Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


03.01.2010 (17:42)

Jutro wracam do pracy. Byłam tam ostatnio 20 listopada. Hmmm, nie będzie łatwo...
A po pracy jeszcze dentysta i angielski, więc można powiedzieć, że zaczynam z kopyta!
(612)

Komentuj (7)

06.01.2010 (20:19)

Jestem szczęśliwym człowiekiem. Szczęśliwy człowiek to taki, który nigdzie nie musi już dziś wychodzić, mógł łyknąć ketonal i wejść pod koc, laptop na brzuch, muzyczka sączy się z radia a jutro Stary gotuje obiad dla siebie i Młodego.

To sanatorium nic mi w ogóle nie pomogło - jak mnie po nocach bolał kręgosłup, tak mnie boli nadal. W dzień natomiast latam jak torpeda i jest OK. Trzymam się jeszcze tej nadziei, że efekt terapeutyczny będzie widoczny po upływie miesiąca od zakończenia kuracji – tak jest napisane w karcie wypisowej. Mam więc jeszcze dwa tygodnie, cholera jasna.

Dziś podpisaliśmy umowę przedwstępną z ludźmi, którzy kupują od nas mieszkanie. Wszystko odbyło się w naszym biurze nieruchomości w obecności dwóch pośredników, całkiem urzędowo.
To tylko umowa przedwstępna, potrzebna ich bankowi, żeby mogli dostać ostateczną decyzję kredytową, ale jest to dla nas duży krok do przodu. O dziwo, wszystko odbyło się bardzo spokojnie, tzn. nic się nie denerwowałam, wszystko było rzeczowo wyjaśnione i precyzyjnie określone. Jeden z punktów tej umowy określa ostateczny termin „wydania przedmiotowego lokalu w posiadanie Kupujących” na 30 kwietnia.

Wcześniej, do 1 lutego, podpiszemy umowę przedwstępną w formie aktu notarialnego, a właściwą umowę kupna-sprzedaży do 1 marca. Ten cały luty potrzebny jest po to, żeby się dograły pozostałe elementy układanki (czyli inni sprzedający i kupujący), a marzec, to czas, jaki będzie miała Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa, żeby odpowiedzieć nam, że nie chce naszej ziemi rolnej. No bo jak odpowie, że chce, to wtedy my nie chcemy się w to więcej bawić.

Jak wszystko pójdzie dobrze, to zamieszkamy na wsi w najpiękniejszym możliwym terminie w roku - od razu na naszych oczach będą rozkwitały jabłonki i brzoskwinie, a potem po kolei cała reszta i z każdym dniem będzie coraz cieplej. Zaliczymy w pierwszym roku pełen okres wegetacyjny.
Aż nie mogę oddychać, jak o tym pomyślę.
(642)

Komentuj (5)

09.01.2010 (22:37)

Naprawdę nie myślałam, że kiedyś jeszcze w życiu będę musiała robić rozeznanie w asortymencie zmywarki – kuchenki – okapy – piekarniki – sedesy – wanny, itepe. Musimy szczegółowo zaplanować urządzenie łazienki i kuchni, bo to one będą wyremontowane zanim się wprowadzimy. Coraz bardziej czuję, że czas przyspiesza, że to koło się kręci i nic go już nie zatrzyma. Wczoraj Stary był na wsi z potencjalnym wykonawcą robót remontowych, wczoraj podpisaliśmy też aneks do umowy ze środy, z konkretnymi terminami i kwotami.

Wizję łazienki już mamy, będzie duża: dwa i pół metra na sześć; w jednej krótszej ścianie drzwi, w przeciwległej wielkie łukowato wykończone okno, a pod nim wanna. Nie będziemy kupować brodzika i kabiny, natomiast wybudujemy ściankę, oddzielającą miejsce z prysznicem. Ponieważ pomieszczenia są tam wysokie, w łazience już od samych drzwi będzie obniżony sufit, ale nie do końca, bo okno jest naprawdę piękne i nie chcemy zmarnować efektu, jaki ono stworzy. A więc w końcu łazienki, tam, gdzie wanna, sufit będzie miał swój obecny lub nieznacznie niższy poziom – utworzy się taki pseudo wykusz z oknem i wanną.

Co do kuchni, to muszę wszystko zaplanować i rozmieścić, czekają mnie godziny internetowych poszukiwań i muszę naprawdę się do tego przyłożyć, bo jestem zwierzę gotujące i to dla mnie ważna część domu.

Inne szczegóły też już sobie wstępnie powymyślaliśmy, niektóre rzeczy jeszcze się rodzą i dojrzewają. To są wspaniałe rozmowy, nawet jeśli ma się świadomość, że niektóre rzeczy będą odsunięte w czasie i jest to na razie czysta teoria.
Sprawy zaczynają więc obrastać w konkrety.

Szukam nowego domu dla wiejskiego psa, który ma tam zostać, bo państwo S. nie zabiorą go przecież do bloku. Pies biega w zagrodzonym siatką kojcu, mieszka w budzie. Jest to, jak oni mówią, „dobry pies, bo ostry i tani w utrzymaniu” (w tłumaczeniu: wypuścić go nie można bo mógłby kogoś zagryźć, a żre byle co, czyli chleb ze smalcem). Pies jest ładny, wilczurowaty, ma 4 lata, ale ja tego psa nie chcę.
Chcę swoje psy, które wychowamy od maleństwa i na pewno nie będą biegać w klatce, bo będą mieszkać w domu. W sieni. Takie mam plany, że będą mieszkać w sieni, a jak będę gotować obiad, to będą mi towarzyszyć, leżąc w progu kuchni. Aga mówi, że i tak wylądują w łóżku, ale ona się nie zna. Przecież to będą wiejskie psy i będą się musiały podporządkować twardym realiom wiejskiego życia (w sensie, że w łóżku przecież śpi Dumka, no bez przesady – trzy psy w łóżku?!). Wstępnie są planowane teriery irlandzkie, dwie suki oczywiście.
(678)

Komentuj (3)

12.01.2010 (21:49)

Czasoprzestrzeń jest przeciwko mnie. Za mało jest w niej czasu. Nie wyrabiam się z niczym. Szukam tych piekarników, okapów, oglądam kuchnie i łazienki w necie, bo żeby w realu, to już zupełnie wykluczone. Łazienkę mamy z grubsza oswojoną, nawet z efektami specjalnymi w rodzaju: „a jak stoimy w progu, to do jakiej odległości od drzwi może być obniżony sufit, żeby widać było już od wejścia pełen łuk nad oknem w przeciwległej ścianie i jeszcze trochę tej ściany nad nim?”

Stary klika myszką, rysuje lodówki, piekarniki i zmywarki, potem przerzuca je z jednej ściany na drugą, a ja się nie zgadzam. Kombinujemy, może trochę w prawo, może w lewo, a wiesz, ta belka nawiązuje do tamtej, a tu ścianka wyższa lub niższa, a tu blat szerszy, a to a owo. Muszę szybko szukać, jakie wymiary mają poszczególne urządzenia, żeby je tam powciskać w miarę realistycznie. Szafek w kuchni nie będzie, tylko murowane z cegieł ścianki, które będziemy wypełniać tą treścią kuchenną („treść kuchenna” brzmi zresztą jakoś obrzydliwie).

Przy tym całym urządzaniu wnętrza musimy brać pod uwagę, że naszym celem nie jest przeniesienie sprzętów, zwyczajów i upodobań z tego mieszkania do tamtego domu i kontynuacja. Musimy zaplanować całkiem inne życie tam i wziąć przy tym pod uwagę, że wiele rzeczy normalnych tu, jest nie do przyjęcia tam. Na przykład tłumaczę Staremu, że nie do przyjęcia będzie mycie warzyw i przechowywanie ziemniaków w kuchni.
I musimy uważać przy tym całym urządzaniu i remontowaniu, żeby nie zepsuć ducha starego domu, a umiejętnie go wydobyć.

Przez ten dom jestem od paru dni w stanie nierównowagi emocjonalnej, a dokładnie, to czuję się cały czas tak, jakbym była po mocnym drinie wypitym przed chwilą.
No i w dodatku wieś się nazywa Stara Dąbrowa. Serio!
(nie wiem tylko, co z tymi myszami, podobno muszą być...)

Tymczasem umowa kredytowa wciąż niepodpisana, bo czekamy na jeszcze jeden ważny Świstek z pewnego banku, co to kiedyś już o tym pisałam. Według telefonicznych przecieków Świstek nadejdzie jutro. Aż strach!

A Młody planuje już imprezę urodzinową na wsi, wieloosobową, ale przed remontem (z naciskiem na „przed”).

Nadal szukam nowego podwórka dla psa podwórzowego.
I rozmyślam nad totalną eksterminacją kur, bo Stary powiedział, że jak są kury, to będą i szczury. A skoro kury mają być przeznaczone do zjedzenia, to muszę uważać, żeby się przypadkiem z nimi nie zaprzyjaźnić!

Nasz (wkrótce) kurnik:

(708)

Komentuj (7)

16.01.2010 (09:46)

Stało się - nadszedł wczoraj epokowej wagi papierek z tego jego_mać_banku, z którym to Stary pozwolił sobie mieć przelotny romans; tym razem papierek ma wreszcie w dobrych miejscach powpisywane odpowiednie wyrazy. Pozwoliło nam to umówić się na podpisanie umowy kredytowej w poniedziałek o 14.00.
I czekamy potem jeszcze z tydzień lub trochę więcej, bo przyszli właściciele naszego mieszkania wtedy właśnie dostaną ostateczną decyzję kredytową.

Następne etapy tej drogi na wieś będę raportować; myślę, że fascynująco będzie wyglądać ten cały proces, kiedy spojrzy się wstecz w dniu przekazania kluczy od naszego mieszkania. Już teraz widać, że właściwie żadne planowane wcześniej daty nie okazują się realne, tylko ulegają ciągłym przesunięciom, że wszystko się rozciąga jak guma, jednak wyraźnie zmierza do szczęśliwego finału.

Dziś w menu rzut parteru.

Tak jest:


Tak będzie:


Jak widać, wielkiej rewolucji nie planujemy. Uwalniamy sień, żeby była na przestrzał od wejścia frontowego do ogrodowego, przenosimy schody z jednej strony sieni na drugą, kuchnia wraz z jadalnią będzie w dużym pokoju obok obecnej kuchni, z dwoma oknami wychodzącymi na wjazd do posesji. Piec CO zostanie tu, gdzie jest, jednak stworzymy mu przytulny pokoik-kotłownię, w której będzie też miejsce na duży zlew gospodarczy i kibelek.
Łazienkę wykradniemy z tego wielgaśnego pokoju, dzięki czemu będzie ona miała piękne łukowato zwieńczone okno. Sypialnia zostanie sypialnią, Młody dostanie ten 23-metrowy pokój z dwoma oknami na ogród.
Pracownia projektowa będzie tymczasem w pokoju z trzema oknami na ogród, dopóki Młody nie zda matury i nie wyjedzie z domu. Potem stanie się ona pokojem mamy, bo ona lubi ciepło i słońce; będzie tam miała dużo przestrzeni, blisko do łazienki i do wyjścia do ogrodu.
A Stary wtedy przeniesie się ze swoją pracownią do pokoju po Młodym.

Jest to trochę inaczej, niż planowaliśmy na początku, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się uchronić ten wielki pokój przed poszatkowaniem na kawałki. Nawet po zabraniu mu ponad dwunastu metrów na łazienkę pozostanie wciąż dużym pięknym wnętrzem.

Chcemy też w przyszłości przenieść wejście do ganku i zrobić nowe schody, ale od frontu. Wtedy ładnie się je skomponuje z tarasem, który aż się prosi zrobić z prawej strony ganku, przy południowo-zachodniej wystawie, gdzie teraz jest szopa na drewno, dobudowana do ściany domu.
(750)

Komentuj (7)

18.01.2010 (16:19)

No to już. Zadłużyliśmy się na dwadzieścia siedem lat. Hmmm...
(888)

Komentuj (4)

19.01.2010 (21:20)

Nie obyło się oczywiście bez kolejnej komplikacji, drobnej, ale jednak. W umowie kredytowej znaleźliśmy nieoczekiwanie sformułowanie, że przedmiotem kredytowania jest dom w zabudowie bliźniaczej. No i cóż – potrzebna korekta, bo to nie jest żadna zabudowa bliźniacza i będziemy jeszcze musieli podpisywać aneks.

Nasz przyszły dom był kiedyś wiejską szkołą, a ten największy pokój, to była szkolna biblioteka. Stąd pewnie nie ma tam typowych wsiowych zabudowań gospodarczych (chociaż mogła przecież istnieć gdzieś na tyłach klatka dla krnąbrnych uczniów, zostawianych za karę po lekcjach).

A tak wygląda obecnie elewacja południowo-zachodnia od strony ogrodu, z oknami tego wielkiego pokoju-biblioteki (zdjęcie z grudnia):



Na niedzielę umówiłam się z dawną koleżanką, która też kiedyś kupiła dom szachulcowy, a właściwie całą starą zagrodę. Wyremontowali ją z mężem i mieszkają tam już od dwunastu lat. Byliśmy u nich na samym początku, widzieliśmy jak to wtedy wyglądało, chcemy zobaczyć, jak wygląda teraz i posłuchać, jak sobie z tym wszystkim poradzili. A że sobie poradzili świetnie, to powszechnie wiadomo, bo są znani w regionie - oni, ich działalność agroturystyczna, edukacyjna (i nie tylko), którą prowadzą w tej zagrodzie.

Na kompie Starego powstało już z pięć wersji naszej przyszłej kuchni i chyba już ta ostateczna również. Podoba mi się :)


Ciekawe, czy nasze dzieci zdają sobie sprawę z tego, że muszą teraz dbać o nas, żebyśmy byli zdrowi, żyli długo i... sami spłacali nasz kredyt!
(930)

Komentuj (1)

20.01.2010 (23:13)

Tak wygląda elewacja frontowa (północno-zachodnia) od strony wejścia na posesję, z gankiem prowadzącym do domu:


Od strony polnej drogi (wystawa północno-wschodnia) jest goła biała ściana - parter jest ocieplony:


Od ogrodu (tam gdzie jest tylne wejście do domu), ściana jest częściowo ocieplona, a na części widać czerwoną cegłę (wystawa południowo-wschodnia):


No więc tak wyglądają wszystkie cztery elewacje.


Muszę updejtować, bo Stary mnie opierniczył, że zamieszczam fałszywe zeznania.
Ten duży pokój, to była klasa, a nie żadna biblioteka. Sala lekcyjna, no.
Natomiast później, kiedy już nie było w tym budynku szkoły, pani S. prowadziła wiejski punkt biblioteczny, który urządzono właśnie w tej byłej klasie.
(972)

Komentuj (8)

26.01.2010 (11:58)

Czekamy, czekamy...
Mam tyle nagromadzonej pozytywnej energii, że mogłabym zacząć latać. A tymczasem muszę spętać sobie obie nogi razem i czekać.

Dom dla psa wsiowego nadal poszukiwany.
(1020)

Komentuj (1)

27.01.2010 (22:38)

Czekamy, czekamy i nic. Dostaną, nie dostaną, nie wiadomo. Niby byli pewni że dostaną. Ale zawsze może być jakieś "ale".
Jestem znów w tym samym miejscu, co kiedyś przedtem - chciałabym, żeby coś już ruszyło z miejsca, nawet jeśli to ma być wiadomość, że ci ludzie nie dostali kredytu i zrywa się cały ten misterny łańcuch.

Bo tak, jak teraz to ja nie mogę, nie mogę żyć w takim nie_wiadomo_czym.
Nie wiem, czy ja jestem ta osoba, która zaraz kupuje dom na wsi, czy ja jestem ta osoba, która na razie nie kupuje domu na wsi.

Nie wiem, gdzie jest moja głowa. Męczy mnie to i zżera moje siły.
(1068)

Komentuj (4)

30.01.2010 (11:42)

Śnieg zasypał nas z uszami. Samochód stoi na parkingu i już go prawie nie widać. Z chodników na ulicę można się przedostać tylko w określonych miejscach, gdzie są zrobione przekopy. Taka zima, jak normalnie była prawie co roku, kiedy byłam mała. Pfff!
Mieliśmy jechać do pobliskiego tartaku, oblukać, czy maja tam jakieś fajne deski. Ale cóż, zasypało. A miałam jedno wolne popołudnie w ciągu ostatnich dwóch tygodni – i się zmarnowało.
Stary narzeka, że ja nigdy nie mam czasu. No ale co ja mam na to poradzić?

Zauważyłam dziś, wchodząc z balkonu do pokoju, że nasz sufit jest za nisko. Wchodzę, patrzę, widzę sufit; tak nie powinno być. W tamtym domu sufit jest dużo wyżej.
A na balkonie byłam względem sikorek. Widziałam dwie wczoraj na mojej brzózce i pogalopowałam dziś po słoninkę. Może się dadzą zwabić.

Wczoraj dzwonił wreszcie pan agent nieruchomościowy. Ponieważ nasi Kupujący mają jakieś formalne trudności z kredytem (a najprawdopodobniej trafili na nieprofesjonalnego doradcę kredytowego, który nie o wszystkich potrzebnych kwitkach ich poinformował), musimy więc podpisać aneks do umowy przedwstępnej, bo wszystkie wcześniej ustalone terminy tracą aktualność z końcem stycznia i trzeba je poprzesuwać.
Natomiast dobrą wiadomością jest, że wyjaśniły się wcześniejsze niedomówienia między państwem S., od których kupujemy dom, a ich Sprzedającym.
Oprócz tego pan agent poinformował mnie, że na 9 lutego mamy wstępnie umówionego notariusza. Miejmy nadzieję, że termin ten będzie mógł stać się ciałem.
(1140)

Komentuj (2)

03.02.2010 (21:34)

Podpisaliśmy w biurze nieruchomości aneks do umowy, w piątek ma być wiadomo, czy ci ludzie dostali wreszcie ten swój kredyt.
Gotowy jest też aneks do naszej umowy kredytowej (co to było błędne sformułowanie: "dom w zabudowie bliźniaczej") i jutro podpiszemy go w banku.
Aneks do aneksu do aneksu z pewnością też przed nami. Ale notariusz umówiony na wtorek.

I może już niedługo będzie tak...

stąd:




tam:



http://www.zumi.pl/

Najlepszą rzeczą do czytania jest dla mnie obecnie forum Muratora. Spędzam nad nim długie godziny i uczę się tylu nowych rzeczy, które przydadzą mi się kiedyś z pewnością.
(1284)

Komentuj (2)

08.02.2010 (17:51)

Minął weekend zawieszony we wkurwiającym braku wiadomości, ale dziś poniedziałek i są kolejne terminy - notariusz w piątek o trzynastej, wyprowadzka z końcem maja. A mówiłam Staremu, żeby się nie martwił moimi i Młodego dojazdami ze wsi na angielski. No i proszę - angielski się kończy z końcem maja.

Ponieważ minął już ten miesiąc od powrotu z sanatorium, w ciągu którego miało mi się polepszyć, to wreszcie poszłam dziś do lekarza. Dostałam skierowanie do neurochirurga i wymyśliłam sobie, że pójdę do mojego, tego, który mnie operował te ponad pięć lat temu.
Dzwonię tam do nich i cóż? Można się umówić, ale terminy mają czerwcowe. Jakie śmieszne, mało nie padłam! No to co mi pozostaje? Wiadomo, prywatnie, czyli jak zwykle.

A poza tym dzieci mi się starzeją, przeżywam pierwszą sesję egzaminacyjną Młodej, której właściwie nie przeżywam i nie wiem nawet, kiedy ma jakie egzaminy, ale mam to gdzieś, do cholery, chyba na piątym roku studiów wreszcie nadszedł czas! A ona dzwoni tylko po każdym egzaminie i składa meldunki, ale nie chce mi powiedzieć, kiedy ma następny. No to nie!
A Młody wyspał się w lesie w śniegu tydzień temu z piątku na sobotę w ramach szkoły przetrwania i akcji: Masa_Siła_Rzeźba_BrakRozumu. Ale nic mu nie było, a nawet przestało go boleć gardło!

Komentuj (4)

09.02.2010 (22:40)

Z tym spaniem w lesie to było tak.

Młody cierpiał na ból gardła właściwie przez cały tydzień, zwłaszcza w porze porannego wstawania do szkoły, ale uczciwie muszę przyznać, że nie tylko. Migdał go bolał i bolał, ja jakaś zalatana byłam i dopiero pod koniec tygodnia kupiłam mu neoangin; miał ssać.
W piątek wieczorem wracałam późno od dentysty i Młody wyszedł mi naprzeciw; od razu zarzucił mnie prośbami. I kłamstwami, jak się później okazało.
- Mamo, mamo, proszę, pozwól mi jechać do kolegi do Ł. na noc, proszę!
Od razu kazałam mu to sobie wybić ze łba, z tym chorym gardłem, a tam wiejski dom nieogrzewany i wilcy wyją po polach.
–Dlaczego? Mamo, błagam cię, już mnie gardło wcale nie boli, nie będzie zimno, rozpalimy w kominku... A tata właściwie już mi pozwolił!
Ożesz jego mać, pomyślałam agresywnie, ale wobec konieczności zachowania jednolitej linii wychowania, zmiękłam nieco.
Potem się okazało, że to wszystko gówno prawda i że Stary wcale mu nie pozwolił, ale było już za późno, a Młody już wyjechał do Ł, z podwójną porcją kasy (ode mnie i od Starego, bo wziął od nas obojga „na bilet”, zanim zdążyliśmy się spotkać i skonfrontować).
Wrócił następnego dnia koło południa, bo miałam z nim jechać na zakupy i owszem, pojechaliśmy (oczywiście, po uprzednim zastosowaniu jednolitej wychowawczo rodzicielskiej przemocy słownej!).

Minęła sobota i niedziela, w poniedziałek po południu zahaczyłam Młodego:
-A ty całkiem zdrowy jesteś, widzę, po tym spaniu w niedogrzanej chałupie. Gardło cię już nie boli?
Młody spojrzał na mnie z politowaniem i powiedział:
-To wam teraz powiem prawdę.

I powiedział. Było ich trzech, a jeden miał prawdziwą profesjonalną wojskową rację żywnościową. Poszli ze śpiworami do lasu, najpierw rozpalili ognisko, wykopali dziurę w śniegu, wyścielili ją gałęziami, naciętymi w lesie. Weszli do śpiworów i leżeli tak przy ognisku i gadali do trzeciej w nocy. Nie, nie było zimno i właściwie, to blisko ogniska miał tylko nogi, no bo spodnie i buty miał mokre...
Dopiero o trzeciej zaczęło im się zimno robić, więc poszli do domu, rozpalili w kominku i wtedy to już poszli spać.
To była noc z 29 na 30 stycznia, średnia temperatura miesiąca – około minus sześć.


-Wiesz co, ten twój syn to ma chyba coś z banią – powiedziała Ania M., której to opowiadałam w pracy.

Wiem.
(1320)

Komentuj (7)

12.02.2010 (22:27)

Dostali ten kredyt.
Co prawda go dostali, ale nie mogli dziś być u notariusza, więc spotkaliśmy się tam tylko z państwem S., i podpisaliśmy z nimi trzy umowy – przedwstępną sprzedaży działki z domem (0,1191 ha) i dwie umowy warunkowe, dotyczące działek rolnych (0,75 ha i 0,0781 ha). Z tymi aktami notarialnymi od działek rolnych Stary rusza w poniedziałek do AWRSP, gdzie mają niby miesiąc na wypowiedzenie się w kwestii prawa pierwokupu, ale podobno jak się pojedzie osobiście, to można to przyśpieszyć. Niby niebezpieczeństwa nie ma, że zechcą kupić te działki, bo areał poniżej hektara, ale na papier i tak trzeba czekać.

Państwo S. przyjechali ze wsi samochodem. Pani S. stwierdziła, że po mieście jeździ się okropnie, no bo miasto w ogóle nie jest odśnieżone. „To już u nas jest dużo lepiej” – powiedziała.
Hmm, ciekawe.
Bo wszyscy nas straszą: „zobaczycie, jak spadnie śnieg, co to będzie, nie wydostaniecie się z tej wsi, aj waj!”.

Dość długo trwało odczytywanie aktów notarialnych i co jak co, ale umiejętność czytania to notariusz musi mieć opanowaną. Państwo S. siedzieli na krzesłach a my na kanapie i trzymałam Starego za nogę, bo się bałam tych odczytywanych kwot i terminów. A za każdym razem, kiedy padał z ust notariusza nasz przyszły adres, to czułam jakąś miękkość w stawach kolanowych, jakby mi się tam ciepłe mleko przelewało...

Strony zobowiązały się do zawarcia umowy, przenoszącej prawo własności do 20 marca 2010.
Sprzedający zobowiązali się wydać nieruchomość w ręce kupujących do dnia 7 maja 2010.
Te daty oczywiście zmienią się na wcześniejsze, jeśli uda się przyśpieszyć decyzję z AWRSP i jeśli wszystko odbędzie się bez niespodzianek w środę.
A w środę czeka nas jeszcze jedna wizyta u notariusza, tylko teraz dotyczyć będzie sprzedaży naszego mieszkania.

Komentuj (6)

17.02.2010 (16:34)

No i co? I gówno!
O ile piątkowa wizyta u notariusza wlała w nas nadzieję, że już teraz to naprawdę wszystko się dzieje, to dziś z lekka ścięło mi się białko ustrojowe. Nie chce mi się wdawać w szczegóły, dość powiedzieć, że jak zwykle obstrukcja nastąpiła z winy (z przyczyny? bo nie wiem, czy można tu mówić o winie...) ludzi kupujących od nas mieszkanie.

Jesteśmy związani umową z państwem S., oni są związani umową ze swoim Sprzedającym, wszyscy zobowiązaliśmy się do kar umownych w przypadku odstąpienia od tych umów, natomiast dzisiaj my nie mogliśmy podpisać umowy z naszymi Kupującymi. Jeśli w piątek oni nadal nie będą gotowi, to musimy szukać nowego kupca na nasze mieszkanie i to szybko, bo do 20 marca transakcja musi być załatwiona.

A tu agencja od wsiowej ziemi obiecała Staremu, że nie zechce tej ziemi i że przyśle stosowny papier w ciągu dwóch tygodni. I byliśmy oglądać deski podłogowe. I kłócimy się, gdzie deski, a gdzie płytki. I oglądamy sklepy ze starymi kredensami i biurkami. I szukamy starego stołu do jadalni. I w ogóle.

Jestem disappointed...
(1422)

Komentuj (1)

19.02.2010 (21:26)

Wreszcie mogę to napisać: kupujemy przedwojenną wiejską szkołę! (na tych terenach "przedwojenna" oznacza: "poniemiecka").

No więc tak: tydzień temu w piątek były umowy notarialne dotyczące zakupu domu i dwóch działek rolnych, dziś umowa sprzedaży naszego mieszkania.
Odwrotu już raczej nie ma.
Następny ważny termin - 20 marca; to data, kiedy nastąpi przeniesienie prawa własności domu z państwa S. na nas i prawa własności naszego obecnego mieszkania na państwa Z., czyli będzie to już właściwa sprzedaż i zakup.
Pozostałe terminy wyglądają tak, że najpóźniej do 7 maja państwo S. przekażą w nasze ręce dom i ziemię, a najpóźniej do 7 czerwca my przekażemy nasze dotychczasowe mieszkanie państwu Z.
Cały ten maj jest na remont, ile zdążymy, to zdążymy, potem to już koniec zabawy i wprowadzamy się na plac budowlano-remontowy.

Przyjechała Dziedziczka. Zamiast się pakować, w sensie - przygotować do wyrzucenia te sterty śmieci, które ma nagromadzone w szafach i szafkach od czasów gimnazjum, to siedzi przy kompie non stop. Jutro idziemy z nią razem na bal wielkopostny pod hasłem przepędzania zimy, a w niedzielę Dziedziczka zabiera Dziedzica na drugi tydzień ferii na wycieczką objazdową po Galicji z przyległościami.

Mam zamiar też jutro zadzwonić do pani S. w sprawie psa, jak nie zapomnę.

A od poniedziałku Stary obiecał ruszyć ostro z nawiązywaniem kontaktów z wszelkimi majstrami od przyszłego remontu.
(1524)

Komentuj (4)

24.02.2010 (13:39)

Miałam tyle planów na ten drugi tydzień ferii, tyle roboty do ogarnięcia i cóż...

Pierwszego poranka zawiesiłam się na dwie godziny nad prażonym słonecznikiem. Siedziałam tak i skubałam, skubałam, skubałam. Co ciekawe – nigdy przenigdy tego nie robię, wręcz uważam to za idiotyczne; jak mam ochotę na słonecznik, to kupuje łuskany, a jak mam ochotę na prażony, to sobie go mogę uprażyć.
A tu proszę. A słonecznik w łupinach był akurat w domu, bo karmimy nim ptactwo balkonowe; znaczy - zeżarłam ptactwu.
A jakie miałam potem czarne pazury!

Drugiego dnia od rana miałam już katar i gardło mnie bolało, więc jakby naturalnym sposobem oddaliłam się od planowanych czynności. Miałam zrobić test z angielskiego z pięciu unitów, zadany na ferie, nawet umówiłyśmy się na wspólne jego rozwiązywanie z koleżankami, no i owszem, pojechałam. Ale zapomniałam zabrać tego testu ze sobą!
Siadłam więc dziś sama w domu do tego testu, wzięłam ołówek, napisałam pierwszy wyraz, sięgam po gumkę, nie ma gumki! Musiałam ją zostawić wczoraj na tym spotkaniu, bo wyjmowałam na stół cały piórniczek.
Cholera, przecież nie będę robić testu bez gumki!

Miałam też szyć. Ale nie mogę się zdobyć na wyciągnięcie maszyny do szycia, no nie mogę.

Miałam poprzesadzać kwiaty w pracy. W poniedziałek nie pojechałam, poniekąd przez ten słonecznik, a zresztą, jak sprawdziłam potem w kalendarzu biodynamicznym, to był całkiem beznadziejny dzień na prace ogrodowo-pszczelarskie, więc dobrze, że nie pojechałam.

Jak widać, wszystko sprzysięga się przeciwko mnie.

Muszę do soboty jakoś stanąć na nogi.
Myślę, że natychmiastowa awaria Internetu bezprzewodowego mogłaby to nawet przyśpieszyć... Bo najlepiej mi idzie wyszukiwanie w sieci desek podłogowych, kafli, płyt gazowych i piekarników, klinkierów, hodowli kur zielononóżek, budowy pieca chlebowego, podłóg na wylewkach lub legarach, tynków glinianych, bidetów i wanien. Znalazłam na przykład wannę za 37 tysięcy, a wcześniej nie wiedziałam nawet, że istnieje.
(1572)

Komentuj (4)

27.02.2010 (13:45)

Do bólu kręgosłupa dołączył kaszel i obydwa dobierają się do mnie w nocy. Jak tylko się położę, to wiadomo, boli mnie kręgosłup; muszę latać, miotać się, kręcić, chodzić – wtedy jest OK. Leżeć nie mogę. No ale ja tak mam niestety, że w nocy leżę, znaczy śpię na leżąco (chociaż wiem, że nie każdy musi leżeć, żeby spać, ho ho, widziałam już takie rzeczy).

Kaszel, który nadszedł po kilkudniowym katarze, atakuje podczas snu. A niech ktoś spróbuje kaszleć na leżąco z obolałym kręgosłupem! Z każdym więc atakiem kaszlu zrywam się do siadu, zginam się wpół i wtedy kaszlę sobie bez obaw, że mi się porozrywają wszystkie pozostałe krążki międzykręgowe.
Po kilku takich zrywach wyszłam z nerw i poszłam do dużego pokoju.

Była 1:30 czy coś koło tego. Zaczęłam od ketonalu forte, potem usiadłam sobie grzecznie na krześle przy sekretarzyku wyposażona w herbatkę z melisy i rumianku, przyodziana w skarpetki i owinięta narzutą i złożyłam głowę na przygotowanych do prasowania poszewkach (żartowałam – nie prasuję poszewek już chyba z dziesięć lat!). Tak sobie siedziałam i kaszlałam, aż wreszcie całkiem się obudziłam. Zapaliłam lampkę, sięgnęłam po jakiś papier z jednej z przegródek, potem wyjęłam całą zawartość przegródki ... i tak, krok po kroku, ani się nie obejrzałam, jak był wysprzątany cały sekretarzyk, posegregowane dokumenty, odseparowane śmieci. Poszłam za ciosem i ruszyłam do kuchni, tam też layout pozostawiał wiele do życzenia i jak skończyłam, była 4:30.

Wtedy już mi się znów zachciało spać i mniej już kaszlałam i nie bolał mnie już prawie wcale kręgosłup. Poszłam więc z powrotem do łóżka, gdzie spał mój Stary, chrapiąc radośnie przez cały ten czas. Oczywiście, jak się tylko położyłam, to kręgosłup znów się odezwał i kaszel też, ale obydwa już nie tak mocno i pospałam do 7:30.

Mam dziś babską imprezę u siebie i będę musiała uważać, żeby nie zasnąć z nosem w sałatce, bo pomyślą, że to od wódki!
(1628)

Komentuj (6)

06.03.2010 (09:10)

Nie chce mi się pisać, bo za dużo mam do pisania, za dużo mam do roboty.

Wypisałam się z wycieczki do Grecji, na którą miałam jechać pod koniec czerwca, bo straciła ona dla mnie całą atrakcyjność; będę miała o tej porze wszystkie Grecje świata, Grecję mojego życia, że tak powiem. Chociaż... byliśmy w czwartek po południu na wsi i nie wygląda tam na Grecję, naprawdę. Śniegu po kolana i jacyś ludzie łażą po naszym domu i jakiś obcy pies szczeka. Zawieźliśmy tam znajomego elektryka, który być może będzie wymieniał całą instalację, żeby mógł się rozejrzeć na miejscu. A dziś przychodzi do nas na rozmowy remontowe pan, który będzie chyba robił ten cały remont.

Miałam pogląd wyrobiony głównie na podstawie zdjęć, oglądanych wciąż i wciąż, no i ta jedna wizyta na samym początku, w sierpniu. Po tym czwartku stwierdzam, że pokoje na dole wydawały mi się większe, niż są w rzeczywistości, natomiast pokoje na górze zupełnie odwrotnie. No i kury mają ekstra domek w ogródku, tylko musimy go obrać z eternitu. Ale domek nadaje się nawet, żeby zamknąć w nim kogoś na noc (za karę lub dla wymuszenia zeznań).

Poszłabym na jakiś koncert, gdzie można by poskakać i powrzeszczeć. Rozważam pierwszy dzień Open’era, zamiast tej Grecji. Eddie, hmmm, mniam....

Muszę zrobić linkownię do tematu wieś. Porobiliśmy sadzonki z winobluszczu, zdartego ze ścian balkonu, a w najbliższych dniach będę siać pomidory na rozsadę. Mam nasiona, które wybierałam pieczołowicie w sierpniu z takich mega pysznych odmian, które jednak mają mało nasion w owocu, więc trzeba się nadłubać. Jakbym wiedziała, że się przydadzą! Przetrwały zimę, zabezpieczone i nawet ładnie pachną.

Jestem już trzy tygodnie na diecie rozdzielnej i ciekawe, czy coś z tego wyniknie.
A dziś idę na babski sabat do dziewczyny, którą znam od prawie roku, a wczoraj się dowiedziałam, że była ona kiedyś synową mojej koleżanki z poprzedniego życia.
(1718)

Komentuj (4)

13.03.2010 (08:54)

Żeby nie było, że Młody nic sobie dawno nie uszkodził, to jesteśmy właśnie po wieczornej wizycie na pogotowiu. Skakał wczoraj wzwyż na 170 cm i jakoś mu się tak podwinęła lewa ręka, że upadł na nią. W efekcie ból i opuchlizna i kolejne zdjęcie Rtg. Obyło się tym razem bez gipsu, ale chusta trójkątna ma być noszona przez 3 tygodnie.
Musimy dziś usiąść ze Starym i zaplanować układ tych wszystkich pierdów elektrycznych, gniazdek i pstryczków i Stary już mi zapowiada, że czuje narastający konflikt. Coś mi się wydaje, że będzie próbował przeforsować oświetlenie domu lampami naftowymi, połączonymi szeregowo, albo cuś. Będę dzielna.
W poniedziałek lecimy się wymeldować, bo we wtorek, przy podpisywaniu aktu notarialnego musimy przedstawić zaświadczenie, że pod naszym adresem nie ma żadnych osób zameldowanych. No a w środę zameldujemy się już na wsi. Będziemy więc bezdomni przez te dwa dni...
We wtorek i środę będzie dobry dzień na wysiew pomidorów, ziemię mam już przygotowaną. Latem kupuję te bawole serca za szatańskie pieniądze i pożeram z oliwą, solą, pieprzem i świeżą bazylią. Może uda mi się mieć własne. Ale właściwie, dlaczego miałoby się nie udać?
Dziś zdjęcia piętra. Obecnie są tam dwa pokoje z prostymi ścianami, skosy są odcięte i funkcjonują jako strych, a cały dach jest nieocieplony. Chcemy zachować ten układ, tylko mamy zamiar zabudować bocznymi ściankami sień miedzy pokojami i ocieplić utworzony w ten sposób duży prostopadłościan. A pod skosami nadal będzie strych.

Pokój południowo-zachodni:


Pokój północno-wschodni:


Sień między pokojami:


Skosy:








Szczyt pod kalenicą:


Komentuj (7)

16.03.2010 (19:05)

Kupowanie domu jest wyczerpujące fizycznie i psychicznie. Trzeba jeździć samochodem między bankiem a notariuszem i biurem nieruchomości z walizką banknotów. Trzeba też słuchać pananotariuszowego czytania długo i cierpliwie, a następnie podpisywać papiery, z których wynikają śmiertelnie poważne rzeczy. Na przykład jest tam napisane, że mieszkanie, w którym mieszkam, nie jest już moje, natomiast dom, w którym nie mieszkam, jest owszem mój. Oraz, że pieniądze, które bank przelewa z tytułu zaciągniętego kredytu krążą w nieskończoność pomiędzy kontami aktorów tego spektaklu.
Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, żeby pan notariusz, spisujący te ważne rzeczy, ponumerował błędnie strony i nadał im kolejność: 1, 2, 2, 4, 5 (więc Stary do samochodu i z powrotem z banku do notariusza).

Stary dobrze ogarnia tę całą kuwetę, więc ja się mogę skupić na kluczowych zagadnieniach typu: płytki gładkie, czy chropowate.
Mimo to dzisiejszy dzień wyczerpał mnie do tego stopnia, że po obiedzie osunęłam się i zapadłam w sen w biżuterii i makijażu, a teraz wstałam i nawet nie jadę na medytację, bo po prostu nie mam siły (a tu jeszcze przede mną wysiew pomidorów, nie ma letko).

A jutro jedziemy do IKEA, zainspirować się twórczo.


Ponieważ wczoraj się już wymeldowaliśmy, więc jesteśmy bezdomni wraz z dziećmi. Wy wszyscy, którzy to czytacie, nie czujcie się bezpiecznie. Czteroosobowa rodzina z psem może Wam się lada chwila wpakować na chatę i zacząć zużywać wodę i elektryczność.
(1888)

Komentuj (3)

21.03.2010 (13:51)

Byliśmy na wsi w piątek. Zaliczyliśmy z panią S. obchód całej posesji z opowiadaniem i pokazywaniem. Ochrzciłam moje nowe granatowe kaloszki - spisały się na medal. Ustaliliśmy, jakie ruchome części gospodarstwa państwo S. chcieliby nam przekazać odpłatnie, a jakie nieodpłatnie.

Kury mamy dostać gratis. Za bardzo się z nimi nie zapoznałam, bo nie wsadzałam głowy do ich kurnika. Kogut jest niezłym bykiem i podobno bez kija nie należy się zbliżać. W związku z tym mam pytanie: czy kogut MUSI być w kurniku? Z tych kur jedna wyglądała nam na zielononóżkę, a w takim razie jej jajko na Allegro kosztuje dwa czterdzieści. Jedno.
Z tymi kurami będzie trzeba uważać, w sensie traktować je ozięble i lekceważąco, sypiąc im ziarno, no bo jak tu potem ugotować rosół z takiej kury, do której się czuło sympatię? Gdzieś tam była chyba u Andersena dziewczyna_ kopiąca_ kury, czy nie w Brzydkim Kaczątku?

W ogrodzie leży pełno śniegu (no, leżało w piątek!), ale i wschodzą już tulipany i lilie, pod folią kiełkuje rzodkiewka i sałata lodowa, wzdłuż ścieżki wyglądają zielone liście stokrotek, a w pokoju na oknie wzeszły już pomidory.
Dowiedzieliśmy się, w których drzewkach lęgną się ptaszki, a w których nie, który krzak bzu kwitnie na jaki kolor. Będę teraz miała swój własny czarny bez, którego kwiatostany suszę każdego roku na lek przeciwgorączkowy.

Zaliczyliśmy też kawę z sernikiem, w sumie siedzieliśmy tam ponad trzy godziny. Posłuchaliśmy opowieści z historii domu i dziejów państwa S., no i trochę takich praktycznych ciekawostek, które nam się mogą przydać, porobiłam trochę notatek i kilka zdjęć.



I wróciliśmy do domu; siedzimy i wkurzamy się, że tyle roboty tam na nas czeka, a my tu w tym bloku siedzimy jak te dupy.
(2008)

Komentuj (8)

03.04.2010 (21:00)

U progu świąt zostałam pozbawiona narzędzi do komunikowania się ze światem. Otóż mam nowy telefon, mam też nową pocztę internetową. Trwa żmudne przeorganizowywanie się ze starych narzędzi na nowe, nie mogę więc szybko i sprawnie powysyłać życzeń świątecznych.
A nawet popełniłam do dalszego kolegi z pracy smsa z życzeniami i naszym nowym adresem na wsi, oczywiście przez pomyłkę. To się chłopak musiał zdziwić.

Ostatnie święta w mieście jakoś mnie mało emocjonują, bardziej przeżywam, czy wschodzą równo pomidory w doniczce.
Mięs w tym roku nie peklowałam, tylko upiekłam takie, na szaro. Pascha mi wyszła za mokra, chyba za szybko wyłączyłam gar z mlekiem; zapowiedziałam już rodzinie, że jak do rana nie odcieknie wystarczająco, to będziemy ją pić z pucharków. Żadnych protestów nie było.

Wczorajsza wizyta w naszym gospodarstwie miała na celu zapoznanie dziedziczki z włościami, bo jeszcze nie widziała. Pani S. znów nam wszystko poopowiadała, gdzie co rośnie już, a gdzie wyrośnie wkrótce, co wczesne, a co późne...
Cudnie tam już teraz, kwitną przebiśniegi, wszędzie wyłażą z ziemi różne zielska i kogut drze mordę. Nie wiemy jeszcze, czy go zatrzymamy, czy nie; zależy, czy będzie chciał współpracować...

Wesołych Świąt!














(2068)

Komentuj (2)

04.04.2010 (16:55)

Ja się z tych świat wypisuję. Zjadłam śniadanie wielkanocne a potem ciasto i efekt jest taki, że cały dzień czuję się, jakbym się składała z samego wielkiego ogromnego brzucha, który chlebocze się we mnie na prawo i lewo i w górę i w dół.
Nie pomógł nawet długi spacer z psem.
Myślę, że to jest efekt mojej diety rozdzielnej i że odzwyczaiłam się już od takiego jedzenia wszystkiego razem.
Wkurza mnie to i nie pozwala mi się cieszyć tym, że takie smaczne mięska upiekłam i ciasta prawie udane (mazurki mają udaną formę, a pascha treść; babki za to są udane zarówno merytorycznie jak i formalnie). Chyba nie będę już robić więcej tych mazurków z masą kaimakową - są obrzydliwie słodkie.

Młoda pakuje zawartość swoich szaf i komód do przeprowadzki. Segregowanie odpadów ma na wysokim poziomie organizacji. Gorzej z kwalifikacją tych wszystkich elementów majątku ruchomego - zbyt mało trafia do odpadów, moim zdaniem.

Oto nasze ostatnie w tym mieszkaniu święta - ze stertami posegregowanych odpadów jako scenografią całości.


A, no i okazuje się, że mój laptop nie ma bluetootha a mój nowy telefon nie ma kabla, więc nie mogą ze sobą współpracować, chociaż obydwa są od tego samego producenta. To oburzające.

Komentuj (1)

06.04.2010 (13:11)

Chyba nie lubię rzeczy i zjawisk nieodwracalnych. Jakiś strach mnie ogarnia, że to na serio i że nie ma odwrotu.
Kiedy Młoda wyjeżdżała, zamieniłam się w mokrą plamę, że to tak ostatni raz z tego mieszkania... Bo chyba ostatni.

Posprzątałam poświąteczne pozostałości, pozamrażałam, co się nie zjadło, teraz powinnam zacząć wyrzucać, zanim się zacznę pakować. To mnie nie ominie, trzeba wreszcie raz to zrobić – te sterty nieużywanych ciuchów, różnych „przydasiów”, jak i książek niestety (ale do tego mam uprawnienia i to się wtedy nazywa „selekcja księgozbioru”).

Powinnam się też uczyć angielskiego i nawet trochę się uczę, skoro wpłaciłam już kasę i mam zamiar zmierzyć się w czerwcu z certyfikatem językowym.

W nocy przez jakąś godzinę nie spałam i straszyły mnie wtedy różne strachy i zmory związane z wyjazdem Młodej, z przeprowadzką, z remontem i z tym czy przecinki są w defining, czy w non-defining clauses. Swój udział ma tu też coraz większy strach przed nieodwracalną ingerencją stomatologa w moją paszczę, która ma nastąpić 13 kwietnia i im bliżej, tym większa panika mnie ogarnia, bo to też z gatunku rzeczy nieodwracalnych.

Trochę za dużo tego wszystkiego zbiega się w jednym czasie i miejscu.
(2128)

Komentuj (6)

11.04.2010 (22:14)

Sprawa katyńsko-smoleńska jest na tyle nieprawdopodobna, że czuję się wkręcana w tandetny komiks. Nie cierpię komiksów.
A Chopin i klimaty chopinopodobne w Trójce dołują mnie totalnie i mam nadzieję, że zaczną to czymś rozrzedzać w trakcie tego tygodnia, bo jak nie, to powieszę się na najbliższym drzewie. I jestem wdzięczna Młodemu za metalowe rytmy, dochodzące z jego pokoju.
No i znów staliśmy się największym męczennikiem wszystkich narodów.

Dziś Stary robił ewakuację swojej szafy, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że 24 kwietnia dostaniemy klucze do naszego domu i będzie musiał się wyprowadzić jako pierwszy. Zamieszka już tam od razu z tymi kurami, które przecież codziennie trzeba otwierać na dzień, zamykać na noc, karmić, poić i pozbawiać jajek.

Mam nadzieję, że zdążę w kwietniu posadzić bób; przeczytałam dziś, że bób się sadzi w kwietniu, no to muszę jakoś zdążyć i w dodatku wstrzelić się w dni korzystne z punktu widzenia kalendarza biodynamicznego.
Posiane w marcu pomidory porozsadzałam już w tym tygodniu i mam ich 60, wszystkie się przyjęły. Wynoszę je na balkon na popołudniowe słońce i wnoszę do pokoju na noc. Rosną, pachną, a ja robię im zdjęcia.

Mamy miesiąc na remont pierwszej potrzeby w naszym domu. Przez cały maj będę jeszcze z Młodym mieszkać tu, gdzie dotychczas, powolutku się pakować, a Stary będzie przewoził po trochu cały ten nasz dobytek.
Na koniec jeszcze meble i witaj, życie na wsi!

Stanę się "ludnością, dojeżdżającą do pracy w mieście z terenów wiejskich".
(2248)

Komentuj (1)

13.04.2010 (21:38)

COOO??? WAWEL???
O, przepraszam, ja chyba śnię!

To niesmaczne.

Komentuj (0)

14.04.2010 (06:44)

Miałam zamiar uczcić w sobie tę żałobę, naprawdę. Ubieram się do pracy w stonowane kolory, no bo wiadomo, szkoła, przykład dzieciom, itepe i wzruszył mnie Młody, który sam z siebie ubrał się w poniedziałek do szkoły na czarno.
I słucham tej Trójki, chociaż to, co oni odpieprzają w tym tygodniu to jest naprawdę przegięcie; no ale przecież pisiory u steru...

Ale teraz nie mogę się skupić na myśleniu o czymś innym, niż ten Wawel i taka refleksja mi się tłucze po głowie, dlaczego ludzie, którzy idą do wielkiej polityki nie są zobowiązani przejść badań psychiatrycznych. Zresztą tak samo z posiadaniem dzieci – każdy może mieć dzieci, nie trzeba na to żadnych zezwoleń, dyplomów ani certyfikatów; więc robią te dzieci, a potem ich nie wychowują, tylko dają im jedzenie z fastfoodów, ciuchy z metkami i dużo drogich zajęć pozalekcyjnych i myślą, że to już wystarczy, żeby wychować człowieka.

Więc martwi mnie teraz, że kłębią się we mnie złe emocje i trudniej mi w tej sytuacji przetrwać w skupieniu ten tydzień i skoncentrować się na tragedii tych wszystkich osieroconych rodzin i przyjaciół, bo jacyś kretyni wygenerowali taki chory pomysł.

Komentuj (5)

15.04.2010 (10:34)

Zrobiliśmy ze Starym na odwrocie paragonu sklepowego roboczą listę, z zagadnieniami: „do zrobienia od razu – ekipa”, „do zrobienia od razu – my”, „do zrobienia nie od razu”, „do kupienia” i coś tam jeszcze, czego nie pamiętam.
Dramatyczne szczegóły listy nastąpią...

Tymczasem moje pomidory z pestek własnoręcznie pozyskanych rosną pięknie, codziennie wynoszę je po południu na balkon, żeby mogły wykąpać się w słońcu, a na noc wnoszę z powrotem do pokoju. No i robię im zdjęcia co kilka dni.

Klucze od domu dostajemy 30 kwietnia, a jutro Stary jedzie z panią S. do zakładu energetycznego przepisać na nasze nazwisko umowę na dostawę elektryczności.
C.d.n.
(2308)

Komentuj (3)
Blogi
Barbarella
Etyka
NaWsi
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Gospodarstwo
Biodynamicznie
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów