Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


03.02.2010 (21:34)

Podpisaliśmy w biurze nieruchomości aneks do umowy, w piątek ma być wiadomo, czy ci ludzie dostali wreszcie ten swój kredyt.
Gotowy jest też aneks do naszej umowy kredytowej (co to było błędne sformułowanie: "dom w zabudowie bliźniaczej") i jutro podpiszemy go w banku.
Aneks do aneksu do aneksu z pewnością też przed nami. Ale notariusz umówiony na wtorek.

I może już niedługo będzie tak...

stąd:




tam:



http://www.zumi.pl/

Najlepszą rzeczą do czytania jest dla mnie obecnie forum Muratora. Spędzam nad nim długie godziny i uczę się tylu nowych rzeczy, które przydadzą mi się kiedyś z pewnością.
(1284)

Komentuj (2)

08.02.2010 (17:51)

Minął weekend zawieszony we wkurwiającym braku wiadomości, ale dziś poniedziałek i są kolejne terminy - notariusz w piątek o trzynastej, wyprowadzka z końcem maja. A mówiłam Staremu, żeby się nie martwił moimi i Młodego dojazdami ze wsi na angielski. No i proszę - angielski się kończy z końcem maja.

Ponieważ minął już ten miesiąc od powrotu z sanatorium, w ciągu którego miało mi się polepszyć, to wreszcie poszłam dziś do lekarza. Dostałam skierowanie do neurochirurga i wymyśliłam sobie, że pójdę do mojego, tego, który mnie operował te ponad pięć lat temu.
Dzwonię tam do nich i cóż? Można się umówić, ale terminy mają czerwcowe. Jakie śmieszne, mało nie padłam! No to co mi pozostaje? Wiadomo, prywatnie, czyli jak zwykle.

A poza tym dzieci mi się starzeją, przeżywam pierwszą sesję egzaminacyjną Młodej, której właściwie nie przeżywam i nie wiem nawet, kiedy ma jakie egzaminy, ale mam to gdzieś, do cholery, chyba na piątym roku studiów wreszcie nadszedł czas! A ona dzwoni tylko po każdym egzaminie i składa meldunki, ale nie chce mi powiedzieć, kiedy ma następny. No to nie!
A Młody wyspał się w lesie w śniegu tydzień temu z piątku na sobotę w ramach szkoły przetrwania i akcji: Masa_Siła_Rzeźba_BrakRozumu. Ale nic mu nie było, a nawet przestało go boleć gardło!

Komentuj (4)

09.02.2010 (22:40)

Z tym spaniem w lesie to było tak.

Młody cierpiał na ból gardła właściwie przez cały tydzień, zwłaszcza w porze porannego wstawania do szkoły, ale uczciwie muszę przyznać, że nie tylko. Migdał go bolał i bolał, ja jakaś zalatana byłam i dopiero pod koniec tygodnia kupiłam mu neoangin; miał ssać.
W piątek wieczorem wracałam późno od dentysty i Młody wyszedł mi naprzeciw; od razu zarzucił mnie prośbami. I kłamstwami, jak się później okazało.
- Mamo, mamo, proszę, pozwól mi jechać do kolegi do Ł. na noc, proszę!
Od razu kazałam mu to sobie wybić ze łba, z tym chorym gardłem, a tam wiejski dom nieogrzewany i wilcy wyją po polach.
–Dlaczego? Mamo, błagam cię, już mnie gardło wcale nie boli, nie będzie zimno, rozpalimy w kominku... A tata właściwie już mi pozwolił!
Ożesz jego mać, pomyślałam agresywnie, ale wobec konieczności zachowania jednolitej linii wychowania, zmiękłam nieco.
Potem się okazało, że to wszystko gówno prawda i że Stary wcale mu nie pozwolił, ale było już za późno, a Młody już wyjechał do Ł, z podwójną porcją kasy (ode mnie i od Starego, bo wziął od nas obojga „na bilet”, zanim zdążyliśmy się spotkać i skonfrontować).
Wrócił następnego dnia koło południa, bo miałam z nim jechać na zakupy i owszem, pojechaliśmy (oczywiście, po uprzednim zastosowaniu jednolitej wychowawczo rodzicielskiej przemocy słownej!).

Minęła sobota i niedziela, w poniedziałek po południu zahaczyłam Młodego:
-A ty całkiem zdrowy jesteś, widzę, po tym spaniu w niedogrzanej chałupie. Gardło cię już nie boli?
Młody spojrzał na mnie z politowaniem i powiedział:
-To wam teraz powiem prawdę.

I powiedział. Było ich trzech, a jeden miał prawdziwą profesjonalną wojskową rację żywnościową. Poszli ze śpiworami do lasu, najpierw rozpalili ognisko, wykopali dziurę w śniegu, wyścielili ją gałęziami, naciętymi w lesie. Weszli do śpiworów i leżeli tak przy ognisku i gadali do trzeciej w nocy. Nie, nie było zimno i właściwie, to blisko ogniska miał tylko nogi, no bo spodnie i buty miał mokre...
Dopiero o trzeciej zaczęło im się zimno robić, więc poszli do domu, rozpalili w kominku i wtedy to już poszli spać.
To była noc z 29 na 30 stycznia, średnia temperatura miesiąca – około minus sześć.


-Wiesz co, ten twój syn to ma chyba coś z banią – powiedziała Ania M., której to opowiadałam w pracy.

Wiem.
(1320)

Komentuj (7)

12.02.2010 (22:27)

Dostali ten kredyt.
Co prawda go dostali, ale nie mogli dziś być u notariusza, więc spotkaliśmy się tam tylko z państwem S., i podpisaliśmy z nimi trzy umowy – przedwstępną sprzedaży działki z domem (0,1191 ha) i dwie umowy warunkowe, dotyczące działek rolnych (0,75 ha i 0,0781 ha). Z tymi aktami notarialnymi od działek rolnych Stary rusza w poniedziałek do AWRSP, gdzie mają niby miesiąc na wypowiedzenie się w kwestii prawa pierwokupu, ale podobno jak się pojedzie osobiście, to można to przyśpieszyć. Niby niebezpieczeństwa nie ma, że zechcą kupić te działki, bo areał poniżej hektara, ale na papier i tak trzeba czekać.

Państwo S. przyjechali ze wsi samochodem. Pani S. stwierdziła, że po mieście jeździ się okropnie, no bo miasto w ogóle nie jest odśnieżone. „To już u nas jest dużo lepiej” – powiedziała.
Hmm, ciekawe.
Bo wszyscy nas straszą: „zobaczycie, jak spadnie śnieg, co to będzie, nie wydostaniecie się z tej wsi, aj waj!”.

Dość długo trwało odczytywanie aktów notarialnych i co jak co, ale umiejętność czytania to notariusz musi mieć opanowaną. Państwo S. siedzieli na krzesłach a my na kanapie i trzymałam Starego za nogę, bo się bałam tych odczytywanych kwot i terminów. A za każdym razem, kiedy padał z ust notariusza nasz przyszły adres, to czułam jakąś miękkość w stawach kolanowych, jakby mi się tam ciepłe mleko przelewało...

Strony zobowiązały się do zawarcia umowy, przenoszącej prawo własności do 20 marca 2010.
Sprzedający zobowiązali się wydać nieruchomość w ręce kupujących do dnia 7 maja 2010.
Te daty oczywiście zmienią się na wcześniejsze, jeśli uda się przyśpieszyć decyzję z AWRSP i jeśli wszystko odbędzie się bez niespodzianek w środę.
A w środę czeka nas jeszcze jedna wizyta u notariusza, tylko teraz dotyczyć będzie sprzedaży naszego mieszkania.

Komentuj (6)

17.02.2010 (16:34)

No i co? I gówno!
O ile piątkowa wizyta u notariusza wlała w nas nadzieję, że już teraz to naprawdę wszystko się dzieje, to dziś z lekka ścięło mi się białko ustrojowe. Nie chce mi się wdawać w szczegóły, dość powiedzieć, że jak zwykle obstrukcja nastąpiła z winy (z przyczyny? bo nie wiem, czy można tu mówić o winie...) ludzi kupujących od nas mieszkanie.

Jesteśmy związani umową z państwem S., oni są związani umową ze swoim Sprzedającym, wszyscy zobowiązaliśmy się do kar umownych w przypadku odstąpienia od tych umów, natomiast dzisiaj my nie mogliśmy podpisać umowy z naszymi Kupującymi. Jeśli w piątek oni nadal nie będą gotowi, to musimy szukać nowego kupca na nasze mieszkanie i to szybko, bo do 20 marca transakcja musi być załatwiona.

A tu agencja od wsiowej ziemi obiecała Staremu, że nie zechce tej ziemi i że przyśle stosowny papier w ciągu dwóch tygodni. I byliśmy oglądać deski podłogowe. I kłócimy się, gdzie deski, a gdzie płytki. I oglądamy sklepy ze starymi kredensami i biurkami. I szukamy starego stołu do jadalni. I w ogóle.

Jestem disappointed...
(1422)

Komentuj (1)

19.02.2010 (21:26)

Wreszcie mogę to napisać: kupujemy przedwojenną wiejską szkołę! (na tych terenach "przedwojenna" oznacza: "poniemiecka").

No więc tak: tydzień temu w piątek były umowy notarialne dotyczące zakupu domu i dwóch działek rolnych, dziś umowa sprzedaży naszego mieszkania.
Odwrotu już raczej nie ma.
Następny ważny termin - 20 marca; to data, kiedy nastąpi przeniesienie prawa własności domu z państwa S. na nas i prawa własności naszego obecnego mieszkania na państwa Z., czyli będzie to już właściwa sprzedaż i zakup.
Pozostałe terminy wyglądają tak, że najpóźniej do 7 maja państwo S. przekażą w nasze ręce dom i ziemię, a najpóźniej do 7 czerwca my przekażemy nasze dotychczasowe mieszkanie państwu Z.
Cały ten maj jest na remont, ile zdążymy, to zdążymy, potem to już koniec zabawy i wprowadzamy się na plac budowlano-remontowy.

Przyjechała Dziedziczka. Zamiast się pakować, w sensie - przygotować do wyrzucenia te sterty śmieci, które ma nagromadzone w szafach i szafkach od czasów gimnazjum, to siedzi przy kompie non stop. Jutro idziemy z nią razem na bal wielkopostny pod hasłem przepędzania zimy, a w niedzielę Dziedziczka zabiera Dziedzica na drugi tydzień ferii na wycieczką objazdową po Galicji z przyległościami.

Mam zamiar też jutro zadzwonić do pani S. w sprawie psa, jak nie zapomnę.

A od poniedziałku Stary obiecał ruszyć ostro z nawiązywaniem kontaktów z wszelkimi majstrami od przyszłego remontu.
(1524)

Komentuj (4)

24.02.2010 (13:39)

Miałam tyle planów na ten drugi tydzień ferii, tyle roboty do ogarnięcia i cóż...

Pierwszego poranka zawiesiłam się na dwie godziny nad prażonym słonecznikiem. Siedziałam tak i skubałam, skubałam, skubałam. Co ciekawe – nigdy przenigdy tego nie robię, wręcz uważam to za idiotyczne; jak mam ochotę na słonecznik, to kupuje łuskany, a jak mam ochotę na prażony, to sobie go mogę uprażyć.
A tu proszę. A słonecznik w łupinach był akurat w domu, bo karmimy nim ptactwo balkonowe; znaczy - zeżarłam ptactwu.
A jakie miałam potem czarne pazury!

Drugiego dnia od rana miałam już katar i gardło mnie bolało, więc jakby naturalnym sposobem oddaliłam się od planowanych czynności. Miałam zrobić test z angielskiego z pięciu unitów, zadany na ferie, nawet umówiłyśmy się na wspólne jego rozwiązywanie z koleżankami, no i owszem, pojechałam. Ale zapomniałam zabrać tego testu ze sobą!
Siadłam więc dziś sama w domu do tego testu, wzięłam ołówek, napisałam pierwszy wyraz, sięgam po gumkę, nie ma gumki! Musiałam ją zostawić wczoraj na tym spotkaniu, bo wyjmowałam na stół cały piórniczek.
Cholera, przecież nie będę robić testu bez gumki!

Miałam też szyć. Ale nie mogę się zdobyć na wyciągnięcie maszyny do szycia, no nie mogę.

Miałam poprzesadzać kwiaty w pracy. W poniedziałek nie pojechałam, poniekąd przez ten słonecznik, a zresztą, jak sprawdziłam potem w kalendarzu biodynamicznym, to był całkiem beznadziejny dzień na prace ogrodowo-pszczelarskie, więc dobrze, że nie pojechałam.

Jak widać, wszystko sprzysięga się przeciwko mnie.

Muszę do soboty jakoś stanąć na nogi.
Myślę, że natychmiastowa awaria Internetu bezprzewodowego mogłaby to nawet przyśpieszyć... Bo najlepiej mi idzie wyszukiwanie w sieci desek podłogowych, kafli, płyt gazowych i piekarników, klinkierów, hodowli kur zielononóżek, budowy pieca chlebowego, podłóg na wylewkach lub legarach, tynków glinianych, bidetów i wanien. Znalazłam na przykład wannę za 37 tysięcy, a wcześniej nie wiedziałam nawet, że istnieje.
(1572)

Komentuj (4)

27.02.2010 (13:45)

Do bólu kręgosłupa dołączył kaszel i obydwa dobierają się do mnie w nocy. Jak tylko się położę, to wiadomo, boli mnie kręgosłup; muszę latać, miotać się, kręcić, chodzić – wtedy jest OK. Leżeć nie mogę. No ale ja tak mam niestety, że w nocy leżę, znaczy śpię na leżąco (chociaż wiem, że nie każdy musi leżeć, żeby spać, ho ho, widziałam już takie rzeczy).

Kaszel, który nadszedł po kilkudniowym katarze, atakuje podczas snu. A niech ktoś spróbuje kaszleć na leżąco z obolałym kręgosłupem! Z każdym więc atakiem kaszlu zrywam się do siadu, zginam się wpół i wtedy kaszlę sobie bez obaw, że mi się porozrywają wszystkie pozostałe krążki międzykręgowe.
Po kilku takich zrywach wyszłam z nerw i poszłam do dużego pokoju.

Była 1:30 czy coś koło tego. Zaczęłam od ketonalu forte, potem usiadłam sobie grzecznie na krześle przy sekretarzyku wyposażona w herbatkę z melisy i rumianku, przyodziana w skarpetki i owinięta narzutą i złożyłam głowę na przygotowanych do prasowania poszewkach (żartowałam – nie prasuję poszewek już chyba z dziesięć lat!). Tak sobie siedziałam i kaszlałam, aż wreszcie całkiem się obudziłam. Zapaliłam lampkę, sięgnęłam po jakiś papier z jednej z przegródek, potem wyjęłam całą zawartość przegródki ... i tak, krok po kroku, ani się nie obejrzałam, jak był wysprzątany cały sekretarzyk, posegregowane dokumenty, odseparowane śmieci. Poszłam za ciosem i ruszyłam do kuchni, tam też layout pozostawiał wiele do życzenia i jak skończyłam, była 4:30.

Wtedy już mi się znów zachciało spać i mniej już kaszlałam i nie bolał mnie już prawie wcale kręgosłup. Poszłam więc z powrotem do łóżka, gdzie spał mój Stary, chrapiąc radośnie przez cały ten czas. Oczywiście, jak się tylko położyłam, to kręgosłup znów się odezwał i kaszel też, ale obydwa już nie tak mocno i pospałam do 7:30.

Mam dziś babską imprezę u siebie i będę musiała uważać, żeby nie zasnąć z nosem w sałatce, bo pomyślą, że to od wódki!
(1628)

Komentuj (6)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów