Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


01.01.2011 (15:39)

Jak to miło spędzić parę sylwestrowych godzin w dobrym towarzystwie, w porządnym domu, gdzie - jak należy - w łazience koło kibelka można znaleźć Wyborczą.

A po powrocie – roztopy; zrobiło się trzy na plusie i zepsuło piękne sople, zwisające z naszych dziurawych rynien. Ciekawe, ile jeszcze ta zima potrwa. Jak na razie, to śnieg z ogrodu mogę sprzedawać na ciężarówki.

Na następny rok pięknie proszę o błogie poczucie spokoju i bezpieczeństwa dla mojej Rodziny i Przyjaciół, wzajemną bliskość i materialną pewność jutra.
Wszystkim, z którymi nie odczuwam bliskości, życzę szczęścia z daleka ode mnie.
A tym, którzy wyrządzają krzywdę innym, życzę, żeby doznali ukojenia, bo to oni sami mają problem.

Komentuj (3)

03.01.2011 (22:57)

Zabieram się za przygotowaną stertę numerów miesięcznika Ogrody i zaczynam szczególnego rodzaju aktualizację bibliografii.

Zasadnicza część tej bibliografii powstała dawno temu. Potem, w miarę kupowania nowych numerów, aktualizowałam opisy - oczywiście nie tak od razu, ale starałam się przynajmniej raz w roku, jak się już trochę uzbierało.
Porobiłam wtedy różne grupy zagadnień, tak, żeby każdy mógł tam łatwo znaleźć dla siebie coś, czego właśnie potrzebował. Zawsze podczas tej pracy natykałam się na różne rzeczy, które wydawały się stworzone wprost dla mnie, które mnie urzekały i zachwycały; żałowałam wtedy, że mogę się tylko pozachwycać i pokazywałam je Staremu, żeby zachwycał się razem ze mną. Nie wiedziałam jeszcze, że nadejdzie taki czas, kiedy będę mogła naprawdę zajmować się takimi rzeczami, kiedy będę miała miejsce dla tych niesamowitych roślin, będę mogła wykorzystywać zdobytą wiedzę lub sprawdzać w praktyce przeczytane ciekawostki.

A teraz właśnie mam zamiar przekopać się przez te pisma jeszcze raz i wszystko to stamtąd wydłubać.
Nowy folder, a potem podstrona na te wszystkie skarby ma na razie roboczą nazwę „siemipodoba”. Będzie to mój podręczny zasobnik, z którego będę mogła czerpać, podczas urządzania naszego ogrodu.
No bo Stary ma to wszystko w głowie, a ja niestety muszę się wspomagać...

Ha! I znów będę bogiem, który powołuje do życia coś, co pojawia się potem na stronie wu-wu-wu.

Komentuj (4)

06.01.2011 (23:34)

Przyjechała kiedyś Elżbieta i miała taki pomysł, żeby w ścianie kotłowni zrobić okienko, które znajdzie się dokładnie naprzeciw okna w sieni i doświetli wnętrze kotłowni. A że Elżbieta wie, co mówi, a okienko stosownych rozmiarów znalazło się PRZYPADKIEM w szopie, to Stary zapalił się do pomysłu. Spodobało mu się, że będzie mógł sobie dorzucić drewko do pieca przy dziennym świetle.
Kotłownia znajduje się w samym centrum domu, tam, gdzie kiedyś była kuchnia. Ściany kotłowni, tworzące prawie kwadratową kostkę, to są właściwie jedyne ściany, które dobudowaliśmy podczas remontu. Powstały one wokół pieca CO, który pozostał na starym miejscu.
Wziął więc Stary piłę i wyciął był w ścianie otwór, a następnie wstawił tam okienko. Oprawił je drewnianą listwą, a ja pomalowałam listwę brązową lakobejcą.
I co się okazało? Patrzę, patrzę... a to domeczek! Drzwi do kotłowni, obok okienko – mały domeczek w środku naszego domu! Gdyby nie ta syfiastozielona płyta GK, pomyślałabym, że to Baby Jagi chatka z piernika.



Jak się Stary rozpędził, to zrobił też nową drewnianą klapę do piwnicy i urządził sobie na górze sprytny warsztacik do budowania naszej świetlanej przyszłości.
A ja dziś bejcowałam to i owo – szerokie framugi drzwi do sypialni i do łazienki, drewniane listwy do wykończenia luksferowej kabiny prysznicowej, narożniki listew przypodłogowych. Tak mnie poniosło, że powiesiłam nawet w szafkach kuchennych nowe zasłonki. Kiedyś tam będą drzwiczki ze starych desek, a na razie wiszą szmatki. Te nowe, to w takim kolorze, że do soboty może powiszą czyste, ale dłużej? Nie mam złudzeń.



A na obu zdjęciach widać fragmenty ściany, tynkowanej przez Starego (normalnie łapami) tynkiem glinianym. Tynk powstał z niewypalanych cegieł, rozpuszczonych w wodzie.
Z takich cegieł zbudowane są wewnętrzne ściany naszego domu.

Komentuj (10)

15.01.2011 (16:16)

Pierwszy raz w życiu mam teraz coś takiego, że chciałabym przestać pracować. Niby jeżdżę do tej pracy, ale jak już tam jestem, to cały czas myślę tylko o tym, żeby stamtąd wyjść jak najprędzej. Dawniej tego nie miałam, jakąś równowagę to wszystko trzymało: praca – dom, wiadomo. A teraz jest inaczej.
Myślę, że ma to związek z przeprowadzką i z tym, że miejsce do którego wracam, to jest już zupełnie inna bajka, niż kiedyś.
Oszalałam z zachwytu.

Właściwie, to mogłabym stąd wcale nie wychodzić. Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby moje życie zawęziło się do tego miejsca. Mogłabym bez końca chodzić po polach i pracować w domu i ogrodzie, gdzie zajęć jest bez liku i wiadomo, że zawsze będzie.
Cudownie jest w ferie i wakacje; jak Stary jedzie wtedy do miasta i chce mnie zabrać ze sobą, to ja tylko kombinuję, jak by się tu wymigać.

Pustelnikiem jednak nie jestem i nigdy nie byłam, potrzebuję ludzi, cieszę się więc z odwiedzin przyjaciół i cieszę się, kiedy ja ich mogę odwiedzić.
Ale kiedy znów zostaję sama, jestem szczęśliwa, że mogę tu celebrować moją emigrację wewnętrzną - bez marketów, banków, szkół i kościołów, telewizji, spalin i sygnalizacji świetlnej, dresiarskiego towarzystwa wrzeszczącego pod blokiem i sąsiadów nad, pod i po bokach.

A co najdziwniejsze - kiedy byłam młoda, w ogóle takich odczuć nie miałam.
Musiałam dorosnąć.

Komentuj (1)

16.01.2011 (21:02)

Młody pokwestował w WOŚP, zakończył pierwszy semestr drugiej klasy nie tak znowu najgorzej, ma ferie.
Kolano Młodej zostało parę dni temu uwolnione z ortezy, może więc już pomykać luzem, choć jeszcze niesymetrycznie.
Jadą więc do Miasta Stołecznego Kraków i odwiedzą też babcię w Miasteczku, co się szczęśliwie zbiegnie z Dniem Babci.

Zostaniemy sami. Od wtorku będę codziennie jeździć na zabiegi rehabilitacyjne na ten mój szyjny kręgosłup.
Planujemy też kompleksowe przycinanie drzewek i krzewów w ogrodzie, niektóre z nich wymagają radykalnego odmłodzenia, a teraz, kiedy nie ma liści, widać wszystkie szczegóły. Ja się dokształcam, czytam i wykopiowuję - jak z leszczyną, jak z lilakami, a róże pnące tak, a wielkokwiatowe siak; wszystko mi się plącze. Dopóki pierwszy raz tego nie zrobię, to tak będzie - w głowie groch z kapustą.

Będzie przez te parę dni mniej gąb do wyżywienia, mniej gotowania i w ogóle używania kuchni, więc może Stary zacznie budowę okapu kuchennego. Przykryje on piekarnik i płytę gazową, zamykając bryłę niby-pieca i też będzie wytynkowany gliną, tak jak ściana całej kuchennej części.

Dziś termometr za oknem pokazywał sześć na plusie, ale ten śnieg w ogrodzie nie zamierza się roztopić. Modlitwa o deszcz wskazana; on mi może pomóc. Bo kiedy tylko pojawi się wreszcie spod śniegu ziemia na miejscu, gdzie od tego roku będę miała ogród warzywny, Stary będzie mi tam mógł rozłożyć kurzy obornik, czego nie zdążył zrobić w listopadzie.
Nie wiem tylko, czy ten śnieg się stamtąd wyniesie, zanim spadnie następny.

Dziś Stary pięknie wyfugował zaprawą glinianą część ceglanej ściany w tylnej sieni. Zdjęcia nastąpią...

Komentuj (0)

17.01.2011 (15:45)

Wczoraj rano Młody odkrył na strychu kolejną mysz, świeżo wyflaczoną przez Dziunię.

Wieczorami chce mi się lodów czekoladowych. I nie chcę już mieć krótkich włosów.
A śnieg leży...

Za to kury przedsięwzięły dziś poważną wyprawę rozpoznawczą, nie bacząc na przeciwności. Byłam w szoku, bo przez półtora miesiąca wychodziły tylko kawałeczek ze swojego domku i dreptały tuż przy drzwiach.
No, jak się teraz zaczną nieść, to aż szum pójdzie po wsi!

Komentuj (0)

19.01.2011 (18:02)

Zdążyliśmy. Grządki przygotowane.

Mnóstwo pracy poszło jesienią w przygotowanie tego kawałka, bo był tam zagajnik śliwek samosiejek i trzeba było najpierw rozebrać fragment ogrodzenia, potem te drzewka wyciąć i wykarczować pnie a wreszcie przekopać porządnie, wyciągając z ziemi plątaninę korzeni po śliwkach i po pnącej róży, która porastała wcześniej ogrodzenie.
Stary przywiózł dziś na te przyszłe grządki z dziesięć taczek obornika i przekopał płytko; teraz, nawet jak znów przymrozi i poprószy, to już wszystko będzie tam pod spodem pracować po cichutku na przyszły sukces hodowlany ("Mamofyen ze wsi SD wyhodowała marchew wielkości litrowej butelki po winie").
Będę teraz miała warzywne grządki blisko domu, tuż przy tylnym wyjściu, które jest otwarte przez całe lato niczym wrota obory. Znajomi, którzy też mieszkają na wsi, w prawdziwej wiejskiej chałupie, powiedzieli nam kiedyś, że u nich drzwi do domu są przez cały dzień zamknięte, również latem. No ja nie wiem, jak oni to robią.

Ja zajmowałam się dziś w obejściu bardziej poetyckimi sprawami, a to pobrałam materiał na sadzonki zielne z moich trzech lawendowych krzaczków (bo lawenda pokazała się właśnie dziś spod śniegu), a to wdzięcznie porozkopywałam czubkiem kaloszka piękne, świeże kretowiska, a to odmiotłam śnieg z salcesonowego placyku przy drzwiach ogrodowych. Przyniosłam też od razu trochę piasku na podłoże do tych sadzonek i wyprażyłam go w piekarniku.
Udrożniłam sobie wyjście przez tylną furtkę; będę teraz mogła znienacka wychodzić rano do pracy bez budzenia domowników okrzykiem: "hej, chłopy, wstawajta i otwórzta mi bramę!"
Mamy bowiem, na skutek grudniowych mrozów, trudności komunikacyjne - rządek cegieł pod bramą spuchł (pewnie spuchł ten lód pod spodem) i brama nie jeździ swobodnie, tylko szura po cegłach, a to już zabawa nie dla mnie; próbowałam, to wiem.

Wyszłam też dziś za furtkę ogrodu, a tam coś jakby wiosna, trawa prawie wszędzie pokazała się już spod śniegu i zapach jakiś inny od pól.
No i co - i poryczałam się.
I definitywnie posprzątałam wszystkie świąteczne dekoracje. Dość. Teraz na oknie w jadalni stoi antydepresant w postaci wielkiego bukietu zielonych brzozowych gałązek i forsycji z żółtymi kwiatkami.

Okazuje się, że płacimy tu horrendalne pieniądze za prąd. Myśleliśmy najpierw, że to normalne w okresie przejściowym, z powodu remontu i używania prądożernych potworów betoniarkopodobnych, ale remont dawno się skończył a tendencja się utrzymuje. Zaczęliśmy więc liczyć kilowaty (kilowatogodziny?), notujemy, obserwujemy - ciekawe, co z tego wyniknie.
Nie poczuwamy się do konsumpcji tego, co wskazuje licznik.

Komentuj (4)

20.01.2011 (19:57)

No i spadło białe gówno, nowe zapasy tam mieli przygotowane.

A ja od paru dni użeram się z różami.
W naszym ogrodzie rośnie ponad pięćdziesiąt róż. Postanowiłam więc naumieć się o nich wszystkiego, żeby je potem prawidłowo pielęgnować i nie zmarnować tego skarbu. Nawet mi nieźle szło, dopóki się nie natknęłam na grupę róż pnących.
Tu się okazało, że w różnych źródłach są podawane sprzeczne informacje, co znacznie utrudnia zaklasyfikowanie róży do odpowiedniej grupy. Nie jest to bez znaczenia, bo od przynależności do grupy zależy rodzaj ciecia, które powinno się stosować, a co za tym idzie późniejsza kondycja rośliny i obfitość kwitnienia.

Doświadczeniem nie bardzo się mogłam wesprzeć, bo po zeszłej zimie moje róże miały mnóstwo przemarzniętych pędów, przycinałam je więc na wiosnę raczej intuicyjnie, a czasem mnie poniosło i poleciałam sekatorem brawurowo, bo mi się zdawało, że tak będzie dobrze. W rezultacie niektóre róże kwitły a inne nie i nie poprzyglądałam się, na których pędach kwitły te, co kwitły, więc nie dysponuję po minionym sezonie porządnym materiałem obserwacyjnym, w rodzaju tabelki tematycznej w WORDzie, uwzględniającej wszystkie kryteria klasyfikacyjne.

Przegrzebałam więc liczne zasoby: posiadane numery Ogrodów i Działkowca, polsko- i angielskojęzyczne strony internetowe (w tym fora ogrodnicze i jedną pracę inżynierską) oraz wszystkie książki o różach i ogrodach na półkach w empiku. Pociągnęłam za języki takich, co róże pnące mają od lat, a także przesłuchałam Starego i zarzuciłam mu nieuctwo.
Uspokoiłam się wreszcie, kiedy przeczytałam na jednym forum komentarz pana, który pisał, że w różnych źródłach podawane są błędne informacje, ze wskazaniem, jakie źródła i jakie informacje. A myślałam już, że mam jajecznicę zamiast mózgu i nie potrafię pojąć najprostszych rzeczy.

Ustaliłam w końcu co następuje i tego się będę trzymać. Weryfikacja nastąpi w ogrodzie pod koniec sezonu wegetacyjnego 2011.

Róże pnące sztywne, ang. climber roses (między studnią a cisem, na ścianie wiatrołapu, na frontowej elewacji)
>charakteryzują się silnym wzrostem i wyprostowanym pokrojem
>kwiaty dość duże, pojedyncze lub zebrane w niewielkie grona, pojawiają się na tegorocznych pędach bocznych od późnej wiosny do jesieni, na ogół w sposób ciągły, albo powtarzają kwitnienie
>rozpinać pędy możliwie poziomo, co pobudza kwitnienie
>na wiosnę pędy boczne skrócić nad 2-5 oczkiem, usunąć wszystkie pędy chore, cienkie i starsze niż 5 lat ;

Róże pnące wiotkie, ang. rambler roses (na bramie)
>grupa róż o luźnym pokroju
>bujnie rosnące pędy przewodnie osiągają długość nawet do 5 m; co roku u podstawy wypuszczają wiele długich i giętkich pędów, na których w następnym roku wyrastają krótsze, boczne pędy kwiatowe z zebranymi w grona niezbyt dużymi, pojedynczymi lub półpełnymi kwiatami
>kwitną tylko raz, ale za to bardzo obficie
>cięcie wiosenne polega na usunięciu martwych, starych i chorych pędów; ubiegłoroczne pędy skrócić o ok. 1/3 (do grubości ołówka)
>usuwać przekwitłe kwiaty, po kwitnieniu przeprowadzić cięcie prześwietlające

Komentuj (6)

23.01.2011 (09:46)

Okap.
Się robi się...





Raport z prac ogrodowych:
>prześwietliłam forsycję - usunęłam jej cztery najstarsze gałęzie, które miały u nasady grubość mojej ręki w nadgarstku; krzaczek złapał oddech, wygląda pięknie; po kwitnieniu czeka ją jeszcze cięcie formujące...
>powycinałam odrosty korzeniowe trzech leszczyn; jeszcze dwie, może dzisiaj...
Z tych wyciętych patyków porobimy sadzonki.
Rozmawiałam też z Andrzejem - na wiosnę ruszymy z pierwszym naszym własnym ulem.

A przedwczoraj rano sarenka znów się pałętała po pasiece.


(3388)

Komentuj (0)

25.01.2011 (17:52)

Tak sobie radzi mała kicia, kiedy nagle wpuszczają do kuchni psy, tak bez ostrzeżenia...



Wczoraj przygotowywałam patyczki na sadzonki forsycji, a dziś wiązałam je w pęczki po dziesięć sztuk. Naliczyłam sto sześćdziesiąt. A w kolejce do pocięcia czeka leszczyna.

Dziś przez cały dzień Stary przygotowywał do wywózki poremontowy złom. Sporo się tego nazbierało, a i czas zrobić porządki w gospodarstwie.
Podobno teraz są dobre ceny w skupie. W końcu będziemy bogaci! (czyt. dożyjemy jakoś do mojej wypłaty)

Komentuj (1)

27.01.2011 (17:17)

Jestem taka dzielna, taka dzielna!
Obejrzałam dziewięć odcinków serialu z angielskimi napisami. I to nie jakieś tam belegówno, że dwudziestominutowe odcinki, tylko poważne, prawie godzinne. Jest to serial Big Love, który bardzo mnie wciągnął i pochłaniałam odcinek za odcinkiem, gdy nagle, w połowie drugiego sezonu, zabrakło mi polskich napisów. Więc niby to nie był żaden akt odwagi, tylko konieczność – jeśli chciałam oglądać dalej, musiałam przekroczyć ten mur. I poszło!

Nie powiem, żebym stuprocentowo wszystko rozumiała... zwłaszcza tego słownictwa biznesowego nie ogarniam, ale nie oszukujmy się – ja tego nie ogarniam również po polsku.
Nie zawsze nadążam czytać te napisy, więc jak są dłuższe kwestie, to sobie na chwilkę zatrzymuję i czuję sie wtedy trochę jak małpa z głębi lasów równikowych.

Jestem jednak dumna z tego, co osiągnęłam i właśnie teraz, z tego miejsca, w tak uroczystym dniu chciałabym podziękować Młodej, która od dawna nieugięcie mnie namawiała, zachęcała, motywowała i życzliwie kopała w dupę.


A tak się przytulamy z dużą suką:

(3550)

Komentuj (5)

31.01.2011 (17:39)

Mój blogasek skończył wczoraj sześć lat. Miał urodziny.
Przez ostatnie trzy lata (czyli, od kiedy mam wgląd do dokładnych statystyk), miał on ponad 41000 odwiedzin. Największa dzienna liczba odwiedzin została odnotowana 15 grudnia 2009 – 78 osób.

Miałam czytelników z Polski, Islandii, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Argentyny, Szwajcarii, Holandii i Irlandii. Ale również, chociaż poniżej 10 odwiedzin - z Australii, Austrii, Norwegii, Belgii, Danii, Chorwacji, Japonii, Szwecji i Czech.
84% odwiedzających to byli czytelnicy z Europy, ale i nieliczni z Azji, obu Ameryk oraz Australii i Oceanii.
W Polsce - najczęściej zaglądano ze Słupska, Szczecina, Krakowa, Warszawy, Wrocławia, Gdańska, Gdyni, Poznania i Krynicy-Zdroju.

Bardzo wszystkim dziękuję i wszystkich pozdrawiam i muszę wyznać, że średnia dzienna liczba odwiedzin, przekraczająca 40, wciąż i wciąż nieodmiennie wprawia mnie w osłupienie!

W dniu urodzin mojego blogaska chciałabym, żeby pod ta notką zostawiło swój ślad jak najwięcej osób – nawet ci, którzy nigdy nie zostawiają komentarzy, nawet ci, którzy nie wiedzą, jak to się robi.
Postarajcie się, ten jeden raz, proszę, proszę, chociaż nick i kropeczkę...
(3790)

Komentuj (28)

05.02.2011 (22:22)

Aktualizacja bibliografii Ogrodów zakończona, nazwałam nowy dział Mój ogród i tam powpychałam te artykuły, które mogą mi się przydać przy przebudowie naszego ogrodu; nie będę już musiała za każdym razem przeglądać wszystkiego.
Przy okazji zrobiłam sobie listę roślin, których jeszcze nie ma w moim ogrodzie, a MUSZĄ się tu znaleźć (choć w pełni sezonu wegetacyjnego jest tu takie szaleństwo florystyczne, że naprawdę, trudno uwierzyć, że może tu jeszcze czegoś brakować). Na tej liście są słoneczniki, słoneczniczek słonecznikowaty, ciemierniki, nagietki, lak, zatrwian szerokolistny i firletka chalcedońska. No i jeszcze kolorowe odmiany krwawnika.
Z owocowych drzew i krzewów wszystko jest i to nawet w nadmiarze, dokupiłabym tylko ze dwa agrestowe krzaczki, najwcześniejszy i najpóźniejszy i mam już wybrane odmiany. Bo o orzechu włoskim już pisałam – zimują sobie pod folią cztery młode siewki od Haliny.

Mam też zamiar tworzyć tu sobie różne kolekcje.
Pierwsze to będą liliowce; pewne zaczątki już tu są i zachwyciły mnie bardzo. Poczytałam, poszperałam i postanowiłam trochę z nimi poszaleć.
Zakochałam się też w żurawkach, które występują w tylu odmianach, że naprawdę można się realizować do woli. Ich drobne kwiatki na długich, cienkich jak niteczki łodyżkach, są przecudne.
I na koniec kosaćce – to też moja miłość. Jedna babuleńka w naszej wsi ma je w ogródku przed domem w przeróżnych kolorach; mijam ten ogródek w drodze do pracy. Muszę się z babuleńką zakolegować i wyżebrać od niej sadzonki.
No i mój Tajny Plan Lawendowy – to też będzie kolekcja, ale nieco innego rodzaju.

Sprzątaliśmy dziś trochę w obejściu, chłopcy naprawiali wichurowe zniszczenia, bo w nocy urwała się blaszana obróbka dachu i dyndała za oknem jadalni. Stary pracował nad okapem - zdjęcia nastąpią.
Wreszcie też jeździ normalnie brama; trzeba było podkuć cegły podjazdu, które napuchły zimą i brama szorowała po nich, zamiast śmigać w powietrzu. Ale już śmiga.

A poza tym wieje i leje; ale przynajmniej śnieg zniknął wreszcie z ogrodu i znalazły się różne psie zabawki, a nawet mój srebrny klips z czerwonymi koralikami, co to wcale nie wiedziałam, że go zgubiłam.

A na wiosnę być może, być może... dołączą do naszych kur zielononóżki!
(3910)

Komentuj (2)

08.02.2011 (22:33)

Wstaję dziś rano, pstrykam pstryczek lampki, nie działa. „Znów żarówka” – myślę.
Ale okazuje się po chwili, że to coś poważniejszego, że nie ma prądu. Chwila paniki – bo piec, bo pompa, te rzeczy. Wyglądam przez okno jadalni – ciemno w całej wsi.
Kaloryfery są już zimne, ale w kuchni na termometrze plus dwadzieścia. Ten dom dobrze trzyma ciepło, sprawdziliśmy to już nie raz. Jest też świetnie izolowany akustycznie. Czy wieje, czy pada - w domu cichutko, przytulnie, nic nie słychać...
Dopiero więc po odsłonięciu okien cała prawda wychodzi na jaw. Drzewa szaleją, jest wichura jak jasny gwint!
Dobrze, że świece i lampa naftowa pod ręką, więc ogarniam jakoś tę ciemność, nastawiam czajnik, a w łazience przed lustrem wykonuję przy świecy rysunek raczej z pamięci - żeby było widać, gdzie mam oczy.
I wychodzę, już nie w ciemność, bo dnia przybyło. I choćby nie wiem co tam w górze wyczyniali, to i tak wiadomo, że wiosna idzie.

No i Dziunia wczoraj wieczorem zaczęła. Łasi się, a przytulana i głaskana nieruchomieje, jakby nagle skamieniała. Cały dzień przesiaduje na drabinie, gdzie ma nas wszystkich na oku a psy jej nie dosięgną, pręży się i przeciąga, ćwierka, miauczy, jęczy i płacze...
Chłopa jej się chce.

A oto, jak ewoluuje okap.
Najpierw budowa stelaża:





A potem tynkowanie gliną:








(4060)

Komentuj (8)

12.02.2011 (18:21)

Moje przyjaciółki z dzieciństwa mają w tym roku okrągły jubileusz, że aż wstyd się przyznać, który.

Mnie to czeka za rok, bo byłam tą, co to poszła wcześniej do szkoły i zawsze jej się to liczyło na niekorzyść. No wiadomo, One miały już piętnaście lat, a ja jeszcze nie. One miały szesnaście, siedemnaście, czy (co gorsza!) osiemnaście a ja – dopiero za rok. A jak już było to „za rok”, to znów mi uciekały i zawsze były do przodu.
Oczywiście czułam się gorsza, ta gówniara... a do tego miałam więcej niż One centymetrów w talii. I w biodrach też, nie oszukujmy się.

Mariola i Gocha są już „po”, Beata jeszcze nie. No a ja dopiero za rok, to niby wreszcie mam jakiś pożytek z tego mojego wcześniejszego pójścia do szkoły!

A jak dzwoniłam do Nich z życzeniami, to ustaliłyśmy, że te urodziny, to nie może być prawda...
(4180)

Komentuj (1)

14.02.2011 (18:01)

W moim domu mają miejsce niesamowite zdarzenia.

Otóż dziś znalazły się dwie pomarańcze, zaginione przed Bożym Narodzeniem. Psy znalazły. Co ja się tych pomarańczy naszukałam, już myślałam, że któraś żarłoczna istota je pochłonęła i nie chce sie przyznać. Były mi do czegoś potrzebne, już chyba nawet po świętach i pamiętałam, że je kupiłam, że były dwie. No to szukam i szukam, zwłaszcza, że nikt nie widział, nikt nie słyszał, nikt się nie przyznaje – to przecież gdzieś muszą być!
Tymczasem dziś psy je znalazły pod szafką na buty w wiatrołapie. Musiały się wturlać, gdy w szale przedświątecznych zakupów wypakowywałam tam różne rzeczy bezpośrednio na podłogę, żeby dopiero potem dokonać dalszej selekcji.
Co ciekawe, te pomarańcze nadal są jadalne.

Inna dziwna sprawa – czasem, kiedy Stary pracuje przy kompie, wysyłam mu z sypialni strzałkę na telefon, a tu mi się odzywa komunikat, że abonent jest właśnie niedostępny; a on siedzi tam i ma włączony telefon!

No i maile od Starego - idą do mnie ponad czterdzieści minut. To już jest skandal, bo mowa tu o mailach z gabinetu do sypialni i chociaż ja wiem, że one nie idą stamtąd przez sień i kuchnię, tylko oblatują najpierw całą kulę ziemską, to naprawdę bez_prze_sa_dy!


Zima powróciła, ale zdążyłam w piątek porobić kopczyki wszystkim różom i poprzykrywałam wschodzące cebulowe agrowłókniną. Hortensja też dostała gustowne zimowe ubranko.

Na okapie kuchennym schnie glina i czeka na ostatnią warstwę i ostateczny szlif, a tymczasem Staremu się w głowie lęgnie kominek. Ulęgły mu się tam też świetne półki na książki w gabinecie, nawiązujące do szachulcowych ścian naszej sieni.
I zrobił rysunek.


Belki mamy, a że półki na książki pilnie potrzebne, to pewnie niedługo powstaną. Co do kominka, to na pewno nie teraz, ale kiedyś... być może...

Komentuj (5)

15.02.2011 (21:35)

Nasze niedzielne spotkanie z Ister i Glinianym jest jawnym dowodem na to, że nie ma żadnych przypadków. No bo to przecież niemożliwe, żeby aż do tego stopnia!

Wszystko jest gdzieś tam już dawno poukładane, a my tak się w tym bawimy, jak dzieci w piaskownicy - raz łopatkę, raz grabki; czasem trochę piasku się wysypie, ale raczej wszystko trzyma się w jednym miejscu i jest nawet ogrodzone. A w środku można znaleźć ładne szkiełko, ale można i psie gówno.
Te niby-przypadki, które nam się ostatnio przydarzają wprawiają mnie w osłupienie. Jak znajdę wolną chwilkę przyszłej zimy, to sporządzę Wielką Księgę Moich Przypadków dla potomnych.

A oni w niedzielę przyjechali z kotką, która wyglądała, jak królowa kotów, a ogon miała jak lis w Przygodach Lisa Witalisa.
Ale Dziunia się jej bała, więc żadne damskie kocie ploteczki nie doszły do skutku.



Moja czerwcowa wyprawa do Turcji obrasta już w konkrety, godziny wyjazdu, przyjazdu i czas lotu. Całe szczęście lecimy z Gdańska, a nie z Berlina, więc odpada jeden uciążliwy fragment podróży. Przy okazji konstruowania programu wycieczki wyniuchałam, że w amfiteatrze w Aspendos odbywa się co roku latem festiwal opery i baletu i okazało się, że łapiemy się na jeden jedyny spektakl w sezonie 2011, a jest to Tosca w wykonaniu Tatar State Opera and Ballet. Wyszukałam co tylko się dało na ten temat i teraz reszta w rękach biura turystycznego. Dziewczyny reagują entuzjastycznie, mam nadzieje, że się uda, bo na pewno w takim miejscu musi to być coś niesamowitego!
(4360)

Komentuj (4)

18.02.2011 (17:20)

Nie mogę patrzeć na to białe dookoła, żeby nie powiedzieć białe gówno. Ja wiem, że to dopiero luty i że ma prawo, ale obrzydzenie mnie już bierze.

W ogóle chyba nie lubię białego czegokolwiek. Nawet jak zrobię te jakieś moje szydełkowe koronki z białej nitki, to okazuje się, że to jakby przez pomyłkę i potem je i tak farbuję w herbacie Lipton.
Miałam kiedyś znajomą, która za bardzo lubiła białe... no bardzo za bardzo, powiedziałabym... a potem się okazało, że alkoholiczka i w ogóle jakby trochę stuknięta.
Chociaż w takie dni jak dziś, to nie miałabym nic przeciwko byciu alkoholiczką, pod warunkiem, że na leżąco i pod kocem, bo ja już leniwa jestem.

Stary ukopał mi piasku, bo zelżało do minus dwóch. Niedługo napiszę, po co mi ten piasek.

A zaraz wsiadamy z Młodym do pojazdu linii PKS i wyruszamy do miasta w celu spożywania kultury i sztuki. Jedziemy razem, ale potem - każde w swoją stronę.
(4480)

Komentuj (4)

24.02.2011 (18:58)

Dziunia oswaja sobie Korę.
Kora oswaja sobie Dziunię.
Czy jakoś tak...

Widziałam DWA RAZY, jak się dotknęły nosami. Stary widział dużo razy.
Kora dziś zaniosła jej na górę na schody swój sznurkowy warkocz do zabawy. A wcześniej znaleziono w sieni na podłodze wymamłaną mysz – czyżby dowód miłości od Dziuni dla Kory?

A dziś rano sama na własne oczy widziałam, jak Dziunia zstąpiła z drabiny i pozostając głową w dół na wysokości oczu Kory, wyciągnęła powoli do jej nosa jedną łapkę, schowała ją i od razu wyciągnęła drugą łapkę i też ją zaraz schowała; a potem, jak ta panna, co to „chciałabym, a boję się” - umknęła do góry.
I naprawdę, pomyślałam przez chwilę, że pieprzę to wszystko, zostaję tu, siedzę i patrzę i nie jadę do żadnej pracy ani w ogóle nigdzie.
Bo wobec takiego widoku - marny, nudny i niewart splunięcia wydaje mi się cały pozostały świat.

A oto zdjęcia sprzed niespełna godziny.






(4570)

Komentuj (8)

25.02.2011 (21:03)

Nie wiedziałam, że można tęsknić za odkurzaczem. Zwłaszcza, jak się nie ma odkurzacza od pół roku, natomiast ma się w środku domu półotwartą kotłownię! Naszej starej maszynie rainbow po piętnastu latach wiernej służby raczył się spalić silnik, a w kwestii zakupu nowego silnika jesteśmy zdecydowanie niewydolni finansowo.
Zaczęłam się więc w końcu rozglądać za jakimś przyzwoitym odkurzaczem dla biedoty i wybór padł na jeden z małych i niedrogich modeli wiodącego polskiego producenta. Jest on produkowany w Rzeszowie i w związku z tym ma cztery lata gwarancji, a nie dwa, jak te, produkowane w kraju z wielkim murem.
A najlepsza wiadomość to ta, że pasują do niego stare szczotki od rainbow, które mają prostą konstrukcję i solidne wykonanie i nie mają sobie równych! Super, bo te nowe wyglądają raczej fajansiarsko.
Tak więc dziś nastąpił wreszcie totalny pogrom kotów kurzowych, które od miesięcy spokojnie sobie rosły za szafami i szafkami.

Umówiliśmy się też z weterynarzem na sterylizację Dziuni na przyszły piątek i okazało się, że trafiliśmy na promocję w rodzaju „Lenin w październiku, koty w marcu”, czy coś takiego i w związku z tym będzie nas ta cała impreza kosztowała o połowę taniej. No to mi zostanie na waciki.

Temu lutemu już dziękujemy. Nie dość, że mnie cham jeden zawsze postarza o rok, to jeszcze mrozem terroryzuje. Jego szczęście, że jest taki krótki.

Wykończona jestem tym mijającym tygodniem.

Komentuj (0)

27.02.2011 (09:13)

To chyba oczywiste, że osoba wykończona minionym tygodniem spędza całą sobotę przy pracy w ogrodzie.
Najpierw posiedziałam sobie ze dwadzieścia minut na ławeczce, oparta o nagrzaną ścianę domu, wygrzewając się na słońcu, ale zaraz mnie zebrało na sekatory i lisi ogon i poszłam w maliniak. Tam dokonałam zagłady śliwek samosiejek, których tu w całym gospodarstwie są setki. W maliniaku wycięłam ich 33. Pousuwałam też złamane przez zimowe wiatry gałęzie drzew, no posprzątałam trochę...
I nadałam czerwonej porzeczce przy furtce za ogrodem kształt mniej więcej stosowny. Powycinałam najstarsze gałęzie, które miały po dwa metry (!) i poskracałam trochę te, które zostały.
Potem szybko zjedliśmy z Młodym obiad, który ugotowałam rano, przed wyjściem do ogrodu, a po obiedzie dokończyliśmy rozbiórkę malowniczej szopy, zwanej przez nas wytrzeźwiałką, przy czym mój udział polegał na składaniu na kupkę tego, co Młody pozyskiwał. Kibicowało nam pół wsi, znaczy trzech chłopów, stojących na podwórku pana Stanisława i udzielających cennych rad oraz wręczających kolejno łomy wszelkich gabarytów. Jak już kończyliśmy, wrócił z miasta Stary i postał przy nas trochę pykając fajeczkę, a to już wyglądało na wyzysk kobiet i dzieci przy pracy ponad siły w wiejskim gospodarstwie.

Nie muszę dodawać, że opaliłam sobie solidnie twarz i wyglądam, jak smagła wieśniaczka.

A wieczorem, wieczorem... sprawdzałam pracę magisterską Młodej pod kątem przecinkowo-średnikowo-stylistyczno-gramatycznym i to było bardzo miłe.

A jeszcze bardziej wieczorem urządziliśmy sobie kino rodzinne za pomocą laptopa i rzutnika i to było wspaniałe dla mnie, która od trzech lat oglądam filmy z ekranu laptopa. I nie ma tu nic do rzeczy, że przespałam pół filmu.


Chyba więc kupimy jednak rzutnik, a nie telewizor. Ma tu oczywiście znaczenie organiczna niechęć do telewizji jako takiej, czyli czynnik psychologiczny, ale także i to, że telewizor zeszpeci na amen pomieszczenie i potem rób co chcesz. Trudno też ganiać z nim z pokoju do pokoju, a nie zaplanowaliśmy w naszym domu pokoju dla telewizora. Film będzie tam, gdzie my, a nie: my, tam gdzie telewizor.

No i jeszcze – zapomniałabym!




To był cudny dzień.
(4690)

Komentuj (5)

04.03.2011 (20:34)

No, cholera i znowu piątek, nie do wiary.

Dziunia jest już po zabiegu, ma gustowne ubranko, ogoloną łapkę i mruczy głośno w koszyku. Zainstalowaliśmy ją w sypialni z myślą o tych pierwszych dniach, ale to chyba nie najlepszy pomysł, bo ona się tu nie czuje zbyt pewnie ze względu na psy, mimo, że je słyszy tylko od czasu do czasu za drzwiami.
Postawiona z koszykiem na podłodze od razu uciekła i wskoczyła na wysoką komodę - aż się przeraziłam, czy się nie porozpruwała. Postawiłam jej więc ten koszyk tam wysoko, niech ma.
Na noc jednak wyekspediujemy ją chyba do gabinetu; Stary mówi, że jak nie zamknie wieczorem drzwi, to ona tam buszuje po nocach. Zamkniemy ją więc z koszykiem, kuwetą, żarciem i piciem i niech szaleje po tych przestrzeniach. Rano najwyżej posprzątam ziemię wokół doniczek.
Jutro rano muszę jej podać ze strzykawki środek przeciwbólowy, a w poniedziałek czeka ją jeszcze wyprawa na zastrzyk z antybiotyku.
Dziunia jest bardzo drobniutką kociczką, waży tylko dwa i pół kilograma.

Jutro zostaję sama w domu, bo testosterony wyjeżdżają z rana – Stary do roboty, a Młody na kolejną osiemnastkę, poprzedzoną innymi jeszcze przejawami zjawiska, znanego, jako social life. A ja będę spacerować w gumiakach po ogrodzie i patrzeć, czy grządki mi się równomiernie odmrażają.
Kupiłam sobie dziś świetne rękawice do niebezpiecznych prac ogrodowych, jak przycinanie róż i przywiązywanie ich do podpór.
A w dni kwiatowe mijającego tygodnia powysiewałam do doniczek torfowych trochę słonecznika; resztę zostawiłam na wysiew wprost do gruntu, ale mam nadzieję, że ten z doniczek mi wcześniej zakwitnie.

We wtorek rano zamierzam stawić czoła wszelkim przeciwnościom i iść wreszcie do fotografa, zrobić sobie zdjęcie do paszportu; co gorsza, muszę zrobić to całkiem na trzeźwo, bo potem idę do pracy. Jak ja tego nienawidzę!
(4780)

Komentuj (3)

08.03.2011 (22:12)

Ten dom jest genialnie pomyślany.
Udrażniając zabudowaną wcześniej sień, uwolniliśmy światło. Od rana słoneczne plamy pomykają po ścianach i pojawiają się tam, gdzie światła niby nie powinno być.

Przez wschodnie okna pokoju Młodego i przez otwarte drzwi do sieni światło wdziera się od rana bezceremonialnie i maluje jasne plamy nad psim posłaniem; i w ciemnym jak czarna dupa zakątku robi się świetliście.
Na schodach na górę, na półpiętrze, gdzie Dziunia śpi w swoim koszyku, też jest słonecznie, bo słońce zagląda przez świetliki nad tylnymi drzwiami do ogrodu.
I robi się jasno w tej wielkiej ciemnej sieni.

No a jadalnia ma okna od północnego zachodu. Myślałam, że będzie ciemna, a tymczasem... rano wdziera się tam słońce przez drzwi sypialni i oświetla największą ścianę razem z tą piękną szafą, a po południu zachodzące słońce wpada ukosem znad szopy przez okna i kładzie się na ścianie szczytowej nad kredensem; robi się tak jasno, jakby ktoś zapalił światło.

A zachodzące słońce wpada też na wprost przez wielkie okna gabinetu, wydostaje się drzwiami do sieni i oświetla inną ciemną norę - narożnik sieni między drzwiami Młodego, a drzwiami wyjściowymi.

Na każdy kącik przychodzi czas.

Komentuj (2)

09.03.2011 (21:13)

Dziś mój boski neurochirurg powiedział, że zdecydowanie nie będzie grzebał ostrymi narzędziami w moim szyjnym kręgosłupie i to jest dobra wiadomość.
Zła wiadomość jest taka, że drętwienie rąk raczej się utrzyma i oczywiście ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć.

No patrzcie, państwo! Naukowcy grzebią się w tych różnych syfach – organizmach transgenicznych, rakietach balistycznych i zderzaczach hadronów, a żaden cymbał jeden z drugim nie wymyślił takich tabletek, co to łykniesz na noc dwie sztuki i zastępują godzinę ćwiczeń.
Naprawdę, trzeba się tym zająć; widzę ogromne grono potencjalnych konsumentów oczyma mojej duszy nieusportowionej.

Komentuj (2)

10.03.2011 (11:05)

Kiedyś zawieszałam się w marketach przy regałach z farbami do włosów. Może się to wydawać dziwne, bo nie należę do osób, które wciąż farbują włosy... czasem tam się machnę na rudo, ale raczej w formie epizodów szybko przemijających. A przy tych regałach z farbami – koniec. Stawałam jak zamurowana, oglądałam, czytałam, macałam i nie byłam w stanie ruszyć się z miejsca. I nie miało to żadnego związku z faktem, czy zamierzałam kupić jakąś farbę, czy też nie. Stary mnie poganiał, a ja marzyłam o tym, żeby poszedł sobie w cholerę i zostawił mnie tam na zawsze.

Teraz mam to samo z nasionami. Wchodzę do sklepu, a tu właśnie sezon i wszędzie nasiona, cebule, kłącza i sadzonki. I znów się zawieszam – stoję, gapię się, tętno mam przyśpieszone, zez (oczywiście zbieżny) i ślina mi cieknie po pysku. Mam już solidny rozsadnik na wielkim kuchennym parapecie – obsiany i wschodzący, złożone zamówienie w sklepie internetowym z realizacją w kwietniu, a pod sekretarzykiem w pękatej torbie gromadzę kupowane nasiona.

Jak pomyślę trzeźwo, to obawiam się trochę, że zarobię się na śmierć w tym moim ogrodzie, w którym w tym roku pierwszy raz będę mogła szaleć przez cały sezon wegetacyjny. I będę już sama zbierać niektóre nasiona.
A wczoraj... jeszcze chociaż trzy paczuszki pnącej nasturcji...


GG mi tu pokazuje, że Młody ma jutro urodziny, złóż życzenia, wyślij prezent, niepotrzebne skreślić, właściwe podkreślić.
Czy ono jest głupie jakieś?
Sama wiem!

Komentuj (0)

13.03.2011 (08:36)

„Wstawaj, już cztery stopnie, a ty śpisz” – powiedział rano Stary. No tak, wreszcie doczekaliśmy się, że temperatury rano są na plusie, słońce świeci – wiosna. Powschodziły w tylnym ogrodzie kępki przebiśniegów, a ponieważ trwa tam przebudowa, to depczemy po nich, niestety, wszyscy - my i psy. Biegam z łopatką, wykopuję całe bryły i robię transplantacje w bezpieczne miejsca, ale wiadomo, że wszystkich nie uratuję i to nie jest wesołe.

Impreza namiotowo-plenerowa Młodego planowana jest na maj, ale w piątek miał nieoczekiwanie trzech męskich gości, z którymi świętował urodzinowy wieczór, no i oczywiście zostali do soboty. Jubilat był szczęśliwy, cały perliście bąbelkujący i podekscytowany wczuwał się w rolę gospodarza. A do tego wszelkie przejawy świętowania tej osiemnastki ze strony bliskich perfekcyjnie zbiegły się w czasie i timing był po prostu niewiarygodny, co też zrobiło atmosferę.

Całą sobotę jak zwykle spędziłam w ogrodzie, ale to chyba dobrze, bo w domu to teraz non stop szlag mnie trafia - nasze pieski kochane najpierw ganiają się po rozmaźganym błocie w ogrodzie a potem wypoczywają w domu. Poleżą chwilę i znów idą w to błoto, a na miejscu, gdzie leżały zostaje na podłodze wywrotka piachu. Jeszcze dobrze, jeśli wypoczywają w sieni!

Najwięcej zamieszania będzie tej wiosny w tylnym ogrodzie. Niski zielony płotek wyznacza już granicę gródka warzywnego, która będzie działać psychologicznie na psy. Obok nowego warzywnika stanie też nowy namiot foliowy do uprawy ciepłolubnych, nowy kompostownik w cieniu leszczyn, ogrodzenie będzie przesunięte trochę dalej, a pszczółki znajdą swoje miejsce pod czereśniami, które teraz są już za ogrodzeniem. No i będziemy zdecydowanie zawężać przestrzeń życiową kur.
Widzę też już wreszcie w wyobraźni rabatę cieniolubną, która powstanie przy wyjściu przez tylną furtkę i będziemy ją widzieć z okna sypialni.

Znów na chwilę wróciłam do tłumaczenia napisów, bo polskich nie ma, a chciałam film obejrzeć w nieanglojęzycznym towarzystwie. I znów, jak kiedyś, wciąga mnie to i zachwyca. Co prawda nie jestem tłumaczem, ale to szczęście, że czasem mogę nim bywać!

Komentuj (2)

14.03.2011 (14:19)

Z panią w dziekanacie rozmowy.
Początek lutego.
-Mówiła pani, że jakbym złożyła tę pracę do połowy lutego, to by był bardzo dobry termin. To ja chciałam zapytać, jaki byłby ten mniej dobry, ale żebym się jednak zmieściła w terminie?
-No, do końca lutego.
-Ale do końca, to znaczy do kiedy? Do dwudziestego ósmego?
-N...ska! Już ty się nie targuj!
-Ja się nie targuję, ja precyzuję!
28 lutego.
-N...ska, a ty co?
-No... przyszłam oddać pracę.
-Eee, no co ty?!

A dziś już jest po wszystkim, już po obronie, już po studiach, już możesz, Córeczko spełnić to marzenie: „wiesz, tak bym chciała leżeć i patrzeć sobie w ścianę i tak zasnąć, a potem się obudzić i znów patrzeć w tę ścianę”.
A rozbita lampa była na szczęście. I skręcona noga też.


(a ta śliczna laurka - by Michalina :)

Komentuj (4)

18.03.2011 (20:18)

Trochę już zaczęłam siać i sadzić, nie tak wcześnie, jak miałam zamiar, ale i tak nieźle. W zeszłym roku początki moich siewów przypadły na maj, bo dopiero wtedy mogłam się tu już rządzić. Wielki kawał wiosny przeoczyłam.

Staram się przestrzegać kalendarza biodynamicznego i zasad dobrego sąsiedztwa roślin. A więc czosnek w truskawkach, nagietki w marchwi, marchew od pietruszki oddzielona cebulą i brońboże nie koło buraków! A w malinach niezapominajki, bo odstraszają kistnika malinowca.
A wszędzie aksamitki, bo nie lubi ich wszelka gadzina, szkodliwa dla zasiewów. I wszędzie nasturcje, bo przyciągają mszyce i wtedy mszyce nie żrą zasiewów, rzucając się z entuzjazmem na nasturcje.

To wszystko jest bardzo skomplikowane i nie mam nawet zamiaru się tego uczyć, bo bym pewnie wkrótce krok po kroku doszła do budowy anatomicznej kistnika malinowca. Mam natomiast wypasioną tabelkę, która pokazuje te wszystkie zależności i to nie tylko JAK, ale i DLACZEGO – czyli tak jak lubię.

Ale tak sobie myślę... na przykład lawenda i mięta odstraszają mszyce. To jestem ciekawa, czy jeśli by posadzić nasturcję blisko lawendy i mięty, to te mszyce na tyle lubią nasturcję, że oblegną ją, mimo odstraszającego działania lawendy i mięty, czy też nie.
Konkludując – czy bardziej działa na mszyce przyciąganie nasturcji, czy odstraszanie lawendy i mięty?

A co do stanu prac wykonanych, to posiałam w domu na oknie słoneczniki, aksamitki w dwóch kolorach, nagietki, dziewannę, kolorowy krwawnik, oregano i astry w czterech kolorach. Wszystkie wzeszły. Posiałam też lawendę, która nie wzeszła, ale ta bestia długo kiełkuje, a nasionka stratyfikowałam, więc mam nadzieję, że się doczekam. Na wszelki wypadek zrobiłam też sadzonki lawendy w skrzynce pod folią.
No i mam już zaczątek szkółki, w postaci 720 sadzonek różnych krzewów ozdobnych z naszego ogrodu i około 50 sadzonek winorośli jasnej i ciemnej, które zrobiłam tymi ręcami w miesiące zimowe.

Chce mi się wódki jakiejś dobrej.

Komentuj (3)

20.03.2011 (08:15)

Wczoraj Młody pierwszy raz w życiu pił mleko od prawdziwej krowy. No, w każdym razie, pierwszy raz świadomie.
Dowiedziałam się od Kasi, którą znam ze wspólnych popołudniowych wędrówek z przystanku do domu, że jej mama ma krowę i można od niej kupić mleko. W sobotę rano Młody pojechał na rowerze po to mleko, ale mamy Kasi nie było w domu i kazali mu zajrzeć za jakiś czas. Zostawił termos (no bo dałam mu na to mleko taki szeroki termos obiadowy ok. 1,2 l) i wrócił do domu. Za jakąś godzinę, kiedy siałam marchewkę w moim nowym warzywniku, pojawiła się nagle za ogrodzeniem dziewczynka, siostra Kasi, jak się okazało. Przyniosła mleko w dużej plastikowej butli, z informacją, że to od mamy i że nie trzeba płacić, taki poczęstunek.
Mleko było ciepłe i Młody ze Starym wychylili trochę od razu w ogrodzie z gwinta – Stary łakomie, a młody z rezerwą jednak.
Ja się zdystansowałam, bo uważam, że mleko jest dla cieląt i używam go wyłącznie jako zabielacza do kawy (i to w ilościach umiarkowanych).

To, co poniżej, napisała przed chwilą Dziunia, przebiegając przez klawiaturę. Chaos jest tu dostrzegalny, jednak na jej usprawiedliwienie trzeba podkreślić, że co prawda otworzyła nawias, ale go też i zamknęła.


[]’
=/;’

Dziunia dobrze się czuje po sterylizacji, jutro będzie tydzień, odkąd ma zdjęte szwy i nie nosi już fartuszka. Dziś otworzę jej na strychu tajne przejścia pod skosy dachowe, którymi będzie mogła wychodzić na zewnątrz.
Dziunia robi w konia psy. Na przykład, my oglądamy film w gabinecie, psy łażą w pobliżu, wszystkie drzwi pootwierane, a Dziunia śpi w pokoju Młodego na łóżku.
Starej, prawie ślepej suce kotka bezszelestnie przechodzi przed samym nosem, po czym, kiedy jest już w bezpiecznej odległości, zaczyna bezczelnie tupać!
I nadal mamlają się z młodą suką na schodach i na drabinie, ale zawsze jednak w pobliżu linii granicznej.

Dziś dzień kwiatowy; nastawiam zaraz mięso na obiad i lecę do ogrodu; słońce nieśmiało próbuje się przedrzeć...
A po niedzieli przyjdzie chłop z traktorem i będzie orał nasze pole.
(4960)

Komentuj (4)

24.03.2011 (20:52)

Młoda chodzi dwa razy w tygodniu na Kanoniczą, gdzie wyje w piwnicy niskim głosem, a ta, co obok wyje wysokim, wszystko jej zagłusza. Mimo to jest bardzo szczęśliwa z powodu tego wycia.
I kupiła już bilety kolejowe na Wielki Piątek dla siebie i mamy, i dostała te dolne kuszetki, tralalala!

Posiałam dziś groch; panie w sklepie mówiły, żeby już siać, bo jak się za późno posieje, to robaki wejdą. No to posiałam.
Posiałam też w tym tygodniu szpinak, oczywiście w dzień liściowy.
Jak tak stoję w tym ogrodzie, to wszystko mi się myli, gdzie co posiałam. Ale zapisuję w kalendarzu.
A nie jest to takie proste, bo sieję symultanicznie: w nowym warzywniku w gruncie, pod starym namiotem foliowym i na oknie w gabinecie; okno kuchenne pominęłam celowo, bo tam tylko cebulka na wczesny szczypior.

Umyłam też dziś jedno okno tytułem próby, czy to się w ogóle da umyć; takich brudnych okien w bloku na trzecim piętrze nie miałam nigdy. Spoko, dało się.
Ale poprzestałam na tym jednym, bo nie od razu przecież Kraków zbudowano, a jutro ma padać cały dzień, więc co się mam denerwować, że mi pada na umyte...

Zdechła jedna czarna kura, co to ją kiedyś stara suka z lekka nadgryzła. Co prawda to było bardzo dawno i właściwie tak naprawdę nie wiadomo, czy od tego zdechła, bo Stary jej nie zrobił sekcji, tylko od razu zakopał.
Natomiast roślinność, przeciwnie, rusza się do życia. Grubaśne pąki ma już czereśnia, aż się zdziwiłam. Wyłażą wszędzie liliowce, maki, sasanki, tulipany, krokusy i inne cebulowe i pełno jakiegoś czegoś, co to sama nie wiem, co z tego będzie, ale widać, że kwiaty. Trzeba ostrożnie chodzić po ogrodzie i raczej nie zbaczać ze ścieżek, żeby nie podeptać.
Przetransplantowane przebiśniegi wyrosły i pięknie kwitną na nowych miejscach.

Nasze andrzejowe pszczoły już czasami wylatują, krzątają się i robią porządki. Bardzo dużo pszczół wyginęło w Europie tej zimy i pszczelarze ponieśli wielkie straty. Podobno to wszystko z powodu oprysków pól. Z andrzejowych czterech uli u nas stacjonujących przetrwały trzy, ale znam ludzi, którym ze stu rodzin pszczelich została połowa.
Zastanawiam się, czy to oznacza, że bez sensu jest zaczynanie z tymi pszczołami, czy właśnie przeciwnie - trzeba od razu zacząć od dwóch uli, a nie od jednego.
Zawsze miałam niechęć do hodowli jakichkolwiek zwierząt w gospodarstwie, bo niestety, zwierzęta to nie lawenda, ze zwierząt jest smród. Ale przecież zdecydowanie z wyjątkiem pszczół!

Stary mi zepsuł piłę lisi ogon. Zabiję go.

A tak wygląda nasze zaorane pole.



Komentuj (6)
Blogi
Barbarella
Etyka
NaWsi
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Gospodarstwo
Biodynamicznie
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów