Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


01.12.2009 (22:29)

Oprócz zabiegów z poprzedniej notki uprawiam picie tutejszej wody mineralnej, na co mam pieczątkę lekarza w karcie (a nie każdy ma!). Dzięki tej pieczątce nie muszę płacić 30 groszy za kubek wody (jeśli mam kubek; bo jeśli nie, to plus jeszcze 20 groszy).
No i niech mi ktoś powie, że nie jestem kobietą oszczędną.

Poza tym zaliczyłam dziś terapię wilgotnym powietrzem, bo mżawka cały dzień mżyła, a wszystkie zabiegi są poza miejscem zamieszkania i trzeba biegać, a to w prawo, a to w lewo od wyjścia głównego.

I nie wiedziałam, że kąpiel borowinowa zawiera takie ilości żwiru! I ten żwir normalnie wpuszczają potem do odpływu wanny. To jakie oni tam mają rury kanalizacyjne?!

Komentuj (4)

03.12.2009 (18:47)

Kriokomora nieco mnie przeraziła, muszę przyznać. Najpierw wpuścili nas do bardzo zimnego pomieszczenia, zasnutego parą i myślałam, że to już to. Ale zaraz szybko otworzyli następne drzwi i wbiegłyśmy – cztery sztuki – do kolejnego pomieszczenia. I to dopiero było to.
Po pierwsze NIC nie było widać. Wiedziałam, że mam chodzić w kółko, ale myślałam, że w kółko jedna za drugą wokół pomieszczenia. Było to jednak zupełnie niewykonalne z powodu zerowej widoczności – nie wiadomo było, gdzie są ściany, a co dopiero, gdzie są ludzie, za którymi mam chodzić. Więc chodziłam w swoje własne kółko, na zastanawianie się nie było czasu. W sensie teraz już wiem, że chodziło o ruch wirowy, a nie obiegowy.
I weź tu jeszcze człowieku, nie dotykaj niczego ani nikogo – tak było powiedziane. Jak można nie dotykać niczego, jeśli nie wiadomo, gdzie ono jest, to czego mam nie dotykać. No bałam się trochę. Bałam się, że dotknę się nieopatrznie i przymarznę do siebie samej. Nie był to więc przyjemny zabieg, ale mam nadzieję, że skutki będzie miał tak zbawienne, jak się o tym słyszy.

Wszystkie inne zabiegi są wspaniałe, a już najlepsze to moczenie się w wannach. Sama wanna jest już dla mnie atrakcją, bo od wielu lat mam w domu tylko brodzik. A tu jeszcze dobroczynne zawiesiny i roztwory. Zbadałam dziś odpływ na żwir – ma jak nic z dziesięć centymetrów. Nogę mi chciało wciągnąć razem ze żwirem!



Komentuj (5)

04.12.2009 (21:11)

Osoby życzliwie kibicujące informuję, że dziś poszedł do banku kolejny wniosek kredytowy. Tym razem nie ma to być typowy kredyt mieszkaniowy, ale na_zakup_i_remont. Mój Stary zrobił taką piękną inwentaryzację z rysunkami stanu obecnego i planowanymi zmianami, z elewacjami i rzutami, że doprawdy mogę się w nie wpatrywać godzinami. Może je tu nawet wrzucę, gdyby się zdarzyło, że dostaniemy kredyt.

Teraz około dziesięciu dni czekania przed nami, a potem, to już nawet będę wiedziała, gdzie spędzam święta.

Jeszcze nigdy przenigdy w moim dorosłym życiu nie byłam tak nieprzygotowana do świąt, jak w tym roku. A wszystko przez ten kredyt i przez to sanatorium. Dobrze, że są winni.
Bo przecież micha zagniecionego ciasta piernikowego i wiadro zapeklowanego mięsa powinny już o tej porze leżakować na balkonie. A nie leżakują.
Bo gospodyni leżakuje w borowinach.

No nie wiem, upadek.

A w kriokomorze dziś było minus 124. Pff, luzik!
I nawet było widać, gdzie jest ten czerwony przycisk, którego trzeba użyć, gdyby ktoś się poczuł nietenteges.
(144)

Komentuj (0)

07.12.2009 (19:23)

Cudownie po prostu jest na posiłkach. Wczoraj państwo opowiadali, jak ich pieski wymiotują w samochodzie, a dziś było o zabijaniu kury. Ze szczegółami.

Pani Małżonka mówi do Ryśka: „Rysiek, serek masz na buzi, wytrzyj sobie” i Rysiek posłusznie wyciera. Albo: „najpierw zupę mleczną jedz, potem kanapkę”. I Rysiek je najpierw zupę.
Pani nigdy nie mówi do nas o mężu „mąż”, albo „Rysiek”. Mówi: „on”. ON lubi ziemniaki, JEMU się nie podoba to czy tamto. I mówi też: „moja córka”, „mojej córce”, chociaż, jak wynika z opowieści, to jest ich wspólna córka.
Ryśkowi smakuje jedzenie. Po każdym kęsie kiwa z uznaniem głową w prawo i w lewo i pomrukuje: „mmm”. Po KAŻDYM.
Rysiek mówi: „to ja wezmę mały kawałek” i sięga ręką w stronę talerza, na którym leżą dwa jednakowe kawałki ciasta. „To weź” – mówi Małżonka. „A który jest mały?” – pyta Rysiek. I ona mu pokazuje który.
Słowotok, wylewający się z ust Małżonki dotyczy wielu przeróżnych tematów: abonamentu tv, sztuki kulinarnej, miny Schetyny, jakim złym człowiekiem jest Roman Polański oraz wielkości porcji surówek, które PODAWAJĄ w barze na trasie z x do y.

Jagiełka wpadła do mnie na 24 godziny i to był czas normalności. A teraz znów wróciłam do nie mojej bajki.

Ale co mi się tu szalenie podoba - koło południa, w przerwie między zabiegami siedzę, kiwam nużkom, szydełkuję. Puk, puk, wchodzą dwie panie: „dzień dobry, dzień dobry”. Jedna pani szybciutko myje kibelek i wyrzuca śmieci z łazienki, a druga przelatuje pokój ze szmatką i odkurzaczem.
No doprawdy...
(162)

Komentuj (4)

08.12.2009 (17:27)

Scenka sanatoryjna na życzenie Pi :)

Wchodzę do pustej windy, za mną pani (całkiem obca pani, że uzupełnię). Drzwi się zamykają, winda rusza.
Pani mówi: „Boli mnie to kolano, no biorę te zabiegi, no wiem, że to przestanie, ale boli mnie. Poszłabym tam*, ale ja wiem? A jak się trafi jakiś pan, co by mnie chciał potem zapraszać na tańce, to jak ja będę chodzić z tym kolanem? Ja się nie nadaję.”
Winda się zatrzymuje na moim piętrze, wysiadam.

Nie wiem, czy poznałabym tę panią, ale pamiętam, że wyglądała tak, że nie przyszłoby mi do głowy, żeby jakiś pan zechciał ją zaprosić dokądkolwiek.


* "tam" - kawiarnia na parterze, gdzie co wieczór odbywają się dancingi.
(180)

Komentuj (8)

09.12.2009 (10:22)

Okazało się wczoraj, że jednak Święta spędzimy w domu i okazało się też, że sprawy z tym cholernym kredytem nie posunęły się ani na krok.
Znaleźli nam bowiem grzech na sumieniu – otóż mój Stary miał kiedyś konto w pewnym głupim banku i konto to rozwiązał w lutym. A raczej wydawało mu się, że rozwiązał, bo tak naprawdę, pozostało mu na tym koncie 18 zeta z ogonkiem. A to oznacza, że konto nadal istnieje! A ponieważ było z nim związane posiadanie karty kredytowej, to figurujemy w rejestrze bandytów, którzy nie mogą dostać kredytu (a w rejestrze dane tego głupiego banku były weryfikowane ostatnio na początku lutego, ach, ach, doprawdy, niemożliwe, nie wiemy, jak to się mogło stać, przecież wszystkie banki na bieżąco weryfikują swoje dane w naszym rejestrze!).

Więc przytomna pani z biura nieruchomości nie złożyła naszego wniosku kredytowego, tylko teraz odkręcamy sprawę z tym głupim bankiem; wczoraj już kretyni przelali nam te 18 zeta z ogonkiem, ale teraz jeszcze muszą nam wystawić ZAŚWIADCZENIE. Więc znów czekamy.
Następne newsy po 15 grudnia.

Przez to wszystko, niestety, całe nasze plany świąteczno-wyjazdowe wzięły w łeb i będę lepić uszka w swojej własnej kuchni, choć jeszcze wczoraj myślałam, że będzie inaczej.

I pomyśleć, że 17 października napisałam pierwszą notkę o tym domu i naprawdę wtedy myślałam, że sprawy ruszają i będą przechodzić kolejne etapy w jakiejś logicznej kolejności.
(204)

Komentuj (6)

10.12.2009 (18:25)

Dialogów przy stole ciąg dalszy. Unikam się odzywania, bo bym musiała wstać, szurnąć krzesłem, walnąć sztućcami i wyjść.

No a jak już się odezwę, to potem żałuję.
Małżonka: „pani wie, a mój piesek to tak zajadał czekoladę...”
Rysiek: „a psu to nie warto dawać dobrego mięsa, bo on przecież w ogóle nie czuje smaku, bo od razu połyka, to co on z tego ma?”
Ja: „No ale czekolada jest niezdrowa dla psów, psom nie powinno się dawać czekolady. I wieprzowina też jest dla nich toksyczna i bardzo im szkodzi”.
Rysiek: „A Żydzi TEŻ nie jedzą wieprzowiny”

No a potem Małżonka - że słuchała wczoraj wywiadu radiowego (ciekawe, jakie to radio, no?) z fizykiem atomistą, który mówił, że w układzie planet są dowody na istnienie Boga, a ten Darwin to takie bzdury powymyślał, bo przecież do czego to podobne, wie pani, żeby człowiek pochodził od dżdżownicy!” (?!?!)
No a potem było o dzieciach Marioli, o tych trzech synach i tej najmłodszej rozwydrzonej córce. No i było też o córkach Beaty, trochę o tej starszej, trochę o tej młodszej (ta starsza, to była krótko trzymana, proszę pani, ale tej młodszej to wszystko wolno!).
I doprawdy, nie wiedziałam, że dziadek Beaty też był matematykiem!

Turnus po półmetku, kręgosłup nadal mnie boli, ale jak pomyślę, że mogę stąd wysłać paczkę i nie wlec tego całego majdanu ze sobą w drodze powrotnej, to mi od razu lżej!
Wynajduję w necie prezenty gwiazdkowe, odrabiam angielski, słucham Trójki z laptopa i radia Wrocław z radia.
I zarejestrowałam się, niestety, na facebooku, choć mam mieszane uczucia i nie wiem, czy długo wytrzymam. Przeraża mnie to mnożenie bytów internetowych.
(216)

Komentuj (2)

11.12.2009 (16:35)

Dziś obrzydliwy dzień, boli mnie dosłownie wszystko, a w powietrzu nieruchomo wisi deszcz. Nie, że pada - wisi. Rano ledwo dałam radę wyleźć z łóżka, kriokomora miała minus 150 stopni i jeszcze na kolację ryż z cynamonem.

Tego obrzydliwego dnia, traf chciał, że obejrzałam film Galerianki. Płakać mi się chciało przez cały film, a jak się skończył, to miałam ochotę naprawdę walić łbem o ścianę i nie rozmawiać już z nikim przynajmniej przez resztę dnia.

Musiałam więc włączyć jakieś mechanizmy obronne.
Postanowiłam to wszytko zażreć i zaplanowałam kolację alternatywną, jako że cynamon samym swoim zapachem robi mi mutacje w kodzie genetycznym. Kupiłam na wieczór chipsy, piwo, szynkę i cudnie czarny chleb i mam zamiar świetnie się bawić.

A oto widok z balkonu w samo południe:



Komentuj (3)

13.12.2009 (15:00)

W sobotę rano spadł śnieg, a wraz ze zmianą widoku z okna zniknęły moje bóle i już nie czuję się, jakby czołg przejechał mi kilka razy po całym ciele. Pewnie ta meteorohisterioza nie opuści mnie już do końca życia.

Urządziłam na balkonowej balustradzie paśnik dla sikorek. Kupiłam otóż kawałek słoniny w mięsnym, metr gumy do majtek („białej, czy czarnej”? – zapytała pani w pasmanterii; kupiłam białą, bo lepiej pasuje do śniegu).
Szydełkiem zrobiłam dziurkę w słoninie, przeciągnęłam gumkę i przywiązałam porządnie do balustrady.
Sikorek nie widać, ale przylazła sroka i próbowała ukraść całość. Na razie jej się nie udało. Ale była cudna!



Niedziela w sanatorium jest bardzo niedzielna. Nie ma zabiegów i nie ma zupy mlecznej na śniadanie, co od razu kojarzy mi się z koloniami letnimi.
Już od rana przy śniadaniu panowie prezentują się w garniturach, różowa koszula, krawat, te rzeczy. Panie zaś mają ostentacyjnie utrefione fryzury, niektóre zresztą już od sobotniej kolacji. Na posiłki panie schodzą w czółenkach na wysokich obcasach. Wszyscy mają miny kościółkowe.
(246)

Komentuj (4)

14.12.2009 (13:11)

Słonina działa:


(276)

Komentuj (3)

15.12.2009 (10:06)

Za ścianą mieszka wariatka. Wczoraj nie spałam przez nią pół nocy i z pewnością nie tylko ja, bo trzy razy chodziły do niej z interwencją pielęgniarki. Wróciła z biesiady ogólnokuracyjnej około dziesiątej i dalej świetnie się bawiła sama.

Najpierw po południu odchodziło za ścianą ostre picie wódy w większym towarzystwie, w celu się zagruntowania przed biesiadą, ale docierające zza ściany odgłosy nie były niepokojące, bo nie odbiegały od znanych w społeczeństwie.
Natomiast to, co działo się później, nasuwa przypuszczenie że baba zapomniała zażyć swoich psychotropów.
Rytmiczne tupanie nogą lub walenie ręką w coś... śpiewy, krzyki („eeee” i „juuu”), śmiech, przekleństwa – na zmianę przez dwie godziny. Chyba tańczyła, bo te okrzyki wydawała zziajanym głosem. Muzyka z radia czy czegoś tam innego była bardzo cicha ale służyła za podkład do wyśpiewywanego tekstu. Tekst był następujący: „jestem zakochaaana, kocham coraz mocnieeej...”
I to już całe libretto.

Dość ciekawie prezentuje się pieśń o zakochaniu, jeśli wykonywana jest równolegle ze słyszaną z radia (jej radia!) Cher lub „Give in to me” Michaela Jacksona.
Muszę też dodać, że wzmiankowaną pieśń można słyszeć zza ściany każdego dnia o różnych jego porach, no już nie przesadzajmy, że tylko po nocach!

No cóż, o 23.40 wstałam, włączyłam komputer i okazało się, że dobrze, bo miałam dość pilną pocztę od Karolinki. Około 00:30, po energicznym waleniu pielęgniarek w drzwi, baba się spacyfikowała i poszła chyba spać, więc i ja czym prędzej zasnęłam (rano pobudka o 6:40, żartów nie ma).

Wariatka ma sylwetkę wysokiego babochłopa o beczkowato krzywych, ale dość szczupłych nogach, z głową wciśniętą w kark i rozbudowaną otyłością brzuszną. Silna jest jak tur, bo przyszło mi raz ćwiczyć z nią w parze na gimnastyce i mało mi rąk ze stawów nie powyłamywała.
Boję się jej.
(306)

Komentuj (3)

16.12.2009 (08:29)

Miałam sen.
Dom był stary, ale to nie był ten, który niby mamy kupić, tylko jakiś inny, tak jakby stara kamienica w mieście. Z zewnątrz był brzydki jak kupa, ale już po wejściu w bramę wiedziałam, że to będzie istne cudo. Na ścianach wielkiej sieni widać było gdzieniegdzie resztki starych polichromii.

Wewnątrz, w mieszkaniu, były krzywe i pozapadane podłogi, ale wstawiliśmy tam wszystkie nasze meble do jednego wielkiego pokoju i cały czas w tym śnie chodziłam ze szmatką i wycierałam kurze z tego wszystkiego. Było to bardzo przyjemne. Wciąż okazywało się, że to właściwie nie są nasze dotychczasowe meble, bo spod kurzu ukazuje się stare grube drewno, pociemniałe, czasem podziurkowane przez te różne drewnojady, ale takie piękne...

Za oknem widziałam wielkie drzewa, w tym jedno o nieprawdopodobnie grubym pniu. Widać było z okna tylko ten pień, bo górę zasłaniały korony kasztanowców, rosnących w pobliżu. Jednak, kiedy wyszłam na zewnątrz, okazało się, że to też kasztanowiec, ale tylko sam pień. W miejscu, gdzie powinna się zaczynać korona, pień się kończył, ścięty na prosto. Jakieś drobne odrosty i pojedyncze liście widać było jednak tuż poniżej linii cięcia i pomyślałam, że widocznie jeszcze nie wszystko stracone.

Dalej za tymi drzewami była szosa i szłam po niej i czułam pod butami drobne kamyczki. I zapytałam Starego: „a ten asfalt to będzie taki niepozamiatany?”


Czyżby ten sen miał jakiś związek z tym, że dziś Stary idzie do biura nieruchomości, aby wykonać kolejne podejście o nazwie „złożenie wniosku kredytowego”?
(324)

Komentuj (2)

17.12.2009 (19:20)

Oto mój raport subiektywny z sanatoryjnego spożycia dóbr kultury w postaci filmów.

Najpierw seriale.
Drugi sezon The Office (22 odcinki) – zakochałam się w tym serialu, przede wszystkim dobrze tam słyszę, jak oni mówią po angielsku i to dodatkowa przyjemność, choć nie jedyna. Cieszę się, że jest 6 sezonów!

Czysta krew – nie zdołałam wytrwać do końca 1 sezonu, chociaż miałam dobre intencje i cierpliwie brnęłam przez kolejne odcinki. Skończyło się to jednak tak, że wywaliłam z dysku w kosmos 1 i 2 sezon. Na głupotę jestem nieodporna.
Wyrzuciłam też 2 sezony Bez skazy – tak jakby z podobnych powodów.

Nieodmiennie zachwycający 3 i 4 sezon Pan wzywał, Milordzie; chociaż muszę przyznać, ze ostatnim odcinkiem całości bardzo byłam zawiedziona. I przykro mi, że już wszystko obejrzałam. Bo trzeba rozumieć Paszczaka – co innego być kolekcjonerem, a co innego właścicielem kolekcji!

Z kategorii Każdy Powinien Obejrzeć, Bo Może To Dotyczyć Również Jego – Galerianki; bardzo przygnębiający.

Cudne bieszczadzko-stasiukowe klimaty - Wino truskawkowe; mniam (film mniam, nie wino).

Kategoria Barański: znany, ale z przyjemnością przypomniany Dzień wielkiej ryby; spektakl teatru TV Moja córeczka z Buzkówną i Peszkiem – też mi się podobał; w nowym Braciszku – niestety, zidiociale świątobliwy Barciś był dla mnie całkowicie niestrawny i nie obejrzałam nawet połowy, za co bardzo przepraszam reżysera; za to z dziką przyjemnością pochłonęłam Kawalerskie życie na obczyźnie z przewspaniałymi dialogami.

Kategoria Ten Boski Świr Lars: Manderlay, Idioci. Odczucia jak zwykle po Larsie, czyli „nie chcę mieć więcej nic wspólnego z tym świrem!”.

Hańba – bardzo piękny film, polecam; parę lat temu czytałam książkę, jakoś zaraz po Noblu dla Coetzee i też polecam.

I jeszcze dwa buddyjskie filmy. Baytong - niezły, choć z kilkoma dziwnymi komiksopodobnymi wklejkami, które mu chyba zaszkodziły, przynajmniej w moich oczach; ale ze mnie tam dupa a nie krytyk filmowy. I Samsara - obejrzałam go drugi raz, zdecydowanie polecam; to piękny film z niesamowitymi plenerami i z dwiema tak urzekającymi scenami erotycznymi, że hmmm...

Komentuj (0)

18.12.2009 (09:48)

Posprzątałam tu dziś trochę, tak dla własnej wygody. Nie lubię rzeczy nieużywanych, a jeśli czegoś używam, to ma to być wygodne w użytkowaniu. I ma czemuś służyć.
Powyrzucałam więc z linków trochę nieczynnych blogów, inne są w kolejce do wyrzucenia, ale jeszcze poczekam, może jeszcze ich właściciele coś napiszą.
Jeśli uda się z tym domem, będę tu potrzebowała miejsca na inną grupę linków, takich, które nam pomogą ogarnąć to Życie Na Wsi. A jeśli się nie uda, to i tak te linki tu powrzucam, bo uda się następnym razem. Lub jeszcze następnym.
Innej drogi już nie ma.

Piątek rano oznacza, że jeszcze dwa pełne dni zabiegów, a potem wyjazd. Chciałabym z kimś załatwić, żeby była już przynajmniej sobota rano, ale nie ma z kim.

Rano wstaję i co widzę. Znów, jak wczoraj, trzeba iść na balkon odśnieżyć słoninę, bo latają te sikorki nad balustradą, latają, a słonina przysypana razem z głową. I nie wiedzą, gdzie wylądować!
Wyszło słońce, może pójdę porobić trochę zdjęć, bo naprawdę jest pięknie, ach jak pięknie, jak cudownie, jak czarownie - wszędzie mnóstwo tego białego gówna!
(372)

Komentuj (0)

19.12.2009 (17:24)

Jestem spakowana, jutro rano wyjazd. Mam nadzieję, że ten dworzec we Wrocławiu będzie działał, jak należy i nie narobi mi żadnych głupich niespodzianek. Nie spałam prawie wcale dziś w nocy przez te cholerne podpory estakady.

A teraz jeszcze pożegnanie z paśnikiem.


















(420)

Komentuj (3)

23.12.2009 (20:20)


Moim Czytelnikom życzę takich Świąt, jakie każdy z Was lubi i jakie najbardziej chciałby, żeby były...
(462)

Komentuj (1)

28.12.2009 (11:20)

Świąteczne sztućce do szuflady, mięsa do zamrażarki, talerzyki deserowe do szafki, wypalone świece do śmietnika a obrusy do pralki. Porządki w kuchni, porządki w lodówce, wyjazd córki, koniec świąt.

Snuję się po domu, łzami myję podłogi. Smutno, że już nigdy nic nie wraca do tego samego miejsca, w którym było kiedyś. Ale i dobrze, że nie wraca.

Chyba mam ból egzystencjalny...


(552)

Komentuj (0)

31.12.2009 (15:50)

W Wigilię telefon z życzeniami świątecznymi od pani S., obecnej właścicielki domu, który chcemy kupić. Życzenia – aby nasze wspólne plany znalazły pomyślne rozwiązanie.
I kartka od Ilonki: „to co, ostatnie święta pod starym adresem? Tego Wam życzymy!”
I te wszystkie życzenia i trzymane kciuki...

No i jest! We wtorek mieliśmy telefon z banku, że jest decyzja kredytowa. Jeszcze musimy czekać na wyjaśnienie jakichś niedomówień między obecnymi właścicielami naszego przyszłego domu, a właścicielem ich przyszłego mieszkania, ale to już jakby poza naszym zasięgiem, niezależne od nas.
Wtedy szybko podpisujemy trzy umowy przedwstępne jednocześnie i ruszamy. Są tu zaangażowane cztery strony i wszystko musi być doprecyzowane, żeby pasowało do układanki.
Musimy jeszcze podrzucić do banku jeden papier (zresztą, nabywcy naszego mieszkania też), więc umowę kredytową podpiszemy już w styczniu.
Jesteśmy podekscytowani, ale i wystraszeni, nie powiem. Jednak dzieje się to, czego chcieliśmy, kostki domina zaczynają się przewracać.

To był ważny rok - wreszcie wykupiliśmy nasze mieszkanie. W lipcu znalazłam w sieci ten dom, powoli w to wchodziliśmy, ale w końcu nabraliśmy trochę odwagi i nadeszły poważne decyzje. Nawiązaliśmy kontakty z biurem nieruchomości i w końcu dostaliśmy ten kredyt. Po drodze było dużo obaw, ale i dużo nadziei i planów.
Na początku tak się bałam, że to tylko takie gdybanie, że nic z tego nie będzie, z tych naszych marzeń o domu - że pisałam tajnego bloga, takiego tylko dla siebie i tylko na ten temat (od lipca 2008 do września 2009).

A tak wyglądała pierwsza notka na tamtym tajnym blogu:
30.07.2008 :: 22:16
Ogłaszam inaugurację mojej wiochy. Już nie tylko w głowie, już będzie też i na blogasku. A kiedyś, podobno niedługo, jak wywróżyła wróżka, będzie rzeczywistością.
Mówi się, że marzenia trzeba pielęgnować i dokarmiać. A więc do dzieła!
Ten blog nie będzie udostępniany znajomym, krewnym i przyjaciołom oraz ich znajomym krewnym i przyjaciołom. Wszystko robię tu sama, tak, jak potrafię; miałam już chwilę zwątpienia i chciałam prosić o pomoc A., ale jednak spróbuję poradzić sobie sama. Jeśli ktoś ze znajomych trafi na tego bloga i domyśli się jego autorstwa, to trudno.
Pierwsze zalążki pomysłu wykiełkowały mi w głowie w lipcu rok temu. Od tej pory datuje się historia mojej drogi na wieś.
I żeby było jasne - wieś to nie jest osiedle domków jednorodzinnych na działkach wielkości chusteczki do nosa, gdzie wyglądając przez dowolne okno widzimy sąsiada. O nienienie!
Ewentualnych czytelników zapraszam i witam.



W mijającym roku odnalazłam też buddyzm w moim życiu; rok już prawie mija odkąd chodzę na medytacje i wykłady do ośrodka buddyjskiego, byłam w lipcu na wakacyjnym kursie w Kucharach. Wreszcie znalazłam to, co mi było potrzebne. Zanurzam się łagodnie.

Koniec roku okazał się ekscytujący, jak nigdy. Nadchodzą teraz dla nas ważne i trudne miesiące. Ale jakie twórcze! Przed nami remont i gruz, błoto, cegły i deski, rury i kable. Jestem zachwycona!
Pewnie w marcu już tam zamieszkamy. Przekopujemy teraz sterty Muratorów, mam nadzieję, że nas zainspirują i że wreszcie przyda się stworzona przeze mnie bibliografia zawartości, którą opracowuję od jakiegoś czasu, z przekonaniem, że przecież prędzej czy później...


Wszystkim Wam życzę na następny rok szczęścia i odwagi do pielęgnowania marzeń.
To działa.
(576)

Komentuj (5)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów