Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


04.12.2015 (20:22)

Miesiąc minął, czas coś napisać wreszcie.

Wymądrzałam się tak, że nie choruję ale i mnie wreszcie powaliło choróbsko i rzuciło mną o łóżko na cały tydzień. Obecnie jestem jak po serii ćwiczeń w siłowni, bo od kaszlu bolą mnie wszystkie mięśnie i chyba nawet żebra mam poobijane. Moje własne rokowania wyglądają tak, że albo wrócę z tego Poznania zdrowa albo z zapaleniem oskrzeli. Przez cały tydzień prawie w ogóle nie spałam, bo z takim kaszlem nawet poleżeć się nie da, a co dopiero spać. Ostatniej nocy jakoś tak po pierwszej wyszłam nawet z domu i posiedziałam sobie chwilę na tarasiku... było ciemno i cicho, a kaszel niósł się przez wieś i odbijał się od ściany lasu wracając na tarasik.

No więc jutro o świcie do pociągu, a potem jeszcze dwa zjazdy tylko. Praca napisana, wysłana w środę rano, odpowiedzi brak. Dwadzieścia stron!

Grudzień jest bleee...

A, zapomniałabym - Młoda kupiła mieszkanie, kafelkuje się obecnie, a w lutym jadę do niej na parę dni w czasie ferii. Mariolka, słyszysz?

Komentuj (6)

20.12.2015 (17:01)

Organizuję powolutku święta; wszystko ogarnę, ze wszystkim zdążę, a w same święta to już padnę na ryj, jak zwykle, a być może nawet upiję się potem jednym piwem do nieprzytomności.
Wszystkie prezenty już wcześniej pokupowałam i mięsa do pieczenia też, ryby do smażenia prawie. Uszka i pierogi zrobione, zamrożone, odfajkowane. Ciasta w większości mam już gotowe, trochę upiekłam, trochę kupiłam.
Sprzątam też sobie po trochu, nadrabiając te trzy semestry domowych zaniedbań i odkryłam dziś nawet za butlą gazową prehistoryczny frytkowy garnek z olejem i koszykiem, pochodzący z pewnością sprzed ery PISu.

A jeśli już jestem w temacie, to codzienność w naszym kraju jest obecnie fascynująca i choć wiele rzeczy już widziałam i pamiętam, to czegoś takiego doprawdy jeszcze nie.
I jeszcze nigdy nie oglądałam tyle publicystki w necie przez te siedem lat, od kiedy nie mamy telewizora.
Szanujemy dialog, szanujemy wolność i różnicę poglądów - powiedziała dziś pani premier.



Jest taka rzecz, której w swoim życiu nie zdołałam ogarnąć, a teraz nadszedł czas, że daje mi to w kość i naraża na uciążliwości i poniżenia. Nie jest to znowu nic takiego wielkiego, podobno nawet zupełny debil jest w stanie ogarnąć kwestię całkiem sprawnie, więc zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie powinnam chwycić byka za rogi.

No w każdym razie żyć mi się wciąż chce.

Komentuj (3)

22.12.2015 (21:59)



Święcie wierzę w to, że coś się kończy, coś się zaczyna i że wszystko dzieje się po coś. Nie chce mi się wcale płakać i rozpamiętywać, nie chce mi się żadnych wstrząsów i fajerwerków.
Spokojne i nudne życie mi się marzy.

Jesteśmy już w świątecznym komplecie, Młoda była dziś ze mną w pracy, tak jak rok temu. Porobiłyśmy też resztki zakupów, no w każdym razie dla mnie resztki, bo do Miasta się już w najbliższych dniach nie wybieram.

Mama pierwszy raz jest tu na wsi z nami na Boże Narodzenie, dlatego też zależało mi na dużej i okazałej choince, bo dla małych dzieci i dla staruszków choinka musi być piękna. I jest - prawie trzymetrowa jodła kanadyjska, taka co to może się zmieścić tylko w starym domu o wysokich wnętrzach.
Tymczasem stoi jeszcze prawie goła, tylko w światełkach, ale już piękna.

Dziś z Młodą piekłyśmy całuski - ciasteczka mojej babci, do których trzeba mieć konfiturę agrestową. Latem zrobiłam trzy słoiczki z agrestu z własnego ogrodu i właśnie specjalnie z myślą o tych całuskach.
Piekę je raz na kilka lat, bo robota to upierdliwa i czasochłonna, choć efekt przez wszystkich pożądany.
Przepis jest prosty: na pół kilograma mąki potrzebujemy cztery duże żółtka, ćwierć kilograma masła i szczyptę soli. Zagniecione z tych składników ciasto można zamrozić lub przez kilka dni przechować w lodówce.
Wycina się z rozwałkowanego ciasta małe kółeczka i posmarowane lukrem trzeba upiec, a potem łączyć po dwa, smarując właśnie tą konfiturą.

Ale i tak najbardziej chce mi się karpia.

Komentuj (2)

27.12.2015 (07:55)

Święta minęły dość stresująco. Mama nie czuła się dobrze, co prawda usiadła do stołu wigilijnego, ale bardzo biedna i cierpiąca. Wczoraj było wreszcie nieco lepiej, ale to jest już taki wiek, że wszystkie pogorszenia następują nagle, a poprawa to proces mozolny i bardzo rozciągnięty w czasie.
Trudności jednak narastają i trzeba już pomyśleć o pewnym przeorganizowaniu spraw; to jest kolejna rzecz, z którą sama muszę sobie poradzić i na pewno sobie poradzę, bo innego wyjścia nie ma.

Najbardziej mnie martwi, że w styczniu mam jeszcze dwa ostatnie zjazdy w Poznaniu i muszę na nich być. Zresztą, frekwencję na tej podyplomówce i tak mam rewelacyjną - w ciągu trzech semestrów opuściłam tylko trzy zjazdy, co zważywszy odległość, trudy podróży i utrudnienia w dostępie do cywilizacji jest chyba niezłym wynikiem.
Myślałam, że styczeń da mi już trochę odetchnąć, ale to jednak jeszcze nie teraz. Dobrze, że przerwa między świętami jest długa, mam zamiar w tych najbliższych dniach wyprowadzić dokumentację, potrzebną do zamknięcia spraw.
No a praca dyplomowa, choć już napisana, to wciąż jeszcze jest w obróbce.

Komentuj (0)

30.12.2015 (12:58)

Przez cały ten świąteczny i poświąteczny czas chodzę po domu i popycham zegary. Jak jeden chodzi, to drugi stoi i na odwrót. Czasem chodzą obydwa jednocześnie i to jest rzadkie zjawisko.
Wpakowałam w te zegary kupę pieniędzy i wkurza mnie, że one tego nie doceniają. No w każdym razie coś im się chyba nie podoba w ten czas zimowy, może za suche powietrze jest od tego palenia, a może za bardzo sprzątane było przed świętami i ne wpadło do zegarów tyle kurzu co zawsze?
Lubię słyszeć przez sen bicie zegara, który wisi w sieni - liczę sobie je wtedy, jeśli akurat się na chwile ocknę. Natomiast w dzień najczęściej tego zegara nie słyszę i wtedy się zastanawiam: bił już na okrągłą godzinę, czy nie?
Nakręcam go raz na tydzień, trzeba wtedy kluczykiem pokręcić w dwóch różnych gniazdach - na chodzenie i na bicie.

Po deszczowych świętach mamy od wczoraj ujemne temperatury, ale na razie tak grzecznie, kilkustopniowo. Wreszcie róże i powojniki przestały rosnąć, a kurkom trzeba nosić ciepłą wodę do picia.
Wczoraj wieczorem odkręciłam jeden z dwóch kaloryferów w sypialni, które do tej pory były zakręcone, z wyjątkiem kilku nocy w listopadzie, kiedy przymroziło. Bardzo lubię spać w takim zimnie, ale to dopiero tu na wsi przyzwyczaiłam się do tego. Nietrudno jednak zgadnąć, że w nocy spod kołdry to mi tylko kawałek głowy wystaje - ten z dziurami do oddychania.

Na Gwiazdkę dostałam piękne prezenty czytelniczo-ogrodowe, niestety jedne i drugie muszą poczekać, choć z różnych względów.
A ubieranie takiej wysokiej choinki musi się odbywać z drabiny!



Komentuj (1)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów