Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2017
2016
2015
2014
2013
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


02.01.2012 (18:57)

Po chryzantemach mrozoodpornych, które już logistycznie mam oswojone (co, od kogo i kiedy), padło mi na róże. W czasie wolnych dni grudniowych spędziłam długie godziny na forum ogrodniczym wśród prawdziwych różomaniaczek i zaraziłam się. Ponieważ mam w ogrodzie około pięćdziesięciu róż, więc można powiedzieć, że przyszłam na gotowe. Lubię to powtarzać: "pięćdziesiąt róż"! To brzmi fantastycznie, jakby było o kimś innym i jak je pierwszy raz policzyłam, to mnie dosłownie zatkało.

Założyłam już różaną tabelkę i cały czas ją uzupełniam; w poziomie mam tam: chciejstwa, poszukiwanie pomarańczowej i posiadane, a w pionie: nazwa, pokrój, stanowisko, kwiaty, zapach, czas kwitnienia, mrozoodporność, zdrowotność, autorzy opinii. Dane biorę od forumowiczek oraz z tematycznych portali różanych z własnymi wyszukiwarkami - polskiego, rosyjskiego i angielskiego, czyli stąd, stąd i stąd.
Poszukiwanie pomarańczowej oznacza, że chcę kupić różę pnącą lub parkową, kwitnącą na pomarańczowy kolor (dziwne, nie?) no i w tabelce umieszczam kandydatki (na razie mam sześć), z których wybiorę tę jedną.
W chciejstwach jest już dziesięć róż, a w posiadanych udało mi się zidentyfikować tylko siedem, bo nie mam wystarczającej dokumentacji fotograficznej, żeby rozpoznać resztę.

Wiedza i doświadczenie różanych maniaczek z forum, a także ich życzliwość i chęć niesienia pomocy oraz rozwiewania wątpliwości budzą mój najgłębszy szacunek i jak dorosnę, chcę być taka jak one.

A tymczasem wiem już, czym różnią się pomiędzy sobą różne grupy róż, a przede wszystkim, które to są climbery, a które ramblery i na których pędach kwitną. Dzięki temu wiem też, jak i kiedy je przycinać, co spędzało mi dotąd sen z powiek.

A te zdjęcia zrobiłam 28 grudnia.



Komentuj (3)

06.01.2012 (17:37)

Leżę, patrzę... lampka za oknem? A to księżyc usadowił się między konarami akacji.



Jak znajdę jakieś rodzynki, dam znać.

Komentuj (3)

13.01.2012 (13:26)

Byłam wczoraj na wywiadówce u Młodego. Myślę sobie: "ostatnia wywiadówka w maturalnej klasie, trzy miesiące do matury, dwa tygodnie do studniówki - na pewno będą tłumy rodziców".
Jakież było moje zdumienie, kiedy ujrzałam jak zwykle kilka osób. Obecni byli rodzice siedmiorga uczniów (na 35!), w tym rodzice trzech dziewczynek o najwyższej średniej w klasie i mieszczących się w dziesiątce najlepszych uczniów szkoły. Komentarzy sobie oszczędzę. Wciąż tylko nie rozumiem dlaczego nadal mnie dziwią takie rzeczy, wszak powinnam zmądrzeć na starość.

Ogłosili w mediach, że są grzyby i że będą, dopóki temperatura nie spadnie do minus pięciu. Jutro więc po tłustym śniadaniu wybieram się z psem do lasu, sprawdzić, czy media nie kłamią.

Na forum ogrodniczym obiecano mi róże - całe stadko kilkuletnich dwukolorowych Nostalgie, tak pięknych, że aż o tandetę zahaczających. Nie lubię dwukolorowych pstrokatych roślin - ani z kwiatów, ani z liści, ale ta róża jakoś mnie posiadła podstępnie i koniec. Hmmm... jak z kotami jako ogółem i Dziunią jako szczegółem.
Trzeba teraz bardzo umiejętnie dobrać jej towarzystwo, żeby nie narobić wiochy. Zamierzam posadzić ją u stóp róży Sympathie, która jest wysoką pnącą różą o ciemnoczerwonych kwiatach, kwitnącą jednak najchętniej na końcach pędów.

Bardzo, bardzo zajmuje mnie prognoza pogody - ogólna i szczegółowa oraz krótko- i długoterminowa, a także kurs Euro, ceny paliw płynnych i zamiary Rady Polityki Pieniężnej względem wysokości stóp procentowych, chociaż na te rzeczy nie mam akurat żadnego wpływu.

Komentuj (5)

14.01.2012 (09:52)

Biała kaszka przysypała mi trochę ogród, ale postanowiłam lekceważyć jej obecność, bo przecież to tylko na chwilę. Ciemiernik ma już piękny duży pąk kwiatowy.



Komentuj (0)

18.01.2012 (22:58)

Słyszałam już od kilku dni, że Owsiak startuje w Trójce z audycją muzyczną, że w środy po dwudziestej drugiej... Ucieszyłam się, bo ja zawsze Owsiaka lubiłam i jeszcze dawny "Brum" mam w pamięci.
Włączam i co słyszę? Szaleństwo! Zamiast spać po ciężkim dniu, rozkręciłam radio na cały głos i tak sobie słucham i mam silne postanowienie zrobić z tego środowy rytuał.

Tak mi to dobrze zrobiło... a ciężko mi jakoś na sercu ostatnio. Ale daję radę, marzę o wiośnie.

Dziś między pracami wyrwałam się do szpitala i tam na onkologii trzymałam Małgosię za chudzieńkie żółte łapki; posiedziałam bardzo małą chwilkę, ale dobrze, że poszłam.
A potem wróciłam do świata, w którym zdrowy na ciele i szalony na umyśle świr znów zagrał główną rolę.

Komentuj (0)

20.01.2012 (21:43)

W pewnym miejscu znana jestem z tego, że zamawiam dwie gałki lodów karmelowych z orzechami laskowymi ilekroć przechodzę obok. Mają tam lody takie sobie, no przyzwoite, ale żaden szał jak dla mnie, pożeracza, znawczyni i konesera. Ale właśnie te karmelowe całkiem całkiem, bo nie są przesłodzone.
Natomiast orzechy laskowe, które tam mają, mogłabym jeść wiadrami. Zamawiam więc te orzechy pod pretekstem, że niby na lody przyszłam i patrzę czujnie panience przez ramię, ile miareczek wsypuje. Czasem dwie, a czasem trzy.
Potem siadam, a panienka przynosi mi te lody i zaczynam konsumować z namaszczeniem, marząc, żeby ta chwila trwała wiecznie.

Dziś też tam byłam, ale musiałam płacić kartą, choć to drobna kwota. Panienka przyjęła zamówienie, postukała na kasie, spojrzała na ladę, po czym mówi: "dowód osobisty mi pani dała".

Komentuj (1)

22.01.2012 (19:51)

Ta parszywa aura zasługuje, żeby nazwać ją samymi niecenzuralnymi przymiotnikami. I rzeczownikami. Sprawia ona bowiem, że nie wierzę w miłość, pieniądze, wiosnę i zdaną maturę.

Żeby się pocieszyć, oglądam wciąż te róże na forum, na fachowych portalach i stronach szkółek. Czytam też książkę "Róże" z 1957 roku, która była własnością mojego dziadka, zapalonego kolekcjonera pięknych i niespotykanych roślin, które gromadził w swoim ogrodzie. Książka pełna jest notatek na marginesach i odsyłaczy, nanoszonych ołówkiem, który jeden koniec miał niebieski, a drugi czerwony. Pamiętam ten ołówek, jakbym go wczoraj widziała.

Okazuje się, że różę pnącą, którą zaplanowałam na frontową ścianę domu pomiędzy dwa duże okna, miał też mój dziadek. Kupił ją w 1952 roku.
Jest to róża New Dawn, bladoróżowa, określana jako porcelanowa, kwitnąca z różnym nasileniem przez cały sezon, wystarczająco odporna na choroby i na mróz, powtarzająca kwitnienie i nie wymagająca pełnego nasłonecznienia.
Jest też określana jako róża samoczyszcząca, co oznacza, że kwiaty nie zasychają na krzewie po przekwitnięciu, tylko opadają - u nas na głowy i pod nogi wchodzących przez bramę.
I pomyśleć, że niektórzy wskazują tę cechę, jako wadę New Dawn, bo im śmieci (!) na ich plastikowe trawniki.

Żeby się pocieszyć, oglądam też projekty, które narysował Stary jakiś czas temu.

Najpierw przebudowa wiatrołapu.
Będzie on nawiązywał stylem do szachulca na elewacji (ta ściana na prawo od wiatrołapu też jest z szachulca, tylko tu nie jest to narysowane). Schody będą drewniane i ażurowe, a do domu wchodzić się będzie od frontu, a nie z boku tak jak teraz. Wykorzystamy istniejącą podmurówkę obecnego wiatrołapu, żeby nie robić zbytniej rozpierduchy, ale jego wnętrze będzie mniejsze (płytsze), niż podstawa tej podmurówki. Przednia jej część to będzie podest przed drzwiami - dla stróżujących piesków.





A tu kurnik - muszę Starego pogonić z tym kurnikiem, bo wiosna za pasem, a drewno i cegły do jego zbudowania czekają. Może by tak na zachętę podpalić stary kurnik? Mam ochotę.





I tak będzie - nie jest kwestią czy, jest tylko kwestią kiedy. A to jest przecież kwestia drugorzędna.

Komentuj (5)

25.01.2012 (21:59)

Zadzwoniła do mnie Zosia. Najpierw cichutko zapytała w smsie, czy można tak na chwileczkę ... i zadzwoniła. I okazało się, że dziś wieczorem będziemy razem słuchać Owsiaka :)

Poznałyśmy się na pierwszym roku studiów; byłyśmy w jednej grupie z alfabetycznego rozdzielnika – ja na be, Zosia na ce. Zosia była ludnością tubylczą z miasta akademickiego, miała więc dom tam, gdzie studia, co było dla większości z nas w jakiś sposób egzotyczne. Przychodziła czasem do nas do akademika, kiedy między zajęciami wpadałyśmy na jakąś herbatkę. Z Collegium Paderevianum do Nawojki było niedaleko, więc można było zdążyć wte i wewte.
Zosia znana była z tego, że słodziła cztery łyżeczki, ale ponieważ miała takt i kulturę, to w akademiku tylko dwie. Była to bowiem epoka kartek na cukier.

Wkrótce Zosia powiła dzieciątko i zniknęła na trochę. Nasze drogi znów się skrzyżowały, kiedy na trzecim roku znalazłyśmy się w siedmioosobowej grupie niedobitków, którzy nie wyjechali z lwią większością na zagraniczny semestr. Studiowaliśmy sobie nadal na miejscu, spotykając się czasami na wspólne omawianie nudnych lektur, które na szczęście ten cymbał Tadeusz miał zawsze przeczytane, więc mogłyśmy notować, co mówił. Ten zeszyt mam do tej pory.

Takie to były czasy, drogie dziatki, trzeba było sobie jakoś radzić bez internetowych super-mega streszczeń wszystkiego. Internetu nie było wcale to a wcale! Ani komórek!
A po pasie zieleni pośrodku Alej Trzech Wieszczów w Krakowie pomykały dinozaury.

Komentuj (4)

28.01.2012 (17:04)

Dziś w szopie na drewno Stary piłował pniaczki i belki na opał, a pies rasy towarzysząco-drepczacej uwił sobie gniazdo w sianie.





Komentuj (3)

30.01.2012 (16:52)

Zimno jest w domu jak jasna cholera. Rok temu tak nie było, zachodzimy w głowę, z czym namieszaliśmy. Stary docieplił wczoraj wełną mineralną jeszcze jeden fragment dachu, czeka teraz na Młodego, żeby to obić płytami g-k.

Zaczęliśmy też zamykać klapę na strych, no bo bez przesady - całe ciepło wyjeżdża do góry przez klapę, żeby kotek mógł sobie przechodzić tam i z powrotem!
Kotek i tak sobie poradził, wydostaje się jakoś na strych, chyba zamienia się w glizdę i przeciska przez wąską szparę. Za to wrócić już nie może i jak chce do domu, to się awanturuje tam na górze i trzeba ją wpuścić.
Dziś około drugiej w nocy przemknęła się śpiącej w sieni Korze koło pyska i zamontowała się w jadalni na krześle. Spała tam do rana.

A na dachu widać w śniegu podłużny ślad z góry na dół, który wygląda, jakby kot zjechał na dupie po śniegu. I zaiste - to musi być właśnie to, niezależnie od faktu, że wszystkie wyjścia i otwory na strychu są pozamykane i naprawdę, nie ma którędy wyjść na dach!

Mam ferie. Codziennie chodzę z Korą na długie spacery polami do lasu i wracamy szosą przez wieś. Co to za pies, co to za pies, ile ona ma w sobie pozytywnej energii i jak ją cudnie rozdaje na prawo i lewo!

Komentuj (4)

02.02.2012 (17:05)

Wczoraj umarła Szymborska.
A ja szłam sobie dziś z psem przez zaśnieżone pole i myślałam, że pewnie znów pisiory podniosą głowy i zaczną roztrząsać, czy miała ona prawo umierać na świętej polskiej ziemi, ach czy miała.
Przypomniała mi się zaraz ta żenada po odejściu Miłosza... Ach jak my wstydu nie mamy!
A Trójka bardzo ładnie ją dziś żegna, bez nadęcia, w atmosferze pogodnej refleksji, z cytatami, urywkami, wspomnieniami. Wiadomość, że po długim życiu odeszła spokojnie we śnie też jest ważna, pozwala się nie zdołować, a spokojnie pogodzić.
Urocza była ta dowcipna i nieśmiała starsza pani, która zapraszana przez różnych dziennikarzy na sesje zdjęciowe, nieodmiennie odpowiadała: "przyjdę, jak tylko będę młodsza".

Wczorajszy dzień był dniem pożegnania Gosi, przy której jeszcze tak niedawno siedziałam w szpitalu. Ona odeszła w wieku całkiem nie do umierania, zwłaszcza że wyglądała na jeszcze młodszą, niż była w rzeczywistości - mimo długoletniej choroby. Znałam ją tylko trzy lata, a ostatnio jakoś nam się kontakty zagęściły i nagle już było po wszystkim.
Umierała otoczona opieką, miłością i troskliwą czułością swoich córek - każda matka chciałaby tak umierać.


Zima nie odpuszcza. Dom się już rozgrzał, trzeba jednak w takich temperaturach bardzo uważać, żeby nie zaniedbać pieca ani na chwilę, bo potem odrabianie strat trwa długo.
Dziś rano było siedemnaście na minusie. Meteorolodzy, jak zwykle - przewidują błędnie, mylą się, zmieniają zeznania, ale nikt ich za to nie wyrzuca z urzędów, nie pozbawia prawa wykonywania zawodu, ani nie wytacza im procesów. Cóż za dziwna grupa zawodowa.

Komentuj (4)

03.02.2012 (16:54)

"Fymek z fominka" - jak mawiali Topik i Topcia. Ten fymek produkuje Stary, wsadzając piecowi do pyska drewno opałowe.
Spaliliśmy już zapasy kupione na zimę, spaliliśmy stary płot i różne rozbiórkowe deski i belki, teraz wycinamy i spalamy wiatrołomy, śliwy porażone hubą ogniową i inne powycinkowe zasoby z ogrodu. Jak te mrozy się nie skończą, to trzeba będzie szybko rozebrać na opał schody (i tak są do rozbiórki), a na strych będziemy wchodzić po drabinie.
Oops, też drewniana!



Kotka dostała wczoraj dwie kacze łapy do pomamlania w swoim zakątku pod strychową klapą. I cóż zrobiła kotka? Zniosła jedną łapę na dół po schodach, położyła ją na najniższym stopniu i wróciła na górę.
Dla Kory.

Kupiłam dziś cztery ule, pięciokilogramowe pudło węzy i drucik do ramek. Będziemy mieli w tym roku już sześć własnych uli; trzeba będzie je na wiosnę pomalować i kupić matki pszczele. Ciekawe, jak przezimują zeszłoroczne rodziny.

Komentuj (4)

06.02.2012 (20:22)

O siódmej rano minus dwadzieścia osiem. Już mnie to wkurza. Ja chcę pracować w ogrodzie!!!

W celu podniesienia morale wyplatam robótki ręczne. Znalazłam w fotelu sweter, który prawie skończyłam trzy lata temu, ale coś mi się tam nie zgadzało i dałam sobie spokój. No to teraz go wyjęłam i dokończyłam.
Stwierdzam, że bezmyślne przekładanie oczek z jednego drutu na drugi uspokaja mnie już po piątym oczku w wyraźnie dostrzegalny sposób.
Porobiłam też jedzonko dla ptaszków, bo nasypało tyle śniegu, że już one szans nie mają, żeby sobie same coś mogły znaleźć. Po pierwsze kiełbasa smalcowo-ziarenkowa w siatce własnej produkcji, po drugie słoninka zwinięta w ciasny rulonik. Powiesiłam po obu stronach domu, żeby ekspozycja pozwalała na oglądanie z okien, bo my telewizora nie mamy.



Komentuj (4)

07.02.2012 (14:04)











Komentuj (7)

08.02.2012 (20:09)

Zrobiłam moje pierwsze w życiu różane zamówienie w renomowanej polskiej szkółce róż. Przygotowywałam się do tego długo i tutaj też o tym pisałam, aż wreszcie nadszedł czas.
Mam dwie tabelki z chciejstwami; w jednej umieszczam róże do 150 cm wysokości, a w drugiej te wyższe, parkowe i pnące. Zrezygnowałam na razie z pomarańczowej, która tak bardzo mnie na początku absorbowała.

Koniecznością pierwszej potrzeby jest teraz zakup róży na frontową ścianę domu przy głównym wejściu, o tym już pisałam i będzie to kwitnąca przez cały sezon New Dawn.
Druga róża będzie rosła na ścianie szczytowej szopy na drewno, nazywa się Lykkefund i jest istnym potworem, potężnie się rozrastającym i potrzebującym solidnej podpory. Kwitnie tylko raz w sezonie, ale za to jak!
Koniecznie chciałam kupić też rabatową Pastellę, bo to jest moja miłość od pierwszego wejrzenia.
I te trzy róże to był mój plan minimum, chociaż w tabelce z niższymi było jeszcze kilka typów z wykrzyknikami.

Kompletując zamówienie, zadecydowałam jednak, że wychodzę poza plan minimum i zamawiam jeszcze trzy. Są to: Chopin - jedna z nielicznych róż wyhodowanych przez polskich hodowców, Chippendale - piękność zachwalana przez różane forumowiczki i Astrid Gräfin von Hardenberg - ze względu na pąsowy kolor kwiatu.
W ostatniej chwili nie wytrzymałam nerwowo i dorzuciłam jeszcze Barkarole - ona też jest bardzo ciemna, z zamszowym nalotem na płatkach.

Pierwsze koty za płoty.

Komentuj (2)

14.02.2012 (19:51)


Nochalek :)


- No jaktojakto, to nie robisz konserwacji systemu, to nie robisz defragmentacji, czyszczenia dysków, no przecież masz tam takie narzędzia systemowe - mówił Stary, więc się zawstydziłam i zrobiłam. Myślę: "a co tam, zrobię, mam ferie". I zrobiłam.
I wtedy laptop ze zdumienia zaniemówił i musiał jechać do doktora od laptopów, ale na szczęście okazało się, że nie za bardzo go zepsułam, tylko trochę.

Ale w związku z powyższym byłam na odwyku parę dni, wskutek czego dokończyłam sweter, porzucony trzy lata temu, a także zaczęłam i już prawie skończyłam bezrękawnik. No musiałam coś z ręcami zrobić.

Coś mi się porobiło z termoregulacją, bo jak były te straszliwe mrozy, to mi nie było zimno, a teraz mi jest.

Śnieg przysypał całą trawę we wsi i kurki pana sąsiada nie produkują już takich żółtych żółtek, jak w grudniu, kiedy skubały trawkę w całym obejściu, doglądane zza płota przez Korę.
Opracowałam ostatnio systemowe rozwiązanie zakupu jaj u sąsiada. Na początku głównie skoncentrowana byłam na myśli, żeby nie zapytać: "dzień dobry, czy ma pan jajka?". Skupiona, utrwalałam raz w tygodniu poprzez ćwiczenia praktyczne tekst zagajenia: "dzień dobry, czy kurki coś tam naznosiły?".
Ale przedtem musiałam go wywabić z domu. Przechadzałam się więc od niechcenia koło płota, strząsając śnieg z gałązek i czekając, aż sąsiad mnie zauważy przez okno i wyjdzie - też tak po nic, że niby tak się rozgląda po gospodarsku. A jak już wyszedł, to zagajałam.

Następnie mój intelekt, zregenerowany wypoczynkiem zimowym, opracował system prosty i nowoczesny zarazem, rzekłabym, haj definiszyn. Wieszam na płocie koszyk na jajka z odliczona gotówką w środku, a pan sąsiad odwiesza mi go, po wyjęciu pieniędzy i włożeniu towaru. Przy czym koszyk musi wisieć po jego stronie ze względu na Korę, która już raz mi zeżarła trzy jajka z czterech, kiedy je sobie na chwilkę włożyłam do kubełka w ogrodzie przed zaniesieniem do domu.

Komentuj (10)

15.02.2012 (19:28)

Najfajniejsze jest to futro, które ma na brzuchu.











Komentuj (4)

17.02.2012 (07:59)

Stary dostał demobilne wypasione gumofilce, nowiutkie i ocieplane. Wystraja się w nie teraz i zadowolony paraduje po wsi, znaczy - z domu do sklepu i z powrotem. Wygląda wypisz-wymaluj jak wsiowy głupek.

Wczoraj siedzieliśmy z Młodym przy stole w jadalni, patrząc przez okno na drogę. Na widok Starego w gumofilcach, Młody zawył tęsknym głosem, pełnym żalu i nieskrywanej zazdrości:
- Jaaaaaaa! Mamoooo, jakie on ma te gumiaki! Ja też bym chciał takie mieć!

To była notka z serii "Marzenia wiejskiego dziecka" lub "Nierówne szanse startu w dorosłe życie maturzystów z terenów wiejskich".

Komentuj (7)

26.02.2012 (13:01)

Mogę wreszcie ogłosić rozpoczęcie wiosny. Ten fakt przypieczętowany został kilkoma miłymi akcentami.

Stary zdjął podwójne "zimowe" okienko w wiatrołapie. Obecność tego okienka w niczym nie przeszkadza zimą zamarznąć zupie, wystawionej na noc do wiatrołapu. Przy okazji mogłam wreszcie wyjąć spomiędzy okien poświąteczne dekoracje i postawiłam na okienku prymulki.
Wiatrołap się rozwala. Ściana, która była pęknięta, pękła jeszcze bardziej i tylko patrzeć, jak odpadnie od całości. Złuszczyła się też biała niegdyś farba na zewnętrznej ścianie wiatrołapu i wylazły spod niej liszajowate plamy różnych poprzednich farb. Nie wygląda to.
No ale malować nie będziemy, bo raczej bym się tu skłaniała w kierunku wyburzenia.

Wyjęłam też ze strychowego ocieplenia kosteczkę styropianu, żeby zrobić przejście dla Dziuni. Tamtędy wychodzi pod skosy dachowe, a potem na dach i na drzewa.
Umyłam też trzy pierwsze okna od frontu, bo szkoda mi tego słońca; niech bez przeszkód wchodzi do domu.

Widziałam dziś dwa klucze żurawi przelatujące nad polami; zawsze najpierw je słychać, a potem trzeba szukać wzrokiem.
I przyniosłam sobie z mojego brzozowego lasku wielki pęk gałązek do wazonu.

Poważnych prac ogrodowych jeszcze nie zaczęłam, ale już takie mało poważne to troszkę. I pochodziłam sobie dziś po ogrodzie, potrzaskując znacząco trzymanym w kieszeni sekatorkiem.

Komentuj (5)

01.03.2012 (20:06)

Stary udziela się znów w gospodarstwie, a on jak już zacznie, to idzie jak taran. Wyglinował resztę sieni warstwą pierwszą kostropatą i warstwą drugą gładką. Po tym tynkowaniu wyczyścił też belki w szachulcu w sieni - wyglądają jak cud-miód i bez biletów nie wpuszczam.
Zamontował też na ścianie wiatrołapu nową lampę zewnętrzną, bo stara się przepaliła, a poza tym była brzydka, jakaś taka wydziwaczona. Ta nowa jest zwykła, czyli ładna.
Teraz Stary sprząta strych, żeby Dziunia miała porządek w swoich dwóch pokojach w nowym sezonie, a przy okazji wyrychtuje sobie tam wreszcie akuratny warsztacik (Dziunia się zgadza).

Przywieźli nam wczoraj wielką przyczepę drewna opałowego i nawet nam tą przyczepą nie wyrwali bramy, choć wyglądało, że próbują. Testosterony wrzuciły drewno do drewutni, a Stary już dziś dorwał się do siekiery i „trochę sobie połupał”.

Od tej ciężkiej pracy stał się brutalnym wiejskim prostakiem i ostatniej nocy bezceremonialnie odepchnął mój łokieć, aż się obudziłam. Wypomniałam mu to dziś przy zupie gulaszowej, żeby sobie nie myślał, że spałam i o niczym nie wiem. Bronił się nieporadnie, mamrocząc coś, że chciałam mu przecież tym łokciem wybić oko.
Też coś! Jakbym miała łokieć zakończony szydełkiem!

A poza tym – kwitną przebiśniegi, wyłażą tulipany i krokusy, widać już pączki kwiatowe hiacyntów, żeby jeszcze trochę słońca...

W przededniu maturalnych bojów Młody poprawił się z chemii, ale pogorszył z biologii. Nie wiem już naprawdę, czy będą z niego ludzie – jakiś jest rozchwiany.

Szykuję się powoli do spożywania alkoholu i niezdrowej żywności w sobotni wieczór. Lód nastawiony, cieciorka się moczy, a mięsiwa dojrzewają w zaprawach.

Komentuj (7)

04.03.2012 (17:03)

Pszczoły jeszcze śpią. W mieście już podobno wylatują, ale tam cieplej i stanowisko mają osłonięte. Podsłuchiwałam - cisza. Mam nadzieję, że przeżyły zimę. Porobiłam kilka obrazków w zachodzącym słońcu.





Komentuj (3)

05.03.2012 (08:28)

Dzisiejsza i wczorajsza noc - do minus siedmiu. Nie za dobrze dla roślinek, taka dobowa amplituda...

Dziś pokażę wytynkowaną ostatnio sień i te belki, wreszcie porządnie wyszorowane. Teraz jeszcze na to wszystko pójdzie grunt głęboko penetrujący, który zabezpiecza przed pyleniem - nieuchronnym, kiedy dwa psy ocierają się z lubością o gliniane ściany.

I jedna z rzeczy, którą tu uwielbiam - słońce wędruje po domu przez cały dzień i niektóre pomieszczenia oświetla dwa razy - raz przez okno i drugi raz - innymi sposobami.
Na przykład tutaj mamy poranne słońce w ciemnym zachodnim narożniku przedniej sieni. Jest to światło słoneczne, które wpada przez świetliki nad drzwiami tylnej sieni, od strony wschodniej.







Komentuj (4)

11.03.2012 (16:46)



Tego okienka kiedyś nie będzie, bo jak przebudujemy wiatrołap, to w tym miejscu znajdą się drzwi wejściowe. Okienko jest stare jak świat, nieszczelne i zniszczone, no po prostu - stare zasyfiałe okienko. Nawet nie sposób go umyć, czy wyczyścić ramy, bo ledwo trzyma się kupy, a porysowana szyba zaraz po umyciu i tak wygląda jak brudna.
Latem zagląda przez nie róża Sympathie, a teraz pierwiosnki witają wiosnę. Ten widok, kojarzy mi się z puzzlową układanką, w której trzeba odtworzyć piękny widoczek z małych kawałeczków.

Komentuj (6)

17.03.2012 (22:28)

Jestem żałosną starą idiotką. W piątek zrobiłam coś tak głupiego, że naprawdę wstyd się przyznać. Naraziłam swoje zdrowie w sposób godny niestabilnej emocjonalnie nastolatki gimnazjalnej. Zabrakło mi wyobraźni.
Dostałam teraz za swoje i dostaję nadal i dobrze mi tak, jeszcze ktoś mnie powinien porządnie kopnąć w dupę.
Mroczki w oczach, zlewne poty, świąd skóry i wysypka na całym ciele, drżenie nóg i ogólna słabość. I te komentarze przy stole: "idź się połóż, bo wyglądasz jak trup".
Oto są efekty zbyt częstego zadawania się z wampirami.

Teraz rodzynki.
Andrzej dziś był i oznajmił, że pszczoły pięknie przezimowały, będzie z czego robić odkłady do nowych uli. Ucieszyłam się bardzo, bardzo! Andrzej zamówił też dla nas matki do nowych rodzin pszczelich.
Mam nadzieję, że będę mogła już w tym roku mieć dość miodu dla naszej rodziny na całą zimę, tak, że by nie kupować, a może i trochę jeszcze sprzedam, przynajmniej tyle, żeby wystarczyło na bieżące utrzymanie pasieki. Może to za duże oczekiwania na ten rok, bo doświadczenie żadne, ale - zobaczymy.

Wczoraj wreszcie był pierwszy prawdziwie wiosenny dzień. Natyrałam się dziś w ogrodzie, ile tylko zdołałam, między dygotami, bo w przyszłym tygodniu przyjadą róże z dwóch źródeł i trzeba wszystko przygotować. Zajmowałam się więc kopaniem dołów pod nowe róże i przesadzaniem starych róż. Na skrzynię ze zlotem nadal nie natrafiłam.

Stary natomiast wyburzył był ostatnio dawną budkę pszczelarską u kur i na jej miejscu będzie budował nowy kurniczek.
Przy okazji tych prac okazało się, że oprócz dwóch ogromnych jaśminowców rośnie tam przy ogrodzeniu stara dzika róża Rosa Canina i głóg w formie drzewka. Będą prawdziwą ozdobą tego miejsca.
Kury powinny być zadowolone.

Kwitnie wreszcie całą parą ciemiernik, ale co ważniejsze, wypuszcza mnóstwo młodych kiełków. Wychodzą też coraz bardziej futrzane kiełki sasanek.





Komentuj (5)

24.03.2012 (20:25)

"Maaamo, co ty robisz?! I ty jesteś kobieeetą?!" - wrzasnął kiedyś Młody dramatycznie na całe gardło, gdy wpakował się do kuchni akurat w momencie, gdy odcinałam pstrągom łby. Miał wtedy lat ze dwanaście i wyobrażał sobie, że kobiety pasają jeno baranki, pląsając w zwiewnych szatkach po kwietnej łące.
A ja byłam kobietą, która przygotowywała posiłek dla rodziny; a że pstrągi smażę od zawsze bez łbów, choć tendencja wiodąca zaleca zgoła inaczej, więc musiałam...

Dziś natomiast jednoosobowo nadzorowałam na własnym podwórku rozbiórkę tuszy wieprzowej i nie mdleć mi tu proszę, te wszystkie prawdziwe kobiety, które są zdziwione, że mięso jest ze zwierząt.
Panowie oprawcy mówili do mnie: "dyrektorko", a na koniec wypiłam z nimi po piwie. Albowiem dobre stosunki ze społecznością lokalną w miejscu, gdzie zamierzam żyć i umrzeć (spoko, za pięćdziesiąt lat!) są dla mnie sprawą ważną.
Inny przedstawiciel społeczności lokalnej zaorał i zabronował nam dziś pole i zrobił to tak cudnie, że po prostu się zachwyciłam. Posadzę sobie tam trochę ziemniaków vineta. Bardzo mi spodobała ta odmiana, a że mam jeszcze dwa worki w piwnicy, więc będzie beznakładowo. Muszę się tylko tego naumieć, bo podobno ziemniaki sadzi się najpierw normalnie, na płasko, a te kopczyki usypuje się później, w miarę jak rośliny wyrastają.
Przesadzę tam też już wkrótce trochę lawendy, to będzie zaczątek mojego lawendowego poletka. Resztę obsiejemy facelią, żeby pszczółki nie musiały daleko latać. Pole będzie w tym roku niebieskie.



Komentuj (4)

30.03.2012 (22:30)

Ponieważ dwa tygodnie temu byłam taka głupia i narobiłam szkód swojemu zdrowiu, to dziś dla równowagi byłam bardzo mądra. Pozałatwiałam mnóstwo spraw - trochę przed pracą, trochę w trakcie i trochę po. Zjeździłam w tym celu miasto wzdłuż i wszerz, autobusami oczywiście.
Jestem teraz bardzo z siebie zadowolona, bo odwaliłam kawał dobrej roboty - profilaktyka i te rzeczy, co to mają przybliżyć mi szansę bycia za pięćdziesiąt lat żwawą staruszką, pomykającą między rabatkami.
Przybyło mi w ostatnim czasie trzynaście róż. Siedem to zamówienie ze szkółki różanej, a sześć - prezenty od dziewczyn z forum. Stałam się między innymi właścicielką pięciu potężnych Nostalgii, która jest na pograniczu dobrego smaku, ale coś mnie w niej kusi i pociąga i nie mogłam się oprzeć. Ciekawa jestem efektu, jak zakwitnie.

Święta za pasem, a w domu zupełnie nie ma z kim robić nastroju. Dobrze chociaż, że mięso się ładnie pekluje, ale nie ma obawy, bo wciąż jest dość zimno. Przy tym wielkanocnym peklowaniu zawsze się boje, że przyjdzie ocieplenie i trzeba będzie znów wyjmować wszystkie półki z lodówki i wpychać tam na siłę ten gar.
Zamówiłam sześćdziesiąt jaj; tak, wiem, to dużo, ale jak kiedyś chciałam być rozsądna i zamówiłam czterdzieści, to potem musiałam dokupić z pieczątkami.
Jutro by trzeba odpalić odkurzacz, bo koty przemieszczają się już samoistnie po podłogach. Helena mówiła, że kurz równomiernie rozłożony jest mniej widoczny. No ale u mnie nie jest nierównomiernie rozłożony - zwierzęta łażą i wprawiają go w ruch.

Komentuj (4)

06.04.2012 (23:12)

Smród. Biegamy po domu, szukamy źródła smrodu. Przecież nie mamy już szamba, a śmierdzi jak z szamba! Cholera!
Stary wyszedł na ogród i stwierdził, co następuje: sąsiad zza płota szykuje się do świąt. Cały dzień sprzątał wraz z żoną dom i obejście – zamiatali, wietrzyli pościel, wieszali pranie - a teraz, pod osłoną nocy, przepompowuje swoje ścieki z szamba do studzienki kanalizacyjnej. Nie podłączył się oczywiście do kanalizacji, bo za to trzeba płacić. On płacić nie będzie.
Mam nadzieję, że ten smród czuć nie tylko u nas i że ktoś odważnie zadzwoni na policję, choćby z potrzeby dokopania bliźniemu, co to chce być cwaniak – nie płacić, a korzystać.

Dziś w dzień kwiatowy przy opadającym księżycu posadziłam na polu lawendę. Z 57 krzaczków, wyszły mi trzy pełne rzędy i kawałek czwartego. Odległości między krzaczkami i między rzędami odmierzałam suchym patykiem, bo bałam się, żeby mi nie wyszło wężykiem. Trochę wyszło, ale niewiele, jest prawie prosto.
Krzaczki były bardzo nierówne i potwierdza się wniosek z zeszłej jesieni, że najwspanialej udały się te z siewu. Korzenie miały potężne, grube, długie i rozkrzewione, uszarpałam się przy wyrywaniu ich z rabaty że ho-ho! Załadowałam pełną taczkę sadzonek i pojechałam na pole. A sadziłam tę lawendę w czerwonej spódnicy do ziemi i długim czerwonym swetrze, musiałam wyglądać trochę durnowato, ale ojtam ojtam!
Taka jestem dumna!

Stary wczoraj pierwszy raz wędził ryby – pstrągi. Dał radę. Może tylko mogłyby być troszkę bardziej słone.



Dziś cały dzień wędziło się mięso, a my sprzątaliśmy ogród. Stary zajął się jak zwykle hardcorem, a ja drobną galanterią. Zniknęło kolejne bałaganowisko, to koło studni. Powstała nowa rabata przy ścianie szopki i jutro będę tam sadzić kolorowe krwawniki, które w zeszłym roku wyhodowałam z nasion. Ten patyczkowy wigwam z lewej strony osłania różę Lykkefund.



Sprzątanie ogrodu jest fajniejsze, niż sprzątanie domu. W domu ile by się nie nasprzątać to i tak zaraz znów jest brudno, jak się ma na stanie dwa psy i dwa Testosterony. Natomiast posprzątanie ogrodu przekłada się natychmiast na długotrwały efekt.



W związku z tym w domu syf jak jasny gwint, sprzątanie jutro.

Pojawiło się niedawno w naszym domu stare lustro – prezent od Ewy i Darka. Na razie wisi w sieni, a kiedyś trafi do jadalni, ale to jeszcze nie teraz.



Gotowania mam jakoś mało na te święta, bo wędzonki uwalniają mnie od pieczenia mięs.





Upiekłam jednak wczoraj klops, a dziś białą kiełbasę zwiniętą w spiralę w płaskim rondlu i posypaną cebulką, jak robiła to moja babcia.
Jutro zrobię paschę, a wieczorem babki drożdżowe, bo te najszybciej czerstwieją, więc staram się je piec w ostatniej chwili. Dziś upiekłam już spody do mazurków z kruchego niesłodzonego ciasta.



A wino z jabłek z rodzynkami udało mi się wyśmienicie – no normalnie, malaga... Nie mogę uwierzyć i ciągle sprawdzam!

Komentuj (3)

07.04.2012 (15:14)

A jakby się komuś nie podobało, że dziś cały dzień pada, to cicho mi tam!
Lawenda się podlewa...

Komentuj (4)

12.04.2012 (22:09)

Stwierdzam, że grabie wachlarzowe są moim drugim ulubionym narzędziem zaraz po szydełku.
Zaczęło się: wracam z pracy, przebieram się i idę do ogrodu. I przeczesuję teren, odsyfiając kolejne zakątki.
-Dziecko, ty pracujesz, jak maszyna - powiedziała moja mama, kiedy była tu w październiku.
Bywa, że działam z samymi grabiami, a bywa, że w kieszeniach mam jeszcze sekatorek i piłkę składaną. Taka piłka, to prawdziwy skarb - mieści się w damskiej torebce, a po rozłożeniu stanowi pełnogabarytowe niebeleco.
Do domu przychodzę, jak się robi ciemno i najlepszym pomysłem jest wejście od razu pod gorący prysznic.


Ze świątecznych dań wspominam czule pieczoną łopatkę. Zostawiłam ją sobie specjalnie na Wielkanoc, całą, z kością i ze skórą, jakbym przeczuwała, że wejdę w posiadanie adekwatnej receptury. Tereniu, dziękuję!

Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni. Siekamy osiem ząbków czosnku i mieszamy na pastę z oliwą, łyżeczką rozmarynu, łyżeczką soli i łyżeczką młotkowanego pieprzu. Ostrym nożem nacinamy skórę trzykilogramowej wieprzowej łopatki tak, aby powstały małe kieszonki. Wypełniamy je pastą z przypraw. Pieczemy cztery godziny, ostrożnie odlewając nadmiar wytopionego tłuszczu, aż skórka stanie się chrupka i nabierze głębokiej, orzechowej barwy.
Dzielimy mięso na porcje i serwujemy z kawałeczkami skóry.




A jutro po pracy będę sadzić ziemniaki; ma padać, ale ja to chrzanię, bo chcę wykorzystać dzień korzeniowy. No, chyba żeby bardzo lało...

Komentuj (9)

13.04.2012 (21:11)

Nasze rozbrykane cielę urządziło sobie w ogrodzie plac zabaw. Najpierw przynosi tam swoje ulubione zabawki, a potem wbrykuje do środka.
I weź tu człowieku, utrzymaj porządek!





Komentuj (3)
Blogi
Barbarella
Etyka
NaWsi
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Gospodarstwo
Biodynamicznie
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów