Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


01.01.2009 (22:09)

Sylwestrowa kolacja z winem rozplątała język mojej Mamie, która zaczęła opowiadać o swoich latach studenckich.

-A moja koleżanka, Apolonia miała na imię, piękna dziewczyna... wyszła za dyplomatę i wylądowała w Warszawie; i ona, ta Apolonia, to zawsze mówiła, że jej największym marzeniem jest mieć ciepły sweterek...

-Chodziłyśmy z Halinką do delikatesów i marzyłyśmy sobie, że jak już pójdziemy do pracy, to za pierwszą pensję nakupujemy tu sobie tego wszystkiego i wreszcie się porządnie najemy; a Halinka marzyła o tym, żeby kiedyś wreszcie mieć mnóstwo jabłek...

-Czasem odwiedzałam koleżanki, które mieszkały w akademiku, ale one miały całkiem inny tryb życia, niż ja; ja lubiłam się uczyć nad ranem, budziłam się wcześnie i do rozpoczęcia wykładów jeszcze się parę godzin zdążyłam pouczyć; a one to całymi dniami gdzieś latały a potem uczyły się w nocy – piły kawę za kawą, a nogi moczyły w misce z zimną wodą, żeby nie zasnąć!

-A profesor od zachowawczej, to był dopiero idiota, bo on filozofię też skończył (!). Wchodzi mój kolega do niego na egzamin, a on mu pokazuje kota na zdjęciu i pyta: „co pan tu widzi?”; student odpowiada: „widzę kota, panie profesorze”. „No, drogi panie – odpowiada profesor – to pan lekarzem chce zostać i pan mi tu opowiada, że to jest kot? To jest, proszę pana, pojęcie kota!"

-A ja na egzaminie u niego dostałam pytanie, czym się różni śmierć od umierania; myślałam już, że obleję ten egzamin, odpowiadałam tak i tak i ciągle było źle...
wreszcie coś mnie tknęło, przypomniało mi się, jak jeden kolega mówił, że ten profesor ma hopla na punkcie elektryczności; i dzięki temu tylko wybrnęłam: należało odpowiedzieć, że śmierć to wyrównanie napięć elektrycznych, a umieranie jest ich wyrównywaniem!

Komentuj (1)

04.01.2009 (21:51)

Posiadanie dzieci, to wspaniała rzecz, nigdy nie myślałam inaczej, kiedy ich jeszcze nie miałam i nigdy też, ani przez chwilę, nie pomyślałam inaczej, kiedy je już miałam.

Jednak w czasie tego dwutygodniowego urlopu okołoświątecznego moje dzieci próbowały mnie wykończyć.

Pierwszy tydzień niewątpliwie należał do Niej i szczerze mówiąc, przeczołgała mnie wte i wewte, że do tej pory ledwo zipię.
Drugi tydzień - rządzi On, jeszcze nie skończył zresztą i zahaczy o trzeci tydzień.

Jestem psychicznie wykończona, jak zmięta szmatka; możnaby ze mnie zrobić kokardkę Kłapouchemu na ogonie.

Jak to cudownie, że jutro można już iść od pracy!

Komentuj (0)

06.01.2009 (19:46)

Mam jeszcze w jednym pokoju stare drewniane - p r a w d z i w e - okno. Ze szklaną normalną szybą, która jest czysta, jak się ją umyje.

Na tej szybie dzisiaj w nocy mróz straszliwy wymalował takie piękne malowanki. Kiedy byłam mała, były one zimą czymś normalnym. Mogłam chodzić od okna do okna i podziwiać - na każdym inna bajka!

No bo w tamtych czasach w zimie był mróz, okna były z drewna a szyby były ze szkła.





Komentuj (6)

10.01.2009 (14:15)

Co prawda to już nieco przebrzmiała pieśń, ale nie mogę się nie pochwalić szopką z piernika, jaką wyprodukował w tym roku mój mąż.
Z rozwałkowanego dość cienko ciasta piernikowego wycinał to wszystko i łączył ze sobą, a potem było pieczone i kolorowane.
I taka szopka stała sobie pod choinką.



Teraz nie wiem - zjeść, czy zostawić do przyszłego roku? Niby za rok można zrobić nową...
Ale jeżeli zjeść, to jakoś głupio tak zeżreć szopkę, nie?

Komentuj (6)

14.01.2009 (09:16)

A ja jestem sobie chora troszkę. Wczoraj leżakowałam więc całe popołudnie i zaplanowałam na dziś wizytę u lekarza i może jakieś zwolnienie na czwartek i piątek. Ale okazało się, że do mojego lekarza nie ma już na dziś szczęśliwych numerków, więc cały misterny plan runął.
W takim razie nie pozostaje mi nic innego, niż wyzdrowieć bez jego udziału.

Młody pisał wczoraj próbny test dla gimnazjalistów. Tematem wiodącym był deszcz, no i jak to w tych testach bywa, wszystko wokół deszczu się kręciło.
Trzeba też było napisać rozprawkę, ilustrującą powiedzenie "wpaść z deszczu pod rynnę" w odniesieniu do wybranego bohatera literackiego.
Bohaterem rozprawki Młodego został Rincewind. No nie wiem, nie wiem...

Komentuj (3)

14.01.2009 (22:20)

Mój stary postanowił rozpocząć nowe życie i wytoczył walkę swojemu chrapaniu.
Między innymi.
(To ja wytoczyłam tak naprawdę, no ale.)
Zakrapia sobie przed snem do gardła tajemniczy preparat.
Śpię, śpię i naraz budzę się, bo ta cisza mnie budzi. Myślę: "umarł!". Ale po chwili słyszę, że oddycha sobie grzecznie, tak jak kiedyś, te dwadzieścia kilogramów temu.
Kocham przemysł farmaceutyczny.

Komentuj (4)

16.01.2009 (20:45)

Lubię brutalne i soczyste filmy, nawet z krwią, flakami i ostrym seksem oraz różnymi rzeczami, które nie są grzeczne i do pokazywania dzieciom – ale wtedy jeśli ma to w tych filmach jakiś sens.

Próbowałam oglądać serial „Californication”, bo zachęciły mnie entuzjastyczne recenzje. Wytrzymałam siedem odcinków pierwszego sezonu, co i tak uważam za osiągnięcie, ale chciałam nabrać przekonania.
No i nabrałam - wyrzuciłam z dysku pozostałe odcinki czekające w kolejce, bo życie za krótkie na oglądanie filmów o tym, że seks, to jest grzebanie małym palcem w tyłku partnera (sorry!), a bycie pisarzem polega na siedzeniu przed pustym ekranem monitora z flaszką wódki i celebrowanie niemocy twórczej.

Ten serial to bezsensowna kupa syfiastych śmieci, nie polecam.
I pusty śmiech mnie zbiera, kiedy czytam w recenzjach, że jest to serial o tym, „jak mężczyzna radzi sobie z rozstaniem”, bo dla mnie to on jest żałosny palant, a nie żaden mężczyzna.

Komentuj (1)

18.01.2009 (17:12)

Zgubiłam mój ulubiony klips. Znów. Zawsze gubię tylko ulubione, bo te najbardziej ulubione najczęściej noszę.
Mam nadzieję, że może jeszcze się odnajdzie, bo upadł mi gdzieś chyba tam, gdzie wczoraj byłam, w miejscu pełnym miłych i przyjaznych ludzi.
Jeśli ktoś z nich go znalazł, to może jeszcze do mnie wróci...



Komentuj (1)

28.01.2009 (20:45)

Ponieważ społeczeństwo ma już z pewnością odruch wymiotny na widok mojego klipsa, postanowiłam dać głos.

Jutro oddaję się w ręce medycyny, która będzie mi naprawiać lekko zepsutą (nadpsutą?!) nogę. Już się spakowałam, nawet mam zrobione domowe kanapki - żebym tych ichnich syfów nie musiała jeść. Jutro badania, pojutrze konkrety.
Szkoda tylko, że mi przepadnie czwartkowy angielski. Miałam przez chwilę szatański pomysł, żeby uciec wieczorem na ten angielski i wrócić ukradkiem. Ale chyba by mnie po 22.00 na oddział nie wpuścili...

Po powrocie do domu będę celebrować niechodzenie, oglądać pełne sezony seriali i zarządzać gospodarstwem domowym z pozycji leżącej.
Tacy jedni będą w piątek medytować specjalnie w mojej sprawie, obiecali.

Więc cóż, wszystko będzie dobrze. A po paru tygodniach, spod siniaków wyłoni się całkiem zdrowa nóżka, a w marcu zacznę znów chodzić pieszo do pracy.
Trzeba będzie zniszczyć tę zimową słoninę.

Komentuj (2)

29.01.2009 (12:39)

Uwaga! Dementi!
Otóż najpierw panie na oddziale stwierdziły, że jakoś chyba nie bardzo mają mnie gdzie położyć, ale jednak kazały mi zapytać doktora J., on zadecyduje. Doktora J. nie było, więc wróciłam do tych pań i kazały mi w takim razie iść na izbę przyjęć, no, że jakoś mnie będą musiały zmieścić. "Może w łazience?" - zaproponowałam z uśmiechem, a pani podchwyciła i powiedziała, że być może. No bo pomyślałam sobie, że ja przecież nie jestem chora, to wszystko mi jedno, gdzie poleżę jedną dobę.

Na izbie przyjęć zabrano mi skierowanie, poczekałam chwilkę, po czym dowiedziałam się , że mam jednak iść do doktora J., on już tam czeka na mnie i wszystko mi wyjaśni. "Oooo" - pomyślałam - "pewnie chcą mi wręczyć korzyść materialną, żebym się rozmyśliła z tą operacją".
Co o tej porze miesiąca (tuż przed wypłatą) byłoby mile widziane, nie ukrywam.

Doktor J. powiedział, że mam iść do tych pań, co na początku i one mi pobiorą krew, zrobią badania i pójdę sobie do domu, a jutro z rana przyjdę od razu pod nóż. To mi się nawet spodobało, bo będę mogła pójść na angielski, a dziś test piszemy.

Pani Małgosia (nasi synowie chodzili sześć lat do jednej klasy) założyła mi dokumentację, przesłuchała mnie na okoliczność nałogów, duszności i wykwitów na ciele i wytoczyła ze mnie trochę krwi.
Potem poszła po aparat do EKG (ten stary, bo nowy zepsuty). Podłączyła mnie do kabli, wcisnęła pstryczek - nie działał. Pomyślała, pomyślała, przełączyła do innego gniazdka - zaczęło drukować. Ale zaraz przestało, bo papier się skończył.
Założenie nowej rolki nie było proste, przyszła pani Ela, pomagała, jakieś kółka i zapadki im się nie zgadzały, coś tam nie pasowało, najpierw nie dało się wcisnąć, potem nie dało się wyjąć - kiedy okazało się, że jednak niepotrzebnie wcisnęły.
A jak tak sobie leżałam półnaga i okablowana i marzłam, bo pani Ela nie zamknęła drzwi na korytarz.

Wreszcie zwyciężyły nad tą bezmyślną materią, wydruk ruszył i dotarł do finiszu, potem jeszcze szybciutko RTG klatki i do domu.

W samochodzie zeżarłam te moje bułki szpitalne, byłam taka głodna! A tu w perspektywie lekka zupka na obiad a potem ścisły post aż do jutra.


Z zachwytem słucham Renaty Przemyk. "Z woli nieba jestem tu!" - śpiewa. I to musi być prawda.

Komentuj (0)

29.01.2009 (17:30)

Przespałam pół popołudnia, chyba od tego stresu szpitalnego. Obudziłam się teraz i poczułam żądzę kawy z ekspresu i fermentację myśli do spisania. No to sobie piszę.

Z rzeczy, które najbardziej działają mi na emocje to chyba jako pierwszą muszę wymienić muzykę. Choć całe życie uchodzę za niemuzykalną i staram się nie śpiewać, jak jestem trzeźwa, to odczuwam to jednak, jako trochę krzywdzące. No bo jak może być niemuzykalny ktoś, komu muzyka potrafi tak działać na bebechy i mieszać w trzewiach!

Druga rzecz, to poznawanie obcego języka. Rozumienie obcego języka jest dla mnie niezwykle podniecające – że można słuchać i rozumieć, że można czytać sobie książkę w języku jej autora, że stare piosenki brzmią inaczej, bo wreszcie wiadomo, o czym są.
Mówienie językami to kosmos nie dla każdego osiągalny; ale na szczęście znam tu obydwa stany – złapać króliczka i gonić króliczka, choć w zastosowaniu do różnych języków.
Tłumaczenie z jednego języka na drugi, to już jak bycie bogiem.

No i jeszcze piękno krajobrazów; czasem to działa aż tak, że chce mi się płakać i twarda gula rośnie mi w gardle.

A wracając jeszcze do tych języków: wczoraj moja córka mówiła po rosyjsku do Aloszy Awdiejewa. Mało tego - on powiedział, że wszystko rozumie!

Komentuj (6)

31.01.2009 (15:06)

Ekshibicjonizmu ciąg dalszy.

Wróciłam do domu, wzięłam prysznic z nogą na wysięgniku, wykonałam podstawową wersję makijażu i leżę. Oczywiście na początek przyssałam się do sieci.

Spędziłam w szpitalu 29 godzin, z czego 40 minut trwało oszpecanie mojej nóżki, żeby potem mogła być ładniejsza. Pagan mnie ostrzegał, że te dochtory lubią oblizywać skalpel i obawiam się, że to mogło mieć miejsce, bo leżałam na brzuchu i nie widziałam, co oni tam kombinują.

Blok operacyjny to szczególny kombinat – widać od razu, że jest to ta część całego mrowiska, która się rządzi odrębnymi prawami, gdzie jest czysto i jasno, wszystko jest ściśle określone i każdy robi dokładnie to, co powinien. No i w dodatku wszyscy są sympatyczni, mili i uprzejmi. Dwa razy usłyszałam: "pani jest szczupła, to dobrze"(!).
Podobało mi się tam.
Trochę było kłopotu ze znieczuleniem do kręgosłupa (4 podejścia), ale wiedziałam wcześniej od Lecter, że tak może być w moim przypadku, więc nie panikowałam, choć było to dość nieprzyjemne. Leżałam sobie potem i spoglądałam na zegar, nic mnie nie bolało i chociaż czułam to i owo, to nie miałam żadnych przykrych doznań.
Jak już było po wszystkim, odwrócili mnie na plecy. Leżę tak, leżę... patrzę w pewnej chwili na mojego lekarza po skosie w lewo i widzę, że on trzyma na klacie jakąś zabandażowaną nogę, zakończoną wyjodynowaną stopą. Dopiero po ładnej chwili dotarło do mnie, że to musi być moja własna noga, chociaż nie czuję z nią jakiejkolwiek więzi! To było niesamowite!

Potem leżałam sobie na łóżeczku szpitalnym wspomagając się mantrą medycyny i obserwowałam, jak powoli moje ciało wraca do mnie.

Ogólnie większość czasu przespałam - miałam bardzo niskie ciśnienie, coś mi tam dawali, żeby temu zaradzić, ale niewiele pomogło.
I nikt nie wpadł na pomysł, żeby po prostu puścić kawę przez tę kroplówkę.

Komentuj (1)

02.02.2009 (11:34)

Zastanawiałam się, czy to napisać, bo to już będzie megaekshibicjonizm, no ale niech tam, my zboczeńcy blogerzy wszyscy przecież jesteśmy ekshibami.

Pytanie konkursowe dnia brzmi: ile mam nacięć na tej nodze?
"Dużo, kilkanaście" - pomyślałam w szpitalu, kiedy pani pielęgniarka zmieniała mi opatrunek w dniu wypisu, a ja byłam jeszcze z lekka oszołomiona.

Dziś obejrzałam spokojnie. I policzyłam. Nie kilkanaście - pięćdziesiąt. Przysięgam!
I to wszystkie poniżej kolana. I to wszystkie po bokach i z tyłu.
-To ty chyba wyglądasz, jak durszlak - powiedziała Yen.

Chciałabym. Wyglądam jak Frankenstein.

Komentuj (4)

03.02.2009 (10:38)

U Młodego w pokoju remont, bo czas już był najwyższy pozbyć się tej tapety w misiaczki, która sprawiała wrażenie nieśmiertelnej. Całe szczęście Młody nie zażądał czarnej tapety w pentagramy, tylko zrobił sobie test psychologiczny dla określenia preferencji w tej materii. Wyszło na niebiesko, ale on przecież ma swój łeb i wybrał całkiem co innego, na moje szczęście.

Po zerwaniu tapety, na jednej ze ścian objawiły się pozostałości starożytnegou fresku, przedstawiającego dziewczynkę w ukwieconym kapeluszu, głaszczącą kotka (Ilonka, Ty to na pewno pamiętasz!).
Malowidło to wykonane zostało dla naszej małej córeczki, kiedy miała pewnie ze trzy latka. Tatuś namalował jej to nad łóżeczkiem.



Komentuj (7)

04.02.2009 (19:36)

Gdyby tak chodziło tylko o nogę, to by było za dobrze. Chodzi więc jeszcze o kręgosłup. Mój kręgosłup, sukinsyn, wściekł się i zaprotestował przeciwko leżeniu. I to na ostro.
No ja mu się nie dziwię, tylko leżeć i leżeć, kręgosłupy tego nie lubią. Filmy na laptopie, zakupy na allegro, notki na blogasku, gadanie na gg. I tak w kółko i pod kocykiem. A jak się wysupłam spod kocyka i chcę iść do toalety, to się okazuje, że nie mogę, bo mnie słuchawki za łeb ciągną.
No to kręgosłup powiedział: „dość, koniec z tą nogą, teraz ja jestem najważniejszy i dawać mi tu ketonal!".

Ale ja też nie jestem byle kto.
Ja piątego dnia po porodzie siłami natury (córka 4250g) myłam okna i przybyła na patronażową wizytę położna ściągała mnie przemocą z parapetu. Że nie wypada, czy coś.
Ja w drugim dniu po wyjściu ze szpitala po operacji kręgosłupa siedziałam na fotelu u fryzjera, do którego poszłam po kryjomu, bo by mnie z domu nie wypuścili, jakbym się przyznała, gdzie chcę iść ("pani Alu, pani tak tnie, żebym mogła w każdej chwili wstać i wyjść, jak poczuję, że już dłużej nie jestem w stanie siedzieć"; wytrzymałam do końca).

Więc pomyślałam, że ja się jemu, sukinsynowi, terroryzować nie pozwolę, muszę zacząć się ruszać. I wyszłam z psem. Mąż mi założył i zawiązał buty i poszłam. Tak mi się dobrze szło, że gdybym wzięła portfel zamiast tego psa, to może poszłabym na jakieś drobne zakupy. A noga nie sprawiała najmniejszych trudności.

Jutro wizyta kontrolna u mojego przystojnego chirurga.

Komentuj (4)

05.02.2009 (22:58)



Oh it's a mystery to me.
We have a greed, with which we have agreed...
and you think you have to want more than you need...
until you have it all, you won't be free.

Society, you're a crazy breed. I hope you're not lonely, without me.

When you want more than you have, you think you need...
and when you think more then you want, your thoughts begin to bleed.
I think I need to find a bigger place...
cause when you have more than you think, you need more space.

Society, you're a crazy breed. I hope you're not lonely, without me.
Society, crazy indeed... I hope you're not lonely, without me.

There's those thinkin' more or less, less is more,
but if less is more, how you keepin' score?
It means for every point you make, your level drops.
Kinda like you're startin' from the top...
and you can't do that.

Society, you're a crazy breed. I hope you're not lonely, without me.
Society, crazy indeed... I hope you're not lonely, without me
Society, have mercy on me. I hope you're not angry, if I disagree.
Society, crazy indeed. I hope you're not lonely... without me.


Jestem bliska nagrania sobie tego czterdzieści razy po kolei, czy ile tam się zmieści na płycie...

Komentuj (1)

06.02.2009 (20:24)

Dziś prośba o pomoc: szukamy Jaha. Pytamy, linkujemy na blogach, bo może się przecież zdarzyć, że przeczyta to ktoś, kto będzie mógł pomóc...

Komentuj (0)

09.02.2009 (16:35)

Tak mi ten kręgosłup daje do wiwatu, że nawet mi się nie chce nowej notki pisać...

I strasznie mnie wpienia, że te pseudodziennikarskie hieny wyruszyły już do wsi, z której pochodził zamordowany w Pakistanie inżynier, że już wypytują miejscową ludność i zaraz zaczną tworzyć te swoje chore reportaże.
Ach, jakże jestem szczęśliwa, że nie mam telewizora.

Komentuj (1)

11.02.2009 (22:09)

Zastanawiam się głęboko, czy iść w piątek napić się wódki, czy nie. Niby się zadeklarowałam, że nie przyjdę, ale czy ja dobrze zrobiłam?
Taki oto dylemat moralny mam u schyłku ferii zimowych.

Komentuj (14)

15.02.2009 (19:51)

Rzadko kiedy mi się zdarza zrobić coś tak głupiego, bo na ogół raczej sprawnie sobie radzę z zarządzaniem Firmą Rodzina.
Tym razem nie pomyślałam, nie powiązałam faktów i terminów, natomiast podjęłam decyzje i poczyniłam kroki. Tym sposobem pozbawiłam Firmę zarządzania na czas kryzysu.

Kiedy to do mnie dotarło, wpadłam w panikę i przestałam oddychać.

W celu ratowania sytuacji moja córka będzie musiała zostać matką swojego brata na kilka dni w czerwcu.

Komentuj (4)

18.02.2009 (09:17)

Miałam dziś nocny atak paniki. Najpierw był sen, o którym nie chcę pisać, ciężki i duszny i taki skurwysyńsko prawdziwy, jak to tylko sen być może.
I obudziłam się przerażona i roztrzęsiona o 4.30, serce mi waliło, wszystko mi latało w środku. Poszłam do kuchni, włączyłam czajnik... stałam tam przez chwilę i dosłownie nie mogłam złapać oddechu. A gdzieś w sercu, w brzuchu – kłąb starych szmat.

Tak bym chciała umieć mieć wszystko w dupie. A przynajmniej – nie przejmować się sprawami, na które nie mam wpływu.

Ale jakby ktoś pytał, to tak, wszystko w porządku...

Komentuj (2)

24.02.2009 (21:51)

Okazuje się, że mam płytę Nosowska/Osiecka. Okazuje się, że pójdę sobie w marcu z tą płytą na koncert!
Cieszę się, chociaż nie wiem, czy dam radę przy piosence Kto tam u ciebie jest. Nie wyrabiam nawet do połowy i już ryczę. Próbowałam wiele razy i nie ma to żadnego znaczenia, czy jestem akurat w domu, w pracy czy w autobusie i czy mam oczy pomalowane bardziej lub mniej.
Te emocje, te klimaty przeżywałam kiedyś, bardzo bardzo dawno temu...
Niestety, świetnie je pamiętam. Nie, żebym o tym myślała, żeby mnie to dręczyło, nie... Ale przy tej piosence zmory wyłażą z kątów nawet po tylu latach.

W pracy syf - miasto robi oszczędności na oświacie, co bezpośrednio odbieram na twarz. Muszę się otorbić i wypracować jakąś postawę w rodzaju "mam to w dupie, jestem młoda i piękna i pomykam po kwietnej łące".
I to na grzbiecie rumaka, a co!

Komentuj (2)

25.02.2009 (21:43)

Spływają śniegi, na oknie rośnie zdrowy, wsiowy szczypiorek, nadchodzi pora piachu.
Piach przychodzi do domu na podwoziu psa. Zgrzyta pod nogami, chrzęści w progach między pomieszczeniami, szeleści w łóżku.
Mój pies wystawia na próbę moją cierpliwość. Śpię albowiem w kuwecie z piaskiem, a muszę powiedzieć, że nie lubię tego, no cóż, taka dziwna jestem.

Czy ktoś ma na to sposób - na unikniecie piasku w łożu małżeńskim, przy założeniu, że spanie psa poza tym łożem jest wykluczone?

Komentuj (6)

03.03.2009 (21:38)

Jeżdżę sobie czasem wieczorną godziną ze swojego przystanku autobusem linii 19.

Jeździ nim też dzieweczka przedziwna w wieku... czy ja wiem, może już dwadzieścia, a może jeszcze nie. Niewysoka jest, drobna, szczuplutka, ma długie długaśne włosy i dość ostre rysy twarzy.
Stoi tak jakoś na tym przystanku, jak się stoi na peronie, czekając na pociąg - w pozycji startowej i w gotowości do wsiadania. Ma damską torebkę ze sobą, ale taką... no, że duże wino by się zmieściło!

Wchodzi pierwsza i od razu siada całkiem z przodu. Ale najpierw się rozbiera: zdejmuje płaszcz, chustę, wkłada porządnie chustę do rękawa i całość układa obok siebie na siedzeniu. Po czym sięga do torebki. Wyjmuje lusterko, otwiera i przegląda się i to nie jest proste, bo dosyć ciemno jest w tym autobusie i musi umiejętnie operować lusterkiem, żeby złapać nim oprócz swojej twarzy trochę jakiegoś światła. Niespodziewanie paluszkiem nabiera skądś korektor, po kropeczce nakłada tu i ówdzie, zaczynając od czoła, po czym rozprowadza zgrabnymi ruchami, monitorując operację w lusterku. Potem puder, po kolei wszędzie, precyzyjnie, sprawdzając po kilka razy w lusterku te same miejsca. Następnie wyjmuje paletkę z cieniami do powiek, ma taką z sześcioma prostokącikami różnych odcieni i nakłada teraz te cienie; widzę przez ramię, że na górne i dolne powieki.

Nie jest to żaden tam makijaż naprędce, jaki robią kobiety za kierownicą, stojąc na światłach. Przychodzi więc potem czas na ołówek - podkreśla nim oczy od dołu i boję się, że na tych wertepach ulicy Tuwima dziabnie się nim w oko.

Na szóstym przystanku wysiadam, a ona jedzie dalej, myślę więc, że następny jest tusz do rzęs. Szkoda mi trochę, że muszę wysiąść i nie mam szans zobaczyć całego spektaklu. Kiedyś chyba pojadę z nią do końca, chociażby po to, żeby zobaczyć efekt zabiegów upiększających, bo wiem przecież, jak wyglądała PRZED.

A dziś miała dodatkowo mokre włosy i dosuszała je, przegarniając ręką. Pół autobusu ją obserwowało, ale zdawała się nie zwracać na to najmniejszej uwagi.

Komentuj (5)

06.03.2009 (21:06)

Wczoraj rano mrożąca krew w żyłach scena rozpoczęła mój dzień.

Otóż... Moje najdłuższe cięcie z tyłu nogi pod kolanem coś nie chciało się goić. A nawet ropiało uparcie od paru tygodni. Myślałam, że może to lokalizacja cięcia jest winna; że właściwie, to stale w zgięciu, uciskane i drażnione rajstopami i że może to wszystko dlatego.

No więc wczoraj było tak: jak co rano zdjęłam nocny opatrunek, wycisnęłam to, co tam było do wyciśnięcia, patrzę, a z rany coś wystaje, maciupeństwo jakieś zupełne. Udało mi się to chwycić czubkami paznokci, pociągnęłam i... wyciągnęłam z półtora centymetra nici z grubym supełkiem w połowie drogi!
I wrzasnęłam: „ o jasna cholera, chodź tu szybko, aaa!!!”

Na co z drugiego pokoju odezwał się wrednie i pogardliwie mój mąż: „co, znowu piasek w łóżku?”

Ale mina mu zrzedła, kiedy zobaczył! Próbował mi udzielić pierwszej pomocy i wyciągnąć nitkę do końca, ale był na to za cienki. Niby wyciągnąć się dało i to sporo, ale jak puszczał, to wracało. Znaczy, trzymało się tam czegoś uparcie.

Skończyliśmy więc te zabawy i rozpoczęłam wydzwanianie do sprawcy. Myślę sobie - niech to stamtąd wydłubuje, skoro tego tam nawsadzał.
No i dał radę; miał te swoje chirurgiczne kombinerki, owinął na nich koniec sznurka, zaparł się kolanem o kozetkę....
Eee, żartowałam.

I był to serwis w ramach gwarancji i bez kolejki.

Komentuj (3)

08.03.2009 (18:00)

Trzeci dzień z rzędu zajadam sałatkę autorską, wymyśloną spontanicznie, która tak mi smakuje, że postanowiłam ją tu dziś opublikować.

1 banan, 1 pomarańcza, 2 kiwi - pokrajane na kawałki, 1 mała marchewka starta na drobne wiórki (lub połowa dużej), 1 jabłko starte na grube wiórki, czubata łyżka jogurtu naturalnego, łyżeczka miodu, 2 posiekane świeże listki melisy - wymieszać; to proporcje dla jednej osoby (żarłocznej).
Jami, jak mówią angliści.

Może jeszcze kilka szczegółów, bo widziałam na własne oczy, że ludzie kupują zielone banany i myślę, że nawet je jedzą.
A szczegóły wyglądają tak: banan dojrzały żółty w brązowe kropeczki, kiwi dojrzałe i miękkie, jogurt naturalny grecki bakoma, miód gryczany.
Jeśli szczegóły inne, to za efekt nie ręczę.


Posadziłam dziś pestkę awokado, zamierzam wyhodować z niej drzewo. No, drzewko.
Już kiedyś prawie mi się udało.

Komentuj (3)

10.03.2009 (17:51)

Moja komórka zaniemogła. Porzućcie wszelką nadzieję, którzy zechcecie do mnie zadzwonić. I ja też nie mogę zadzwonić do Was.
Ale smsy działają w obie strony, budzik działa, można sprawdzić godzinę i datę - nie jest źle. Jestem pogodzona i niedyspozycja mojego telefonu nie zakłóca mi równowagi i balansu.

I kocham tę panią w sklepie z pieczywem, która nieodmiennie sprzedaje mi piętkę z mojego ulubionego chleba - ciężkiego, pełnego słonecznika, czarnego, gliniastego chleba, sprzedawanego na metry; a raczej chyba na centymetry, bo z metr to ma on w całości.

Komentuj (0)

11.03.2009 (17:25)

Zdziczenie powszechne zmierza do zenitu.

Dobry uczeń klasy czwartej, syn absolwentki dwóch kierunków filologicznych (oba zakończone magisterium) i doktora (nauk również humanistycznych), nie ma w domu baśni Andersena. A jego matka nie wstydzi się mówić o tym publicznie. Helena słyszała, to wie, że nie wyssałam sobie tego z palca.
Help! Czy jest gdzieś dla mnie jakaś mała, samotna chatka w lesie?

Mój mąż zbulwersowany dziś był, że pierwszaki ze szkoły średniej nie wiedzą, skąd się wziął park w Łazienkach, ani kto był ostatnim królem Polski. No, ale on jest tylko gościem w tym zawodzie, więc jeszcze coś go jest w stanie zdziwić!
A ja sądzę, że pierwszaki nie podejrzewają nawet, że te dwa pytania są ze sobą w jakiś sposób powiązane...

Komentuj (12)

14.03.2009 (08:51)

Nie ma już dzieci w moim domu. Syneczek skończył parę dni temu szesnaście lat i naprawdę trudno go już nazywać dzieckiem. Wiadomo - ni pies ni wydra...
Mogę więc spokojnie nie mieć już w domu baśni Andersena.

Postanowiłam złożyć papiery do sanatorium, bo byłam tam ostatnio tuż po operacji kręgosłupa, czyli pięć lat temu, a taka kuracja jest zbawienna, sprawdziłam, to wiem.
To myślę sobie, trzeba by się ruszyć, bo dolegliwości nawracają, a lepiej już było. Nie cierpię jednak tego mieszkania z kimś obcym w jednym pokoju przez trzy tygodnie i tych seksualnych klimatów unoszących się w powietrzu i tych tańców godowych podstarzałych przedstawicieli gatunku...
Załatwienie pokoju jednoosobowego graniczy z cudem, raz miałam to szczęście; oczywiście pokój był załatwiany zupełnie po znajomości i trzeba było dopłacić kupę kasy. No ale wtedy czułam się, jak w raju; a wszyscy mi współczuli, że taka biedna jestem i muszę sama mieszkać i nawet nie mam się do kogo odezwać!

Dowiedziałam się też, że czas oczekiwania na sanatorium sięga dwóch lat. No to będziemy czekać.

Komentuj (8)

16.03.2009 (19:20)

Pokochałam pewną sówkę. Siedzi sobie cierpliwie na gnieździe i wysiaduje dwa jajka. Kręci swoim ptasim łebkiem, wierci się, pokrzykuje z rzadka. Niekiedy słychać, a nawet trochę widać, przejeżdżający obok dziupli samochód.
Czasem jej nie ma, kiedy do niej zaglądam - stąd wiem, że jajka są dwa. W nocy widać ją wyraźniej i jest wtedy bardziej aktywna, jak to sowa.

W pracy też pilnuję mojej sowy, na kompie w wypożyczalni. Radek na razie jeszcze nie zauważył; pewnie by się znów emocjonował, że za dużo łącza pożera ta sowa, tak jak słuchanie Trójki: "łomatkobosko, transmisja strumieniowa, aj waj, olaboga!".

Jak się z jajek uwolnią maluchy, to dopiero będzie co oglądać. Żeby tylko do tej pory nikt nie podpieprzył kamery!

I oczywiście tu też pojawiają się te różne kretyńskie komentarze, np: "да нахуй эта камера нужна, когда сова двигается раз в год?", albo: "киньте ей гранату".
Wolność słowa powinna być jednak rozdawana powyżej określonej wartości IQ...

Komentuj (13)
Blogi
Barbarella
Etyka
NaWsi
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Gospodarstwo
Biodynamicznie
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów