Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
2008
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


01.12.2010 (20:47)

Młoda jedzie pociągiem do domu. Jedzie tak od rana i jeszcze ma kawałek. Miała co prawda inne plany, ale była uprzejma skręcić sobie staw kolanowy, jedzie więc, jedzie, a jej noga z gipsem jedzie na siedzeniu obok...
A jak przyjedzie, to czeka już na nią w szpitalu lekarz, oprzyrządowany w USG i strzykawkę, gdyby trzeba jej było jeszcze jakąś nadprodukcję płynów ustrojowych wyciągać z tego kolana. Mam nadzieję, że nie. Młody wybiera się ze Starym do pociągu, bo nie może przepuścić takiej atrakcji turystycznej, jak przyjazd siostry, będą więc całą bandą włóczyć się po nocy po szpitalu.

Stary zorganizował jej gniazdo w Gabinecie (tak, największy pokój nazywa się Gabinet i cicho mi tu!), żeby miała gdzie dochodzić do zdrowia.
Żywię też nadzieję, że wreszcie będzie robić to, co powinna była już zakończyć, ale jeszcze nie zaczęła. Liczę po cichu na to, że ona tę nadzieję też żywi, bo przecież ja sama nie jestem w stanie wyżywić nadziei całego świata!
-Wiesz co, mamusiu – powiedziała wczoraj Młoda do telefonu – to dobrze, że skręciłam tę nogę.

A wracając do Gabinetu - w Gabinecie Stary ma pracownię, tam będą mieszkać wszystkie nasze książki i tam wolno palić fajkę. Dostaliśmy od Elżbiety dwie potężne skrzynie od pięknego antycznego dwustronnego biurka, które kiedyś mieszkało w urzędzie stanu cywilnego. Trzeba mu tylko dorobić blat, bo oryginalny zaginął w akcji.
A książki chyba wypakuję już niedługo i na razie poustawiam na podłodze przy ścianie. Mam tam jeszcze dużo pustej ściany.

No a na razie Gabinet wygląda raczej jak cygański obóz...

Komentuj (3)

06.12.2010 (19:44)

W czasach mojego dzieciństwa pokutowały różne przesądy i zabobony.
Na przykład taki, że jak się dzieciom często ścina włosy, to się wzmacniają i gęstnieją – a więc przez całe dzieciństwo i wczesną młodość chodziłyśmy z siostrą ostrzyżone na pół męsko, co miało przynieść bujną czuprynę w przyszłości. Siostrze przyniosło, ale mnie niekoniecznie. Ale siostra stosowała oleiste zabiegi równoległe, to może one podziałały.
Wierzono też, że częste wyjazdy nad morze ustrzegą dzieci przed anginą. Bzdury jakieś, jakby to ludzie, mieszkający nad morzem nie chorowali na anginy! Jak miewałam je wtedy, tak miewam i teraz, kiedy to mieszkam p r a w i e nad morzem. Właśnie nastał czas na kolejną. Leżę sobie więc i mam nadzieję to przeżyć, chociaż już widzę, że łatwo nie będzie.
Jak tylko przyjechałam do domu ze zwolnieniem na cały tydzień i przepisanymi lekami, to najpierw zrzucili mi na łeb żarówkę energooszczędną z oprawką, która wyrżnęła mnie w czoło, odciskając okrągły kształt i przecinając skórę, a potem, leżącej w stanie podgorączkowym, zaparzyli herbatę, w której pływała spora mucha. Zanim ją zauważyłam, popijałam trochę tę herbatkę po ciemku...
Muszę uważać.

I jeszcze o Dziuni. Dziunia to krwiożerczy potwór!
W sobotę złapała na strychu mysz. Bawiła się nią przez dłuższy czas, puszczając ją sobie po podłodze, jak mali chłopcy puszczają samochodziki. Najpierw się zdawało, że myszy uda się smyrgnąć, ale Dziunia wciąż i wciąż od nowa chwytała ją w ostatniej chwili za ogon, nosiła trochę i puszczała znów. Z czasem myszy jakby zaczęła się wyczerpywać bateria, a ja już dłużej nie obserwowałam tych igrzysk i poszłam sobie.
Kiedy zajrzałam tam za kilka godzin, Dziunia leżała rozwalona jak hrabina na zasłonie, która służy jej za strychowe posłanie i mruczała z zadowoleniem, a obok leżała mysz. Dokładnie – połowa myszy. Ta z ogonkiem.

Komentuj (9)

07.12.2010 (21:35)

W miniony weekend znów się trochę pozmieniało w naszym domu; może nie są to jakieś ekstra zmiany, ale dla mnie ważne, bo teraz z pewnością wszystko będzie się już posuwać bardzo drobnymi kroczkami.

Mieliśmy też awarię – pękła rurka na strychu pod nieocieplonym skosem dachowym; pękła pewnie trochę wcześniej, kiedy były te wielkie mrozy, a w sobotę wieczorem zaczęła się z niej lać woda. Całą niedzielę Stary to naprawiał – to znaczy zlikwidował ostatecznie tę rurkę, bo tak naprawdę, to była ona potrzebna tylko przez pierwszy nasz miesiąc tutaj; no i mamy zacieki na kawałku sufitu w Gabinecie.

Kilkunastostopniowe mrozy pokazały, że chociaż prawie cały dom jest ocieplony, to jednak zimno przecieka tu i ówdzie. Trzeba było ocieplić tylne drzwi i ustaliliśmy, że nie używamy ich w sezonie zimowym. Między podwójnymi drzwiami od góry do dołu zamieszkała warstwa wełny mineralnej, niestety również między górnymi świetlikami, więc w tylnej sieni zrobiło się ciemno. Szkoda, bo to światło sięgało przedpołudniami przez całą długość sieni aż do frontowych drzwi, ale z drugiej strony, to przecież o tej porze roku właściwie i tak jest przez cały dzień ciemno. Oby do wiosny.
Chłopcy udoskonalili też, a właściwie dokończyli tę własnej roboty szeroką futrynę drzwi między sienią a wiatrołapem, bo tamtędy to dopiero stopnie Celsjusza uciekały!
W tylnej sieni na podłodze z płyty OSB rozłożyli brązową wykładzinę podłego gatunku, która nadała przytulności, no ale ciemno to tam teraz jest już bez dwóch zdań.

Myśleliśmy, że w tej tylnej sieni będzie drewniana podłoga, ale po namyśle zdecydujemy się jednak na płytki, takie same, jak w reszcie sieni. Przez cały sezon wegetacyjny tylne drzwi stoją otworem, wszyscy nimi łażą tam i z powrotem do ogrodu i z ogrodu (łącznie z burkami) i wnoszą błoto i piach, więc to będzie zdecydowanie lepsze wyjście.
Jednak na razie nie jest to możliwe, nawet gdybyśmy mieli te płytki, tak jak ich nie mamy. Planujemy przebudowę schodów na górę; będą one gdzie indziej, niż są teraz i przy okazji schodowej rozpierduchy przyjdzie czas i na ten kawałek podłogi.

Komentuj (0)

10.12.2010 (21:03)

Aaaaa! Mam już dość tego leżenia, tego bezpowietrza. Myślałam, że ze dwa dni potrwa, zanim poczuję się lepiej i rzucę się do lepienia przedświątecznych pierogów, uszek i czego tam jeszcze. Tymczasem starość nie radość i wyłożyłam się na cały tydzień. Z gardła od razu dnia następnego rzuciło mi się na ucho i o ile z gardła już sobie poszło, to z ucha wciąż jeszcze nie.
Tu muszę wspomnieć, że szczególnie lubię wieczory w tym tygodniu. Bo wieczorem myślę sobie tak: zaraz łyknę antybiotyk, a jak się tylko rano obudzę, to łyknę drugi, a za dwa antybiotyki od teraz, to już na pewno będzie lepiej z tym uchem.
I tak co wieczór. A ucho ani drgnie.

Niby od wczoraj powłóczę nogami po domu i wieszam to i owo tu i ówdzie. No klimat świąteczny robię. Wlazłam dziś nawet na drabinę i w sieni nad drzwiami, w tym miejscu, co to wypełnione jest gustownie styropianem i zieloną płytą gips-karton, zawiesiłam kurtynę z obrusika złociutkiego, a na jej tle postawiłam małą choinkę. Obrusik łatwo się przypinał do styropianu małymi gwoździkami i nawet nieźle to wygląda na tle ściany tynkowanej gliną.


A za oknami bezmiar tego białego gówna - ach, jaka piękna zima, jak mówią inni!

Zrobiłam dwie szyszki tłuszczowo-ziarenkowe dla ptactwa, a Stary pozawieszał je w ogrodzie, tak, żeby było widać z okien. Przepis: dwie kostki smalcu, po garści słonecznika, kaszy jęczmiennej, kaszy manny, płatków gryczanych i orzechów (akurat to było w domu). Wymieszałam te paprochy z roztopionym smalcem, a jak trochę zastygło, zawinęłam w folię podłużne rulony i do zamrażarki. Stwardniałe wsunęłam w siatkowe rękawy z pętlą do powieszenia i zawiązałam u dołu.
Pikanterii wszystkiemu dodaje fakt, że te siatki zrobiłam sama z bawełnianego sznureczka.
Oczywiście można takie szyszki kupić gotowe w sklepie, ale kupić, to każdy baran potrafi!

I tak się snuję, a za mną włóczy się Młoda z gipsem na nodze i w oczekiwaniu na ortezę i tak się wzajemnie uzupełniamy, bo każda z nas ma innego typu ograniczenia. Pijemy tysiąc herbat dziennie, robimy obiad, wycinamy z papieru Maryjkę z lewej a Józefa z prawej i jakoś leci.

Poodśnieżałabym...

Komentuj (3)

11.12.2010 (19:40)

Jak wszyscy, dostaję w poczcie różne łańcuszki, teraz przed świętami chyba w większym nasileniu, bo każdy chce być dobry i litościwy.
Czasem je wywalam, czasem je rozsyłam dalej, ale raczej staram się w to nie angażować, odkąd mnie nauczono, jak sprawdzać, czy rozpaczliwe maile o dzieciach, umierających na raka i mających przed sobą miesiąc życia, nie krążą przypadkiem w necie od lat.
Ostatnio jednak przeważają różne klikadła - kliknij a nakarmisz, uratujesz, pomożesz. Jak klikniesz, roześlesz, to będziesz Gość. Jak nie, to pożałujesz.
Wysyłam też czasem takiego linka Młodej, a dziś ona przeciągnęła mnie po asfalcie, przysyłając w odpowiedzi:

Jak jesteś taki klikacz, to KLIKAJ:

http://www.theliteracysite.com/
http://www.therainforestsite.com/
http://www.thechildhealthsite.com/
http://www.thehungersite.com/
http://www.thebreastcancersite.com/
http://www.theanimalrescuesite.com/

i jeszcze:

http://www.pustamiska.pl/

oraz:

http://www.care2.com/click-to-donate/children/
http://www.care2.com/click-to-donate/rainforest/
http://www.care2.com/click-to-donate/big-cats/
http://www.care2.com/click-to-donate/fight-cholera/
http://www.care2.com/click-to-donate/breast-cancer/
http://www.care2.com/click-to-donate/pets/
http://www.care2.com/click-to-donate/seals/
http://www.care2.com/click-to-donate/oceans/
http://www.care2.com/click-to-donate/primates/
http://www.care2.com/click-to-donate/global-warming/
http://www.care2.com/click-to-donate/violence-against-women/
http://www.care2.com/click-to-donate/wolves/

a jakby Ci jeszcze było mało to:
http://ecologyfund.com/ecology/_ecology.html
(dwa czerwone przyciski na górze)

NO.

To klikaj.



To klikałam.
Ratowałam wielkie koty, oceany, gwałcone kobiety, wilki, lasy deszczowe i małych analfabetów o wielkich oczach.
Walczyłam z rakiem piersi, cholerą na Haiti, a nawet z globalnym ociepleniem, chociaż, jak wiadomo, ono nie istnieje.
Jestem dziś Super-Mega-Gość!

A jakby ktoś jeszcze chciał poklikać, to do wszystkich adresów porobiłam hiperłącza :)

Komentuj (1)

14.12.2010 (19:38)

Wtorek jest dniem, kiedy zaczynam pracę o jedenastej, więc mogłam zrobić obchód, zmierzyć nogami głębokość śniegu i popatrzeć, jak się burki w nim panierują.








Wczoraj Młoda porobiła zdjęcia użytkownikom ptasiej kiełbasy smalcowej. To wielkie bydlę, to sójka, a dziś rano były nawet dwie; to te, które nie mogły się wybrać za morze.




I jeszcze widok z okna jadalni, przecedzony przez szopkę ze złotego papieru.



Komentuj (2)

20.12.2010 (19:50)

Noc, śpię. Nagle słyszę: mruczy kot. Dziunia siedzi przy mojej głowie i mruczy. Jezusiemaryjo, zrywam się na równe nogi, Stary się budzi, wynosi Dziunię na schody na górę. Zasypiamy, a za jakiś czas dokładnie to samo - mruczy, jezusiemaryjo, schody.
To dość daleko - przez jadalnię, kuchnię i dużą sień.
Niby nic, tylko, że w nogach tego samego łóżka śpi mały stary kotożerczy terier, a tuż za progiem sypialni śpi duży młody kotożerczy terier. Taki drobiazg.
I jak ta mała Dziunia przeszła im dwa razy przed samym nosem?

Idę w nocy do łazienki, zapalam światło; na poduszce fotela koło prysznica śpi Dziunia...

Młoda idzie późnym wieczorem do łazienki. W rogu kabiny prysznicowej na godzinie jedenastej, na podgrzewanej, więc suchej i ciepłej podłodze śpi Dziunia.

Młody wstaje o piątej rano, zapala światło, coś się świeci w szafie. Dziunia śpi w jego szafie, na półce, na zwiniętych spodniach i zbudzona, łypie oczami.

Nie ma się co martwić, że małemu kotkowi zimno w nocy na nieogrzewanym strychu.



A ta akacja za oknem jest lepsza od telewizora. Piję rano w łóżku pierwszą kawę, zakładam okulary i patrzę. Podglądam akacjowego bigbrothera - sójki, sikorki, sroki i inne (na pewno nie wszystkie na "s").

Komentuj (5)

21.12.2010 (20:54)

To droga do mojej wsi. Taką trasę przemierzam codziennie rano, idąc do przystanku PKS, który jest przy szosie krajowej.
„Zobaczysz zimą!” – straszyli mnie wszyscy. I co? I widzę.



A kiedy zamarza nasza brama i nie chce się przesuwać, to trzeba przekopać w śniegu przejście to małej furteczki z tyłu domu. Gdyby nie to, że nie cierpię zimy, to powiedziałabym, że wygląda to, jak w bajce. Ale też i prawda, że zima na wsi, a zima w mieście, to dwie zupełnie różne różności!
Przez tę tylną furtkę, to właśnie ja się wydostaję rano, bo chłopy jakoś jednak dają radę tej bramie. Nietrudno chyba zgadnąć, że Młody po prostu przeskakuje ją górą.



Komentuj (0)

25.12.2010 (14:44)

Pierwsze święta w naszym nowym-starym domu w toku – spędzamy je w małym czteroosobowym gronie, plus menażeria czterołapa.
Opłatkiem podzieliliśmy się z psami i z kociczką; miałam obiekcje, co z kurami, ale Siora powiedziała, że kury to nie zwierzęta, tylko żywność i ten punkt widzenia przyjęliśmy.

Choinkę mamy w tym roku przeogromną, mogliśmy sobie na taką pozwolić, bo mamy tu wysokie i przestronne wnętrza, w poprzednim mieszkaniu nie byłoby szans. Trzeba ją było ubierać, stojąc na drabinie, bo sięga do samego sufitu – trzy dwadzieścia!
Dziunia pomagała ubierać choinkę.










Centrum świątecznym z choinką i stołem biesiadnym stała się jadalnia. Bardzo to wygodne, że nie trzeba ganiać z garami z kuchni dokądkolwiek, wszystko jest na miejscu. No i jedzenie przy stole normalnej wysokości z krzesłami, to jest to! Dopiero teraz to doceniamy.
Jedzonko się udało smaczne, stały repertuar dań, który od pierwszych moich dorosłych świąt jest przeze mnie przestrzegany, a do tego zestaw słodkości – inny na Boże Narodzenia, a inny na Wielkanoc. Na Boże Narodzenie w roli głównej występuje zawsze tort rokoko według przepisu mojej babci, który służy w zasadzie do celebrowania urodzin Starego; robię też ciasto makowe, cwibak i czasem małe ciasteczka całuski – też z przepisu babci, a ostatnio doszedł jeszcze piernik z żytniej mąki, który jest wystrzałowy.

Młoda doczekała się wreszcie tej ortezy przed samymi świętami, co prawda bez brokatu, ale też cudna; w środę kolejna wizyta u ortopedy.

Po zmroku wybieramy się na spacer po wsi, zobaczyć, jakie tu są zwyczaje dekoratorsko-oświetleniowe; Młody obiecał Młodą pociągnąć na sankach.

Komentuj (2)

27.12.2010 (09:51)

Święta minęły miło i spokojnie, jedliśmy dobre jedzonko, degustowaliśmy nalewki, nastawione latem i wcinaliśmy owoce z tych nalewek, graliśmy w Osadników, oglądaliśmy filmy i byliśmy w sobotę na spacerze po wsi. Młody zrobił dla siostry sanki prawie_z_niczego, przywiązał do nich linę holowniczą i daliśmy radę. A w niedzielę też ją namówiłam na wyjście do ogrodu i tam ją przeciągnęłam przez kopny śnieg, a to już było znacznie trudniejsze.

Lubię ten dom; nie do wiary, że mieszkamy tu dopiero pół roku. Wydaje mi się, jakbym mieszkała tu już kiedyś, dawno, dawno temu, przez długie lata, a teraz wróciła.

Ale czasem po nocach się budzę i ogarnia mnie strach, mary i lęki przed tym, czego nie znamy, wątpliwości, czy podołamy spłacie kredytu i strach o nasze dzieci.
I wtedy chcę, żeby już szybciej nadszedł dzień.



Komentuj (2)

28.12.2010 (14:42)

Dzięki Halinie i Andrzejowi od pszczół, przed samymi świętami weszliśmy w posiadanie pięknej starej szafy. Była ona kiedyś szafą z relingiem na wieszaki, więc dostała do środka drewniane półki i mogła stać się szafą na naczynia i produkty kuchenne.
Szafa dziwnym trafem pasuje bardzo do naszego sekretarzyka, który również stoi w jadalni. Mają wiele takich samych lub bardzo podobnych dekoracyjnych elementów, identyczne nogi i podobny kolor. Szafa ma tylko bardziej błyszczącą politurę.
Zamieszkała na honorowym miejscu w naszej jadalni i doprawdy wygląda przepięknie.





Komentuj (6)

29.12.2010 (15:30)

Chłopcy bardzo pracowicie spędzają te dni poświąteczne, ja w domu jeżdżę na szmacie i mieszam w garach jak zwykle, trochę czytam,trochę szydełkuję; Młoda pisze...

Strasznie się kurzy w tym domu, można codziennie zmywać podłogi i codziennie mopy są czarne. Tak będzie, dopóki kotłownia jest otwarta, a więc do czasu przebudowy schodów. Nowe schody będą zakręcały nad kotłownią i dlatego teraz ta kotłownia nie ma nawet ścian do samego stropu – bo już jest zostawione miejsce na tę przyszłą klatkę schodową. Nic więc nie wynika z zamykania drzwi do kotłowni, bo i tak się kurzy górą.

Tęsknym wzrokiem spoglądam przez okno na ten bezmiar białego gówna i myślę, że to chyba nigdy nie stopnieje... Planuję wiosenne i letnie uprawy, guglam zwiadowczo po tematach ogrodowo-pszczelarskich, czytam meteorologiczne przepowiednie na sezon 2011 i tęsknię za rozdrapywaniem gleby pazurami. Lubię to. I lubię to, że to lubię:)

Młody zrobił wczoraj i dziś ogromnie potrzebną rzecz – skuł koszmarne płytki, wykończone ostrymi metalowymi obrzeżami, którymi wyłożone były schody wejściowe. Chodzić po tym nie było ani miło, ani bezpiecznie, a już szczególnie po mokrym. Poza tym, jakoś tak mi te płytki przeszkadzały, że nawet patrzeć na te schody nie mogłam; no po prostu mi zakłócały przepływ energii.
Jak przewidywaliśmy, pod spodem objawiły się porządne betonowe schodki, pięknie współgrające ze starym domem.

Zrobiliśmy też wczoraj zestawienie wszystkich prac naprawczo-remontowo-udoskonalających, które nas czekają w tym domu. Uporządkowaliśmy je według wysokości wymaganych nakładów finansowych i hierarchii ważności, no i oczywiście według kolejności, podyktowanej czystą logiką – że na przykład nie da się zamontować kaloryfera w sieni, dopóki nie przebudujemy schodów, bo kaloryfer ma wisieć tam, gdzie teraz są schody.

Nazbierało się tego tyle, że przebudowa wiatrołapu i wejścia do domu przypadnie chyba na 2040, więc bardzo się cieszę, że Młody popracował nad tymi schodami, bo będziemy musieli jednak ich używać jeszcze jakiś czas.

Komentuj (2)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów