiewami, zagadkami i konkursami, wrzaskom nie było końca. Nie słyszeliśmy wzajemnie swoich głosów. Samym tylko spojrzeniem powiedzieliśmy więc tylko do siebie: "spierdalamy stąd" i rzuciliśmy się do ucieczki.

Komentuj (3)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów