Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2017
2016
2015
2014
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


01.01.2013 (17:09)

Prawie rok temu, w styczniu 2012 pokazywałam tu rysunki z koncepcją przebudowy wiatrołapu i budowy nowego kurnika. Kurnik stoi, a na wiatrołap przyszedł czas dopiero teraz, bo to wiąże się z większymi wydatkami i musiałam poczekać na pożyczki. Oprócz materiałów budowlanych musimy kupić drzwi wejściowe i nowe okienko, a to są dla nas duże wydatki.
Czas już jednak najwyższy, bo nasze wejście paradne wygląda, jakby prowadziło do siedziby marginesu społecznego z całego powiatu.

Pewnie jeszcze w styczniu zaczniemy zakupy i gromadzenie materiałów, a roboty ruszą, jak już będzie cieplej, bo muszą się zacząć od udrożnienia tylnego wejścia do domu, które na czas remontu będzie jedynym.
Po remoncie psy będą miały wreszcie drewniany podest do stróżowania od zachodniej strony, a nie beton od północy. Nowe wejście będzie bowiem w miejscu dotychczasowego okienka. Okno w wiatrołapie też będzie, ale na innej ścianie, tak, żebyśmy uzyskali widok na zachodnią część ogrodu, bo z tamtej strony nie ma teraz żadnych okien.
Do nowych drzwi będą prowadziły ażurowe schody z prześwitami, pokryte ryflowanymi deskami tarasowymi, tak samo, jak podest przed drzwiami. Chyba.

Nowy rok, to dla mnie zawsze nowy trójkowy Top Wszech Czasów, który celebruję na leżąco i nie miałabym nic przeciwko temu, żeby miał edycje comiesięczne.

Czy będzie jeszcze zima? Stary widział wczoraj komary.

Komentuj (3)

01.01.2013 (17:44)

Kora odkryła, że w sypialni jest okno. Takiego oto podglądacza zobaczyłam dzisiejszego ranka.



Dotychczas Młody miał parapety zastawione wszelakimi śmieciami (zostaw! to potrzebne!), a okna na wampirzą modłę zasłonięte były roletami całodobowo.
Teraz są odsłonięte całodobowo, bo ja nie mogę się nacieszyć widokiem: że przestrzeń, że ogród, że drzewa, że gwiazdy, że księżyc, że słońce, że cokolwiek. Jesienią posadziłam sobie pod tymi oknami chyba z setkę tulipanów, żeby już oszaleć zupełnie, jak się zacznie.
To będzie kiedyś ta najpiękniejsza część ogrodu, nasza część prywatna, ogród kwiatów, zapachów i kolorów. Ten plan realizujemy krok po kroku. Kiedy warzywnik zza zielonego płotka wywędruje stąd za ogród, na jego miejscu będzie wielka główna różanka.
Tymczasem niektóre róże już się tu będą zadomawiały w najbliższym sezonie.

A podglądaczka zgłębia walory okna z obu stron.



Komentuj (2)

09.01.2013 (20:10)

Społeczność forum ogrodniczego jest fenomenem. Od listopada 2011 poznałam tam tyle fajnych kobitek! A nawet kilka PRZEFAJNYCH (jak mawiają w Krakowie).

A już zupełnie niesamowita jest coroczna akcja wymiany nasion pomiędzy użytkownikami forum.
Forumowicze zbierają nasionka w swoich ogrodach – z kwiatów, owoców i warzyw. Potem dzielą je, pakują po kilka sztuk w małe paczuszki, opisują (co i od kogo) i wysyłają do jednej wyznaczonej osoby.
Ci, którzy kupili nasiona i mają ich w opakowaniu więcej, niż będą w stanie wykorzystać, również ten nadmiar pakują i wysyłają, ze stosownym opisem. Regulaminowym minimum jest pięć nasion w jednej paczuszce.

Nazwy odmian wszystkich nadesłanych nasion wprowadzane są do internetowego formularza, który jest dostępny na forum i za pomocą tego formularza można od razu dokonać zamówienia. Formularz jest aktualizowany, a więc znikają z niego odmiany, które już zostały rozesłane.
Najpierw zamawiają tylko ci, którzy wysłali nasionka na wymianę, a od 15 grudnia akcja jest uwalniana i teraz mogą już zamawiać wszyscy zarejestrowani użytkownicy forum. Wzięłam udział i ja, wypełniłam formularz, wybierając głównie nasiona różnych odmian dyni i niespotykanych pomidorków koktajlowych i jakieś tam nieliczne kwiateczki. Dostałam adres, na który musiałam wysłać kopertę bąbelkową z naklejonymi znaczkami i zaadresowaną do siebie samej.
Kobitka, do której przysłane zostały te wszystkie nasionka, segreguje paczuszki i pakuje do kopert dla wszystkich, którzy coś zamówili, biega na pocztę po puste koperty i potem z pełnymi. Dwa razy w tygodniu wysyła po kilkadziesiąt kopert. W tym roku na akcję nadesłano ponad 34 tysiące paczuszek z nasionkami na wymianę!

Dziś dostałam przesyłkę.



Komentuj (2)

11.01.2013 (18:25)

W ramach pielęgnowania ogniska domowego smaruję płatki ciasta francuskiego prażonymi renetami ze słoika i resztkami konfitury różanej od świątecznych pierników. Będziemy oglądać film, zajadać słodkości. Tak, jestem na diecie rozdzielnej, ale oprócz weekendów, a piątkowy wieczór, to już przecież weekend.
Stary w sąsiednim pokoju siedzi przy kompie, rozmawiamy przez drzwi.

Ja: Chciałabym w ferie pojechać do Młodej...
On: [cisza]
Ja: Słyszysz? Chciałabym w ferie pojechać do Młodej.
On: To jest normalne.
Ja: Co jest normalne? (myślę: powie, że normalne jest to, że pojadę w ferie do Młodej)
On: Normalne jest to, że chcesz pojechać do Młodej. (myślę: !!!><:”@$_*&%$#!!!!!!!)
Ja: No, to brzmi zupełnie, jakbyś powiedział: możesz sobie chcieć!
On: [cisza]
Ja: Ale ty tak nie ze złośliwości mówisz, tylko z głupoty, prawda?
On: Prawda.
Ja: A czy ty wiesz, o czym my w ogóle rozmawiamy?
On: Wiem. O tym, że w ferie pojedziesz do Młodej.

No!

Komentuj (6)

12.01.2013 (13:53)

Owsiak od lat jest dla mnie Kimś. Kibicowałam moim dzieciom, kiedy kwestowały w kolejnych latach, kiedy Młody szkolił się w Pokojowym Patrolu, a potem pracował na Przystanku. Byłam z nich dumna.
A jutro ja gram z Orkiestrą. Chcę, żeby teraz moje dzieci były ze mnie dumne.
I ja też lubię być z siebie dumna :)


Pozbierałam dziś wszystkie świąteczne dekoracje, wywędrują wkrótce na strych. Na razie stoją te pudła i torby, na wypadek, jakbym jednak jeszcze o czymś zapomniała.
Nie lubię tego i to w obie strony – nie lubię rozkładania dekoracji i ich sprzątania. Za to lubię stan „po”. Też w obie strony.
Podobało mi się uprzątanie kamieni, którym choinki były ustabilizowane w donicach. W mieście wynosiłam je na balkon i czekały gdzieś w kąciku do następnego roku. Tutaj powinnam wynieść do ogrodu. I wyniosłam - otworzyłam okno sypialni i powywalałam jeden po drugim w śnieg.
Fajne to było!

Komentuj (1)

17.01.2013 (21:08)

Kury się nie niesom.
Przeczytałam na kurzym forum, że sprawdzonym sposobem, który może temu zaradzić, jest przenoszenie im karmnika z ziarnem wciąż w inne miejsca, a nawet sprytne chowanie go, ale tak, żeby jednak mogły go odnaleźć. Dobrym pomysłem jest również wysypywanie im ziarna w różne dziwne miejsca, na przykład na słomianą ściółkę w kurniku.
Po trzech dniach bezjajecznych i dzisiejszym dostarczeniu kurom mocnych wrażeń, związanych z poszukiwaniem żarcia, zniosły dwa jajeczka. No więc to chyba jest prawda.
A ja, durna, myślałam, że stałe miejsca i rytuały dają im poczucie bezpieczeństwa i stabilności świata otaczającego. No, ale to przecież nie dzieci z ADHD! Kurki nie mogą się nudzić.



Czasy nocnego wstawania do dzieci dawno już minęły, to teraz zaczęło się wstawanie do psów. Jest wszędzie pełno śniegu, więc zwierzyna przychodzi blisko pod domy, a nawet łazi po wiosce. Sama widziałam kiedyś przez okno jadalni dwie sarenki, które wczesnym popołudniem szły sobie naszą drogą do wsi.
Kora słyszy zwierzynę, która nocą łazi za ogrodem. Wszczyna więc alarm i trzeba ją wypuszczać, a ona od razu galopem mknie na tyły domu. Tam sobie poszczeka, a po jakimś czasie wraca i trzeba znów wstać i ją wpuścić, bo przecież jest mróz.
Czasem alarm powtarza się 2-3 razy jednej nocy i najczęściej ja pierwsza go słyszę te psie wołania, wiadomo - matka. Jednak nie pozwolę się traktować, jak kobieta muzułmańska, więc co drugi raz trącam Starego i mówię: teraz ty.
Ślady zwierząt za płotem tworzą ścieżki i placyki, w dzień można je pooglądać. Okazuje się, że ta ścieżka na skróty przez naszą ziemię, prowadząca nie wiadomo dokąd, to też ich robota.







Przywieźliśmy kupione wcześniej drzwi do wiatrołapu i stoją one sobie teraz w sieni, oparte o ścianę. Zuzia od razu postanowiła je zasiedlić, siedzi więc wysoko na drzwiach i stamtąd patroluje teren. Noce koty spędzają w różnych dziwnych miejscach, na przykład na sofie w łazience, albo w kotłowni, w koszyku na ziemniaki. Fajne są te koty!
A rano, jak już wywalimy psy do ogrodu, to kotki przychodzą się do nas pomiziać.







Komentuj (5)

20.01.2013 (18:19)



Wtem!
Po dwóch i pół roku mieszkania tutaj mamy JUŻ lampę nad stół do jadalni. Jeszcze tylko trochę kucia w suficie i zniknie stamtąd na zawsze goła żarówka. Na wsi zobaczą - bo będzie widać z szosy - że my też mamy lampę.

Kora ma chore ucho. Czyszczę je więc i smaruję codziennie i pierwszego dnia normalnie osłupiałam - jakie ten pies ma wielkie ucho! Wsadzam palec do dna i gmeram nim dowolnie dookoła rozprowadzając maść, a ona stoi oparta o mnie łbem i mruczy leniwie. Ile tam jest w środku miejsca!

Wczorajszy dzień był bardzo pracowity, zwłaszcza dla Starego, ale ja też się trochę natyrałam - pracowaliśmy przy drewnie opałowym.
A dziś znalazłam sobie jakże wdzięczne zajęcie odkuwania framugi drzwiowej z farby. Bo Stary i Młody, jak malowali ten pokój, to WMALOWALI framugę w ścianę. Nie całą, wąski paseczek zaledwie, ale ten właśnie paseczek uwalniałam dzisiaj za pomocą różnego kalibru nożyków, dłutek i śrubokrętów, które lekkimi stuknięciami młoteczka zachęcałam do odbicia warstwy farby i dokopywałam się do drewna. Przy okazji obrzępoliłam dookoła pas tynku, bo jak uwalniać, to uwalniać, a framuga była nie tylko wmalowana, ale i wtynkowana gdzieniegdzie.
Został mi jeszcze z metr bieżący i jak skończę, to sobie cała piękną framugę zamaluję lakobejcą i niech mi który ruszy.
A obrzępolenie zlikwiduje się przy malowaniu.
Posprzątałam w piwnicy, a zwiędnięte i nadpsute jabłka wywiozłam taczką na pole i wyrzuciłam tam sarenkom, które już zeżarły moje pory i cierpią teraz głód i poniewierkę.

No i kupiłam ten bilet do Krakowa na 15 lutego. Jadę! Jak Stary będzie grzeczny, to kupię też powrotny.

Słucham teraz Gintrowskiego i tak sobie myślę - co to za bzdura, że Gintrowski nie żyje. On nie może nie żyć.
Ta zima mnie już wkurwia. Inaf.

Komentuj (2)

31.01.2013 (17:33)

Korzystając z otwartego dokumentu tekstowego i otwartego kalkulatora na kompie: L=2.pi.er=2x3,14x25=6,28x25=157
Być może można to było obliczyć długopisem na kartce, ale stanowczo ten okres mojego życia zostawiłam już daleko za sobą.

Teraz prozą:
Jeśli kupiłam lampę o średnicy pięćdziesięciu centymetrów, to korzystając z wzoru na obwód koła równa się dwa pi er, dochodzę do wniosku, że muszę mieć ponad półtora metra koronki do obszycia nowego pokrycia na ten abażur. Zważywszy, że jakieś ileśtam już mam, to muszę tylko dodłubać jeszcze trochę. Zważywszy zaś, że czeka mnie długa podróż pociągiem tam i z powrotem, to nie będzie to trudne.
No i wtedy abażur i zasłonki w oknach będą stanowiły KUMPLET.


A z nowości, to tyle, że wiatr złamał nam śliwkę, Młody przedziera się przez pierwszą w życiu sesję egzaminacyjną, Młoda rozmyśla nad swoim życiem, a Starego boli ząb.

Framuga już oskrobana, pędzelki kupione, lakierobejca odkurzona i czekam tylko na weekend.



Komentuj (6)

04.02.2013 (20:21)

Chwaliłam się tu kiedyś, że Młody dostał się na kierunek zamawiany i na podstawie wstępnych wyników rekrutacji od razu załapał się na najniższe (chociaż i tak niezłe) stypendium. Wiadomo też było, że lista przyjętych jeszcze się zmieni i liczyłam po cichutku, że może uda mu się zahaczyć na nieco wyższą lokatę trzystopniowej gradacji. Nie myślałam jednak, że wywinduje się na ósme miejsce w tej całej klasyfikacji i dostanie najwyższe możliwe stypendium!
Co prawda Młody, jak to Młody, tu i tam o czymś zapomniał i coś tam przegapił, ale wreszcie wszystko się udało wyprostować i dziś dostał przelew z wyrównaniem od października, no normalnie milion zylionów!

A z innej beczki, to mam takie pytanie, czy kontrolerzy biletów w autobusach jeżdżących po moim mieście muszą wyglądać jak kryminaliści i muszą śmierdzieć jak kloszardzi z kanałów Paryża? Czy weryfikacja do tej roboty polega na zatrudnianiu ludzi, których już nikt inny nigdzie by nie chciał zatrudnić? Fuj!

A żeby nie zostawiać smrodu na blogasku, to pochwalę się, że zamówiłam na marzec pięć nowych róż do ogrodu i są to:
>rambler Bobby James, który będzie się wspinał po starej renecie
>róża francuska Cardinal de Richelieu
>róża burbońska Gipsy Boy
>róża mchowa Henri Martin
>Pashmina, zwana też Pompon Veranda.

Zachęcam do podglądania zdjęć w linkach. Wszystkie róże oprócz tej ostatniej pięknie i mocno pachną, szykuje mi się więc w czerwcu różana perfumeria! Z tego też względu posadzimy je w tylnym ogrodzie, tam gdzie latem spędzamy najwięcej czasu... jeśli akurat mamy jakiś czas.

A do tych pięciu dołączy jeszcze Elżbietka, która mam dostać od Marysi z Doliny Będkowskiej.

Komentuj (5)

07.02.2013 (20:45)

Jako młoda panienka i świeżo upieczona studentka wylądowałam na chwilowym przechowaniu u pewnej... powiedzmy, cioci, w jej wielkim krakowskim mieszkaniu. Był październik 1980.
Do cioci należała cała kamienica, ale mieszkała ona w tym jednym mieszkaniu na pierwszym piętrze. Pozostałe były wynajmowane lokatorom, którzy w opowiadaniach cioci przedstawiani byli jako wrzód na dupie, bo nie dość, że pochodzili z dołów społecznych, to jeszcze niechętnie opłacali wynajem.
W tym mieszkaniu zajmowałam dawną służbówkę przy kuchni, w której mieściło się właściwie tylko łóżko. Nie trwało to długo, bo wkrótce, dzięki koneksjom cioci dostałam akademik i mogłam się wyprowadzić. Jednak jeszcze zanim to nastąpiło, miałam tam zaszczyt siedzieć przy jednym stole z Ewą Demarczyk i to nie w sto osób, tylko my trzy - Ona, ciocia i ja. I miałam tam też zaszczyt podawać herbatkę w białej filiżance Piotrowi Skrzyneckiemu.

W tym wielkim mieszkaniu na końcu długiego korytarza była piękna, duża łazienka, w której znajdował się dziwny sprzęt. Wypełniony był on po brzegi całymi stertami lokówek do włosów różnych kolorów, rozmiarów i kształtów, co mnie na początku trochę wprowadziło w błąd, zwłaszcza, że jako dziecko komuny, wychowane w ciasnym mieszkanku, pierwszy raz widziałam taki sprzęt w normalnym (prawie) mieszkaniu, w którym mieszkali ludzie. Mama mi wytłumaczyła, że tak, owszem, to jest bidet i do czego on służy, a raczej do czego mógłby służyć, gdyby nie leżakowały w nim te lokówki.
Teraz jestem już duża i wiem, do czego służy bidet.






Komentuj (12)

10.02.2013 (17:03)

Dziś urodziła nam się mała Helenka, a właściwie urodziła się Michałowi, bardzo kochanemu w naszej rodzinie Michałowi z Wrocka. Niech im się wiedzie jak najlepiej, również młodej mamusi, którą mam nadzieję kiedyś poznać.
Miło, że ludzie nadają jeszcze dzieciom normalne imiona, a nawet ostatnio jakby częściej...

Pokazywałam tu kiedyś moje suszone kwiatki, a teraz jest czas, kiedy bardzo się przydają. Przechowuję je w małych woreczkach w płóciennym worku zbiorczym, posegregowane gatunkami. Różane płatki trzymam w słoikach, bo ich jest najwięcej; to są płatki pachnącej róży konfiturowej.
Kupuję zieloną herbatę, której żłopię każdego dnia przynajmniej litr i robię sobie aromatyczną herbatkę z kwiatkami. Kiedyś kupowałam gotowe mieszanki, ale teraz przynajmniej mogę uniknąć picia herbaty ze zmiotkami z podłogi magazynu zielarskiego.









Komentuj (3)

24.02.2013 (20:24)

Powłóczyłam się trochę po dworcach, miastach, pociągach i autobusach i mam garść spostrzeżeń.

Otóż toaleta na dworcu w Kielcach jest czysta i pachnąca, więc tak jakby postęp cywilizacyjny... No ale z kolei wagon z miejscami do leżenia ogrzewany do temperatury czterdziestu stopni to chyba przesada; PKP zbyt gwałtownie chciałyby wejść na ścieżkę rozwoju, nawet za cenę zdrowia i życia pasażerów. Pasażer zajmujący dolną pryczę, pod którą to bezpośrednio umiejscowione są grzejniki, musi spędzać wielogodzinną podróż w pozycji leżącej wyłącznie na plecach. Każda próba położenia się na brzuchu prowadzi bowiem natychmiast do stanu bliskiego eksplozji wnętrzności z powodu połączenia temperatur pasażera i wyrka.
Potem pasażera boli od tego szyja przez trzy dni.

Nawet najpiękniejsze miasto wygląda zimą jak syf z malarią.
Byłam na Wawelu, który od WTEDY nigdy już nie będzie taki sam, ale na szczęście z wierzchu tego wcale nie widać. Byłam też w kinie Pod Baranami i w Muzeum Schindlera i na Stolarskiej i na próbie Wyjców. Spotkałam się z dwiema najukochańszymi kobietami mojego życia i uknułam PLAN.

Miałam też podczas tej podróży bliskie spotkanie z telewizorem, które utwierdziło mnie w przekonaniu, jak szczęśliwym jestem człowiekiem.

I widziałam dwie trzecie moich czarownic z Miasteczka. Obiecują latem przylecieć do mnie na miotłach!


I co tam jeszcze? Stary pod moją nieobecność pastwił się nad kurami, nie dając im smakołyków i umył mi w zmywarce dwie patelnie teflonowe (ale przyznaje się do jednej).


Ruszyłam dziś z zasiewami - różowa lobelia i dziewięć odmian pomidorów z akcji wymiany nasion na forum ogrodniczym. Wiosna za progiem.

Komentuj (6)

01.03.2013 (18:29)

Wtem nastąpił marzec i uderzył słońcem po oczach i po brudnych oknach, ale czym to jest wobec wieczności.

Nie mogę się doczekać tego sezonu, bo spodziewam się szaleństwa różnych ogrodowych nowości, na przykład pierwszy raz pokażą kwiaty posadzone w zeszłym roku róże, które kwitną na pędach zeszłorocznych i będzie to na przykład „doktorek” na rusztowaniu starej folii i Lykkefund o miododajnych kwiatach na czarnym deskowaniu szopy...
Zamówione nowe róże przyjadą w kwietniu i jest wśród nich kolejny potwór kwitnący raz w sezonie – Bobby James, który, jak to z ramblerami bywa, co prawda nie powtarza kwitnienia, ale ten raz, to jest obficie, długo i pachnąco.
Marzę jeszcze o paru różach, ale to już tak bez histerii.

Spodziewam się też, że w tym roku liliowce pokażą, co potrafią, bo w ubiegłym sezonie kwitły mi właściwie tylko dwie stare odmiany. Młode, kupione tu już przeze mnie, nabierały dopiero ciała, a że dostałam też kilka nowych z końcem lata, więc powinnam teraz mieć kumulację.

Totalnie rozczarowały mnie mieczyki i choć uwielbiam je w kwiaciarniach i w wazonach, to w ogrodzie jakoś mi się nie podobały. Całkiem je olałam i nawet nie wykopałam jesienią cebul; jeśli się okaże, że mimo to przetrwały, to chyba będę musiała się wzruszyć i przeprosić je, żeby nie czuć się jak świnia.
Podarowane różnokolorowe irysy porozrastały się w tymczasowym przedszkolu i będę z nich już w tym roku tworzyć rabatę.

Porobiłam też odkłady z hortensji Annabelle, bo to naprawdę piękny krzaczor i warto mieć ich kilka. No i różne kolorowe hortensje to są rośliny, których zdecydowanie kilka muszę dokupić, oczywiście nie ogrodowe, bo mam jedną i nie widziałam jeszcze jej kwiatów, a miała szansę mi je pokazać przez trzy kolejne lata. Jak w tym roku nie zakwitnie, to pójdzie pod topór.

Pokupowane w zeszłym roku różnobarwne mrozoodporne chryzantemy też już będą większe, kilka zapewne da się nawet podzielić na wiosnę i muszę o nie porządnie zadbać, bo zeszłoroczne doświadczenia pokazały, że wymagają solidnej ochrony przeciwgrzybowej.

Tyle lat życia zmarnowałam bez ogrodu... nie do wiary.


A dzisiejszego słonecznego poranka popstrykałam coś tam w ogrodzie i w domu, takie moje zwiastuny wiosny.

Kurki się cieszą, że wreszcie wyszło słońce.


Przebiśniegi pokazują już, co potrafią.


Ciemiernik ma wielkie pąki kwiatowe.


Zimowity wypuszczają teraz liście, które potem latem zamierają, a we wrześniu wychodzą z ziemi fioletowe bezlistne kwiaty.


I parapetowa zieleninka.


Komentuj (5)

04.03.2013 (20:05)

W ostatnich dniach ma u nas miejsce hardcorowa akcja, a konkretnie – przenosimy pszczoły za ogród. Uli jest już za dużo, żeby stały tak blisko domu i potem w czasie czerwcowych rójek pszczoły mi wchodzą między wódkę a zakąskę. Teraz będą sobie mieszkały pod wielką starą czereśnią, odgrodzone od sołtysowego pola maliniakiem i od naszego kurnika też, z wylotkami skierowanymi wprost na pole, a na którym rok temu sialiśmy facelię, a w tym roku posiejemy chyba grykę.
Stary w tym celu wymodził tam konstrukcję pod ule ze zbrojeniem, gruzem, ziemią i zapewne schronem atomowym pod spodem. W niedzielę woziliśmy gruz, a dziś wykopaną z pola ziemię, która między gruz została wsypana. Powstała kształtna ława, coś jakby dwa boki prostokąta ze wspólnym kątem. „Jakby”, bo niby mogłyby to być przyprostokątne, ale kąt prosty to Staremu chyba nie wyszedł... chciałam lecieć po ekierkę, ale się w końcu zlitowałam.

Napięcie jest spore, bo trzeba się z tą przeprowadzką zmieścić pomiędzy: po tym, jak ziemia odmarznie a przed tym, jak pszczoły się obudzą. Prawie się udało.
Przyjeżdżamy bowiem dziś do domu, a tu pszczoły łażą i wściekle mamroczą (nie po naszym domu, tylko po swoim, a konkretnie - z jednego ula wylazły). I weź tu teraz, człowieku, przewoź na taczce takie towarzystwo!
Przewieźliśmy jednak o zmroku dwa ule jednym kursem (na szerokiej desce, położonej na taczce), po czym zaraz się okazało, że te, co wylazły, a potem wlazły, to znów wylazły, mimo że było już prawie ciemno i dość zimno (no na pewno było mniej niż +5°C, a przecież pszczoły latają, jak jest więcej niż +10°C – czy one o tym nie wiedzą?!).
Nie daliśmy więc rady obrócić tego ula i ustawić na ostatecznym miejscu; stoi tam na desce dupą do wschodu i jutro wstajemy DO DNIA, żeby dokończyć akcję.
Ahoj, przygodo!

Komentuj (2)

06.03.2013 (20:24)

Mission completed!
Budziki zadzwoniły wczoraj o piątej i po wypiciu kawki poubieraliśmy się szybko i poszliśmy do ogrodu. O wpół do szóstej już się robiło szaro, temperatura była sprzyjająca, bo trochę poniżej zera, więc czterema kursami taczki poprzewoziliśmy kolejne ule furtką za ogród - i gotowe!
Ładnie to wygląda już teraz, a jak zakwitną czereśnie, to będzie cud-miód, dosłownie i w przenośni.

Tego samego dnia późnym wieczorem Kora zaalarmowała, że czuje zwierzynę i wypuszczona z domu pobiegła natychmiast za ogród. Stary poszedł za nią i co zobaczył? Sarenki przyszły pooglądać ule... pochodziły, powąchały, grzebnęły kopytkiem i sobie poszły.

Byłam tam dziś po południu; pszczółki urządzają się w nowej pasiece i wyrzucają pozimowe trupy z uli, jak zwykle o tej porze.
A pod leszczynami, gdzie wcześniej stały ule, zrobiło się teraz świetne miejsce na ławkę, do wygrzewania się w zachodzącym słońcu...







Komentuj (3)

07.03.2013 (18:04)

Nieliczne jeszcze detale ożywiają przedwiosenną szarzyznę. Ale niech no tylko jakieś liście, że już nie wspomnę o jabłoniach...

Przebiśniegi, ranniki i kurki, które co prawda nie uległy przebarwieniu, ale w tym mocnym słońcu ich piórka wyglądają, jak klejnoty.







Komentuj (0)

10.03.2013 (21:21)

Dziś o pierwszej pięćdziesiąt w nocy Młody ostatecznie przestanie być nastolatkiem... Synek mój malutki.





















Komentuj (3)

15.03.2013 (22:11)

Jutro we wsi wielki dzień - otwarcie sklepu. Sklepu nie było od września, a więc znów się trzeba było nauczyć, że nie można zapomnieć o mleku do kawy, bo jak się zapomni, to się pije kawę bez mleka i koniec.

Nowy sklep zapowiada się ładnie i schludnie w porównaniu z poprzednim niechlujowiskiem; byłam dziś na przedpremierowych oględzinach, to wiem. Jakby to było lato, to poszłabym chyba jutro wypić piwo pod sklepem...

Zima nie odpuszcza. Tydzień temu wydarłam tej suce całą sobotę i zrobiłam naprawdę na błysk porządek w maliniaku za ogrodem.
To jest operacja rozłożona na raty. Pierwsza tura robót odbyła się rok temu i od razu przełożyło się to na plony, kiedy to w porze owocowania zbierałam co dwa dni około trzech kilogramów malin. Zamroziłam na zimę nieprawdopodobne ilości, zrobiłam też sporo smażonych malin do słoików. To jest naprawdę niebiański smak na zimowe wieczory.
Tego roku chciałabym, żeby ilość przeszła w jakość, więc muszę jeszcze przerzedzić pędy, ale to już jak zaczną wypuszczać liście. Będzie to też drugi rok niezapominajek wsianych w maliniak, a obecność niezapominajek odstrasza te muchy, których larwy widać potem jako robale w owocach. Już w ubiegłym sezonie było w moich malinach nieporównanie mniej robali, niż w poprzednich latach, a mam nadzieję, że teraz będzie jeszcze mniej, jak niezapominajki się rozpanoszą.

Zbieram na Wielkanoc jajka od moich zielononóżek i każdą uzbieraną dziesiątkę nabożnie wynoszę do piwnicy, numerując kolejność na pudełkach. Niestety, nie zdołam uzbierać sześćdziesięciu, a tyle zawsze zużywam na święta. Jednak to, co potrzebuję do ugotowania, do sosów i sałatek to na pewno dam radę.

Komentuj (7)

24.03.2013 (16:08)

Tak wyglądał u nas drugi dzień kalendarzowej wiosny. Za tydzień Wielkanoc.





Komentuj (3)

01.04.2013 (20:52)



Młoda na mnie nawrzeszczała trochę, że zaniedbuję blogaska, że nie piszę, a tu tłumy wyznawców, stęskniona publiczność i w ogóle... A ja tylko wciąż na forum siedzę i na forum piszę i co ja sobie myślę!
No to dobra. Czy ktoś wie coś na temat tej zimy, czy na przykład w zamian za to, co musimy znosić, za rok mamy obiecaną wiosnę już od lutego? Bo jeśli tak, to wiele wytrzymam i będę z nadzieją patrzeć w przyszłość.

Na mym oknie łany pomidorów szykują się do drugiego pikowania i gdzie ja je wysadzę, ach gdzie? Czy kwieciem w doniczkach przyjdzie im się pokryć?
Mam też nowiutkie ciemierniki i wsadzić ich do gruntu nie mogę, bo ziemia zamarznięta. Mam patyki pęcherznic do ukorzeniania i czekają w doniczce. Mam przekwitłe cebulowe – żonkile i hiacynty do posadzenia w ogrodzie.
Nie mówiąc już o tym, że kurze gówna zamarzły w kurniku i nie dało się ich wysprzątać wiosennie przed świętami.
Jednak jak pooglądałam dziś zdjęcia z innych regionów Polski, to wiem, że nie mam na co narzekać, bo miejscami zdechła trawa jednak prześwituje i śniegu mamy w porównaniu niewiele.

Wszystkie internetowe prognozy pogody są do kitu, bo co to za robota, że kiedy spojrzeć, to za dwa tygodnie obiecują plus dziesięć, przy czym z upływem dni termin się przesuwa i zawsze dupa z tyłu. Ostatnio przerzuciłam się z ICM na Accuweather i też kłamią, chociaż po angielsku.

Święta jak święta - przygotowałam wszystko to, co zwykle, może nie aż takie ilości, ale wystarczające, żeby w ciągu dwóch dni nabrać wstrętu do jedzenia. Jednak z czasem nabieram przekonania, że na nikim nie robi już to wszystko większego wrażenia, że opatrzyło się i spowszedniało i może by tak przed następnymi świętami wyprzedać kosztowności i bez uprzedzenia odlecieć daleko, zostawiając na oknie pocztówkę z pozdrowieniami? Tylko skąd ja wezmę kosztowności?

Stary przed świętami dostał napadu aktywności wewnątrzdomowej i wyprowadził na prostą różne niedoróbki. Wytynkował sień gliną na czysto, zrobił z postarzonej sosnowej deski frontową ściankę zmywarki i pomalował pokój dla mamy.
W łazience zamontował też wieszak na szlafroki, zrobiony z kołków od starego wieszaka z szafy, takiego, co to można go było wsuwać i wysuwać wraz z wiszącymi na nim ciuchami.

A ja sobie zrobiłam nowy abażur nad stół w jadalni i jest to właściwie wersja udoskonalona gotowca ze szwedzkiego sklepu, bo wreszcie uszydełkowałam ten koronkowy brzeg, którego długość liczyłam z wzoru na obwód koła w notce z 31 stycznia.
Ale ponieważ szarpie mną twórczy niepokój, więc pod powiekami oswajam już sobie kolejną wersję z samej tylko koronki, którą pewnie będę szydełkować do grobowej deski. A jak skończę, to będę miała dwa abażury na zmianę!

Komentuj (9)

06.04.2013 (21:14)

Poświąteczne towarzystwo rozjechało się wczoraj i zostaliśmy w trójkę tylko z mamą.
Wczorajszy dzień był pełen wrażeń, a ważniejszy był nawet niż cała ta Wielkanoc. Bo Wielkanoc jest przecież co roku, a takie okrągłe urodziny nie każdemu zdarza się świętować.

Parę miesięcy temu wymyśliłam już ten scenariusz, przynajmniej w ogólnym zarysie, a potem krok po kroku realizowałam kolejne punkty, żeby wszystko się udało.
Przede wszystkim Młoda musiała zaplanować sobie urlop tak, żeby móc zostać tu jeszcze przez cały poświąteczny tydzień. Młody ze swoją połówką też zaplanowali sobie przedłużoną przerwę świąteczną na uczelni, trochę co prawda w myśl zasady, że cel uświęca środki, no ale czasem trzeba. A środki były moralnie dwuznaczne i to z moim aktywnym udziałem!

Już w lutym poprosiłam zaprzyjaźnioną skrzypaczkę z filharmonii, żeby była tak miła i przyjechała do nas w poświąteczny piątek zagrać dla mamy mały urodzinowy koncert. Wybrałyśmy Tango milonga, Nad pięknym modrym Dunajem i Kasztany, a artystka dodała jeszcze kilka utworów. Dla mamy była to zupełna niespodzianka. Wiedziała tylko tyle, że o dwunastej będzie wspólne "coś słodkiego", bo po południu dzieci wyjeżdżają już z domu.
Stary potajemnie pojechał po skrzypaczkę, a my przygotowałyśmy z Młodą stół.
Kiedy zabrzmiała muzyka, mama nie ukrywała wzruszenia, zresztą nie ona jedna, bo wszystkie my kobitki zalałyśmy się łzami już przy pierwszym utworze. Potem jakoś zebrałyśmy się do kupy i finał był już spokojniejszy.

Mama dostała od nas kwiaty, książkę i śliczną filiżankę z rosyjskiej porcelany, a po koncercie wjechał na stół tort w kształcie kapelusza z kwiatami, który zrobiłam poprzedniego popołudnia.
Musiałam też oczywiście i dla siebie wykombinować wolny dzień w pracy, co przypłaciłam krwią swoją serdeczną, ale przynajmniej już bez skazy na morale :)

Największą dla mnie przyjemnością było słuchanie, jak potem mama opowiadała o tej uroczystości przez telefon mojej siostrze i swojemu bratu.



A dziś przyjechały tu dwie fajne babeczki i zrobiliśmy sobie z nimi maleńkie after-party.

Komentuj (6)

11.04.2013 (19:48)

Mnożą mi się internetowe aktywności, przybywają kolejne, ale sama się w to pcham. No lubię to - nie ma co ukrywać. Skończy się tak, że mi laptop łeb przytrzaśnie i tam już zostanę, po tej drugiej stronie...

Ogród ruszył. Wygrabiłam sobie pod folią, wygrabiłam na warzywniku. Będę się rozpychać z uprawami jeszcze i na polu za ogrodem; tam wyjedzie marchew i dynie w szaleństwie odmian. Jak mi te wszystkie dynie obrodzą, to we wrześniu rozłożę chyba stragan przy krajowej szóstce.

Trochę mi się w głowie miesza i nie bardzo mogę ogarnąć, co będzie siane/sadzone w tym przydomowym warzywniku. Muszę sobie narysować jakiś plan, a to nie jest proste, bo to już trzeci sezon warzywnika, a chcę uwzględnić zmianowanie i dobre sąsiedztwo roślin.

Sadzonki groszku pachnącego własnej produkcji wytrzymały w gruncie przy płotku noc z mrozem minus pięć, więc wysadziłam kolejne. A dziś po południu było na plusie dziesięć!
Podpaliłam sobie stos gałęzi, ach jak ja lubię takie ogrodowe podpalenia!

Komentuj (0)

14.04.2013 (20:18)

Miodek wielokwiatowy się robi!









A ta na ostatnim zdjęciu, co prawda z serii "znajdź pszczółkę na tym obrazku" ale za to jaka akrobatka!

Komentuj (1)

15.04.2013 (21:51)

Zaczęłam dziś zabiegi na kręgosłup szyjny i codziennie po pracy biegam do szpitala.
Pierwszy raz mam zlecony wyciąg. Leżę sobie, a łeb mi zapinają w obrożę, jak dla psa i podkręcają jakąś śrubę i czuję się wtedy bardzo wyprostowana. Leżę tak sobie dziesięć minut i oczywiście pod koniec PRAWIE zasypiam. W kolejnych dniach czas będzie wydłużany.
Potem pani mnie rozpina i leżę jeszcze 5 minut. Potem każe mi usiąść i posiedzieć minutę.
A potem lecę na drugi koniec korytarza na inny zabieg, prądowy.

Z tym wyciągiem wiążę ogromne nadzieje. Chciałabym móc choć raz przespać noc, żeby nie drętwiały mi palce, obudzić się w nocy i nie szukać, gdzie te dłonie znowu są i dlaczego z kamienia. Jechać autobusem i móc ręce położyć nieruchomo na kolanach i żeby od razu nie pojawiały się te mrowienia.
No.
I czuję, że mi ten wyciąg pomoże. A jak nie, to że przynajmniej po serii takich zabiegów będę trochę wyższa!

Komentuj (5)

17.04.2013 (10:11)

Ziemia została zaorana, a to znaczy, że już naprawdę wiosna. Myślałam, że zaraz będziemy siać tę grykę, ale okazuje się, że ona jest delikatna panienka i wrażliwa na przymrozki, więc w tym cholernym klimacie dopiero w połowie maja. Oglądając prognozy i meteorogramy myślę, że z tydzień będzie można utargować, a to już prawie na początku maja...
Oracz, który zaorał nam więcej niż chcieliśmy, na tym nadmiarze posieje sobie jęczmień i tym sposobem nie musimy płacić mu za orkę. Będziemy mieli pożytek dla pszczół i własną kaszę gryczaną. No czy ja kiedyś mogłam o tym marzyć?
A gdyby tej gryki było dla nas za dużo, to można się będzie wymienić z kimś na jęczmień i pszenicę i wtedy nie trzeba będzie kupować ziarna dla kurek.
W przyszłym roku nasz oracz być może będzie siał grykę na swoim polu, więc miałabym ciągłość dostaw mojego ulubionego miodu gryczanego.
Stary wczoraj wymyślił, żeby zaprowadzić na tym polu plantację bylin miododajnych i podoba mi się ten pomysł, nie wiem tylko, czy podołamy organizacyjnie. Powstałaby tam wielogatunkowa kwietna łąka i można byłoby dać sobie spokój z tymi corocznymi orkami i zasiewami. A możliwości doboru gatunków na tę łąkę powodują, że z zachwytu kręci mi się w głowie!

Komentuj (1)

18.04.2013 (20:48)

Biorę duży jogurt naturalny, dodaję czubatą łyżkę cukru pudru, a do tego pół litrowego pudełka mrożonych malin z własnego maliniaka. Zjadam powoli, na leżąco przed laptopem. Ale to przecież nie dlatego nie mogę schudnąć?
Niech się schowają wszystkie lody świata!

Na weekend mam huk roboty. Dziś posiałam rukolę pod folią, a w gruncie szpinak i buraki liściowe. Nadal nie mogę założyć ogrodu warzywnego na polu, bo ten fdgsjuebbdgxkls, który miał zabronować pole - nie zabronował. Zaorał wszystko co prawda ładnie, ale miał zabronować jutro, a to jutro było już wczoraj i do dziś się nie zjawił.

Przyjechały kupione w szkółce nowe róże, będą sadzone w sobotę. Muszę też poprzesadzać lilie kupione jesienią, które zimowały na tymczasowej grządce. Cztery nowe hortensje bukietowe, kupione w zeszłym tygodniu, też czekają na wysadzenie.

Zagotowałam wieczorem gar wody i zanurzyłam w nim dwa bukiety suszonego krwawnika. Do rana zrobi się ciemnozielony wonny wyciąg, którym Stary będzie pryskał ogród przeciw chorobom grzybowym, przede wszystkim brzoskwinie przeciwko kędzierzawości liści, ale też porzeczki i agrest.

Kupiłam korę do ściółkowania krzewów borówki, bo w ubiegłym sezonie z niedoboru wody wiosną marnie mi owocowały. Niby je podlewałam, ale jakoś jednak za mało. Teraz muszę je dopieścić, a ponieważ kora ogranicza parowanie, to od niej zaczynam.

Mama towarzyszy mi w pracach; siedzi na ławeczce, przygląda mi się i mówi: dziecko, jak ty tu harujesz, dziecko ty się zamordujesz, czy ty nie możesz spokojnie usiąść choć na chwilę?

Komentuj (3)

22.04.2013 (21:26)

Ponieważ bronowanie nie nadeszło, to wkroczyłam z grabiami i zagrabkowałam sobie tyle, ile mi będzie trzeba, a może nawet kawałek więcej. Nie wiem, bo mam problem ze skalą - jak stanęłam na tym polu i zaczęłam, to czułam się tam zupełnie, jak krasnoludek.
Prace w ogrodzie idą powoli ale planowo i ogólnie nie ma paniki. Siewy na polu powinny już nastąpić, ale lokalsi sieją w weekend majowy i też żyją, więc wdech-wydech. Za to przy domu posiałam wszystko, co już mogłam, zostały tylko miejsca na pomidory, ogórki i sałatę, którą będę pikować spod folii.

Moje pole na początku i na końcu grabkowania (czyli przed pęcherzami na rękach i już z nimi).





Kfiatecki się zaczęły!








Komentuj (6)

01.05.2013 (17:57)

Trójkowy TOP Wszech Czasów, to jest właśnie dobra okoliczność, żeby się upić i płakać w głos, nawet przy miejscu siedemdziesiątym którymśtam.

Komentuj (0)

05.05.2013 (21:42)

Wreszcie ktoś wymyślił bardzo dla mnie atrakcyjny sposób na sensowny pochówek. Wystarczy prochy umieścić w specjalnej urnie, która po zakopaniu w ziemi stanie się doniczką dla drzewa.
Bardzo mi się to podoba, chciałabym być taką doniczką i właściwie pozostał mi tylko wybór drzewa. Może sosna, może dąb, no... owocowe to na pewno nie. A chyba najchętniej – jarzębinka i mogłabym sobie rosnąć na skraju pola za ogrodem, w pobliżu naszego brzozowego zagajnika.
Na wiosnę proszę mi zawieszać na gałęziach pisanki, a zimą bombki i bez żadnych zniczy, bo z nich tylko kupa smrodu.

Tymczasem w ramach pielęgnacji powłok doczesnych, samowolnie i bez konsultacji z lekarzem i farmaceutą biorę zabiegi z pokrzywy.
Po wieczornym prysznicu wychodzę do ogrodu i świeżo zerwaną wiązką pokrzyw traktuję bez litości moje stawy kolanowe i łokciowe, a na koniec stopy. Potem lecę do łóżka i strasznie mi się chce po drodze kurwami rzucać, ale sama sobie zgotowałam ten los, więc nie będę robić scen.
Dwa zabiegi już za mną; masaż i uczucie wibrowania w stawach utrzymuje się do późnego ranka dnia następnego.
Mam taki plan, że wytrzymam do końca maja, przynajmniej co drugi dzień. Na kręgosłup pomogło, to teraz też pomoże, zwłaszcza, że pokrzywy majowe.

Bo to maj już przecież....













Komentuj (5)

09.05.2013 (06:03)

Nasz ogród kryje w sobie ogromne zasoby pięknych kamieni, które wydobywamy przy wszelkich pracach ziemnych, takich nawet, jak przesadzenie kępy ziół. Wykopujemy je i służą potem jako dekoracja obrzeży rabat, a przy okazji informacja dla Kory: tam nie włazimy, bo jakoś dziwnym trafem ona respektuje te obrzeża i nie włazi.

Wczoraj Stary postanowił wykopać wreszcie kamień między różankami, o który zawsze zahaczał kosiarką i jak się za to zabrał, to kopał i kopał, aż wydobył takie cudo!



Kamień trafił pod kran do podlewania ogrodu i po umyciu ukazała się cała jego uroda. Zostanie tu, służąc jako podpórka, żeby nie trzeba było się schylać przy napełnianiu konewki.



Komentuj (8)
Blogi
Barbarella
Etyka
NaWsi
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Gospodarstwo
Biodynamicznie
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów