Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


03.01.2008 (19:39)

Nadeszła zima.
Okno w pokoju (mimo, że zamknięte), mówi: "ziuuuu", co oznacza, że piździ od północy.

Co nie oznacza niczego dobrego.

Komentuj (8)

05.01.2008 (14:53)

Wczorajsze spotkanie z koleżanką, która już od dziewięciu lat mieszka za oceanem, spłynęło strugami czerwonego wina. Były tam też dziewczyny, których parę lat już nie widziałam, chociaż to nie z powodu oceanu:)

A dziś odżywiam się zieloną herbatą, na razie wciąż w łóżku. Ale czuję, że wstanę i będę żyć.

Komentuj (0)

06.01.2008 (10:23)

:(

Komentuj (2)

08.01.2008 (20:37)

Miało przybyć dnia na barani skok. I co? Okazało się, że w tym roku to nie działa. Dziś przecież 8 stycznia, a tu prawie zupełnie ciemno już było, kiedy o 15.30 wychodziłam z pracy.
Z kijkami nawet nie mogę pochodzić, bo kiedy?

Okropny tydzień, pełen zebrań i innych głupot. Potem ferie, w tym kretyńskim najwcześniejszym terminie. A potem jadę na tydzień do Poznania, jako asystent reżysera - będę nosić za reżyserem torebkę i pilnować jej kamery.
Mówiłam jej już, żeby nie brała za ciężkiej torebki, bo nie będę dźwigać.

Wrócę więc do pracy po trzech tygodniach.
I niech mi ktoś powie, że wtedy też nie będzie jeszcze wiosny!

Komentuj (3)

12.01.2008 (14:59)

Czy pięć sztuk to już kolekcja? Myślę, że można przyjąć.

Kiedy słyszę słowo „kolekcja” to od razu staje mi przed oczami Paszczak i ten dramatyczny przełom w jego życiu, kiedy to musiał przestać zbierać znaczki, bo miał już WSZYSTKIE. Nie był już więc kolekcjonerem, a jedynie posiadaczem, co nie jest równie przyjemne. Jego życie utraciło sens.
Postanowił wtedy zająć się zbieraniem roślin. Gagea lutea miała stanowić egzemplarz pierwszy nowej kolekcji.

A oto pięć pierwszych egzemplarzy mojej kolekcji ściereczek kulturoznawczych. God bless second hands!











Komentuj (10)

15.01.2008 (22:15)

W ramach spędzania ferii byłam dziś z moimi lejdis na zakupach w dużym mieście. Pojechałyśmy dużym samochodem i złaziłyśmy nogi po przeróżnych sklepach.

Miałam też półgodzinne widzenie na ławce w galerii handlowej z dzieckiem wygłodniałym i niewyspanym. Nastąpiła wymiana czułości oraz przekazanie schabu i pasztetu.

Niektóre moje koleżanki kupiły całe wory ciuchów, a ja wróciłam na tarczy, gdyż okazało się, że mój zakupowy priorytet – pokrywa do patelni grillowej – nie istnieje. Byłyśmy na dobrym jedzonku, zrobiłyśmy masę kilometrów naszymi małymi nóżkami (hmmm… mój rozmiar 39…). Robiłyśmy też różne plany związane z planowanym czerwcowym wyjazdem (nie wiedzieć czemu przeplatane salwami śmiechu).

W drodze powrotnej wzruszyłam się i wyjawiłam im dwie mroczne historie z mojego życia – o lodówce i o tapetowaniu.
Były one ciężarem na moim sumieniu. Teraz jakby lżej.

Komentuj (5)

18.01.2008 (14:11)

Uwaga, zagadka: czy Młody ma zwichniętą nogę w kostce? Można zgadywać dwa razy.
Odpowiedź jednak jest prosta i logiczna i każdy zgadnie od razu, że tak. Przecież są ferie!

Siedzi dziś przy śniadaniu, wystrojony w stabilizator stawu skokowego i mówi:
-Czy ty możesz sobie wyobrazić, co ja teraz odczuwam? Nawet sobie nie mogę pochodzić na rękach!

Komentuj (1)

20.01.2008 (10:15)

Już lepiej:



Komentuj (5)

24.01.2008 (20:50)

Krapki – nie czytać! Wy to już znacie. Powtarzam się, bo nie każdy jest Krapkiem (i niech żałuje).
Albo przeczytajcie – są nowe wątki!

Rozmyślam nad kupnem aparatu. Mojego własnego, małego, do torebki. Aparatu dla kogoś, kto nie interesuje się fotografią i nie ma takiego zamiaru. Aparatu, który będzie robił szybko ładne zdjęcia, nie będzie zbyt prądożerny i nie będzie miał zbyt wielu bezużytecznych dla mnie funkcji. No i tak około 5 stówek muszę się zmieścić.

Pokochałam takiego jednego małego Canona (PowerShot A430), który jednak jest już przestarzały i trudnodostępny. Jednak to mnie właśnie tym bardziej w nim zachwyciło. Spodobał mi się z urody, a poza tym na forach miał całe rzesze histerycznych entuzjastów, którzy złego słowa o nim nie pozwolili powiedzieć, a jak ktoś się ośmielił, to rzucali się na niego z zamiarem przegryzienia mu dowolnej tętnicy.

Pomyślałam też o innym Canonie (PowerShot A560), ale nie jest już taki śliczny. Poza tym od razu mnie do niego zniechęciło to, że jest teraz bardzo popularny, można go dostać na allegro w stu miejscach i jeszcze dają do niego tysiąc gratisów. Bleee…

A teraz w poszukiwaniach nastąpił przełom. Znalazłam aparat całkiem innej firmy, przecudny, malutki, zgrabniutki i w dodatku… pomarańczowy. Przysięgam!
Jak jarzębina, jak korale, jak kasztany, jak marchewka i jak rude włosy. Na jego widok poczułam łomotanie serca i miękkość kolan. Tak, wiem, jestem idiotką.
Ma na imię Practica DCZ 7.3
Co do parametrów to nie wiem. Wszystkie te opisy parametrów do tego stopnia wprawiają mnie w popłoch, że wywalam gały na wierzch, otwieram usta, włos staje mi dęba i zawieszam się na chwilę. Staram się więc ich nie czytać w trosce o swoją urodę i kondycję psychosomatyczną.
Niestety, chyba nikt jeszcze go nie kupił, bo nie mogę znaleźć recenzji użytkowników, którzy go wypróbowali.

Rozmyślam...

Komentuj (6)

26.01.2008 (22:29)

Zrobiłam piling, maseczkę błotkową oczyszczającą, a potem maseczkę oliwkową nawilżającą jak również scrub do stóp i maść na kostkę (bo mnie boli kostka). Odnowa biologiczna za mną. Jutro rano wyjeżdżam na tydzień.
Może spotkam tam gdzieś w matrixie Pierwszą z bączkami...

Z cyklu "badanie rynku":
Szampon prostujący włosy + balsam do prostowania włosów nivea - bdb.
Ludzie, mam proste włosy!

A oto nowa ściereczka z przesłaniem:



Komentuj (2)

02.02.2008 (18:56)

Podczas tego tygodnia poznałam tajemnicze miejsca w prawdziwym teatrze. Pierwszy raz w życiu widziałam różne zaplecza, rekwizytornie, wchodziłam na scenę wejściem dla aktorów, stałam w kulisach. Choć było to ekscytujące, to dominującym wrażeniem z tych wielogodzinnych pobytów w teatrze był brak powietrza i światła. Myślę, że nie mogłabym tak żyć - całe dnie w murach, bez okien... Wychodziłam stamtąd za każdym razem, jak ze schronu po nalocie.
Ludzie teatru powinni mieć non stop depresję i skłonności samobójcze.

Zwiedziliśmy farę i muzeum archeologiczne, widziałam też wreszcie koziołki poznańskie.
W oczekiwaniu na popisy koziołków przejmujące zimno pchnęło nas w czeluść małej kawiarenki przy Rynku, gdzie w menu kusiła "szarlotka domowa na ciepło". W rzeczywistości były to cząstki twardych jabłek, otoczone jakąś żelowatą flegmą i przykryte surowym ciastem francuskim, wszystko razem podgrzane i ozdobione wianuszkiem bitej śmietany; jadalna była tylko śmietana, reszta obrzydliwa i pożałowania godna.
Znacznie lepiej wypadła czekolada z orzechami włoskimi i imbirem w pobliskiej czekoladziarni, gorąca, gęsta i aromatyczna.

Poza tym dziewięcioro cudzych dzieci 24/24, czyli coś, czego nikomu nie życzę (aczkolwiek dzieci grzeczne i sympatyczne).
Temat podróżowania tramwajami przemilczę; dobrze, że wszyscy przeżyliśmy.

Pyrlandię pokochałam niekoniecznie.

Komentuj (4)

05.02.2008 (13:54)

Dziś dwudziesta piąta rocznica naszego ślubu, samej mi trudno w to uwierzyć...
Ogólnie - bilans zdecydowanie na plus.

Chyba najbardziej boję się chorób - jakiejś ukrytej bomby zegarowej. Z całą resztą damy sobie radę.
Moja rodzina jest silna. To mój sukces życiowy i największe osiągnięcie.



Komentuj (12)

09.02.2008 (14:43)

Syn jest chory. Leży sobie i gorączkuje, a potem oblewa się potem. No to gorączka mu spada. Więc (nie zaczyna sie od "więc") zaczyna jeść, idzie pod prysznic, żyje.
Potem znów gorączka mu rośnie, więc osuwa się i zasypia. I mówi, żeby psu założyć skarpetki, bo pies tupie, a to przeszkadza w chorowaniu.

Wczoraj był u nas dzień przeładunkowy. Mama - już spakowana do wyjazdu po miesięcznym zimowaniu u nas, a studentka świeżo przybyła po sesji - jeszcze nie rozpakowana. W domu więc walizki i kufry i pejzaż jak w obozie cygańskim.
Dziś od rana zrobiliśmy sprzątanie świata, a Yen rozpakowała się, jak zwykle, do kosza z brudami.

Wyprałam sto pralek prania, porozwieszałam w łazience i na balkonie i ta wiosna musi mi to wysuszyć do wieczora.

Teraz, napełniona obiadem, wyruszam z kijkami w stronę zachodzącego słońca.
Ale powrócę.

Komentuj (1)

10.02.2008 (21:52)

Poszłam dziś wreszcie z Yen na "Lejdis". Film świetny, dialogi genialne, uśmiałyśmy się za wszystkie czasy i spłakałyśmy się ze śmiechu.
Doszłyśmy też do wniosku, że:
-nie jest to film dla facetów
-na pewno dużo lepiej się go ogląda tym, którzy (eee... które) znają wiadome blogi :)

Ja jednoosobowo doszłam jeszcze do wniosku, że to wymarzony film dla kobiet, które tak jak ja spotykają się ze swoimi przyjaciółkami na babskich wódkach, aby co jakiś czas powracać do omówienia znanej prawdy, że facet to świnia.
Z Marsa.

No a po bilety to stałyśmy w długaśnej kolejce i siedziałyśmy w szóstym rzędzie!
Musimy to obejrzeć jeszcze raz!

Komentuj (7)

17.02.2008 (19:13)

Siedzę tak tu cicho, nic nie mówię, nic nie piszę, a tymczasem zakochałam się w Nohavicy. Obejrzałam wzruszający film "Rok diabła" raz i pół, a resztę dnia spędziłam na słuchaniu tych cudnych piosenek na pewnym portalu (co to wszyscy wiedzą, na którym). I zalinkowałam.
I zwariowałam.

Ještě hoří oheň a praská dřevo
ale už je čas jít spát
tamhle za kopcem je Sarajevo
tam budeme se zítra ráno brát...



A zaraz idę drugi raz na "Lejdis" z moimi koleżankami, co to tak jak i ja mają po pół mózgu. Jak byłam pierwszy raz, to nie wszystko dokładnie usłyszałam, ciekawe, czy z powodu tej połowy mózgu, czy też w związku z oszałamiającą akustyką w naszym wsiowym kinie.
Muszę to dziś nadrobić...

Komentuj (4)

22.02.2008 (18:51)

Mam na balkonie brzózkę, rośnie tam już chyba szósty rok, sięga do samego sufitu. Przycinam co roku nożyczkami jej cienkie gałązki, bo nie ma już miejsca, żeby mogła rosnąć wyżej. Kiedy pokrywa się gęstwiną liści, robi mi prawdziwy las na balkonie, a gałązki wylewają się poza balustradę. Uwielbiam ją.
Mam też jarzębinkę. Ta cholera nie chce zakwitnąć, chociaż dbam o nią, jak tylko umiem. Jest młodsza, ma ze trzy lata, ale któregoś roku wymęczyły ją strasznie przędziorki i właściwie ten przędziorkowy rok można uznać za stracony.
Jesienią posadziłam (posiałam?) dęby i orzechy włoskie w doniczkach. Ciekawa jestem, czy wzejdą. Mój mąż mówi, że nie powinny, ale jeszcze się może zdziwić. Już się zresztą kiedyś zdziwił, jak mi wyrosło posadzone zielonym do dołu.

Jak więc widać odbija mi na tematy rolno-pańszczyźniane. Ja wiem, że jeszcze nie teraz, ale mam zamiar iść w tym kierunku. Ciągnie mnie do gumiaków.

A kiedy wreszcie nadejdzie czas, będę mogła uwolnić brzózkę (i co tam jeszcze zdoła wyrosnąć).

Komentuj (4)

24.02.2008 (19:45)

A nowy obrazek oznacza, że ma być wiosna od jutra.

Komentuj (1)

28.02.2008 (18:41)

Jasna cholera, jak mnie ci faceci wkurzają! Kiedyś ich otruję!

W dodatku wiosny nie ma, jest zimno i paskudnie, nie mogę iść z kijkami, bo takie błoto w polu, że się nie da.
Pies ostrzyżony, że niby na wiosnę idzie, a tu gówno! Łysy pies w takie zimno to doprawdy żałosny widok.
I w ogóle.

Wurg, kurwamać!

Komentuj (5)

02.03.2008 (08:54)

Druga połowa pierwiastka żeńskiego przyjechała na weekend i zrównoważyły się jing i jang.
Popołudnie było bardzo miłe, dzieci upiekły piernik z gotowca, choć najpierw Młody się obraził, że to mu uwłacza, piec piernik z torebki i że on w ogóle nie życzy sobie brać udziału w tym czynie haniebnym. Po chwili jednak osiągnięto porozumienie i graliśmy w Osadników przy pierniku i kawce.

Potem rozeszliśmy się do zajęć w podgrupach – Młody grał w tibię, Stary oglądał baśnie dla dużych chłopców na AXN-ie, a my z córką udałyśmy się na łoże małżeńskie. Tam w pozycji leżącej poszłyśmy w samodoskonalenie umysłowe.
Ona uczyła się seksuologii a ja angielskiego, wymieniając się przy tym co ciekawszymi treściami. Wiedziałam, że kiedyś nadejdzie ten czas, że moja córka będzie ze mną chciała rozmawiać o seksie, nie wiedziałam jednak, że tak późno!
Doszłyśmy też do wniosku, że aby wiedzieć, co to jest przyimek, trzeba skończyć studia filologiczne, a nie - tylko je zacząć.
Za oknami szalała Emma, a nam śpiewali Amy Winehouse, Kurt Cobain i Nohavica. Mmm…

Żeby nie było za słodko, wspomnę, że przez cały wieczór odbijało mi się detergentami, jak to zwykle po wytworach przemysłu spożywczego o_wysokim_stopniu_przetworzenia. Po niektórych podłych lodach tak mam - jak mnie ktoś nimi poczęstuje, bo sama bym takich na pewno nie kupiła.
Gdyż albowiem, jeśli chodzi o lody, szczycę się dobrą orientacją w ofercie rynku, osiągniętą w następstwie długoletnich badań.

Komentuj (3)

06.03.2008 (22:38)

Witamy Elę w linkach. Sprowokowałam ją, mam nadzieję, że wytrwa.

Komentuj (1)

07.03.2008 (08:07)

Aaaaa, jaka byłam asertywna przed chwilą! Co prawda przez telefon i trochę poniewczasie, ale zawsze! Zdecydowanie i spokojnie, ale nie tak: "wypierdalać!", tylko tak: "won mi stąd, proszę!".
Muszę się jednak jeszcze podszkolić, tak na przyszłość.

Komentuj (3)

09.03.2008 (22:14)

Wiosna na osiedlu polega na tym, że młode buractwo wylega na ławki i okupuje je do późnej nocy. Buractwo porozumiewa się między sobą, wykrzykując łacinę w funkcji interpunkcji, z towarzyszeniem ryku w funkcji śmiechu. Jest zadowolone - toż przecież zaczyna się sezon na social life outside.
Nienawidzę tego osiedlowego folkloru; rozmyślam, czy nie zacząć strzelać do nich z okna kuchennego.

Rozpoczęłam sezon wiosenny z kijkami, jeszcze w tym samym polarze, co zimą, ale już bez rękawiczek! Było cudnie - wiał wiatr, grzało słońce, Młody pomykał na rowerze, piesek pomykał na łapkach. Nie za długa była to wyprawa, ale na początek wystarczy. Te kijki robią tak, że jak ruszam, to mi się od razu plecy prostują a brzuch wciąga. Jest to oczywiście efekt przemijający, ale i tak mi się podoba.

No i porobiłam pierwsze porządki wiosenne na balkonie. Znaczy, powyrzucałam niektóre śmieci. Okazało się przy tym, że zioła już rosną pod tymi świerkowymi gałęziami, którymi były otulone przed mrozem. No to je odkryłam, żeby się nie udusiły.

Komentuj (3)

11.03.2008 (18:04)

Dziś fragmenty artykułu z "Przekroju".
Z wyników badań uczonych fińskich, francuskich i jakichśtam:
Urodzenie i wychowywanie syna związane jest z większymi kosztami dla organizmu matki.
Chłopcy statystycznie rodzą się więksi (są ciężsi średnio o 200–300 gramów), więc, będąc jeszcze w brzuchu, więcej jedzą, trawią, oddychają.
Nosząc w łonie chłopca, kobieta jest narażona na wyższy poziom testosteronu, który obniża odporność jej organizmu. Urodzenie większej liczby synów może zaowocować mniejszą odpornością matki w starszym wieku.
Wysiłek związany z urodzeniem i odchowaniem chłopca jest na tyle duży, że kobieta po urodzeniu syna potrzebuje więcej czasu, by zajść w kolejną ciążę, niż po urodzeniu córki.
Ryzyko depresji poporodowej jest wyższe po urodzeniu chłopca
Synowie rosną szybciej od córek, osiągają większą masę ciała, potrzebują zatem więcej pożywienia niż dziewczynki.

Wniosek:
Synowie skracają życie, przyprawiają o depresję, obniżają odporność swoich mam.

To tak w związku z tym, że mój mały syneczek skończył dziś 15 lat. Muszę na siebie uważać!

(Urodziny mają dziś też: Adzia, Haniuta i Zbychu - mąż Magdy).

Komentuj (2)

12.03.2008 (17:40)

Jarosławie, kartoflu żałosny, który nie posiadasz konta w banku, boisz się Europy, a we własnym kraju wszędzie widzisz Żydów!
Jestem internautką, spedzam w Internecie wiele godzin każdego tygodnia, zarówno dla przyjemności, jak i z obowiązku. Nigdy nie piłam piwa przed monitorem, nigdy nie oglądałam pornograficznych filmików. I wypraszam sobie!

Jak również wypraszam sobie, abyś się przechadzał wieczorami po bibliotece uniwersyteckiej i podglądał, co studenci mają na ekranach monitorów.
Lepiej, powodowany chrześcijańskim miłosierdziem zaadoptuj osierocone dziecko i zajmij się jego wychowaniem. Tylko najpierw sprawdźcie z ojcem Tadeuszem, czy to aby prawdziwy Polak!

Komentuj (1)

12.03.2008 (18:50)

Mięso do pieczenia zapeklowane, kajmak do mazurków ugotowany. Orzechy wyłuskane. Żur zakiszony. Biała kiełbasa zamrożona, a zrazy zawijane zawinięte i uduszone (do zamrożenia). Wsiowe jaja zamówione. Goście zaproszeni. Dwa okna z czterech umyte.

A poza tym zaczyna mnie wszystko wpieniać i Jarosław nie jest tu jakimś wyjątkiem. To chyba znak, że idą święta.

I czuję, że mnie zbiera na tfurczość i będę wylewać emocje w klawiaturę.

Komentuj (1)

13.03.2008 (19:04)

Ciasto lodowe, coś całkiem jak pascha, godne polecenia na Wielkanoc:
2 l mleka
1/2 l śmietany
4 jaja
kostka masła
3/4 szklanki cukru pudru
bakalie, kakao, wiórki kokosowe i co tam kto lubi.

Zmiksować i krótko zagotować mleko ze śmietaną i jajami (ale bardzo krótko; jak tylko się zacznie ścinać twaróg - wyłączyć, bo bardzo łatwo się przypala). Powiesić w ściereczce do odcieknięcia na całą noc. Rano zimny twaróg zmiksować z masłem i cukrem. Do połowy dodać ciemne bakalie i kakao, do drugiej wiórki kokosowe lub inne jasne dodatki. Zastudzić w tortownicy.

Ja robię podobnie paschę wielkanocną, ale wykładam to warstwami do ceramicznej doniczki wyłożonej lnianą ściereczką i wystawiam na balkon. Przez dziurkę w dnie doniczki ucieknie jeszcze reszta serwatki i o to chodzi. A potem odwracam doniczkę dnem do góry, wyjmuję paschę, delikatnie zdejmuję ściereczkę i gotowe. I wygląda tak po rusku!
Można też po prostu zawinąć całą masę w ściereczkę i odłożyć do odcieknięcia na deskę.
Potem pascha ma ładny kratkowany wzorek odciśnięty od tkaniny.



Komentuj (3)

15.03.2008 (11:53)

Stwierdziliśmy z moim mężem, że z wiekiem on jest coraz bardziej rozlazły (jeszcze bardziej???), a ja coraz bardziej latam jak nakręcona.
Tym sposobem ogólny bilans utrzymuje się na właściwym poziomie.

Dowiedziałam się właśnie, że jakoś parę dni temu odłączyli nam telewizję. Poczułam kojący błogi spokój, który na mnie spłynął wraz z tą wiadomością. Jakbyśmy wynieśli ten telewizor do piwnicy, to zrobiłoby się miejsce na "Muratory" i "Ogrody". Albo na cokolwiek.
Ale to następny etap...

A dziś jako wzorowa gospodyni nurkowałam w sklepie w skrzynce z cebulą i wyszukiwałam w niej łupinki do farbowania jajek. Mogę więc odhaczyć kolejny punkt: łupinki - przygotowane!
No a poza tym obliczyłam, że te zamówione 40 jaj to w życiu mi nie wystarczy. Musi być z 60.
Nawiasem mówiąc, to cud, że człowiek nie umiera zaraz po świętach na skutek tego obżarstwa.

Komentuj (0)

16.03.2008 (21:00)

Słucham sobie Nohavicy, a on tam w Poznaniu śpiewa nie dla mnie. Więc musi mi wystarczyć płyta - dniami i nocami. Jak się zaczyna Kometa, to taka łagodność mi spływa na serce, że nie mam siły się ruszyć i tak sobie leżę i myślę, że mogłabym chyba nawet zostać pielęgniarką i opatrywać ropiejące rany na polu bitwy.
Na to wchodzi mój mąż i mówi: "łomatko, znowu?". I nie chce spać z Nohavicą.
I nawet nie wie, że zabija we mnie pielęgniarkę, jak wyłączam tę płytę.

Cały weekend spędziłam malując przedpokój małym pędzelkiem i większym pędzelkiem i tak się przemieszczałam z taborecikiem i obmalowywałam te wszystkie framugi, załamania, zagięcia i inne newralgiczne punkty, których w przedpokoju nie brakuje. A jutro rano mam nadzieję dokupić jeszcze trochę takiej samej farby i trzeba będzie machnąć te duże płaszczyzny.

Komentuj (1)

18.03.2008 (08:12)



Zdecydowanie na pomarańczowo...

Komentuj (0)

21.03.2008 (12:16)

Dziś zostałam brutalnie wyrwana z łóżka o 5.15 i już około wpół do ósmej robiłam resztki przedświątecznych zakupów. W tym kolejne masła, witaj sklerozo…
A przed regałem z herbatami zapadam w letarg. Czas mi się zatrzymuje, albo jakoś przepływa mi za plecami, stoję i stoję, patrzę i patrzę, czytam i czytam… i nie jestem w stanie się ruszyć. Mogłabym tak z godzinę.
Oni chyba na tych opakowaniach wdrukowują jakieś przekazy podprogowe.

I kupiliśmy sobie dziś piękną, ach piękną wycieraczkę przed drzwi wejściowe:



Poza tym tak: orkan Tereska przeminął, choć jeszcze nie czuję się całkiem bezpiecznie. Mam za to w kolejce ze trzy wsady do pralki, których nie ma gdzie suszyć, bo pogoda jaka jest, każdy widzi.
Spody do mazurków upieczone, sałatka pokrojona, pstrągi jeszcze sobie pływają i nie przeczuwają, że dziś będą smażone z gałązką pietruszki w brzuszku, na patelni grillowej, dzięki czemu zyskają apetyczne przyrumienione prążki.
Ogólnie raczej spokojnie i planowo.

Spałam dziś razem z dziećmi, z moimi dziećmi, które są większe ode mnie. Lubię to.

Komentuj (2)
Blogi
Barbarella
Etyka
NaWsi
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Gospodarstwo
Biodynamicznie
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów