Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


04.12.2013 (14:00)

Już się ze mnie nabijają moje czytelniczki, że ja tylko o kurach i o gnoju, ale cóż, znów będzie o kurach.
Młode kurki mają już coraz czerwieńsze grzebyczki, co oznacza, że wkrótce zaczną znosić jajka. Tymczasem dorosłe kury kończą okres pierzenia i może wreszcie skończy się ta jajowa posucha. Od 10 października mamy bowiem codziennie jedno jajko lub żadnego; to naprawdę bardzo długo i przez cały ten czas nie sposób uzbierać jaj na jajecznicę z ośmiu.
W tym tygodniu jednak już dwukrotnie zdarzyły się dwa jajeczka, co daje nadzieję.

Pierzenie się kur, to stopniowa utrata piór, na miejsce których będą wyrastały nowe. Kury robią się brzydkie, jakby wyskubane i rozczochrane, a grzebyki mają blade i wymiętolone. Mam wrażenie, że one w tym czasie wymieniają stopniowo wszystkie pióra, łącznie z tymi z ogona, bo każda z nich chodzi przez jakiś tydzień zupełnie bez ogona.

Kiedy kończy się pierzenie, kurki znów są ładne i gładziutkie; grzebyczki robią się duże i rozprostowane i z daleka widać ich żywoczerwony kolor.

Pod koniec grudnia wszystkie kurki – te zeszłoroczne i te z mojego czerwcowego wylęgu powinny już znosić jajka.

Pozwoliłam Staremu nadać imię ostatniemu bezimiennemu kogutkowi i w związku z tym… uwaga: Antonio, Pedro i… Janek!


Ponieważ ogród już mnie tak nie potrzebuje, to wzięłam się za diagnostyczne odkuwanie tynku w sypialni. Zaczęło się tym samym coś jakby powolne urządzanie sypialni - wreszcie! Planujemy tam odsłonięcie ściany wokół drzwi, tej samej, która po stronie sieni odsłonięta jest od samego początku, kiedy tu zamieszkaliśmy.
Widać już na tym pierwszym kawałku, że powierzchnia cegieł poszczególnych rzędów nie jest tu jednak zlicowana, czyli zostawienie odsłoniętych cegieł odpada.
Stary wypicuje więc drewniane belki, a cegły zarzuci tynkiem z rozmoczonej gliny. Też to pięknie wygląda, bo mamy próbkę we frontowej sieni przy drzwiach do łazienki.
Na razie do świąt więcej odkuwania nie będzie, bo mam masę innej roboty.



-Wam to się chyba nudzi, co? - zapytała Andzia.

Komentuj (11)

07.12.2013 (16:35)



Oto istne dzieło sztuk plastycznych czyli moja nowa różanka w wersji papierowej.
Prosta linia na tyłach różanki (z krótkimi kreseczkami) to siatka i słupki ogrodzeniowe. Równoległa do niej falowana linia to niby-płotek, obecnie z patyków, a docelowo z cienkich brzozowych żerdek. Między siatką a płotkiem jest pasaż dla Psa Stróżującego. Zygzaczki na froncie różanki to obwódka z bukszpanu, którą już pokazywałam na zdjęciu.
Od lewej rabata zaczyna się jagodnikiem (7 borówek, 3 jagody kamczackie, żurawina, truskawki i poziomki), dalej mamy zioła (rozmaryn, mięta, melisa, hyzop, oregano, estragon i szczypiorek, a dojdą jeszcze jednoroczne).
Potem róże; najpierw, od lewej - żółte, pomarańczowe i morelowe (10 Fresii, Monika, Chippendale, Valenzia, 3 Fashion i 2 Fredensborg Castle). Następnie białe i prawie białe (2 Kristal, Iceberg, Pastella, Pashmina) i Gloria Dei, która mi do niczego nie pasuje.
Dalej zaczynają się purpurowe, fioletowe i różowe (Barkarole, 2 Mainzer Fastnacht, Eiffel Tower, 6 Knirpsów) a przed nimi, w cieniu kaliny i już nie na różance Astrid Graffin von Hardenberg.
Różankę kończą 3 Boniczki.
Do kolorów róż nawiązują kolory grup lilii za ich plecami, a nazwy lilii, to te w okrągłych "dymkach".
Za ostatnimi liliami posadziłam jeszcze 2 hortensje bukietowe i to jest koniec rabaty. Już całkiem blisko jest stamtąd do wrzosowiska.
Trzy róże Nostalgie nie zmieściły się już na różance i posadziliśmy je przed leszczyną, w pobliżu maminej ławeczki - to te 3 czerwone kółeczka w prawym dolnym rogu rysunku.


Teraz Ksawery. Ufff! Nie chce mi się już pisać, ale mieliśmy siedmiogodzinną przerwę w dostawie prądu. Tuż przed jego włączeniem było zimno, ciemno i nie mieliśmy wody. Grzaliśmy już na mycie wodę, pozyskaną z kraniku w piwnicy, ale właśnie wtedy włączyli światło! Całe szczęście, bo w następnej kolejności byłoby chyba przynoszenie śniegu z ogrodu i topienie go, żeby mieć wodę. Zdychały nam też baterie w telefonach i nie było jak naładować.
No ale wyspałam się po południu w polarze pod kołdrą i kocem! Temperatura w sypialni spadła w tym czasie do 16 stopni, a w łazience do 15.



Ksawery wywalił nam przęsło płotu do kurzego wybiegu, a w drugim powyrywał sztachety. Powyłamywał też gałęzie drzew, głównie śliw, a kilka drzewek złamał i zerwał daszki z dwóch uli.
A ile ja tego dnia widziałam samochodów w rowach w drodze do i z pracy (w tym tira), to nie chciałbym już nigdy więcej.


Moje kurki nic a nic nie boją się śniegu i nadal chętnie łażą po całym ogrodzie. Udało mi się dziś sfotografować wszystkie trzy kogutki.



A na koniec - Pedro himself!



Komentuj (4)

08.12.2013 (21:16)

Niedziela, jak zawsze, była u nas bardzo pracowita.
Otworzyliśmy sezon zimowy, to znaczy, że ogrodowe łóżko zostało wreszcie wniesione do domu, a tylne drzwi sieni są już ogacone i zamknięte aż do wiosny. Przy okazji wynikło z tego dużo sprzątania, jak to zwykle przy przemeblowaniu. I znalazła się moja zagubiona minionej wiosny łopatka ogrodowa! Co prawda kupiłam już na jej miejsce nową, ale ta stara jest fajniejsza.

Wykonaliśmy też dziś rozbiór półtuszy wieprzowej i jest to praca, która zawsze idzie nam bardzo sprytnie. Mięso zostało posegregowane, w dużym kamieniaku peklują się przyszłe świąteczne wędzonki, a w mniejszym drobnica na naszą pierwszą w życiu kiełbasę.
Resztę zamroziliśmy w poopisywanych pakietach, no i mamy teraz mnóstwo słoniny dla sikorek!
Przy okazji wynieśliśmy wreszcie z dużego pokoju zamrażarkę, która była tam wstawiona w maju na czas remontu ganku. Teraz wróciła na swoje stare miejsce, z tym, że jest to już całkiem inny ganek!

Zrobiłam też dziś moje pierwsze w życiu wianki. Spód jest upleciony z brzozowych gałązek,



a reszta to cis i różne jesienno-zimowe ogrodowe skarby. Te małe czerwone owocki to ognik, a duże pomarańczowe to owoce róży pnącej Flammentanz.





Stary naprawił już płot po Ksawerym, trochę wczoraj, a trochę dziś.

Obejrzałam też w ten weekend dwa filmy: Before Sunrise i Before Sunset, w których nic się nie dzieje, a występują tylko dwie osoby, które przez cały czas gadają i gadają i... ach, jakie to piękne filmy!

Komentuj (2)

10.12.2013 (19:52)

No, kto zgadnie, kto? Tak, jest pierwsze jajeczko od młodych kurek! Od tych samych, które wykluły się 20 czerwca! Śliczne małe jajeczko... ach, czuje się, jakbym sama je STWORZYŁA. Mówcie mi: Pani Gospodyni!



Stary wyjechał dziś na cały dzień, wyszedł rano wcześniej niż ja, a wieczorem wrócił później, co nie zdarza się często. Mogłam więc się porządzić, zwierzęta nakarmić/pozamykać i podokładać do pieca i nawet udało mi się spowodować rozgrzanie kaloryferów. Muszę się tego na serio nauczyć, bo w styczniu zostanę na tydzień sama i zamarznę.
Stary robi mi więc doraźne warsztaty z zimowego palenia. Tymczasem jednak naznosił zapasów drewna do kotłowni i zablokował mi ścieżkę dostępu do zlewozmywaka, bo nie oszukujmy się, w ten przesmyk, to ja się nie mieszczę ani w biodrach, ani w ramionach.



Komentuj (3)

18.12.2013 (20:47)

Wiem, że nic nie wiem, to stosunkowo komfortowa sytuacja w porównaniu z tą, kiedy to: nic nie wiem, ale nie wiem, że nie wiem.
Na 87% moich pytań, Stary odpowiada: nie wiem. I tak już trzydzieści pięć lat.
Jak mawialiśmy kiedyś: najlepiej powiedzieć: nie wiem i mieć wszystko w dupie.


Ze spraw gospodarskich, to tak:
>zbadałam, że pierogi da się robić lewą ręką, tylko powoli idzie; prawa ręka na temblaku, powiedziała, że już dziękuje, po tym, jak zrobiła uszka (chrzanię... to nie od uszek, tylko od komputera!);
>już przynajmniej 3 młode kurki się niosą; mamy wysyp jaj przed świętami, tak jak ja, Gospodyni przewidziała żem;
>zapanowało u nas jakieś fatum żarówkowe - wszystkie żarówki nam się po kolei przepalają
i wszędzie jest ciemno, jak w dupie;
>kiełbasa nam się fajna udała :)


No i jako że przemieszczam się komunikacją masową w porze dojazdów młodzieży wiejskiej do i ze szkół w mieście, to mam liczne okazje do obserwacji socjologicznych, szczególnie nasilone w poniedziałki po weekendzie.

Dialog nastolatek, zasłyszany na dworcu PKS w oczekiwaniu na autobus do domu.
A: A wczoraj Rafał mnie zostawił, nawet nie wiedziałam, że już z nim nie jestem, ale zrobił wpis na fejsie, że już nie jest w związku.
B: No co ty...
A: No ty weź, facet dwadzieścia siedem lat, a w fejsbuki się bawi! A ja myślałam, że dwudziestosiedmioletni facet to dojrzale myśli o życiu.

I jeszcze inne dwie:
A: A u was jak jest spowiedź, to jest przerwa?
B: E, no co ty, a po co księdzu przerwa? Przecież on tylko siedzi sobie cały czas.
A: A wiadomo już, jacy księża będą spowiadać? Będzie jakiś łysy? Bo ja się u łysych lubię spowiadać.


Jedzie do mnie Młoda polskim busem, który i tak na pewno nie jest polski, tylko made in China. Mam szansę zobaczyć się z nią rano przed wyjazdem do pracy, jeśli kolejka nie będzie miała opóźnienia.







Komentuj (5)

24.12.2013 (18:57)

Leżymy przeżarci po wigilijnej kolacji. Czekamy, aż się nam uleży, żeby iść jeść tort, bo tradycja, to tradycja w końcu, czyż nie?
A tymczasem choinka...





Komentuj (5)

31.12.2013 (18:51)

Okazuje się po latach, dokładnie po prawie czterech, że Kora też się boi petard. Jak żyję (jak osiemnaście lat żyję – mawiałam kiedyś, no ale już bez przesady!), widziałam tylko jednego psa, który miał w dupie wszelkie wystrzały i wybuchy i była to nasza mała Duśka - śliczna i niezbyt mądra, jak to często bywa i u ludzi. Była ona córką rodziców polujących i pewnie w genach miała lekceważenie wystrzałów.
A teraz Kora leży mi tu obok na łóżku, przyciśnięta do mnie całym cielskiem i muszę ją przytulać i szeptać jej do uszka: its gona bi okej!
Dobrze, że nie mieszkamy w mieście; u nas okrutny leśniczy wypuszcza o północy serię petard i już po dziesięciu minutach jest spokój.

Wczoraj byłam w kinie na tym drugim Hobbicie i choć nie jest to mój ulubiony gatunek, to w tym towarzystwie mogłabym iść na cokolwiek i też by mi się podobało. Ja, wielbicielka i oglądaczka niezliczonych horrorów, nie dałam się jednak wystraszyć żadnym wyskakującym z ekranu stworom! Podobał mi się bardzo smok, a zwłaszcza jego bursztynowe oczy, a już szczególnie piękny był w wersji pozłacanej i jak się potem otrzepywał z tego złota! No i fajnie było, jak orkowie biegali po widowni między rzędami!

A Sylwester... cóż, Sylwester jak co dzień i Nowy Rok też. Jak łamałam chrust od Wigilii codziennie, tak będę to robić i jutro, chyba żeby lało. Ale chyba żeby bardzo lało, bo jak tylko trochę, to mi nie przeszkadza.







Świąteczny aspekt dzisiejszego dnia zaakcentowałam jednak wyjęciem kieliszka do wina. Tak tak, dziś piję wino z kieliszka, a nie, jak ostatnio, ze szklanki do drinków lub z kubka do herbaty.
Znów mi wyszły dobre wina i nie wiem zupełnie, jak to się dzieje. Jesienią 2012 nastawiliśmy dwa balony wina z soku z naszych renet. Jedno było od razu dobre i już dawno zostało wypite, a to drugie okazało się paskudne. Zostawiliśmy je więc pod schodami na leżakowanie ostatniej szansy. Stało, stało, bulgotało, no... robiło co mogło i naprawdę się postarało; zostało wypite tej jesieni i wykończone w święta.
Jesienią 2013 nastawiłam mały balon wina z naszych ciemnych winogron z miodem. Jako, że nie mieliśmy tych winogron zbyt dużo, to wyżebrałam jeszcze wiadereczko od pani Jadwigi z końca wsi i to chyba nawet była ta sama odmiana z rodzaju: one zawsze tu rosły.
No i teraz piję to wino... smak, zapach, kolor – no naprawdę!

Jadę w lipcu do Czarnogóry i Chorwacji w wersji all inclusive i tego się trzymajmy!

Komentuj (4)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów