Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
2008
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


01.11.2010 (19:43)

Dziś pojechaliśmy na cmentarz dopiero po południu, bo chłopcy od rana zaczęli przygotowania do malowania kuchniojadalni. Będą malować sufit w całym pomieszczeniu i ściany w części jadalnianej. Ściany kuchenne są wytynkowane gliną i nie będą malowane.
Wreszcie powieszę firanki i zegar dworcowy, który tak mi sie podoba, a czeka cały czas zamknięty w swoim pudle i nie może ujrzeć światła dziennego.
To już ostatnie pomieszczenie na dole, które zostało do pomalowania i wkrótce będzie też można ułożyć podłogę w jadalni.

A ten bambus wygląda tak:


1 listopada po południu zawsze kupowaliśmy przecenione już chryzantemy i wysadzałam je potem na balkonie do skrzynek. Dziś też kupiliśmy cztery donice po bardzo atrakcyjnej cenie. Szliśmy do samochodu, testosterony niosły te kwiaty oburącz i wyglądali, jakby je właśnie zarąbali z grobów. No bo inni ludzie szli z donicami w całkiem przeciwnym kierunku...
Posadzę je jutro przy szopce i koło domu na frontowym podwórku.

Wczoraj mieliśmy przez chwilę wielką rzeszę bardzo miłych gości na szarlotce i nalewce z pigwy. Dziunia była atrakcją dla dzieci i pozwoliła się sobą pobawić na kanapie. Od Haliny dostaliśmy cztery małe sadzonki orzecha włoskiego; zostały na zimę posadzone pod folią, bo miejsce docelowe, w którym mają rosnąć nie jest jeszcze gotowe.

Ogród jest teraz taki piękny, świetlisty; latem to była dżungla nieprzebyta, a teraz jest wreszcie widoczna ta wielka przestrzeń...
Dwanaście drzewek owocowych ma pięknie przygotowane na zimę miski wokół pni, zostały mi jeszcze trzy brzoskwinie bliżej domu i dwa drzewka w tej dalszej części ogrodu. Oporządzam te młode drzewka, bo stare sobie poradzą, skoro poradziły sobie do tej pory.
Radykalnie przycięłam najstarszą chyba w naszym ogrodzie winorośl przy ścianie domu; mam nadzieję, że się odtworzy na wiosnę z tego, co zostało, choć jeśli nie, to też nie będę zdziwiona. Nie mogłam tego zrobić zgodnie z zasadami, bo w tej plątaninie nie sposób było rozpoznać, co łoza a co ramiona, więc wkroczyłam brutalnie i już. No w każdym razie w przyszłym roku na owoce z tego krzewu nie ma co liczyć, ale jeśli pójdzie wszystko po naszej myśli, to poprowadzimy ją w kolejnych latach na ścianie domu, tak, żeby miała lepsze nasłonecznienie, a sama nie zasłaniała światła pięknym liliowcom rosnącym u jej podnóża wzdłuż całej ściany.

Przy tylnym wyjściu też porobione są porządki, nie ma tam już tych belek i starych okien, podpierających ścianę. Zielona ławeczka stanęła na swoim miejscu, czeka na wiosnę.
Spadają codziennie renety, zbieram je co do jednej i przerabiam stopniowo, może część uda się przechować w piwnicy. O tej porze prawie co tydzień kupowałam renety, a teraz mam swoje. Uwielbiam je pieczone w całości, albo w plasterkach, zalanych ciastem biszkoptowym.

A tak przedwczoraj o godzinie 15:13 słońce z okien salonu/pracowni/gabinetu czyli dawnej klasy szkolnej zaglądało do tylnej sieni:


Komentuj (4)

04.11.2010 (09:31)

Nienawidzę tego, że wracam do domu, jak jest już ciemno. Ten tydzień cały mam taki!!! Wczoraj się wkurwiłam i po ciemku posadziłam te chryzantemy, bo przecież stały cały czas w szopie i nie miały już czym oddychać. Są piękne. Jak kiedyś będę w domu w dzień, to porobię im zdjęcia... Czyli chyba w sobotę.

Wczoraj zadzwoniła do mnie pani z rezonansu: "dzień dobry, dzwonię z rezonansu z miasta K." - zabrzmiało, jakby to znów jakiś telemarketing chciał się trochę pozachwycać samym sobą i w pierwszej chwili pomyślałam, że ten rezonans, to jakaś firma produkująca/dystrybuująca cokolwiek...
Pani z rezonansu, głosem nie znoszącym sprzeciwu, przełożyła mi termin badania kręgosłupa szyjnego na piątek po południu i tym sposobem zapewniła mi jeszcze jedno popołudnie poza domem.

Stary sam, bez konsultacji i wspólnego pochylania się nad kubłem z farbą, zamieszał kolor i pomalował jadalnię. Wygląda ładnie i jest czyściutko i podłoga też już prawie ułożona, ale... widziałam na razie ten kolor tylko przy świetle elektrycznym.

Niech mi ktoś odda ten skradziony kawał dnia, słońce, wiatr i powietrze!

Komentuj (0)

05.11.2010 (21:57)

O przepraszam!
Że ja nie popytałam, że ja nie poczytałam!

Niby wiedziałam, że wsuwają człowieka do tej rury, w końcu ogląda się seriale medyczne.
Pani założyła mi na uszy duże nauszniki, podłożyła pod nogi jakąś gąbkę, żeby było wygodniej, do ręki wsunęła kulkę z przyciskiem dzwonka, powiedziała, że będzie głośno, kazała nie gadać, nie ruszać się i „ziuuu”...
Otworzyłam oczy... i to był błąd - tuż nade mną był sufit. Zaraz szybko je zamknęłam, ale było już za późno. Pomyślałam rozumem: „spokój, no bez przesady”, ale coś, jakiś nie-rozum wprawił mi w dziwne klekotanie zawartość klatki piersiowej i naprawdę, nie był to przyśpieszony oddech, nie było to kołatanie serca, tylko jakieś nie_wiadomo_co i wydawało mi się, że za chwilę zabraknie mi powietrza i uduszę się w tej rurze. Nacisnęłam dwa razy dzwonek, pani weszła i zapytała, co się dzieje.
-Proszę mnie wysunąć – powiedziałam szybko.

Nastąpiło „ziuuu”...
Siadłam natychmiast do pionu, a to klekotanie było wciąż we mnie. I miałam wtedy gonitwę myśli: wyjść stamtąd jak najprędzej, olać to czekanie od czerwca na termin badania, ten dojazd do obcego miasta. Mogę przecież zrobić sobie badanie tomograficzne bez tej rury, mogę przecież nie robić żadnych badań - i tak wiadomo, że ten kręgosłup do niczego; uciekać, uciekać!
Było mi tak głupio, przepraszałam panią raz po raz...

Jestem zdyscyplinowaną i współpracującą pacjentką. Nie histeryzuję nawet wtedy, gdy miałabym powody; nie wrzeszczę, kiedy mnie boli, bo się wstydzę; i nigdy w życiu nie zemdlałam. Ale nigdy nie przeżyłam CZEGOŚ TAKIEGO!

Pani cierpliwie mi wytłumaczyła, że to tylko wygląda, jak zamknięta rura, że tam z tyłu jest dziura. Zażądałam dowodów i pani poszła tam za aparat i rzeczywiście, zobaczyłam ją z tyłu, w wylocie rury.
Chciałam wynegocjować pięć minut, ale pani powiedziała, że to za dużo.
-I ja mam tam wytrzymać pół godziny? – zapytałam tylko.

Ale jednak wjechałam tam drugi raz. Tym razem pilnowałam się, żeby nie otwierać oczu, bo wiedziałam, że wtedy wszystko się powtórzy. Bałam się nawet, że jak się za bardzo rozluźnię, to powieki mi się trochę rozchylą i znów to zobaczę...
Wytrzymałam; mantrowałam troszeczkę...
I cały czas w tej tubie myślałam o moim dziecku, o moim wtedy sześcioletnim synku, który przeszedł takie badanie w klinice w Gdańsku, kiedy zachorował na ten cholerny zespół nazwany od dwóch francuskich neurologów. Jak on to wtedy wytrzymał? Czy nie macał rękami dookoła, czy się nie bał, czy nie chciał wyjść? Jak to nieznośne, nadpobudliwe i cholernie niegrzeczne dziecko wytrzymało tam bez ruchu tyle czasu???


...i tylko pamiętać, pamiętać o tym - tam z tyłu jest otwór, tam jest powietrze.

Komentuj (2)

07.11.2010 (15:06)

Podłoga ułożona, jadalnia pomalowana, zegar wisi i firaneczki też.

A wczoraj w nocy i dziś w nocy i nad ranem mogliśmy się znów przysłuchiwać chrobotaniu myszy w naszej sypialni, tym razem w rogu przy szafie. Mojej szafie. Wyraźnie było słychać, że jest pod podłogą i pragnie przedrapać się na naszą stronę.
Sprowadziliśmy więc broń biologiczną, w postaci Dziuni, zaraz po porannym wypuszczeniu psów do ogrodu. Dziunia była nieco spłoszona na początku, ale potem zbadała okolicę, a kiedy usiadłam z nią na podłodze w zagrożonej strefie i popijałam kawkę, przejawiała nawet chęć współpracy, wchodząc za szafę, obwąchując teren i mrucząc tam sobie ładnie.
Mam nadzieję, że ta mysz to słyszała.









Komentuj (5)

09.11.2010 (08:11)

Wiem, że beznadziejne jest to zdjęcie, ale przysięgam: dwa jelonki były przed chwilą pod naszymi tylnymi drzwiami, ale jak Stary otworzył, to nie chciały wejść, tylko pobiegły dalej do ogrodu, pochodziły nam pod oknami, podreptały przez furtkę tam, gdzie rosną pigwowce i doprawdy, nie miałam w tym momencie rozumu do panowania nad ustawieniami aparatu!



Komentuj (1)

11.11.2010 (20:12)

Dzisiejszy dzień świąteczny uczciliśmy wywieszeniem flagi i pracą w ogrodzie. Chłopcy karczowali mi miejsce pod przyszłe grządki warzywne, a ja miotałam się tu i ówdzie z sekatorem. Przycięłam krzewy borówki i zabrałam się za kolejne stanowisko winorośli.
Pozrywałam też pozostałe na krzewach maliny do ususzenia na aromatyczną herbatkę. Zainspirował mnie fakt, że były już na tych gałązkach nieco podsuszone, czerwone, pachnące i twarde, jakby zastygłe w rozwoju, kiedy zrobiło się zimno. Dawały się ładnie oskubać, rozsypywały się przyjemnie w palcach, ale zrywałam też z szypułkami. Te maliny wciąż jeszcze kwitną – gdyby tylko ktoś je zapylił... a przecież pszczoły już śpią. No i jakieś słońce musiałoby je potem podgrzewać.


Namierzyłam też przez płot krzew dzikiej róży z owocami, który rośnie niby w kurniku, ale gałęzie przewiesza przez ogrodzenie. Postanowiłam i tam trochę poskubać. Kora poszła ze mną, ale zaraz pobiegła jak zwykle na pole sołtysa i tam nażarła się jakiegoś syfu śmierdzącego. Przybiegła do mnie szczęśliwa, z mokrą mordą, śmierdząca jak jasna cholera! I co ten sołtys ma na swoim polu?

A herbatka będzie miała skład następujący: owoc maliny, owoc dzikiej róży, owoc jarzębiny, kwiat maliny, liść maliny, liść truskawki, liść poziomki. Przydałby się dereń, ale nie mam.
Ale będę miała, bo dereń przemawia do mojej wyobraźni.

Napisaliśmy też dziś kolejną reklamację do Potęgi Telekomunikacyjnej, która chce nas obciążyć winą i opłatą, a my się nie poczuwamy. Stary trzymał się meritum, a ja czuwałam nad ortografią, interpunkcją i poziomem zbeletryzowania.

A na zakończenie dnia - pieczone renety, polane ciastem biszkoptowym.


Pewna sprawa leży mi kamieniem na sercu i doprawdy, czasem już nie wyrabiam i puszczają mi hamulce i woda mi tryska oczami. Poszłabym do wróżki, gdyby tylko mogła mi ona powiedzieć, czy i kiedy sprawa ulegnie rozwiązaniu. Może wtedy mądrzej rozłożyłabym siły...

Komentuj (0)

14.11.2010 (22:19)

Dziunia codziennie rano gości w naszej sypialni; ma tu ten swój czas rządów, kiedy psy są w ogrodzie, a my pijemy poranną kawę. Ale i panoszy się po domu coraz bardziej. Kiedy Młody imprezował i jego pokój stał pusty – spała tam bezczelnie w nocy na zapasowym łóżku, na cienkiej kołderce w kwiatki. A potem spędziła w jego pokoju całą prawie sobotę, przy drzwiach otwartych, a Burki wcale się nie zorientowały, że ona tam jest. Obserwowała nas z parapetu, kiedy byliśmy w ogrodzie.
Dziś po południu wchodzę do łazienki, a Dziunia śpi tam na pasiastym dywaniku przy kabinie prysznicowej. Zresztą wieczorem też. Drzwi do łazienki są cały czas otwarte, ale psy nie wiedzą, że ona tam jest. Nadal histerycznie reagują na jej widok i za każdym razem chcą ją od razu pożreć, ale co do zapachu, to chyba się przyzwyczaiły.

Jest uroczym obiektem do fotografowania (niestety z tym kretyńskim fleszem).

... poluje:


...obserwuje:


...dokazuje:


...pozuje:


...wylizuje:


I tak nie lubię kotów.
Oprócz Dziuni. Ma takie śliczne ubranko.

A poza tym weekend jak zwykle, ostry zapierdziel – w sobotę wszyscy w ogrodzie, w niedzielę oni w domu, ja w garach. Zniosłam też z góry i wypakowałam dwa kolejne wory przeprowadzkowe – z pościelą i obrusami. To już jedne z ostatnich.

Wiatrołap stał się dziś wreszcie częścią domu. Po miesiącach twardej służby jako podręczny magazyn budowlany oraz skład rupieci i pierdół wszelakich dostał dziś nową wykładzinę i nareszcie jest tam światło. Tak niewiele było mu trzeba i od razu stał się uroczy i przytulny. Na ścianach została boazeria po poprzednich właścicielach i na razie jej nie ruszamy. Przyjdzie na nią czas przy przebudowie całego wiatrołapu, kiedy zrobimy wejście do domu i nowe schody od frontu, w miejscu obecnego okienka. No ale to kiedyś...

Natomiast ja stałam się mniej urocza, ponieważ przez dwa minione dni dokonywałam za pomocą nożyczek drobnych napraw na swojej fryzurze, a dziś wieczorem poleciałam bardziej radykalnie. Niestety, muszę z tym jutro jechać do pracy i jeszcze w dodatku podejmować hierarchę kościelnego. Za to jak o 16:05 wpadnę do salonu fryzjerskiego, to nie ruszam się stamtąd, aż się ktoś nade mną zlituje i to ponaprawia. Przypuszczam, że blisko przy skórze.

Komentuj (6)

18.11.2010 (20:41)


Kocham moje zwierzęta.
Szczotkowałam dziś Korę z godzinę, wyczesywałam jej dredy z tych kudłatych łap, czyściłam jej uszy, a ta mała złośliwa Stara stała obok i czekała i też chciała, żeby ją poszczotkować... i nawet uszy podstawiała do czyszczenia - no co za cholera zazdrosna taka. Spełniłam na koniec wszystkie jej życzenia, powychwalałam je obie pod niebiosa i dałam jak zwykle w nagrodę zielone ciasteczka. „Moje kochane pieski, dobre pieski” - mantrowałam, a one, zadowolone, przestępowały z nogi na nogę.
Szczotkowanie dwóch psów kudłatych i szorstkowłosych w zimowej szacie to jest szalenie wyczerpujące fizycznie zajęcie. W dodatku po wyrzuceniu tych kłębów sierści i schowaniu narzędzi zbrodni, oprawca stwierdza, że ma w nosie, oczach, ustach oraz na i pod ubraniem te psie kudły w ilościach nieprawdopodobnych.
Ale zamiast się umyć kończąc prysznicem pod ciśnieniem, oprawca osuwa się bezwładnie z laptopem i pisze notkę...

Dzisiaj taki skisły dzień, ciemny i ponury; jakaś rozlazła byłam i chociaż przyjechałam z pracy już o wpół do pierwszej, to nic mi się nie chciało. Pograbiłam trochę liści w ogrodzie, przyszłam do domu i tak siedzę. I mówię do Starego, że cholera, powinnam się wziąć do jakiejś roboty, może te cegły w kuchni wreszcie wyczyścić i naolejować, może wypróbować kolory bejcy na listwy przypodłogowe - tyle jest roboty, a ja nic... A mój Stary na to: „no i co, przecież całe życie przed nami!”

No to poszłam oglądać kolejne odcinki serialu o życiu Sheldona Coopera i jego przyjaciół ...

Jutro Młody ma połowinki, a za cztery miesiące skończy osiemnaście lat. Tak, tak.
Zaraz znów sobota... Stary będzie kończył przygotowanie ziemi pod mój ogródek warzywny, a ja będę znów sekatorować. W niedzielę odwiedzą nas dawni znajomi z Miasta, którzy jeszcze tu nie byli, nie widzieli tego naszego skansenu. Zrobię szarlotkę z bitą śmietaną. Ostatnio moim hitem jest szarlotka sypana bez zagniatania ciasta – rewelacja na każdym etapie istnienia!

Komentuj (9)

22.11.2010 (22:02)

Przyszedł wynik w dużej kopercie i jak to było do przewidzenia, nic miłego tam nie ma. Mam dyskopatię w odcinku szyjnym i to na trzech sąsiadujących ze sobą poziomach. Całe szczęście, nie jest ona tak dużego stopnia, jak to było w odcinku krzyżowo-lędźwiowym przed operacją.
Oszczędzę szczegółów.

Pokładam więc nadzieję w masażach, akupresurze, prądach, magnesach, wibracjach, promieniach i innych czarach. Jutro idę do mojego zwyczajnego lekarza, który powiedział: „jak pani dostanie ten wynik, proszę z nim do mnie przyjść” - takim tonem, jakby miał mi coś do zaproponowania.

Komentuj (3)

25.11.2010 (22:40)

Ach, jak chciałabym być czasami wiotką słodką idiotką, nie martwić się niczym i nikim, myśleć o nowych spódniczkach, ach i kozaczkach... i na paznokietki się umówić.
I zawisnąć gdzieś, odpocząć od tej całej logistyki dnia powszedniego, związanej z firmą Rodzina, którą prowadzę od tylu lat, całodobowo, bez wolnych sobót i niedziel.
I żeby to poczucie odpowiedzialności za maszynę i jej śrubki przestało rozpychać się w mojej głowie, zżerać mi rozum i wszystkie siły.
I żeby tak można było wziąć jakiś urlop z tej firmy i przestać na chwilę wszystko za wszystkich pamiętać i pilnować - bo przecież całość musi pasować przynajmniej na styk, a najlepiej nawet na zakładkę.
Tym bardziej, że i tak nie pasuje...

A mój lekarz przepisał mi innego lekarza, który zleci mi zabiegi. Termin do tegoż mam wyznaczony na 11 stycznia dopiero, co i tak jest krótkim terminem, bo w innej poradni rehabilitacyjnej proponowali połowę lutego.
Tymczasem zapisałam się na prywatne masaże, żeby jakoś doczekać tej państwowej wizyty, bo ręce drętwieją mi teraz, nie wiem natomiast, czy mają ten zamiar do stycznia.
I tu pozostaje mi tylko podpisać się pod tym, co niezwykle trafnie (jak zwykle!) stwierdził Kazik: „rozmontowaliśmy razem komunę, lecz po co, ja do dzisiaj nie rozumiem”.

Komentuj (0)

26.11.2010 (22:49)

Spadł śnieg, siadł na dachu i uszczelnił dachówki. Nie wieje, a w domu jest cieplej, niż wczoraj. Jutro zobaczę, jak mój ogród wygląda zimą i porobię mu zdjęcia.

Stary znalazł dziś w szopie coś - stojak jakiś taki drewniany na koziołkach, z podłużnym otworem i drewnianą niby-gilotyną.
–To chyba było do czyszczenia lnu- powiedział.
-Międlnica... (międlica?) – przyszło mi od razu do głowy takie słowo.
Przepytałam google’a i owszem: międlice służyły do łamania zdrewnianych łodyg dla łatwiejszego oddzielenia włókna; miały one formę drewnianych nożyc, składających się z dwóch części: dolnej, w której wycięta była podłużna szpara i górnej, w kształcie drewnianego miecza.

Nasza wygląda bardzo porządnie, jak nieużywana – powinien z niej być ładny stojak na parasole do sieni.

No a oto i zima w ogrodzie:























Tak, mieszkam w tej bajce.

Komentuj (2)

27.11.2010 (13:44)

Dzień po dniu podejmowałam próby, bo wydawało mi się, że Kora może tego kota zaakceptować, w końcu sama jest jeszcze dzieckiem. Konfrontacja polegała na macaniu, trącaniu nosem, wylizywaniu, delikatnym poszarpywaniu – cały czas po czujnym nadzorem. Jednak to wszystko nic nie było warte, bo w zachowaniu psa trudno było zauważyć przyjazne nastawienie, a raczej cały czas było to czujne badanie obiektu, które mogło w każdej chwili przejść w kłapnięcie paszczą. A co gorsza, kot się nie bronił. Prychał, huczał, buczał – ale cały czas skulony nieruchomo.

W czwartek nastąpił moment grozy, kiedy to Stara wpadła do sypialni, tam na łóżko, cap kota za dupę, spadły razem na podłogę i w tym momencie ja złapałam psa za kudły, a kot wskoczył na parapet. Chyba - bo wszystko działo się tak szybko, że niczego nie jestem teraz pewna.
Wyglądało to naprawdę groźnie i stwierdziłam, że trzeba tę Starą nauczyć rozumu i już. Wsadziłam ją więc też na parapet i przytrzymywałam za kark, przysuwając do kota. Chciałam, żeby Dziunia drapnęła ją porządnie w pysk i nic więcej mnie już nie interesowało. Ale nic z tego nie wyszło. Dziunia znów tylko wydawała przeróżne odgłosy, jednak skulona i nieruchoma, nie próbowała nawet użyć pazurów.

Chyba mogę powiedzieć, że zakończyłam próby oswajania terierów z kotem. Efekt jest taki, że kot jest zastraszony, nie pokazuje się w ogóle, kiedy psy są w domu, a jak się nawet czasem zapomni, to zaraz szybko spieprza na górę.
Nie wyszła mi ta ingerencja w prawa nieokiełznanej przyrody.

Natomiast wypracowałam taki oto consensus: drzwi otwarte, psy luzem, kot w koszyku_na kocyku_ na sekretarzyku.
A jak się ogrzeje i wypiecuchuje – wraca do siebie.





Komentuj (4)

29.11.2010 (20:26)

Zima-bajka zmieniła się w zimę-wiedźmę. Zaczęło cholernie wiać, obiektywne minus trzy odczuwalne jest jak minus sześć, śnieg z pól snuje się po szosach i to nie tylko po tej naszej wsiowej, ale i po krajowej.

Sarenka dziś znów gościła w ogrodzie. Stary wytropił, że one przychodzą na nasze jabłka, takie niejadalne gorzkie i kwaśne wysrałki, które jesienią zbierałam na kompost (ale przecież nie wszystkie!). Mało tego – przedostają się do nas, rozpychając się między sztachetami płotu i zostawiając tam szpary, przez które potem Kora spieprza na sołtysowe pole, obżerać się tymi tajemniczymi śmierdzielstwami. No i proszę – łańcuch pokarmowy!
Przedmiotowe jabłonki są przeznaczone do eksterminacji, ale teraz sobie myślę, że może to zakłócić równowagę biologiczną w regionie.

Kury wyszły dziś tylko na chwilę i zaraz wróciły do swojego domu. Też bym tak chciała...

Komentuj (3)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów