Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


08.12.2011 (19:18)

Nie piszę, no bo o czym, skoro żadne rodzynki...
Ta cholerna wichura sprzed dwóch tygodni zerwała nam trzy dachówki na domu; niby nie ona sama, tylko gałąź jabłoni, którą wichura waliła o dach.
Gałąź została ścięta, a dachówki powsuwane na miejsce. Przy okazji okazało się, że nasze dachówki są (czy też raczej były) czerwone, bo te ich części wysunięte spod spodu miały, ku mojemu zdziwieniu, taki właśnie kolor.

Następnego dnia po wichurze Kora dostała się do kurnika przez złamaną sztachetę ogrodzenia i zatłamsiła ostatnie cztery kury. Dwie zaliczyły zgon na miejscu, a dwie z opóźnieniem i tu daruję sobie szczegóły.
Najgorsze było to, że nawet nie można było tego psa kopnąć za to w dupę, bo i za cóż? Zajadły, atakujący kury pies, to nie ona, tylko ta mała staruszka. Kora natomiast jest jeszcze po szczeniacku rozbrykana i skora do zabawy, również z kurami. Przecież niedawno na własne oczy widziałam, jak się bawiła z kurą sołtysa, którą osobiście uratowałam. Ciapu-ciapu, trochę mordą, trochę łapą i... dobrze, że byłam w pobliżu.
Ale w fatalny poniedziałek po wichurze Kora była sama w ogrodzie przez kilka godzin i niestety, miała dużo czasu.

Wsiowa kura to był zawsze dla nas miastowych rarytas, coś atrakcyjnego i niedostępnego, zdrowy rosołek, te rzeczy. Tutaj na wsi, po wielu rozterkach, kolejnych etapach przerabiania tematu oraz podjętych dwukrotnie próbach, jakiś czas temu doszliśmy wreszcie do porozumienia, że nie będziemy jeść naszych kur.
Bo to naprawdę całkiem co innego - taka kura, którą się osobiście znało.

Nie mamy więc już kur, za to mamy dużo jedzenia dla kota.

Na wiosnę, jak już będzie nowy kurnik, a Stary obiecuje, że będzie (co tak naprawdę nic nie znaczy, bo Stary zawsze wszystko obiecuje)... no ale jak już będzie ten kurnik, to sobie kupię małe stadko zielononóżek z kogucikiem i ponadaję im imiona. I niech mi je ktoś ruszy!


Drogi Aniołku, przynieś nam na gwiazdkę dzwonek bezprzewodowy do bramy (taki, żeby działał też po deszczu) albo rolkę wełny mineralnej na strych lub dwa kinkiety do łazienki. Może być też klej do glazury na podłogówkę, stare drewno na nowe schody albo płyta stolarska na blat biurka.
Prosimy też o jakieś zajebiste drzwi wejściowe, najlepiej rozbiórkowe ze starej kamienicy i żeby miały małą szybkę niezbyt wysoko, tak, żeby psy mogły przez nią wyglądać.

Komentuj (0)

11.12.2011 (19:01)

Upiekłam wczoraj świąteczny piernik z żytniej mąki, ten który tak lubi Młoda. Udał mi się ładnie - wyrósł jak należy i pachniał pięknie. Teraz sobie leżakuje na szafie. Lubię robić ten piernik, bo jest łatwy i naprawdę bardzo bardzo ciekawy smakowo.
Ale surowe ciasto to jednak śmierdzi, niech mi kto mówi, co chce (to chyba ta żytnia mąka w połączeniu z sodą i miodem).

A dziś zrobiłam jeszcze wigilijne uszka i pierogi; zamroziłam 40 uszek i 80 pierogów, z tym że podżerali, jak się odwróciłam, więc i tak się nie będzie zgadzać.

I taka mnie naszła refleksja przy tych pierogach, że to może już ostatni raz, albo przedostatni, czy może przed-przedostatni, bo chyba powoli będę zmierzać w kierunku kupowania pierogów i uszek, bo już nawet przy takich czynnościach ręce mi odmawiają posłuszeństwa.

W końcu od kupnych pierogów wigilijnych się nie umiera, co wiem od koleżanek. A dzieci już dorosłe i komu w końcu potrzebne to bogoojczyźniane moje wielogodzinne ślęczenie nad garami?


Wieczorami czuję się jak worek kości, który Rebeka przytargała ze sobą do Macondo.

Komentuj (6)

12.12.2011 (20:51)

Dziś po trzymiesięcznym stażu Młoda podpisała w swojej pracy umowę na czas nieokreślony, no więc dobra wiadomość na początek tygodnia i na koniec roku!

A ja zaczęłam zabiegi fizjoterapeutyczne.
- Ale na to kolano, to te zabiegi pani nie pomogą - powiedział pan doktor, który mi je zlecał w zeszłym tygodniu i obiecał też artroskopię, co to się grzebie w kolanku drucikami, diagnostycznie i nie tylko.
- Ale na te łokcie to pani to nie pomoże - powiedziała dziś pani fizjoterapeutka, która podłączała mnie do do różnych takich, jak w pracowni fizyki w liceum.
No cóż...

W domu... Dziunia leci sobie w kulki z tymi terierami. Jak psy leżą na podłodze jadalni w porze naszego obiadu, to Dziunia siada w progu kuchni, ale tak, że my ją widzimy, a psy nie. Właściwie respekt czuje tylko przed Korą, ale i tak potrafi usiąść 5 metrów od niej, na wpół śpiącej, rozwalonej na posłaniu i mruczeć bezczelnie. Świetnie już umie określić tę bezpieczną odległość i wie, na ile może sobie pozwolić, żeby zdążyć.
Dumkę ostentacyjnie lekceważy i nawet czasem wskakuje na łóżko, na którym ta staruszka właśnie sobie leżakuje (po czym oczywiście biegiem spieprza na drabinę, a pies za nią). Albo tak: Dumka leży na bambusowej podłodze, zbyt gładkiej dla psich łap a Dziunia wchodzi do jadalni; Dumka zrywa się z furią, ale wiadomo, że zanim złapie przyczepność, to kot już jest na drabinie.
- Kot puszcza sobie psa po bambusie - mówię.

A więc wzajemne relacje psów z kotem chyba się już ustabilizowały i wyglądają tak:
Mały Terier -> Kot: ślepa nienawiść;
Kot -> Mały Terier: pogarda i lekceważenie;
Duży Terier -> Kot: miłość, ale wyłącznie przez deskę przełożoną w poprzek schodów - wtedy lizanie, mizianie i przytulanie dopóki nie pojawi się Człowiek (bo on jest zawsze dla Dużego Teriera większą atrakcją i jeśli tylko go zobaczy, to natychmiast rozpoczyna próby wylizania Człowieka); nietolerowanie Kota na poziomie psiej podłogi - wrzaski, skoki i pogoń wyglądająca naprawdę groźnie;
Kot -> Duży Terier: miłość zza deski i to właśnie Kot inicjuje te spotkania pełne pieszczot; podchody na dole - próby oszustwa, często udane, na przykład przebieganie koło śpiącego cielska do kuchni.

Barwne życie tu mamy, z tymi zwierzętami, usiłującymi pożreć się wzajemnie...



Komentuj (2)

13.12.2011 (20:38)

Mówiłam!
Śpię, śpię, jak to w nocy, aż tu budzę się o czwartej nad ranem, bo kot mruczy. Ale żeby tylko... na moim brzuchu mruczy! (ach, jakie to przyjemne...)
Zrywam się, bo przecież pies w nogach od jedenastu lat, wiadomo. Ale pies śpi. Nie dość, że niedowidzi, to i niedosłyszy.
Kot o tym wie, kot to bezczelnie wykorzystuje.

- Spadaj stąd ty głupi kocie bezczelny, bo cię Duśka zeżre - mówię do kota, który zjeżdża z mojego brzucha, wchodzi pod łóżko, po czym wdzięcznie wjeżdża znów na łóżko, tym razem po stronie Starego. Siedzi, mruczy.

(Tu mi się od razu kojarzy Simon's Cat!!!)

Śpimy.

Nagle - rumor!
No bo Dumka węch ma dobry i chyba wreszcie się zorientowała, co jest grane - po nasyceniu powietrza kocim zapachem. Najpierw trochę wyczekała, aż do chwili, kiedy kot odwrócił głowę i... zaatakowała! Spadły razem na podłogę, a Stary przytomnie rzucił na nie kołdrę i kotu udało się uciec.

Tak, wiem, pamiętam, co mówiłam - żadnych kotów!
Ale ja się chyba łatwo zakochuję...

Komentuj (2)

17.12.2011 (11:28)

To święta prawda, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być jeszcze gorzej.

Komentuj (1)

23.12.2011 (23:41)

Ten grudzień parszywy niesie zimno, wielogodzinne ciemności i niewesołe myśli. Umierają niezwyczajni ludzie, jeden po drugim - jakaś fatalna seria. Na wieść o Havlu ryknęłam płaczem, jak wiele lat temu, kiedy odszedł Jacek Kuroń. To kolejna śmierć, której nie mogłam nie opłakać.
I ciągle mi się ostatnio przypomina moja Gosia, tęskni mi się za nią i śni mi się po nocach. Mają tam w domu pierwsze święta bez niej - nie wyobrażam sobie tego zupełnie.

W pracy mam na stronie startowej ustawione meteorogramy. Patrzę na te pionowe paski - jasny ciemny, jasny ciemny, dzień noc. A te jasne takie wąziutkie, a te ciemne takie szerokie i jak to sobie uświadomię, to mam ochotę walić łbem o biurko.

Skończyłam już dwutygodniową serię zabiegów, niby trochę pomogły, ale świadomość realnego stanu tych cholernych stawów nie jest łatwa do przyjęcia. Tymczasem staram się funkcjonować normalnie, karnie łykam te wielkie tabletki i noszę na łokciach piękne kolorowe plastry o cudownej mocy.

A tu jeszcze te święta - kupowanie, peklowanie, pieczenie, gotowanie, mrożenie, nadziewanie, lukrowanie, pakowanie... choć najchętniej weszłabym pod kołdrę razem z głową na parę tygodni.
Mimo trudności logistycznych, spowodowanych brakiem samochodu, wszystko udało się w miarę ogarnąć, a targanie tych wielokilogramowych zakupów autobusem osiemnaście kilometrów spadło na głowę Testosteronów. Dużo rzeczy przygotowałam wcześniej, żeby się potem nie zarzynać w ostatniej chwili, dużo też pomogła dziś Młoda.

Wędzonki udały się Staremu znakomicie i zaplanowałam też więcej ciast niż zwykle, bo lubią, to niech mają, a jak się rozłoży w czasie, to można wydolić. Jutro jeszcze muszę dokończyć galaretę wieprzową i upiec kaczkę, polukrować i poczekoladować ciasta.
Barszczyk wigilijny ugotowałam już dziś wieczorem, bo na drugi dzień zawsze ma ładniejszy kolor. To pierwszy raz barszczyk z moich własnych buraczków, które wysiewałam na wiosnę.

Mamy dwie nieduże choinki - jedną w jadalni na stoliku, a drugą w tylnej sieni, gdzie wisi też pod sufitem ogromny pęk jemioły.
Jutro porobię jakieś zdjęcia.

Wesołych świąt tym, którzy się mają z czego cieszyć. A tym, co nie bardzo, to chociaż spokojnych i zdrowych.

Komentuj (3)

25.12.2011 (16:10)













Komentuj (3)

26.12.2011 (22:51)

To zupełny idiotyzm - tyle zachodu, starań, przygotowań, nerwów... że nie zdążę, że o czymś zapomniałam, że pieniędzy nie wystarczy... A potem te dwa dni z kawałkiem i po wszystkim.

Człowiek przeżarty jak świnia ledwo łazi, zimy jak nie było tak nie ma, bo na przykład dziś cały dzień dziesięć na plusie! Nastrój świąteczny żaden i tu na szczęście ten krótki dzień ma wreszcie jakieś zastosowanie. Szybko zapada noc i nie widać tego, co za oknem, można poświętować i poudawać, że jest zima.
Wczoraj zaliczyliśmy spacer w błocie po polach i lesie z psami (w dekomplecie, bo nie mieliśmy tyle par gumiaków, żeby wszyscy mogli iść).

To do dupy, żeby mieć dziecko tak daleko...

Jutro oboje wyjeżdżają, chata wolna i wybieram się do ogrodu z sekatorkiem i piłą do gałęzi; będę się samorealizować w jednym takim miejscu, które jest na razie slumsem naszego ogrodu. Po pracach jesiennych widok na to miejsce stanął otworem już od bramy wejściowej i konieczność nabrzmiała. Rosną tam oczywiście kolejne śliwy samosiejki hurtem, jedna czereśnia i kilka porzeczek o konarach grubości męskiego ramienia. Będę chciała zrobić z tego gąszczu i bezładnej plątaniny kawałek ogrodu nadający się do pokazywania ludziom.

Róże w ogrodzie mają takie grube pączki liściowe, jak normalnie się zdarza w końcu marca. Prawda, że za kilka tygodni wiosna?

Komentuj (1)

28.12.2011 (15:29)

Stwierdzam, że praca fizyczna w ogrodzie mnie uszczęśliwia. Jak się tak natyram, że drżą mi mięśnie i jest mi gorąco - to jest właśnie to. Oczywiście uważam, oczywiście się oszczędzam, ostrożnie uruchamiam stawy po długiej bezczynności, ale do cholery, przecież nie położę się jeszcze do trumny!
To co wczoraj zrobiłam z zaniedbanym pierdolnikiem pośrodku ogrodu jest tak efektowne, że mnie samą zaskoczyło, mimo, że to przecież faza gołych patyków i efekt to będzie dopiero na wiosnę.

Planuję moją prawdziwą różankę; lwia część róż jest już na miejscu, kilka trzeba jeszcze przesadzić. Planuję też zakupy kilku nowych róż, aczkolwiek tu spokojnie i bez szaleństw, bo tego co mam na razie wystarczy. Dlatego też będą to zakupy dogłębnie przemyślane i robię już sobie zestawienie uwzględniające różne kryteria, żeby się potem nie zdziwić, że róża łapie mączniaka po pierwszym deszczu lub przemarza po pierwszej zimie, albo że kwiaty wiszą na pędach dwa dni.
Ta selekcja pomoże mi też nie zwariować z niemożności dokonania wyboru i z niemożności kupienia "wszystkiego po jednym".
No i będę też w tym roku sama sadzonkować róże, ale tutaj to już nie mam zamiaru włączać rozumu, a zaszaleć bez umiaru!

Stary prowadzi dziś smrodliwe wykopki w rejonie szamba, bo wreszcie możemy się podłączyć do kanalizacji. I mam też nadzieję, że wszyscy mieszkańcy wsi zostaną administracyjnie zmuszeni do podłączenia się, nawet ci wsiowi filozofowie z podejściem: "a po co mi kanalizacja, skoro mam swoje praktyczne przedziurawione szambo, z którego treść przesącza się cichutko do wód gruntowych".
Dla nieuświadomionych: szamba nie są dziurawe, bo się zużyły, bo się zniszczyły, bo się przedziurawiły; szamba przedziurawia się celowo przed oddaniem ich do użytku, żeby były nieszczelne; takiego nieszczelnego szamba nie trzeba potem zbyt często opróżniać, bo ono się po prostu nie zapełnia!
Tak, nasze szambo też jest przedziurawione.

Jak już znikną we wsi te szamba, to mam jakieś dziwne przekonanie, że wkrótce woda w mojej studni okaże się czysta i będziemy mogli przynajmniej podlewać nią ogród.


A stokrotki nie znają się na kalendarzu.


Komentuj (6)

31.12.2011 (20:00)

Chodziliśmy tak sobie dziś ze Starym po ogrodzie i planowaliśmy dalsze przebudowy. Tu będzie to, a tu to, bardzo to było przyjemne, nie powiem. Wytyczyliśmy potem w domu przy stole priorytety na kartce i przyczepiliśmy je magnesami do lodówki; taki plan na najbliższe działania, bez szaleństw - to co najpilniejsze, co w domu a co w ogrodzie.
W ogrodzie: ściąć drzewa połamane przez wichurę, rozebrać stary kurnik i wybudować nowy (wiśta-wio, łatwo powiedzieć! - ten punkt ma kilka podpunktów, ale gotowy jest już projekt narysowany na kompie), zdemontować niepotrzebne ogrodzenia, splantować teren przy byłym (!) szambie i zrobić tam płotek z furtką, ach jaki śliczny (!) i placyk śmietnikowy.
W domu: zaizolować fragment dachu na strychu wełną izolacyjną, wydłubaną spomiędzy ścianek kotłowni, co da podwójną korzyść – przez dach nie będzie uciekało z domu ciepło, natomiast z kotłowni do sieni wręcz przeciwnie. Dalsze prace zimowe w domu to zrobienie porządku na poddaszu (znów! już raz był tam porządek!), wytynkowanie gliną reszty sieni i zrobienie w kuchni ram drewnianych w których będą osadzone fronty szafek kuchennych.

Wieczorkiem stworzyliśmy sobie dziś ze Starym nastrój sylwestrowej celebracji za pomocą chipsów i wina z wiejskiego sklepu. Leżymy, nicnierobimy, czytamy, guglamy. Nawiasem mówiąc, wykupiłam dziś w tym sklepie 33,3% zapasów wina, bo jak tam zaszłam około południa, to na półce stały trzy wina, z czego kupiłam jedno.
Z prac typowo sylwestrowych to Stary dziś czyścił komin a ja wycinałam piłką i sekatorem dalsze chaszcze na ogrodowym pierdolniku.
A z nowości, to może jeszcze to, że garnitur studniówkowy się szyje, dzwonek u bramy dzwoni, a kanalizacja unijna odprowadza już nasze ścieki w siną dal.


Patrząc wstecz daleko i blisko stwierdzam, że wszystko nam się w życiu ze Starym udało oprócz pieniędzy. To może i niesmaczne, takie wyznania intymne na koniec roku, ale co tam... w końcu trochę już tego wina wypiłam.

Komentuj (9)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów