Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


05.02.2011 (22:22)

Aktualizacja bibliografii Ogrodów zakończona, nazwałam nowy dział Mój ogród i tam powpychałam te artykuły, które mogą mi się przydać przy przebudowie naszego ogrodu; nie będę już musiała za każdym razem przeglądać wszystkiego.
Przy okazji zrobiłam sobie listę roślin, których jeszcze nie ma w moim ogrodzie, a MUSZĄ się tu znaleźć (choć w pełni sezonu wegetacyjnego jest tu takie szaleństwo florystyczne, że naprawdę, trudno uwierzyć, że może tu jeszcze czegoś brakować). Na tej liście są słoneczniki, słoneczniczek słonecznikowaty, ciemierniki, nagietki, lak, zatrwian szerokolistny i firletka chalcedońska. No i jeszcze kolorowe odmiany krwawnika.
Z owocowych drzew i krzewów wszystko jest i to nawet w nadmiarze, dokupiłabym tylko ze dwa agrestowe krzaczki, najwcześniejszy i najpóźniejszy i mam już wybrane odmiany. Bo o orzechu włoskim już pisałam – zimują sobie pod folią cztery młode siewki od Haliny.

Mam też zamiar tworzyć tu sobie różne kolekcje.
Pierwsze to będą liliowce; pewne zaczątki już tu są i zachwyciły mnie bardzo. Poczytałam, poszperałam i postanowiłam trochę z nimi poszaleć.
Zakochałam się też w żurawkach, które występują w tylu odmianach, że naprawdę można się realizować do woli. Ich drobne kwiatki na długich, cienkich jak niteczki łodyżkach, są przecudne.
I na koniec kosaćce – to też moja miłość. Jedna babuleńka w naszej wsi ma je w ogródku przed domem w przeróżnych kolorach; mijam ten ogródek w drodze do pracy. Muszę się z babuleńką zakolegować i wyżebrać od niej sadzonki.
No i mój Tajny Plan Lawendowy – to też będzie kolekcja, ale nieco innego rodzaju.

Sprzątaliśmy dziś trochę w obejściu, chłopcy naprawiali wichurowe zniszczenia, bo w nocy urwała się blaszana obróbka dachu i dyndała za oknem jadalni. Stary pracował nad okapem - zdjęcia nastąpią.
Wreszcie też jeździ normalnie brama; trzeba było podkuć cegły podjazdu, które napuchły zimą i brama szorowała po nich, zamiast śmigać w powietrzu. Ale już śmiga.

A poza tym wieje i leje; ale przynajmniej śnieg zniknął wreszcie z ogrodu i znalazły się różne psie zabawki, a nawet mój srebrny klips z czerwonymi koralikami, co to wcale nie wiedziałam, że go zgubiłam.

A na wiosnę być może, być może... dołączą do naszych kur zielononóżki!
(3910)

Komentuj (2)

08.02.2011 (22:33)

Wstaję dziś rano, pstrykam pstryczek lampki, nie działa. „Znów żarówka” – myślę.
Ale okazuje się po chwili, że to coś poważniejszego, że nie ma prądu. Chwila paniki – bo piec, bo pompa, te rzeczy. Wyglądam przez okno jadalni – ciemno w całej wsi.
Kaloryfery są już zimne, ale w kuchni na termometrze plus dwadzieścia. Ten dom dobrze trzyma ciepło, sprawdziliśmy to już nie raz. Jest też świetnie izolowany akustycznie. Czy wieje, czy pada - w domu cichutko, przytulnie, nic nie słychać...
Dopiero więc po odsłonięciu okien cała prawda wychodzi na jaw. Drzewa szaleją, jest wichura jak jasny gwint!
Dobrze, że świece i lampa naftowa pod ręką, więc ogarniam jakoś tę ciemność, nastawiam czajnik, a w łazience przed lustrem wykonuję przy świecy rysunek raczej z pamięci - żeby było widać, gdzie mam oczy.
I wychodzę, już nie w ciemność, bo dnia przybyło. I choćby nie wiem co tam w górze wyczyniali, to i tak wiadomo, że wiosna idzie.

No i Dziunia wczoraj wieczorem zaczęła. Łasi się, a przytulana i głaskana nieruchomieje, jakby nagle skamieniała. Cały dzień przesiaduje na drabinie, gdzie ma nas wszystkich na oku a psy jej nie dosięgną, pręży się i przeciąga, ćwierka, miauczy, jęczy i płacze...
Chłopa jej się chce.

A oto, jak ewoluuje okap.
Najpierw budowa stelaża:





A potem tynkowanie gliną:








(4060)

Komentuj (8)

12.02.2011 (18:21)

Moje przyjaciółki z dzieciństwa mają w tym roku okrągły jubileusz, że aż wstyd się przyznać, który.

Mnie to czeka za rok, bo byłam tą, co to poszła wcześniej do szkoły i zawsze jej się to liczyło na niekorzyść. No wiadomo, One miały już piętnaście lat, a ja jeszcze nie. One miały szesnaście, siedemnaście, czy (co gorsza!) osiemnaście a ja – dopiero za rok. A jak już było to „za rok”, to znów mi uciekały i zawsze były do przodu.
Oczywiście czułam się gorsza, ta gówniara... a do tego miałam więcej niż One centymetrów w talii. I w biodrach też, nie oszukujmy się.

Mariola i Gocha są już „po”, Beata jeszcze nie. No a ja dopiero za rok, to niby wreszcie mam jakiś pożytek z tego mojego wcześniejszego pójścia do szkoły!

A jak dzwoniłam do Nich z życzeniami, to ustaliłyśmy, że te urodziny, to nie może być prawda...
(4180)

Komentuj (1)

14.02.2011 (18:01)

W moim domu mają miejsce niesamowite zdarzenia.

Otóż dziś znalazły się dwie pomarańcze, zaginione przed Bożym Narodzeniem. Psy znalazły. Co ja się tych pomarańczy naszukałam, już myślałam, że któraś żarłoczna istota je pochłonęła i nie chce sie przyznać. Były mi do czegoś potrzebne, już chyba nawet po świętach i pamiętałam, że je kupiłam, że były dwie. No to szukam i szukam, zwłaszcza, że nikt nie widział, nikt nie słyszał, nikt się nie przyznaje – to przecież gdzieś muszą być!
Tymczasem dziś psy je znalazły pod szafką na buty w wiatrołapie. Musiały się wturlać, gdy w szale przedświątecznych zakupów wypakowywałam tam różne rzeczy bezpośrednio na podłogę, żeby dopiero potem dokonać dalszej selekcji.
Co ciekawe, te pomarańcze nadal są jadalne.

Inna dziwna sprawa – czasem, kiedy Stary pracuje przy kompie, wysyłam mu z sypialni strzałkę na telefon, a tu mi się odzywa komunikat, że abonent jest właśnie niedostępny; a on siedzi tam i ma włączony telefon!

No i maile od Starego - idą do mnie ponad czterdzieści minut. To już jest skandal, bo mowa tu o mailach z gabinetu do sypialni i chociaż ja wiem, że one nie idą stamtąd przez sień i kuchnię, tylko oblatują najpierw całą kulę ziemską, to naprawdę bez_prze_sa_dy!


Zima powróciła, ale zdążyłam w piątek porobić kopczyki wszystkim różom i poprzykrywałam wschodzące cebulowe agrowłókniną. Hortensja też dostała gustowne zimowe ubranko.

Na okapie kuchennym schnie glina i czeka na ostatnią warstwę i ostateczny szlif, a tymczasem Staremu się w głowie lęgnie kominek. Ulęgły mu się tam też świetne półki na książki w gabinecie, nawiązujące do szachulcowych ścian naszej sieni.
I zrobił rysunek.


Belki mamy, a że półki na książki pilnie potrzebne, to pewnie niedługo powstaną. Co do kominka, to na pewno nie teraz, ale kiedyś... być może...

Komentuj (5)

15.02.2011 (21:35)

Nasze niedzielne spotkanie z Ister i Glinianym jest jawnym dowodem na to, że nie ma żadnych przypadków. No bo to przecież niemożliwe, żeby aż do tego stopnia!

Wszystko jest gdzieś tam już dawno poukładane, a my tak się w tym bawimy, jak dzieci w piaskownicy - raz łopatkę, raz grabki; czasem trochę piasku się wysypie, ale raczej wszystko trzyma się w jednym miejscu i jest nawet ogrodzone. A w środku można znaleźć ładne szkiełko, ale można i psie gówno.
Te niby-przypadki, które nam się ostatnio przydarzają wprawiają mnie w osłupienie. Jak znajdę wolną chwilkę przyszłej zimy, to sporządzę Wielką Księgę Moich Przypadków dla potomnych.

A oni w niedzielę przyjechali z kotką, która wyglądała, jak królowa kotów, a ogon miała jak lis w Przygodach Lisa Witalisa.
Ale Dziunia się jej bała, więc żadne damskie kocie ploteczki nie doszły do skutku.



Moja czerwcowa wyprawa do Turcji obrasta już w konkrety, godziny wyjazdu, przyjazdu i czas lotu. Całe szczęście lecimy z Gdańska, a nie z Berlina, więc odpada jeden uciążliwy fragment podróży. Przy okazji konstruowania programu wycieczki wyniuchałam, że w amfiteatrze w Aspendos odbywa się co roku latem festiwal opery i baletu i okazało się, że łapiemy się na jeden jedyny spektakl w sezonie 2011, a jest to Tosca w wykonaniu Tatar State Opera and Ballet. Wyszukałam co tylko się dało na ten temat i teraz reszta w rękach biura turystycznego. Dziewczyny reagują entuzjastycznie, mam nadzieje, że się uda, bo na pewno w takim miejscu musi to być coś niesamowitego!
(4360)

Komentuj (4)

18.02.2011 (17:20)

Nie mogę patrzeć na to białe dookoła, żeby nie powiedzieć białe gówno. Ja wiem, że to dopiero luty i że ma prawo, ale obrzydzenie mnie już bierze.

W ogóle chyba nie lubię białego czegokolwiek. Nawet jak zrobię te jakieś moje szydełkowe koronki z białej nitki, to okazuje się, że to jakby przez pomyłkę i potem je i tak farbuję w herbacie Lipton.
Miałam kiedyś znajomą, która za bardzo lubiła białe... no bardzo za bardzo, powiedziałabym... a potem się okazało, że alkoholiczka i w ogóle jakby trochę stuknięta.
Chociaż w takie dni jak dziś, to nie miałabym nic przeciwko byciu alkoholiczką, pod warunkiem, że na leżąco i pod kocem, bo ja już leniwa jestem.

Stary ukopał mi piasku, bo zelżało do minus dwóch. Niedługo napiszę, po co mi ten piasek.

A zaraz wsiadamy z Młodym do pojazdu linii PKS i wyruszamy do miasta w celu spożywania kultury i sztuki. Jedziemy razem, ale potem - każde w swoją stronę.
(4480)

Komentuj (4)

24.02.2011 (18:58)

Dziunia oswaja sobie Korę.
Kora oswaja sobie Dziunię.
Czy jakoś tak...

Widziałam DWA RAZY, jak się dotknęły nosami. Stary widział dużo razy.
Kora dziś zaniosła jej na górę na schody swój sznurkowy warkocz do zabawy. A wcześniej znaleziono w sieni na podłodze wymamłaną mysz – czyżby dowód miłości od Dziuni dla Kory?

A dziś rano sama na własne oczy widziałam, jak Dziunia zstąpiła z drabiny i pozostając głową w dół na wysokości oczu Kory, wyciągnęła powoli do jej nosa jedną łapkę, schowała ją i od razu wyciągnęła drugą łapkę i też ją zaraz schowała; a potem, jak ta panna, co to „chciałabym, a boję się” - umknęła do góry.
I naprawdę, pomyślałam przez chwilę, że pieprzę to wszystko, zostaję tu, siedzę i patrzę i nie jadę do żadnej pracy ani w ogóle nigdzie.
Bo wobec takiego widoku - marny, nudny i niewart splunięcia wydaje mi się cały pozostały świat.

A oto zdjęcia sprzed niespełna godziny.






(4570)

Komentuj (8)

25.02.2011 (21:03)

Nie wiedziałam, że można tęsknić za odkurzaczem. Zwłaszcza, jak się nie ma odkurzacza od pół roku, natomiast ma się w środku domu półotwartą kotłownię! Naszej starej maszynie rainbow po piętnastu latach wiernej służby raczył się spalić silnik, a w kwestii zakupu nowego silnika jesteśmy zdecydowanie niewydolni finansowo.
Zaczęłam się więc w końcu rozglądać za jakimś przyzwoitym odkurzaczem dla biedoty i wybór padł na jeden z małych i niedrogich modeli wiodącego polskiego producenta. Jest on produkowany w Rzeszowie i w związku z tym ma cztery lata gwarancji, a nie dwa, jak te, produkowane w kraju z wielkim murem.
A najlepsza wiadomość to ta, że pasują do niego stare szczotki od rainbow, które mają prostą konstrukcję i solidne wykonanie i nie mają sobie równych! Super, bo te nowe wyglądają raczej fajansiarsko.
Tak więc dziś nastąpił wreszcie totalny pogrom kotów kurzowych, które od miesięcy spokojnie sobie rosły za szafami i szafkami.

Umówiliśmy się też z weterynarzem na sterylizację Dziuni na przyszły piątek i okazało się, że trafiliśmy na promocję w rodzaju „Lenin w październiku, koty w marcu”, czy coś takiego i w związku z tym będzie nas ta cała impreza kosztowała o połowę taniej. No to mi zostanie na waciki.

Temu lutemu już dziękujemy. Nie dość, że mnie cham jeden zawsze postarza o rok, to jeszcze mrozem terroryzuje. Jego szczęście, że jest taki krótki.

Wykończona jestem tym mijającym tygodniem.

Komentuj (0)

27.02.2011 (09:13)

To chyba oczywiste, że osoba wykończona minionym tygodniem spędza całą sobotę przy pracy w ogrodzie.
Najpierw posiedziałam sobie ze dwadzieścia minut na ławeczce, oparta o nagrzaną ścianę domu, wygrzewając się na słońcu, ale zaraz mnie zebrało na sekatory i lisi ogon i poszłam w maliniak. Tam dokonałam zagłady śliwek samosiejek, których tu w całym gospodarstwie są setki. W maliniaku wycięłam ich 33. Pousuwałam też złamane przez zimowe wiatry gałęzie drzew, no posprzątałam trochę...
I nadałam czerwonej porzeczce przy furtce za ogrodem kształt mniej więcej stosowny. Powycinałam najstarsze gałęzie, które miały po dwa metry (!) i poskracałam trochę te, które zostały.
Potem szybko zjedliśmy z Młodym obiad, który ugotowałam rano, przed wyjściem do ogrodu, a po obiedzie dokończyliśmy rozbiórkę malowniczej szopy, zwanej przez nas wytrzeźwiałką, przy czym mój udział polegał na składaniu na kupkę tego, co Młody pozyskiwał. Kibicowało nam pół wsi, znaczy trzech chłopów, stojących na podwórku pana Stanisława i udzielających cennych rad oraz wręczających kolejno łomy wszelkich gabarytów. Jak już kończyliśmy, wrócił z miasta Stary i postał przy nas trochę pykając fajeczkę, a to już wyglądało na wyzysk kobiet i dzieci przy pracy ponad siły w wiejskim gospodarstwie.

Nie muszę dodawać, że opaliłam sobie solidnie twarz i wyglądam, jak smagła wieśniaczka.

A wieczorem, wieczorem... sprawdzałam pracę magisterską Młodej pod kątem przecinkowo-średnikowo-stylistyczno-gramatycznym i to było bardzo miłe.

A jeszcze bardziej wieczorem urządziliśmy sobie kino rodzinne za pomocą laptopa i rzutnika i to było wspaniałe dla mnie, która od trzech lat oglądam filmy z ekranu laptopa. I nie ma tu nic do rzeczy, że przespałam pół filmu.


Chyba więc kupimy jednak rzutnik, a nie telewizor. Ma tu oczywiście znaczenie organiczna niechęć do telewizji jako takiej, czyli czynnik psychologiczny, ale także i to, że telewizor zeszpeci na amen pomieszczenie i potem rób co chcesz. Trudno też ganiać z nim z pokoju do pokoju, a nie zaplanowaliśmy w naszym domu pokoju dla telewizora. Film będzie tam, gdzie my, a nie: my, tam gdzie telewizor.

No i jeszcze – zapomniałabym!




To był cudny dzień.
(4690)

Komentuj (5)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów