Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


04.11.2014 (15:05)

W pogoni za rozumem zapisałam się na studia podyplomowe. W piątek jadę już na pierwszy zjazd, a zakończenie całości przewidywane jest na czerwiec 2015. Przez ten czas będę jeździć na weekendy do Poznania co dwa tygodnie, a czasem nawet co tydzień.
Martwię się trochę, czy w moim wieku funkcje intelektualne nadążą, ale to się okaże w trakcie. W razie czego profesory będą wołać za Młodym: o, to ten student, co ta jego głupia matka oblała u mnie wczoraj egzamin!
Zostałam bowiem koleżanką z uczelni swojego syna.

To moja druga podyplomówka i pewnie już ostatnia, to mój trzeci w życiu uniwersytet i pewnie też ostatni. Rozkład zajęć obiecuje ciekawe rzeczy, więc cieszę się bardzo, ale trochę się też boję.
Wciąż jest okazja dokarmić trochę ten umysł, wzbogacić świadomość, więc trzeba to wykorzystać. Może kiedyś ktoś będzie miał z tego pożytek.

Wielkie nadzieje wiążę też z sześciogodzinnymi podróżami pociągiem tam i z powrotem - nadrobię wreszcie czytanie i szydełkowanie.


Wczoraj nastawiłam ciasto na świąteczne pierniki. Będzie teraz leżakowało sześć tygodni, a smaczniejszych pierników, niż te z ciasta dojrzewającego, nie ma na całym świecie.

A Młoda rozgląda się w rynku nieruchomości i zgłębia różne wersje kredytowania. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Komentuj (4)

11.11.2014 (05:55)

Wróciłam z pierwszego zjazdu. Podróż tam była mordercza, najbardziej gównianym z gównianych pociągów (z przesiadką), który planowo miał jechać około sześciu godzin w jedną stronę, a z powodu kraksy innego pociągu, z jeleniem w roli głównej, jechał osiem. W dodatku pierwszy pociąg to była lodówka, a drugi - istny piekarnik, a więc można powiedzieć, że humanitarna średnia temperatur została osiągnięta.
Na szczęście miałam szydełko, więc nic nie było w stanie wyprowadzić mnie z nerw.

Sam Poznań komunikacyjnie też nie był łatwy, bo trwają różne remonty i przebudowy dróg i tramwaje miały pozmieniane trasy, a w dodatku w sobotę jeździły inaczej niż w niedzielę. Dojazdy były więc dość karkołomne ale miałam szczęście i ani razu nie zabłądziłam, a nawet wszędzie zdążyłam na czas, w tym na pociąg powrotny.

Pierwsze dwa wykłady potwierdziły moje obawy i uzmysłowiły mi, jaki mam uśpiony i rozleniwiony mózg; nie byłam w stanie skoncentrować się na tyle, żeby notować i to nie tylko mentalnie ale i długopis mi jakoś w ręce nie leżał. Dopiero po przerwie obiadowej wzięłam się trochę w garść i potem było już lepiej.
Wykłady były cudowne! Wreszcie spełnia się moje marzenie... żeby tak skryć się gdzieś w kąciku, w cieniu kolumny sali wykładowej i po kryjomu sobie posłuchać, pobyć tam, ponasiąkać. Zawsze mnie to brało, kiedy Młoda była jeszcze na studiach i zachwycała się wykładami, a potem znów wróciło, jak Kajzerka przyjeżdżała ze swoich zjazdów i opowiadała.
Teraz mogę to wreszcie mieć, legalnie i nie w żadnym cieniu kolumny. Przyjemność słuchania ludzi mądrych jest nie do przecenienia! A w dodatku są to piękne kobiety (i nie należy tu mieć żadnych skojarzeń z lalkami Barbie!), erudytki, mówiące pięknym językiem, ciekawie, porywająco i z prawdziwą pasją. To co mówią i jak mówią, jak się poruszają, gestykulują, jak odnoszą się do ludzi - to wprost idealna harmonia.

Wstępne założenie mam takie: wytrwać jeden semestr. Jak wytrzymam, przedłużę swoje oczekiwania na kolejny. Jestem tam jedyną osobą dojeżdżającą z tak daleka, również jedną z najstarszych, może ze cztery osoby z ponad trzydziestki są starsze ode mnie.
Tak chciałabym, żeby się udało! Muszę udźwignąć ciężar dojazdów, wysiłku umysłowego, wydatków finansowych i fochów chorego kręgosłupa w różnych jego odcinkach.


A Wydział Filozofii poznać po tym, że w kibelku na drzwiach do jednej z kabin przyklejona jest kartka z napisem: ta toaleta ma skłonność do bycia zapchaną. Złożyłam się na pół ze śmiechu.

Komentuj (6)

23.11.2014 (18:08)

I znów nadszedł ten dzień, że wciągnęliśmy ogrodowe łóżko do sieni, a tylne drzwi zostały ogacone włókniną i zamknięte aż do wiosny.
Ogólnie mieliśmy dość pracowitą niedzielę poświęconą przygotowaniu domu do zimy. Kombinezony pszczelarskie zostały wyprane i schowane do wiosny; przewiesiliśmy też do sieni zegar z bimbadłem, który wisiał dotychczas w największym pokoju i nie bardzo chciał działać. Tego pokoju zimą nie ogrzewamy i już mi się odechciało chodzić wciąż do tej zimnicy i popychać wahadło. Zegar powieszony w sieni zaczął nagle chodzić sam z siebie i nie muszę go namawiać. Pewnie też mu tam było za zimno.

Taki spokojny weekend w domu to wielka przyjemność, no i wreszcie zobaczyłam mój ogród, który widuję teraz już tylko w weekendy. Cały tydzień mija... wyjście do pracy po ciemku, powrót z pracy po ciemku, a któregoś dnia połaziłam sobie trochę po ogrodzie z latarką, żeby zobaczyć, co tam z tymi różami. W piątek posadziłam w polu czosnek - czterdzieści ząbków pomiędzy truskawkami, bo to wychodzi na zdrowie truskawkom.
Mam tam jeszcze do wyrwania rządek pietruszki i dwa rządki marchewki, ale na razie niech sobie jeszcze siedzą. Marchewka w tym roku zupełnie nie ma robali, co potwierdza, że jednak ona musi rosnąć na otwartej przestrzeni, w oddaleniu od wszelkich zarośli. Ale tego, to już się nauczyłam kilka lat temu.

Leszczyny w ogrodzie sypnęły złotem. Leszczynowe liście są lekkie i kruche, łatwo się rozkładają, a więc świetnie się nadają do ściółkowania rabat. Trochę ich już pozagrabiałam na rabatę z irysami, gdzie eksperymentalnie będę też próbowała przezimować piękne buraczkowe chryzantemy; żeby się udało, muszą mieć zimową kołderkę. Resztę liści pozagrabiam na różanki, ale to jeszcze nie teraz.

Mam nadzieję, że w następnym życiu będę mieszkać w jakimś kraju o łagodnym klimacie i tam będę pracować jako ogrodniczka w czyimś wielkim ogrodzie. W ogóle nie będę musiała opuszczać tego ogrodu, a za swoją pracę dostanę od właścicieli mieszkanie i jedzenie, no i Stary też tam ze mną będzie. A okres wegetacyjny będzie trwał dziesięć miesięcy w roku.

Po niedzieli oddaję do reklamacji mojego laptopa, bo mimo najszczerszych chęci, świętej cierpliwości i przyzwyczajania się od czerwca, mam już dość tego beznadziejnego touchpada. Laptop na gwarancji, więc niech oni go sobie obejrzą i spróbują tym touchpadem zrobić cokolwiek.
W dodatku zarżnęłam kolejny aparat fotograficzny, trzeci już. Nie wiem, czy zamiast tego traktorka na wiosnę, nie powinnam sobie wreszcie kupić porządnego fotoaparatu, a nie zawsze te dziadostwa dla biedoty, które rozsypują mi się w rękach. No prawie, bo ten ostatni rozsypał się częściowo w zębach Burka, który zeżarł mi też tej jesieni dwie konewki z trzech posiadanych.
Burek okazuje się być dość drogim psem.

Komentuj (3)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów