Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


05.01.2007 (20:55)

Żeby mi się chciało tak, jak mi się nie chce...
(głupio tak jednak ciągle siedzieć w minionym roku!)

Komentuj (4)

06.01.2007 (22:09)

Jest mi bardzo przykro.

Myślałam, że już jestem taka hop do przodu i w ogóle, i że umiem ściągnąć sobie sama ładny film, no nie żeby od razu kradzież, tylko tak, obejrzeć szybciutko (nie rozpowszechniać!).
A tu tymczasem ściągają mi się pod tytułem "Forrest Gump" pornosy ociekające spermą na całą szerokość ekranu.
Albo napisy się nie zgadzają.
Albo film o znanym tytule okazuje się być pracą dyplomową któregoś tam rocznika absolwentów łódzkiej filmówki.

Burdel jest w tym internecie - ot, co!

Komentuj (5)

09.01.2007 (16:59)

Nieszczególnie zaczął się ten rok. Młody poszedł w sobotę na parkour i zawieruszył się na 4 godziny. Jak wrócił, to już go brało. Nic dziwnego - szalał nieubrany, w samym tylko polarze (i to nie za porządnym).
Potem dwa dni wysokiej gorączki, a dziś wiadomość: zapalenie lewego płuca.

-Ale nie martw się, mamusiu - powiedział Mlody. - Mam przecież jeszcze jedno!

Komentuj (8)

24.01.2007 (17:28)

Zajrzałam do statystyk i jak zobaczyłam, ile osób tu codziennie zagląda, to wstyd mi się zrobiło.

Napiszę więc dziś krótko, że żyję, ale pisać nie mam siły, bo taka jestem chora. Zaczęło się od koszmarnego bólu gardła, no a potem reszta: gorączka, kaszel...
Leżę tak sobie od soboty, gorączkuję, spożywam karnie antybiotyk i inne prochy - a wszystkie siły mnie opuściły. Otrzeźwiam się trochę codziennie pod wieczór i sięgam po laptopa. Wcześniejsze godziny dnia spędzam w pozycji "leżę jak zwierzę" i to jeszcze pyskiem do dołu, żeby mi było łatwiej kaszleć, zawieszona między snem a jawą.

Dziś przyszło mi do głowy, że mam chyba HIVa, bo przecież to niemożliwe, żeby przeziębienie tak człowieka pozbawiło sił.

Ale wrócę...

Komentuj (8)

28.01.2007 (10:23)

Dziś bilans dni minionych i poczynione odkrycia. Osiem dni spędziłam w łóżku, z czego 5 dni w gorączce. Pochłonęłam opakowanie augmentinu i całe fury innych różności. Mięśnie brzucha mam obolałe od kaszlu. Przez pierwszą połowę choroby jadłam wyłącznie chleb z masłem, solą i kminkiem – na wszystko inne miałam odruch wymiotny.
Porobiłam wreszcie w komputerze pewne niezbędne porządki. Ponadrabiałam zaległości w czytaniu ulubionych blogów. Pooglądałam trochę filmów i zepsuły mi się słuchawki – działa tylko lewe ucho ...

Za oknem w tym czasie zmieniły się pory roku.

A oto odkrycie: jeśli nie zrobię wszystkiego w domu sama, to też się świat nie zawali. Więcej: nie zawali się nawet wtedy, jeśli nikt tego nie zrobi! Ale jakże wygodnie jest nie wychodzić z łóżka i móc tego nie oglądać! A jak lubię wygłaszać teksty w rodzaju: "kwiaty macie niepodlane!"; (nawiasem mówiąc, ususzyli mi w tym czasie ogródek ziołowy w kuchni – nie podlewali doniczek).

No i miło jest dostawać do łóżka różne smakołyki i herbatki, i kawki, wymieniając tylko puste kubki i talerzyki na pełne.

Wczoraj się trochę zmobilizowałam i zrobiłam pizzę na obiad. Chłopy przygotowały mi wszystko i posprzątały kuchnię, bo zapowiedziałam, że tam nie wejdę, jeśli będzie istniało zagrożenie, że przykleję się do blatu, dotykając go w którymkolwiek miejscu. Stwierdziłam co następuje: 1. starali się, stworzyli pozory posprzątania, czyt.: zależało im na pizzy, 2. mają tępe noże, 3. masło jedzą wprost z pomiętolonego papieru, 4. zgubili otwieracz do konserw. Potem osłabłam, zaczęło mi się kręcić w głowie i poszłam leżeć.

Dziś będzie dalszy ciąg uaktywniania, nie mogę przecież jutro rano prosto z łóżka wskoczyć do autobusu.


Komentuj (3)

02.02.2007 (21:53)

Jeden seler, taki kształtny, okrągły, obieram ze skórki. Ścieram go na grubej tarce, dodaję tak ze 2/3 dużego jogurtu naturalnego zott, łyżkę miodu (jak dla mnie, najlepszy gryczany!), 6 pokruszonych orzechów włoskich no i jakieś rodzynki, ale nie za dużo - to nie ma być słodkie.
Potem odkładam do małej miseczki trochę dla Yen, a resztę (całkiem pokaźną michę) zżeram sama.

Mama mnie straszyła, że taki seler to zwiększa zapotrzebowanie na seks. Tymczasem u Yen zwiększył zapotrzebowanie na żarcie i musiała się wspomagać bułkami.
Ja natomiast leżę i ruszać się nie mogę z przeżarcia.

Jadam taki seler czasami. Nawet często.
Jest zajebisty!

Komentuj (3)

13.02.2007 (18:24)

Nowa notka będzie o sznurku.

Otóż...
Mam od wczoraj nową komórkę. Jest ładna, choć wyświetlacz ma kolorowy, co kojarzy mi się jako żywo z telewizorem, fuj. Precz z telewizją - wolna od nikotyny, narkotyków i telewizji (celowo nie wspominam o alkoholu)!

Komórka ma radio ze słuchaweczką do jednego ucha (trójka nieźle słyszalna, reszty jeszcze nie sprawdzałam).

No więc: wkładam słuchawkę do lewego ucha, to owszem, słychać bez zarzutu. Ale do prawego to już trochę dziwnie jakoś. A ponieważ wiem, że słyszymy mózgiem (widzimy mózgiem, chodzimy mózgiem itede...), to mam hipotezę, że zakłócona jest komunikacja między uszami. No chodzi mi o ten sznurek, którym przyczepione jest w środku głowy jedno ucho do drugiego, przechodząc oczywiście przez mózg (mam nadzieję...).

Zwłaszcza, że telefony też odbieram lewym uchem, a nigdy prawym, no dlaczego, pytam, dlaczego?

Taki sznurek ma też pstrąg w środku głowy jako komunikację między oczami, co sprawdził kiedyś osobiście mój syn. Miał wtedy ze 3 lata i zdążył być pierwszy w kuchni niż ja. Co prawda o ułamek sekundy, ale wystarczyło.


Komentuj (3)

18.02.2007 (21:44)

Dziś był taki piękny dzień. Poszłam sobie na spacer z pieskiem do mojego lasu-nie lasu na obrzeżach osiedla. Tak sobie szłam i szłam, aż doszłam do drogi wyznaczonej linią słupów z rozpiętymi na nich przewodami. Dalej szłam wzdłuż tych słupów; było cicho, ale nie całkiem... Coś szumiało, wibrowało w powietrzu. "Emisja" - pomyślałam. Jak wiadomo z podręczników, liniami elektrycznymi odbywa się emisja. I to ona musiała tak szumieć.

Wzdłuż tej drogi leżały pokotem ścięte drzewka. Wyglądało to tak, jakby przechodził tędy ktoś, kto właśnie sobie kupił nowa piłę i tu postanowił ją wypróbować. Ja rozumiem, że taka linia rozpięta na drutach to bardzo ważna rzecz i nie mogą jej czochrać jakieś tam drzewka, bo na przykład w czasie burzy mogłyby się zerwać te druty i spaść na drzewka razem z emisją.

Ale to były naprawdę bardzo małe młode drzewka, które miały pewnie trochę więcej niż po dwa metry wysokości. A co gorsza, egzekucji poddano też całkiem małe krzewy. I przyszło mi do głowy, pewnie pod wpływem Wajraka i Rospudy, że miałabym ochotę się oflagować w ten piękny dzień i przykuć się do czegoś w ramach protestu.


Komentuj (4)

22.02.2007 (10:20)

Leżę sobie leżę, laptoka mam na kołdrze i martwię się szczerze, że zaraz się te ferie skończą. Trzeba będzie wstawać rano, a tu napadało przez noc pełno tego białego gówna, co to je potem z entuzjazmem posypują piachem, co to potem ten piach rodzina mi wnosi na butach do mieszkania, co to potem ja go zamiatam co pół godziny, cedząc pod nosem niecenzuralne wyrazy (strumień świadomości, wygenerowany pod wpływem bułki z szynką). Czasem oni też zamiatają, trzeba oddać sprawiedliwość, ale zasadniczo problem jest taki, że im nie zgrzyta pod nogami, a mi zgrzyta. A wiadomo, że sprząta ten, komu przeszkadza.

I dziecko za kilka dni wyjedzie, i znów się zrobi niepełna rodzina...


Komentuj (0)

25.02.2007 (12:19)

Cholera. Mam ochotę powywalać z linków nieczynne blogi. Nie cierpię stojących zegarów, zgniłej wody w wazonach, zwisających z roślin pożółkłych liści i pudeł, stojących na szafach i pod łóżkami. To mi zakłóca moje osobiste feng shui, to mi uniemożliwia przepływ energii. Te blogi, których nikt nie pisze, są podobne do zegarów, których nie ma kto nakręcić. Z jednej strony miałabym ochotę tu posprzatac i je wyrzucić, ale z drugiej jakoś mi nijak. Zwłaszcza, kiedy to są blogi osób, ktore znam osobiście.

Muszę chyba przyjać jakąś metodę, może zacznę od wyrzucania tych, w których nie ma notek dłużej, niż pół roku?

Wiosna idzie, porządki są nieuniknione. Zresztą, trzeba zrobić miejsce dla nowych linków :)


Komentuj (19)

05.03.2007 (19:49)

W sobotę urządzałyśmy z Karolinką wspólne urodziny, łącznie 75-te i odmawiam udzielenia odpowiedzi na pytanie, ile z tego przypada na mnie.
Udział brało 6 grzecznych dziewczynek, w tym jedna z noworodkiem na kolanach. Fajnie było:


A dziś się jakoś schłodziłam. Przyjechałam z pracy, leżę pod kocykiem, piję herbatę za herbatą i zimno mi. W nogi mi zimno. I płakać mi się chce. Niech już przyjdzie ta wiosna, jak słowo honoru.

Jak ja mam jechać taka schłodzona na angielski?

Komentuj (7)

06.03.2007 (18:57)

Wywołana przez Dr Lecter przedstawiam 5 mało znanych faktów z mojego życia:

1. Jestem na starość uzależniona od Internetu i od okularów;
>od Internetu, to normalne raczej w tych czasach, jak sadzę, zwłaszcza wśród czytelników blogów wszelakich; kocham szaleńczo mojego laptopa i nie lubię, kiedy ktoś mi go dotyka!
>od okularów – nie potrafię się bez nich obyć, choć mają niewiele dioptrii, a od dziś nawet jeszcze mniej; sięgam jednak po nie zaraz rano i nie ma takiej możliwości, żebym bez nich wyszła z domu. Sama znam kilka osób, które mają podobną wadę wzroku i nie wpadają w taką histerię, kiedy okulary znikają im gdzieś na chwilę.

2. Kiedy byłam w przedszkolu w pierwszej, najmłodszej grupie zwanej „Maluchy” zsikałam się raz w majtki podczas obiadu, siedząc na krześle. Była wtedy na obiad zupa fasolowa i pod stołem leżało kilka fasolek. Próbowałam sprytnie wykorzystać ten fakt, wmawiając pani, że to zupa się rozlała, czego dowodem są te fasolki. Zostałam jednak zdemaskowana i wezwano Mamę z suchymi majtkami.

3. Nigdy przenigdy nie noszę spodni (jak Paszczak, nie przymierzając), nawet na grzyby jeżdżę w spódnicy.

4. Jestem kombatantem, który 13 maja 1982 roku był ścigany skutecznie przez zomowców i schwytany pod Barbakanem, a następnie osadzony w celi przy Mogilskiej na tzw. czterdzieści osiem. Aż się dziwię, że to nie ja zajmuję teraz miejsce posłanki Szcz.; no ale zapewne nie podobałabym się Jarosławowi…

5. Jako studentka pierwszego roku miałam zaszczyt pić kawę i jeść ciasteczko z Ewą Demarczyk i podawać herbatę Piotrowi Skrzyneckiemu. Przeżyłam to ogromnie. Mieszkałam wtedy u dawnej licealnej koleżanki mojej Mamy i tacy to właśnie goście ją nawiedzali.


Wywołane do składania zeznań:
Elfka
Iskra
Megaira
Meri
Noga


Komentuj (3)

18.03.2007 (21:30)

Dziś to naprawdę spędziłam bardzo pożytecznie dzień, a zwłaszcza popołudnie. Obejrzałam ciurkiem sześć odcinków Prisona, na leżąco, zjadając przy tym byczą porcję lodów czekoladowych z advocatem i migdałami; do reszty (z 200 ml) advocata wrzuciłam pokrajaną w kawałeczki pomarańczę i też zjadłam. A potem narzekam, że jestem otyła.

I głupia. I stara. Ale to już nie od lodów.

A co do Prisona, to mimo obaw, że nie znajdę zrozumienia u wielu osób, napiszę to: owszem wciąga, owszem świetnie się ogląda, trzyma w napięciu i przyprawia o łomotanie serca, ale jest to jednakowoż naiwna kreskówka dla dorosłych. Do pięt nie dorasta mojemu ulubionemu "Sześć stóp pod ziemią", czy "Rodzinie Soprano".
No i nie mówiłam? Jestem za stara.

Buziaki dla Gabi :)

Komentuj (5)

19.03.2007 (22:50)

Możecie się śmiać, ile chcecie, ale zaczęłam dziś na angielskim podręcznik "intermediate". Jestem z tego dumna, jak paw i nie mogę w to uwierzyć!
Spełnia się marzenie całego mojego życia.
No.

Komentuj (6)

22.03.2007 (06:51)

Dziś w radiowej Trójce od rana dzień Jacka Kaczmarskiego.
Tak napisałam, bo może ktoś nie wie...

Komentuj (2)

25.03.2007 (22:47)

Jestem debil. Zepsułam mojego pięknego blogusia. Teraz będę go naprawiać.
No trudno.

Komentuj (7)

27.03.2007 (15:48)

Dziś bardziej niż kiedykolwiek mam ochotę na lody bakaliowe na Szewskiej w Krakowie. Aż mnie ssie...

Komentuj (2)

28.03.2007 (18:39)

Po artystycznym zepsuciu przeze mnie blogusia trwają prace wiosenne, mające na celu przynajmniej przywrócenie stanu poprzedniego. A może nawet coś więcej.
Wczorajszy wieczór przyniósł najwięcej w tej kwestii, dzieki Yen, jak zwykle. Gdyby nie ona, to musiałabym się sama tego wszystkiego nauczyć i wtedy pewnie zostałabym informatykiem. A po co mi to, pfff.

Byłam dziś na solarium, w erze i w pasmanterii - wszystkie trzy załatwione pozytywnie. Chociaż era jakby nie do końca. Aaa i w pracy byłam, ale krótko. No i zakupy zrobiłam niewielkie i obiad ugotowałam i zjadłam go też. A potem na spacerek.

Wiosna szaleje, mogłam więc zacząć sezon łażenia z psem do lasku. Bazie tam wszędzie przecudne i takie różne różniste, że aż nie do wiary. Może jutro parę zdjęć zrobię.


No a to, co pojawiło się właśnie u góry, to jest droga do naszego lasku. Naszego, znaczy: mojego i psiego. To zdjęcie zrobione było w maju 2005, teraz drzewa już są większe.
Zdjęcie zostanie tu na dłużej. Obiecująca kręta ścieżka zaprasza do mojego bloga... (teraz chyba poezję napisałam!)

Komentuj (2)

31.03.2007 (20:58)

Dlaczego nauczycielki muszą tak drzeć ryja?
Spotkałam wczoraj o różnych porach, w różnych miejscach miasta dwie moje koleżanki, z obecnej i z poprzedniej pracy. Obie oczywiście w pełnej dyspozycji głosowej, czy to na przystanku, czy to w autobusie. Wszyscy obecni w pobliżu i nie tylko, słyszą każde słowo, bo one nie mówią, one WYGŁASZAJĄ.
Krępuje mnie to i wkurza, od razu odechciewa mi się rozmowy a zachciewa mi się ucieczki.

Komentuj (2)

01.04.2007 (20:32)

Niedziela Palmowa.













Komentuj (3)

03.04.2007 (09:14)

Jakoś ostatnio towarzyszy mi poczucie, że wszyscy mają mnie w dupie i nikomu tak naprawdę nie jest potrzebne to, że spalam tyle energii na angażowanie się w to całe życie...

Komentuj (11)

06.04.2007 (10:50)

Jakoś w tym roku jednak spokojniej przed tymi świętami. Główny stres dopadł mnie w poniedziałek, ale to już wiecie.

Dla mnie święta trwają od wczoraj, bo wczoraj przyjechało dziecko, po tak długiej nieobecności. A dziś wstając rano, wykrzyknęła z zachwytem: „Tak dawno już nie miałam piasku w łóżku!”

Wszystko idzie według planu, upieczone są już spody do tortu i mazurków, przygotowane mam podzespoły na paschę, mięsa się pieką, warzywa na sałatkę ugotowane. Ten tort był nieplanowany cokolwiek, ale przepis Asi wyglądał tak obiecująco, że dałam się skusić (z bitą śmietaną i wiśniami w wódce).
Testosterony posprzątały chałupę.

W wolnych chwilach (tak, mam również wolne chwile) oglądam w kuchni na laptopie kolejne odcinki „The Sopranos” – już czwarty sezon. Oglądam i poprawiam napisy, bo znalazłam tylko takie, że pożalsięboże. Niektórzy chyba nie wiedzą, że aby tłumaczyć z języka obcego na ojczysty, nie wystarczy znać tylko ten obcy, doprawdy!

A oto, skąd się bierze piasek w łóżku i dlaczego to takie zachwycające:



Komentuj (3)

16.04.2007 (17:36)

Mam chyba ostatnio niemoc twórczą, albo jakąś depresję blogową. Cokolwiek miałabym ochotę napisać, wydaje mi się albo zbyt głupie, albo zbyt intymne.
Co mam robić, Droga Redakcjo?

Komentuj (12)

18.04.2007 (06:56)

Wiesz, Lecter, ja nie bardzo mam jakieś ciekawe przepisy, bo ja jestem zwierzę kulinarne, wpadam do kuchni i TWORZĘ. A z przepisów, to mam głównie na słodkości różne, bo te nie są moją specjalnością i muszę się wspomagać, podczas ich produkcji.
Polecam natomiast w ciemno mlekówkę Nogi, którą na upartego można ulokowac w kategorii "słodkości"

Słodzone kakaowe mleko skondensowane w puszce gotować 4h. Przestudzić puszkę, otworzyć, a potem bardzo powoli dodawać wódki i mieszać. Proporcje wypróbowane: 2:1 dla mleka (puszka na ćwiartkę wódki).
Zalecane 1:1.

Najlepszy efekt daje mieszanie jeszcze ciepłego mleka (z próbowaniem, oczywiście).
I dobrze jest ugotować kilka puszek naraz i trzymać je potem w szafeczce. W razie nagłej potrzeby - jak znalazł!

Nie, nie jestem alkoholiczkom :)

Komentuj (7)

23.04.2007 (22:42)

-Mamusiu, mamusiu! – woła za mną mój syneczek (14 lat, 176 cm wzrostu, rozmiar butów 46), kiedy wychodzę wieczorem z jego pokoju. Wracam więc.

-Mamusiu, opowiedz mi o swoim domu rodzinnym, w którym się wychowałaś – zawodzi dziecko.

Oczy mi z orbit wychodzą ze zdziwienia i mówię:
-Opowiem ci chętnie, dziecko, ale może nie teraz, bo już bym chciała iść spać, zmęczona jestem.

Ale słyszę dalej:
-Mamusiu, opowiedz mi o tym waszym domu, jak tam było i jakie tam drzwi mieliście, bo może tam kotary tylko wisiały, skoro ty drzwi nie zamykasz, wychodząc z mojego pokoju!

Komentuj (5)

26.04.2007 (13:00)

Palming. Pocieramy dłonie o siebie, aż staną się cieplejsze, potem stulamy je w „miseczkę”. Następnie zasłaniamy nimi otwarte oczy (nie zakrywając nosa), tak, by odciąć dopływ światła. Nie przyciskamy dłoni do gałek ocznych. Wyobrażamy sobie, że wpatrujemy się w głęboki mrok, oddychamy spokojnie i naturalnie. Gdy przed oczami będziemy mieli tylko czerń, przerywamy zabieg. Optymalny czas trwania palmingu to co najmniej 3 minuty.

Rozciąganie mięśni. Wyobrażamy sobie, że po naszych rzęsach spacerują sobie dwa żuczki. Poruszamy oczami koliście, jak gdybyśmy śledzili ruchy żuczków. Ćwiczenie powtarzamy co kilka godzin.

Wzmacnianie mięśni. Przysuwamy zadrukowaną stronę jak najbliżej oczu, ale cały czas musimy widzieć wyraźnie tekst. Potem spoglądamy na przedmiot znajdujący się w odległości co najmniej 3 metrów. Na zmianę wpatrujemy się w tekst i odległy punkt – jak gdybyśmy operowali obiektywem o zmiennej ogniskowej. Ćwiczymy codziennie przez 5 minut.

Ćwiczenie mięśni wokół oka. Trzymamy w ręce ołówek, oddalony o 25 cm od nosa. Powoli zbliżamy ołówek aż do chwili, gdy będziemy widzieć go podwójnie. Wyobrażamy sobie, że przed oczami mamy szachownicę z sześciu pól i przesuwamy ołówek kolejno na każde pole . Nie poruszamy głową, podążamy wzrokiem za ołówkiem.

Ćwiczenie mięśni. Spoglądamy na odległą ścianę i wyobrażamy sobie, że piszemy coś na niej oczami, nie poruszając głową. Im większe litery, tym lepszy skutek.

Masaż. Zamykamy oczy i lekko masujemy kolistymi ruchami oczodoły przez minutę lub dwie. Następnie delikatnie przyciskamy zamknięte powieki trzema palcami i trzymamy je w tej pozycji przez 1-2 sekundy, potem palce odsuwamy. Powtarzamy 5 razy.


To oczywiście dla uzaleznionych od komputera. Na pewno nie tylko ja skorzystam. A czuję, że już pora.

Komentuj (2)

29.04.2007 (23:24)

Dziś był dzień bardzo aktywny. Rano po śniadaniu szybko ponastawiałam to, co się dało do obiadu i wyruszyliśmy samochodem, a za kierownicą świeżo upieczona kierowniczka.



Dzieci zostały u koników (wraz z samochodem), a my, stare małżeństwo z psem, ruszyliśmy do domu drogą okrężną przez pola i lasy. Zrobiliśmy z osiem kilometrów, a może i więcej. Kiedy dotarliśmy do domu, myślałam, że padnę i zasnę natychmiast. Jednak zerwałam się zaraz do pionu, żeby obserwować moje dzieci jadące ode wsi samochodem i to, jak Agusia pięknie parkuje, równiutko, od linijki, poprawiając do znudzenia ustawienie samochodu, chociaż już dawno było dobrze.

Po obiedzie leżakowałam (+ dwa odcinki "Przystanku Alaska"), a potem rzuciłam się do pieczenia ciasteczek orzechowych. Wyszły całkiem, całkiem, a zwłaszcza jedno specjalne ciasteczko okolicznościowe. Może jutro zrobimy mu zdjęcie.

A potem poprawiałam napisy do "The Sopranos", bo nie znoszę, kiedy zdanie na końcu nie ma kropki, a "kurwa", jako słowo wwiedzione nie jest oddzielona z obu stron przecinkami!


Popołudniowy smsik z Dobczyc. Zatęskniłam za Krapkami.

Komentuj (3)

01.05.2007 (17:23)

Przeniosłabym się kiedyś chętnie do Doliny Muminków. Często mi to przychodzi do głowy i od lat wydaje mi się, że świetnie bym się tam czuła. Gospodarze z okazji mojego przybycia wstawiliby kolejne łóżko na poddasze i kolejną deskę do stołu w jadalni. Mogłabym czasami zastępować w kuchni Mamusię Muminka i miałabym zawsze przy sobie nieodłączną torebkę.

Powiedziałam dziś do Agi, że udam się kiedyś wreszcie do tej Doliny Muminków, a ona na to: "ale po jakich substancjach?". A więc tak sobie myślę, że mogłabym spróbować po absyncie; jadę dziś do Pragi i zamierzam nabyć ten trunek i wypróbować jego działanie. Istnieje możliwość, że ogarnie mnie przypływ talentów artystycznych i do żadnej Doliny nie wyruszę, tylko zostanę przy tych sztalugach.

Wyjeżdżam wieczorem na pięć dni, rodzina ode mnie odpocznie. Nikt im nie będzie ciągle o wszystkim przypominał, będą mogli jeść z brudnych talerzy i w ogóle nie wynosić ich do kuchni, nie będzie trzeba zamiatać, odkurzać, a nawet jak o wszystkim pozapominają, to jestem przekonana, że końca świata i tak nie będzie.


Uwaga, potrzebuję pomocy. Czy ktoś z Was mógłby (lub zna kogoś, kto mógłby) określić typ psychologiczny kobiety, która nie lubi żółtego koloru? Jaka to osoba? Co jej się spodoba, a czego nie znosi? Czyli: co zrobić, żeby jej zrobić dobrze?

Komentuj (8)

10.05.2007 (22:26)

No byłam w Pradze.
Z rzeczy jadalnych przywiozłam rum, bo pseudoabsynt, który zakupiłam, porównywany jest podobno do płynu do mycia okien. No ale ma 55 % alkoholu, więc spróbujemy wykorzystać go jako podłoże, że tak powiem, do luźnych wariacji na temat. Czeski rum natomiast, chociaż robi się go z cukru buraczanego a nie trzcinowego (jest to więc również pseudorum) jest pachnący i wesoło się go spożywa.

Jutro przyjeżdża do mnie Iskra i wszyscy mi zazdrośćcie. Muszę więc szybko po pracy zrobić zakupy i potem biegiem do domu witać gościa. Mąż mi obiecał, że zrobi w domu sprzątanie świata - bo ja już nie zdążę. Wcześniej posprzątać nie mogłam, bo u mnie w domu sprzątanie wystarcza na krótko i trzeba się do niego zabierać w ostatniej chwili.

Przede mną zakrapiane babskie pogaduchy. Mmmmm... uwielbiam...

Komentuj (4)

14.05.2007 (19:47)

W tym roku dachowe osrańce na okienku mojej klatki schodowej były bardziej cierpliwe, niż rok temu:



Komentuj (7)
Blogi
Barbarella
Etyka
NaWsi
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Gospodarstwo
Biodynamicznie
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów