Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


01.11.2011 (17:05)

Mój dzień wolny polega na zamiataniu.

W ogrodzie porozgrzebywane są w różnych miejscach prace ziemne, psy natomiast biegają tam i z powrotem.
Radosne jeszcze_trochę_szczenię biega, szaleje, bierze wiraże na kupie ziemi kompostowej, po czym zziajane kładzie się na czarnej glebie, żeby odetchnąć.
A mała półślepa staruszka odkryła w sobie na nowo instynkt łowcy i zapamiętale poluje na nornice, przybierając czarny kolor na pysku prawie po uszy i na nogach prawie po brzuch. Polowanie na nornice polega bowiem na ryciu tam, gdzie nornice już ryły wcześniej.

No a potem przychodzą do domu, bo trzeba: jeść, pić, przespać się albo pomiziać.

Jak już poleżą i wyschną, zamiatam. Doszłam do tego, że zamiatam nawet po ciemku, nie zapalam światła, tylko biorę miotłę i zamiatam, bo przecież bez światła czuję, że zgrzyta. Idę na przykład do łazienki - po drodze sięgam ręką do kotłowni po dowolnie wybraną miotłę, zamiatam.

Zamiotę jeszcze ze dwa razy i wywiozą mnie do Tworek.

Komentuj (2)

04.11.2011 (22:39)



Do frontowej elewacji naszego domu przyczepiona jest taka sobie oto szopa z dwoma okienkami. Do tej szopy zaś przyczepione było ogrodzenie dla psa podwórzowego poprzednich właścicieli, a wszystko razem nakryte było czapą starego jaśminowca. Szopka, jak to szopka, służyła do przechowywania różnych różności oraz jako przytulne lokum dla myszy i os.
Tak to wyglądało jeszcze w lipcu.



Najpierw za pomocą sekatora i piłki mojej przecudnej dokonałam brutalnych cięć na jaśminowcu. Walka była zacięta. Najpierw cięłam wszystko to, co było uschnięte. Wywlekałam z krzaczora konary o grubości mojej ręki, siłowałam się z nimi i cała byłam podrapana. Powstała z tego cięcia ogromna sterta gałęzi. Jaśminowiec nie wygląda, ale na wiosnę nastąpi druga tura obrządku, po której będziemy mieli piękny i zdrowy odmłodzony krzew.
Potem Stary przystąpił do opróżniania szopki, o czym już pisałam. Przy okazji odkopał moje słoiki, które sam zasypał był kiedyś różnościami i nie sposób było się do nich dostać.
Potem rozebrał psie ogrodzenie i uprzątnął teren, znajdując (odkrywkowo) spore ilości materiałów budowlanych, jako to cegłę białą, która po wysuszeniu nada się na to i owo.

A wszystkie te starania stąd, że w tej szopce, w tej szopce... jest taka oto ściana!



I to jest ściana naszego domu, schowana dotąd i niekochana, piękna szachulcowa ściana z czerwonej cegły i grubaśnych bali, do której na szczęście nikt nie zdążył się dobrać z wiaderkiem farby. Szopkę rozbierzemy, a ściana cieszyć będzie nasze oczy.

Komentuj (3)

07.11.2011 (18:31)

Jeśli cztery osoby bardzo pełnoletnie i w dodatku z wykształceniem wyższym nie potrafią ogarnąć takiej prostej konkurencji, jak zabranie kanapek w długą podróż, to co to znaczy, droga Redakcjo?
Przy czym warto nadmienić, że chodzi tu o kanapki zapobiegliwie wykonane dnia poprzedniego i zachomikowane w lodówce.

Mama, Młoda, Stary i ja - to ta wesoła gromadka.
Ja rozumiem, że to się może zdarzyć każdemu, ale jeśli dwa razy, to czy to jest prawidłowość, czy błąd statystyczny czy jaka inna cholera? Pierwszy raz to było sześć lat temu, kiedy jechaliśmy z Młodą z Miasteczka do Wrocka na egzaminy wstępne; a drugi raz dziś.
Tak, wysłałam moją matkę w trzynastogodzinną podróż o głodzie. Dobrze, że pod opieką Młodej, która jest ogarnięta i przytomna i podołała.

Córeczko jutro wyślę Ci tę szynkę listem priorytetowym!


A Stary dobrał się już do szopy, rozpruł jej jedną ścianę i teraz stoi ona otworem (na razie bocznym).

Komentuj (4)

10.11.2011 (17:35)

I zostałam sama w tym domu, pierwszy raz. Muszę ogarnąć kury, psy, kota i palenie w piecu c.o. Wieczorem dopilnował wszystkiego Młody, ale rano już ja sama dokładałam do pieca, a potem pojechaliśmy do naszych szkół.
Ze strachu nie byłam w stanie wytrzymać dziś w pracy do końca i dzięki sprzężonej pomocy paru osób udało mi się wrócić już przed trzynastą.
Wszystko było w porządku, ale dobrze, że przyjechałam, bo nerwy by mnie zeżarły. Spożytkowałam ten podarowany czas na grabienie liści, więc w ogrodzie zrobiło się trochę porządniej, choć jeszcze nie wszędzie dotarłam. Najpaskudniejsze liście są pod gruszami - czarne i mokre, jakieś trupie. Za to leszczyny stoją po kostki w złocie!



Zrobiłam też ładne zimowe ubranko hortensji i mam nadzieję, że latem będzie łaskawa zakwitnąć.



Cały długi weekend zamierzam poświęcić na przygotowanie ogrodu do zimy, a że pogoda piękna więc pewnie mi się to uda.

Chcę znów przejść na dietę rozdzielną, bardzo mi się ona podobała i pełniła swoją funkcję. No ale, jako że jestem rozżarta jak wieprz, to najpierw sobie zafundowałam trzydniową prawie głodówkę - tylko kawa (niestety bez kawy nie chcę żyć!), herbata zielona i sok pomidorowy, a wieczorem dwa-trzy jabłka. Wytrzymałam, dobrze się czuję, a nawet mam wrażenie, że słonina, którą jestem owinięta zrobiła się jakaś miększa.

Ach, zapomniałabym - wywiesiliśmy o szóstej rano flagę, żeby krzewić we wiosce oświatę i świadomość!

Komentuj (0)

12.11.2011 (21:23)

Z tym piecem (kocioł! to jest kocioł, a nie żaden piec!) to jest tak: co zaglądam do środka, to tam już nie ma tego, co włożyłam poprzednio, więc wkładam nowe, zamykam i finito.
I niby udawało mi się utrzymywać temperaturę dodatnią we dnie i w nocy, ale jak Stary pali, to jest jakoś cieplej. No ale on jeszcze piecuje - siedzi tam w kotłowni i robi hałas, a potem jest z tego hałasu dym, a czasami smród i pewnie w tym tkwi cały sekret. Ja nie piecowałam, nie robiłam hałasu ani dymu, a już smrodu to na pewno nie, bo ja jestem elegancka dama.

Ale potem przyjechał Młody i się skończyło. Jak się tam zamknął, a zapiecował, to potem musieliśmy bardzo wietrzyć. I poszliśmy oglądać film i trochę zapomnieliśmy, że się wietrzy.
Oj bardzo zimno było przed snem i tu jakby paradoksalnie piecowanie spowodowało wychłodzenie.

Ale dziś od rana Młody się zrehabilitował, znalazł wtyczkę od podłogówki i jak zagrzaliśmy sobie podłogi to już teraz wszędzie mamy ciepło i nie ma dymu ani smrodu.


Pół nocy spałam dziś z Dziunią, zamknięta w sypialni, bo jak się wszystkie myszy w gospodarstwie zorientowały, że Dziunia grasuje w tym sezonie po szopach i kurnikach, to się z powrotem sprowadziły do domu. Chrobotała mi tu jedna taka w sypialni za szafą, a Młody widział też jedną w kotłowni.
No więc trzeba było przenieść broń biologiczną do domu.

Komentuj (2)

17.11.2011 (19:32)

Gdyby można było dać komuś łapówkę i załatwić, żeby już był kwiecień... albo marzec...
Albo przynajmniej luty.

Nienawidzę listopada.

Komentuj (5)

19.11.2011 (14:53)

Wstaję rano, Starego już nie ma, bo pracuje od rana w Mieście, Młody śpi. Kawka i z powrotem do łóżka. Dopijam, czytam, dojrzewam do wstania. Potem - hyc do pionu, stawiam na gazie cztery jajka i śmigam do sklepu po bułeczki, po drodze nastawiając pralkę.
W drodze powrotnej zrywam z grządki duży pęczek zielonej pietruszki, bo z tych jajek i łyżki majonezu będzie na śniadanie graćka z pietruszką.
Młody robi picie, ja smaruję bułki graćką, jemy śniadanie.

Idę do piwnicy po ziemniaki. Polewam wodą podłogę i wlewam też wodę do donic, w których mam zadołowane w piasku marchewkę, pietruszkę i buraczki. Za sucho jest w piwnicy, bo piasek wysycha.
Obieram ziemniaki, obierki gotuję kurom. Szykuję obiadowy wsad do piekarnika - udka kurczakowe w foliowym rękawie, a na pergaminie ziemniaki w ósemki, posypane solą, czosnkiem i rozmarynem. Programuję piekarnik, żeby się samo włączyło i wyłączyło, nastawiam zmywarkę. Myje płytę gazową, bo oczywiście te cholerne obierki wykipiały jak zwykle. Ale jestem jednak trochę cwana i ruszt od płyty gazowej to już wrzucam do zmywarki.
Wieszam pranie.

Kiedy sięgam do pudełka po rękawice lateksowe, przybiega Kora i merda ogonem, dupką, połową tułowia. Ona wie, co te rękawice oznaczają. Idziemy do ogrodu.
A tam porządków jesiennych ciąg dalszy. Ścinam marcinki, bo po przekwitnięciu brzydko wyglądają. Przycinam tez klony, tworzące przy szambie coś w rodzaju żywopłotu, grabię liście po obu stronach ogrodzenia koło tych klonów.
Potem usuwam z kompostownika resztę konarów po zeszłotygodniowej wycince starej śliwki. Tnę na kawałki, trochę piłką, trochę sekatorem i wywlekam na stertę gałęzi do spalenia.

Widzę, że spadło kilka ostatnich złotych renet. Idę do domu po miskę na renety i po obierki dla kur, bo już chyba wystygły.
Żadnych pustych przebiegów.

No i mam szyć w ten weekend. Zrobiłam już pierwszy krok - na podłodze w sypialni stoi maszyna do szycia zarzucona stertą szmat.

Komentuj (0)

20.11.2011 (21:35)



Tylna sień zapadła w sen zimowy.
To znaczy na przykład, że się już nie otwiera tych drzwi, bo między nimi a tymi zewnętrznymi napchana jest wełna mineralna, żeby było cieplej.

Te wory na podłodze, to glina, zabrana z ogrodu, żeby nie zamarzła. Zimą Stary będzie tą gliną tynkował sień, mam nadzieję, że już ostatecznie. Wtedy będzie można wreszcie przybić w sieni szerokie listwy przypodłogowe.
A to ubranko na ścianie to strój pszczelarski Starego, który mu uszyłam po pamiętnym wydarzeniu czerwcowym.

I wczoraj powiesiliśmy sobie wreszcie na ścianie pracowni stary zegar, który po przeprowadzce wciąż czekał zafoliowany na strychu.
Pchnęłam od razu wahadło i działa do dziś. Muszę poszukać kluczyka, bo sprężyna jest już prawie całkiem rozkręcona. Gdzieś był ten kluczyk, pewnie go schowałam do jakiegoś sprytnego schowka, ciekawe jakiego...
Za to bimbadło nie ma szans zadziałać, bo kluczyk do bimbadła został zgubiony.

Komentuj (6)

27.11.2011 (21:38)

Szopka na frontowej elewacji straciła już jedną ścianę, którą to Stary był wybebeszył. Szopka stoi więc otworem, a psy tam węszą i ryją, bo smakowitych zapachów po myszach i różnej gadzinie z pewnością wewnątrz nie brakuje. Stary też tam węszy i ryje i powydłubywał już próchno z tych grubych bali, a teraz będzie te miejsca uzupełniał zdrowym drewnem.





Komentuj (0)

30.11.2011 (22:07)

Huragan psuje prąd i internet, łamie drzewa i porywa daszki uli. Psy zabijają kury dla zabawy i chętnie też wymiętosiłyby kota, a kot zjada myszy i ptaki. Ludzie ludziom też nie lepiej.

Moje stawy są zużyte - dłonie, łokcie, kolana, kręgosłup (ręka-noga-mózg-na-ścianie). Byłam w sklepie dla dresiarzy i widziałam na półkach wielkie wory dresiarskich preparatów - jak sucha karma dla psów. Kupiłam tam sobie ogromne białe tabletki, mam je brać dwa razy dziennie przez dwa lata, popijać obficie. Mimo, że nie jestem już młodziutką dzieweczką, to dwa lata brzmią jednak dla mnie nieco abstrakcyjnie.

I jak tu nie mieć doła?

Komentuj (5)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów