Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


02.02.2012 (17:05)

Wczoraj umarła Szymborska.
A ja szłam sobie dziś z psem przez zaśnieżone pole i myślałam, że pewnie znów pisiory podniosą głowy i zaczną roztrząsać, czy miała ona prawo umierać na świętej polskiej ziemi, ach czy miała.
Przypomniała mi się zaraz ta żenada po odejściu Miłosza... Ach jak my wstydu nie mamy!
A Trójka bardzo ładnie ją dziś żegna, bez nadęcia, w atmosferze pogodnej refleksji, z cytatami, urywkami, wspomnieniami. Wiadomość, że po długim życiu odeszła spokojnie we śnie też jest ważna, pozwala się nie zdołować, a spokojnie pogodzić.
Urocza była ta dowcipna i nieśmiała starsza pani, która zapraszana przez różnych dziennikarzy na sesje zdjęciowe, nieodmiennie odpowiadała: "przyjdę, jak tylko będę młodsza".

Wczorajszy dzień był dniem pożegnania Gosi, przy której jeszcze tak niedawno siedziałam w szpitalu. Ona odeszła w wieku całkiem nie do umierania, zwłaszcza że wyglądała na jeszcze młodszą, niż była w rzeczywistości - mimo długoletniej choroby. Znałam ją tylko trzy lata, a ostatnio jakoś nam się kontakty zagęściły i nagle już było po wszystkim.
Umierała otoczona opieką, miłością i troskliwą czułością swoich córek - każda matka chciałaby tak umierać.


Zima nie odpuszcza. Dom się już rozgrzał, trzeba jednak w takich temperaturach bardzo uważać, żeby nie zaniedbać pieca ani na chwilę, bo potem odrabianie strat trwa długo.
Dziś rano było siedemnaście na minusie. Meteorolodzy, jak zwykle - przewidują błędnie, mylą się, zmieniają zeznania, ale nikt ich za to nie wyrzuca z urzędów, nie pozbawia prawa wykonywania zawodu, ani nie wytacza im procesów. Cóż za dziwna grupa zawodowa.

Komentuj (4)

03.02.2012 (16:54)

"Fymek z fominka" - jak mawiali Topik i Topcia. Ten fymek produkuje Stary, wsadzając piecowi do pyska drewno opałowe.
Spaliliśmy już zapasy kupione na zimę, spaliliśmy stary płot i różne rozbiórkowe deski i belki, teraz wycinamy i spalamy wiatrołomy, śliwy porażone hubą ogniową i inne powycinkowe zasoby z ogrodu. Jak te mrozy się nie skończą, to trzeba będzie szybko rozebrać na opał schody (i tak są do rozbiórki), a na strych będziemy wchodzić po drabinie.
Oops, też drewniana!



Kotka dostała wczoraj dwie kacze łapy do pomamlania w swoim zakątku pod strychową klapą. I cóż zrobiła kotka? Zniosła jedną łapę na dół po schodach, położyła ją na najniższym stopniu i wróciła na górę.
Dla Kory.

Kupiłam dziś cztery ule, pięciokilogramowe pudło węzy i drucik do ramek. Będziemy mieli w tym roku już sześć własnych uli; trzeba będzie je na wiosnę pomalować i kupić matki pszczele. Ciekawe, jak przezimują zeszłoroczne rodziny.

Komentuj (4)

06.02.2012 (20:22)

O siódmej rano minus dwadzieścia osiem. Już mnie to wkurza. Ja chcę pracować w ogrodzie!!!

W celu podniesienia morale wyplatam robótki ręczne. Znalazłam w fotelu sweter, który prawie skończyłam trzy lata temu, ale coś mi się tam nie zgadzało i dałam sobie spokój. No to teraz go wyjęłam i dokończyłam.
Stwierdzam, że bezmyślne przekładanie oczek z jednego drutu na drugi uspokaja mnie już po piątym oczku w wyraźnie dostrzegalny sposób.
Porobiłam też jedzonko dla ptaszków, bo nasypało tyle śniegu, że już one szans nie mają, żeby sobie same coś mogły znaleźć. Po pierwsze kiełbasa smalcowo-ziarenkowa w siatce własnej produkcji, po drugie słoninka zwinięta w ciasny rulonik. Powiesiłam po obu stronach domu, żeby ekspozycja pozwalała na oglądanie z okien, bo my telewizora nie mamy.



Komentuj (4)

07.02.2012 (14:04)











Komentuj (7)

08.02.2012 (20:09)

Zrobiłam moje pierwsze w życiu różane zamówienie w renomowanej polskiej szkółce róż. Przygotowywałam się do tego długo i tutaj też o tym pisałam, aż wreszcie nadszedł czas.
Mam dwie tabelki z chciejstwami; w jednej umieszczam róże do 150 cm wysokości, a w drugiej te wyższe, parkowe i pnące. Zrezygnowałam na razie z pomarańczowej, która tak bardzo mnie na początku absorbowała.

Koniecznością pierwszej potrzeby jest teraz zakup róży na frontową ścianę domu przy głównym wejściu, o tym już pisałam i będzie to kwitnąca przez cały sezon New Dawn.
Druga róża będzie rosła na ścianie szczytowej szopy na drewno, nazywa się Lykkefund i jest istnym potworem, potężnie się rozrastającym i potrzebującym solidnej podpory. Kwitnie tylko raz w sezonie, ale za to jak!
Koniecznie chciałam kupić też rabatową Pastellę, bo to jest moja miłość od pierwszego wejrzenia.
I te trzy róże to był mój plan minimum, chociaż w tabelce z niższymi było jeszcze kilka typów z wykrzyknikami.

Kompletując zamówienie, zadecydowałam jednak, że wychodzę poza plan minimum i zamawiam jeszcze trzy. Są to: Chopin - jedna z nielicznych róż wyhodowanych przez polskich hodowców, Chippendale - piękność zachwalana przez różane forumowiczki i Astrid Gräfin von Hardenberg - ze względu na pąsowy kolor kwiatu.
W ostatniej chwili nie wytrzymałam nerwowo i dorzuciłam jeszcze Barkarole - ona też jest bardzo ciemna, z zamszowym nalotem na płatkach.

Pierwsze koty za płoty.

Komentuj (2)

14.02.2012 (19:51)


Nochalek :)


- No jaktojakto, to nie robisz konserwacji systemu, to nie robisz defragmentacji, czyszczenia dysków, no przecież masz tam takie narzędzia systemowe - mówił Stary, więc się zawstydziłam i zrobiłam. Myślę: "a co tam, zrobię, mam ferie". I zrobiłam.
I wtedy laptop ze zdumienia zaniemówił i musiał jechać do doktora od laptopów, ale na szczęście okazało się, że nie za bardzo go zepsułam, tylko trochę.

Ale w związku z powyższym byłam na odwyku parę dni, wskutek czego dokończyłam sweter, porzucony trzy lata temu, a także zaczęłam i już prawie skończyłam bezrękawnik. No musiałam coś z ręcami zrobić.

Coś mi się porobiło z termoregulacją, bo jak były te straszliwe mrozy, to mi nie było zimno, a teraz mi jest.

Śnieg przysypał całą trawę we wsi i kurki pana sąsiada nie produkują już takich żółtych żółtek, jak w grudniu, kiedy skubały trawkę w całym obejściu, doglądane zza płota przez Korę.
Opracowałam ostatnio systemowe rozwiązanie zakupu jaj u sąsiada. Na początku głównie skoncentrowana byłam na myśli, żeby nie zapytać: "dzień dobry, czy ma pan jajka?". Skupiona, utrwalałam raz w tygodniu poprzez ćwiczenia praktyczne tekst zagajenia: "dzień dobry, czy kurki coś tam naznosiły?".
Ale przedtem musiałam go wywabić z domu. Przechadzałam się więc od niechcenia koło płota, strząsając śnieg z gałązek i czekając, aż sąsiad mnie zauważy przez okno i wyjdzie - też tak po nic, że niby tak się rozgląda po gospodarsku. A jak już wyszedł, to zagajałam.

Następnie mój intelekt, zregenerowany wypoczynkiem zimowym, opracował system prosty i nowoczesny zarazem, rzekłabym, haj definiszyn. Wieszam na płocie koszyk na jajka z odliczona gotówką w środku, a pan sąsiad odwiesza mi go, po wyjęciu pieniędzy i włożeniu towaru. Przy czym koszyk musi wisieć po jego stronie ze względu na Korę, która już raz mi zeżarła trzy jajka z czterech, kiedy je sobie na chwilkę włożyłam do kubełka w ogrodzie przed zaniesieniem do domu.

Komentuj (10)

15.02.2012 (19:28)

Najfajniejsze jest to futro, które ma na brzuchu.











Komentuj (4)

17.02.2012 (07:59)

Stary dostał demobilne wypasione gumofilce, nowiutkie i ocieplane. Wystraja się w nie teraz i zadowolony paraduje po wsi, znaczy - z domu do sklepu i z powrotem. Wygląda wypisz-wymaluj jak wsiowy głupek.

Wczoraj siedzieliśmy z Młodym przy stole w jadalni, patrząc przez okno na drogę. Na widok Starego w gumofilcach, Młody zawył tęsknym głosem, pełnym żalu i nieskrywanej zazdrości:
- Jaaaaaaa! Mamoooo, jakie on ma te gumiaki! Ja też bym chciał takie mieć!

To była notka z serii "Marzenia wiejskiego dziecka" lub "Nierówne szanse startu w dorosłe życie maturzystów z terenów wiejskich".

Komentuj (7)

26.02.2012 (13:01)

Mogę wreszcie ogłosić rozpoczęcie wiosny. Ten fakt przypieczętowany został kilkoma miłymi akcentami.

Stary zdjął podwójne "zimowe" okienko w wiatrołapie. Obecność tego okienka w niczym nie przeszkadza zimą zamarznąć zupie, wystawionej na noc do wiatrołapu. Przy okazji mogłam wreszcie wyjąć spomiędzy okien poświąteczne dekoracje i postawiłam na okienku prymulki.
Wiatrołap się rozwala. Ściana, która była pęknięta, pękła jeszcze bardziej i tylko patrzeć, jak odpadnie od całości. Złuszczyła się też biała niegdyś farba na zewnętrznej ścianie wiatrołapu i wylazły spod niej liszajowate plamy różnych poprzednich farb. Nie wygląda to.
No ale malować nie będziemy, bo raczej bym się tu skłaniała w kierunku wyburzenia.

Wyjęłam też ze strychowego ocieplenia kosteczkę styropianu, żeby zrobić przejście dla Dziuni. Tamtędy wychodzi pod skosy dachowe, a potem na dach i na drzewa.
Umyłam też trzy pierwsze okna od frontu, bo szkoda mi tego słońca; niech bez przeszkód wchodzi do domu.

Widziałam dziś dwa klucze żurawi przelatujące nad polami; zawsze najpierw je słychać, a potem trzeba szukać wzrokiem.
I przyniosłam sobie z mojego brzozowego lasku wielki pęk gałązek do wazonu.

Poważnych prac ogrodowych jeszcze nie zaczęłam, ale już takie mało poważne to troszkę. I pochodziłam sobie dziś po ogrodzie, potrzaskując znacząco trzymanym w kieszeni sekatorkiem.

Komentuj (5)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów