Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2017
2016
2015
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


14.01.2014 (09:39)

Styczeń w tym roku nadszedł łaskawie nie wiadomo kiedy. Łaskawie - bo ta piękna jesień pozwoliła godnie przetrwać listopad i grudzień, których ponura aura rok w rok powoduje, że rozglądam się co chwila za grubym sznurem na stryczek. Teraz było inaczej - ciepło i jasno.
Stycznia i lutego już się nie boję; mogą mi nagwizdać, bo już światło jest inne, popołudnia dłuższe, a plany ogrodowe na nowy sezon dają tyle radości!
No i lada chwila zacznę już pierwsze parapetowe wysiewy, bo przecież lobelia tak długo wschodzi, że trzeba ją wysiewać już w styczniu. Oglądam oferty szkółek, wybieram róże na nowy sezon, muszę też kupić kilka nowych jarzmianek, bo mam tylko jedną, a roślinka choć niepozorna i delikatna, to jest grzechu warta i w dodatku sama się rozsiewa.
Trzeba też wybrać pnącze do obsadzenia jednego ze słupów nowego ganku. Stary upierał się przy kokornaku, ale go przeczekałam i ostatnio coś tam innego wymyśla.

Trwa wymiana nasionek z dziewczynami z forum ogrodniczego, wciąż odbieram przesyłki, a wreszcie i ja mogę rozsyłać, bo porobiłam porządki w kuwecie z nasionami, więc wiem, co mam i czego mi brakuje. Tak naprawdę, to chyba niczego mi nie brakuje, no ale.

Kupiłam też na nowy sezon dziesięć odmian dyni jadalnej, a dwie jeszcze dostałam gratis do tego zamówienia, więc rozdaję i dynie, a odmiany są naprawdę rewelacyjne.
Oto one: Waltham Butternut, North Georgia Candy Roaster, Boston Marrow, Muscate De Provence, Sweet Meat, Sweet Dumpling, Butternut Orange (Sonca), Hokkaido, Kakai (bezłupinowa), Blue Hokkaido. Wszystkie to odmiany jadalne o różnych zastosowaniach i walorach konsumpcyjnych. Mam nadzieję, że uda mi się ta dyniowa przygoda i mam zamiar przygotować dla sadzonek wypasione stanowiska na moim poletku, żeby miały tam wszystko, czego potrzebują.







Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony Sprzedawcy tych nasionek na portalu aukcyjnym.

Ach, jak się cieszę!

Komentuj (5)

28.01.2014 (17:38)

Nie piszę, bo trochę mi się nie chce, jakieś to wszystko beznadziejne się porobiło... Przyjechała na saneczkach zaprzężonych w renifery ta biała kurew i zepsuła mi wszystko, chyba jej przeszkadzało, że ja sobie w połowie stycznia koryguję obrzeża rabat.
Siedzę więc z necie i kupuję wirtualnie sadzonki winorośli, nowe róże, nowe byliny do ogrodu. Trochę pozamawiałam, trochę się dopiero przymierzam, a to już czas.

Kury się znów nie niesom, chyba im dupki pozamarzały. Trzeba kilka razy dziennie nosić im ciepłą wodę i ciepłe jedzonko, gotuję więc specjalnie dla kur kaszę taką czy owaką, ryż, ziemniaki z marchewką i dynią, makaron. W pierwsze dni z dużym mrozem wychodziły jakoś chętniej, a teraz większość dnia przesiadują w kurniku. Kluczowe jest jednak słońce – jak świeci, to nawet w największy mróz wychodzą się powygrzewać; obsiadają wtedy ten swój ulubiony wielki jaśminowiec i tam sobie siedzą na gałęziach.



Trochę szyję ostatnio, uszyłam sobie na przykład nową narzutę na łóżko do sypialni i abażur do lampy sufitowej.





Sypialnia ma teraz ścianę z drewnianymi belkami i wypełnieniami z gliny, ścianę, która wiele osób rozczarowała, bo chcieli cegły, ach cegły, ale żeby oni z bliska te cegły zobaczyli, to by się za głowę złapali. Cegły w ścianie są najczęściej zlicowane z jednej strony i ta konkretna ściana ma swoją ładną stronę w sieni. To jest jej twarz.
Od strony sypialni jest dupa tej ściany, która to dupa została właśnie wytynkowana gliną. Pięknie wyszło, choć to jeszcze nie jest ostateczna warstwa, ale teraz musi wszystko naprawdę porządnie wyschnąć. Picowanie będzie później. To, co powstało, jest jak piękny wielki obraz z drzwiami pośrodku.



No i co... choćbym była nie wiem jaka oszczędna, gospodarna i zaradna, zapobiegliwa i przewidująca, to wszystko i tak psu w dupę i o kant dupy rozbić i zawsze dupa z tyłu.
Po prostu jedna wielka DUPA.

Komentuj (2)

01.02.2014 (11:31)

Dziś przepis na narzutę.

Najpierw wypatrzyłam w lumpeksie komplet zasłon lnianych, poczekałam, aż stanieją do poziomu "każda sztuka za 3,00 PLN" i kupiłam. Miałam szczęście, że nikomu się wcześniej nie spodobały. Na komplet składały się 3 kawałki o wymiarach 142cmx145cm i jeden długaśny 32cmx415cm - razem zapłaciłam 12,00 PLN.

Jak to zasłonki, miały przyszyte taśmy marszczące i były ładnie wykończone ze wszystkich stron, a więc pierwszym etapem pracy było odprucie i rozprasowanie wszystkich brzegów, bo chciałam wiedzieć, z jakimi wymiarami tak naprawdę mam do czynienia.

Potem robiłam na kartce rysunki, rozpatrujące różne warianty połączenia kawałków. Kiedy położyłam materiał na łóżku, spodobało mi się bardzo zestawienie tych róż z zielonym pasem mojej starej narzuty. Odzyskałam więc jeszcze 2 zielone pasy ze starej narzuty i wtedy już miałam Wizję.
(Tu dygresja - stara narzuta też została niegdyś uszyta z odzysku, z kawałków narzut Indira w kolorze zielonym i ecru, kupionych w IKEA.)





Teraz uwaga - mam takiego bzika, że uwielbiam różne ciekawie drukowane brzegi fabryczne tkanin. Tu też były fajne, dwojakiego rodzaju, więc odcięłam pasy z tymi brzegami, żeby je wykorzystać do obszycia całości. To, co inni chowają w szwach, ja wyeksponowałam. Zuzia pomagała.





Połączyłam ze sobą 2 kwadraty w róże, potem doszyłam zielone pasy, oczywiście wykańczając za każdym razem porządnie szwy po prawej i po lewej stronie. Na końcu obszyłam brzegi tymi paskami z brzegiem fabrycznym - jeden rodzaj na dłuższe boki narzuty, drugi na krótsze. To były kilometry stebnowania!
Tak wygląda gotowa narzuta.



I jeszcze narożniki - z prawej i z lewej strony narzuty, żeby mi tu ktoś nie pomyślał, że tam od spodu jakieś nici się ciągają, czy inne fafluny...





Do kompletu będzie zrobione wezgłowie z dwóch kwadratowych poduch, zawieszonych na ścianie, choć początkowo koncepcja była zupełnie inna. Jest mi teraz potrzebna dwumetrowa deska, gąbka tapicerska i znów siadam do maszyny.

A przy okazji... ponieważ zaciekawił mnie napis Moygashel na brzegach tkaniny, to trochę poszukałam i przy okazji dowiedziałam się, że mój len został wyprodukowany w irlandzkim miasteczku Moygashel i że: Moygashel linen is known throughout the world as the highest quality Irish linen one can buy!

Nie tylko podróże kształcą - szycie też czasami!

Komentuj (1)

03.02.2014 (21:07)

Nie wiem, czy podołam... ach nie wiem... a myślę o tym już od kilku dni... Otóż dźwigam ja brzemię i ciężar ponad siły, istnieje bowiem realne zagrożenie, że w pewnych miejscach, w pewnych domach (bądźmy szczerzy - w DZIESIĘCIU!) widnieje od przedwczoraj na ścianie moja podobizna z mokrą dupą!
Powstał bowiem pewien taki kalendarz (Ci, którzy go mają, wiedzą, o czym piszę), gdzie kartka na luty zilustrowana jest moim zdjęciem. Powstało ono ubiegłego lata, pewnego upalnego dnia w Cordobie, gdzie wędrując wąskimi uliczkami, dopadliśmy jak zbawienia fontanny z chłodną wodą. Można było schłodzić ręce, można było zmoczyć chusteczki i szaliczki, które potem przynosiły ulgę, owinięte wokół przegubów, czy szyi.

Najpierw było tak:



a potem przysiadłam na cembrowinie, a woda, wypełniająca zbiornik aż po brzegi zrobiła chlup-chlup-chlup i potem już było tak:



I to właśnie zdjęcie znalazło się w kalendarzu, no przysięgam - on naprawdę istnieje!

A gdyby ktoś bardzo rozpaczał, że nie dostał takiego fajnego kalendarza, to przecież może sobie zawsze wydrukować z tej notki moją mokrą dupę i powiesić na ścianie.
Ach, jakie to szczęście, że ten luty jest taki krótki!

Komentuj (6)

08.02.2014 (09:09)

Stary powiedział, że skończyło się już zimowe milczenie ptaków i to jest prawda. Słychać je INACZEJ i to nie może być bez powodu. I podobno widziano już gdzieś bociany...

Nadal trwa szycie i urządzanie sypialni - wisi już nowa lampa sufitowa z kwiecistym abażurem i z tego samego materiału lambrekin nad oknami. Jest to dla mnie niezwykłe, bo odkąd okazało się, że dzieci są silnie uczulone między innymi na roztocza kurzu domowego, to miałam zawsze gołe okna i ascetyczny wystrój i trwało to ponad dwadzieścia lat! Teraz mi odbiło i muszę chyba trochę odreagować, więc zdecydowałam się na kwiatki i falbanki, no zupełnie, jak nie ja.
Produkuję też wezgłowie łóżka i jest to plan na ten weekend. Znalazłam w necie fajny pomysł i dostosowuję go do naszych potrzeb. Nie bez znaczenia jest też aspekt ekonomiczny, bo proszę państwa, jeśli dwie gąbkowe poduszki zawieszone na patyku nad łóżkiem kosztują ponad dwa tysiące, to jest to dla mnie jakiś sen wariata.
No, ale różnych wariatów ja już w życiu widziałam, w tym również takich, którzy zostają dyrektorami szkół.

Dziś lub jutro zamierzam też zrobić pierwsze wysiewy, na pewno będzie to lobelia przylądkowa i coś tam jeszcze, ale to się okaże. Kupiłam sobie dwa wory ziemi - pięknej, pulchnej, pachnącej i specjalnie przystosowanej do siewu i pikowania.
Lecę zaraz gotować kurom ziemniaki i marchewkę, kupiłam im też twaróg i kapustę pekińską.
Trzeba by też skoczyć do jednych takich na wiosce, bo skończyły mi się ulubione ziemniaki vineta i ciekawa jestem, czy jeszcze je mają.
Dużo roboty będę też miała przy przygotowaniu stanowiska do wysiewów; zrobię to, jak rok temu, w największym pokoju, gdzie są rewelacyjne warunki - szerokaśne parapety trzech wielkich okien, dużo światła, dużo słońca (wystawa południowo-zachodnia), a przy tym chłodno, bo tego pokoju od stycznia nie ogrzewamy. Rozsada powinna więc mieć wszystko, czego jej potrzeba.

Na obiad dziś dla ludzi kurczak z rożna, a jutro chciałabym zrobić tartę porową, a w tym celu muszę dobrać się do zadołowanych jesienią porów, które śpią sobie w ogrodzie w dołku koło ławki. Ciekawe, czy nie zgniły. Ciasta zrobię więcej i zamrożę, bo przepis , którego używam od lat jest tego wart!

Stary rozpoczął odczulanie na jad pszczół i odbył już w klinice dwie sesje. Pierwsza trwała tydzień, druga już tylko jeden dzień. Czeka go pięć lat odczulania - najpierw comiesięczne wyjazdy, później nieco rzadsze. Dostał też leki, które będzie przyjmował przez cały okres aktywności pszczół, czyli od kwietnia do października.
Zimą w mrozy zostałam więc sama w gospodarstwie i ze wszystkim sobie poradziłam, z paleniem w piecu i wszystkimi obrządkami przy zwierzętach. Uwielbiam być babą ze wsi na gospodarstwie.

Komentuj (3)

14.02.2014 (19:11)

Moje kury są niestabilne emocjonalnie. Od czasu tych silnych mrozów przestały się nieść i łaskawie czasem wykonają jedno jajko, ale najczęściej wcale.
Przyjechałam dziś z pracy i jak zwykle, weszłam tylną furtką i pierwsze kroki skierowałam do kurnika. Patrzę – a tam w jednym gnieździe siedem jajek! Ze zdumienia mało mi oczy nie wyjechały na tył głowy i liczyłam ze trzy razy.
Jajeczny Czyn Walentynkowy?

Mamy znów problem z ogrodzeniem, z tym ładnym płotkiem oddzielającym z jednej strony kurzy wybieg od tylnego ogrodu. Cała konstrukcja ledwo się trzyma, trzeba więc kupić i wymienić sztachety, a paliki i poprzeczne belki będą zrobione z naszych brzózek. Lasek trzeba trochę prześwietlić, więc będzie przyjemne z pożytecznym.
Można by co prawda kupić siatkę, taką samą, jaką założyliśmy na drugim boku wybiegu, byłoby to najtaniej, ale wtedy kury nie będą oddzielone, tylko włączone do ogrodu, a tego nie chcemy. Poza tym sztachetowy płotek jest w ogrodzie elementem dekoracyjnym, nie mającym sobie równych i stanowi piękne tło dla roślin i to z obu stron.

Miałam wyczerpujący i pracowity tydzień... właściwie wszystko poszło dobrze, ale zarwałam dwie noce i jestem po prostu zmęczona. Gotowałam też w tym tygodniu dla grupy przyjaciół żurek na własnym zakwasie i z tymi dobrymi ziemniakami vineta. Ach, jakież to było przyjemne - patrzeć, jak kilkanaście osób zajada to, co ugotowałam i wszyscy chwalą i wszystkim smakuje. Co za energia! Siedziałam, patrzyłam i nie mogłam się nacieszyć.
Czy powinnam otworzyć garkuchnię? Ale chyba nie, chyba karmienie obcych, to nie to samo.

Lampa już wisi i wygląda tak.



Komentuj (2)

23.02.2014 (17:51)

Dzwoni do mnie ciocia Marysia:
-Kochana, jak ty się czujesz?
-Dobrze się czuję, ciociu! Stoję właśnie na samej górze drabiny i maluję słupy ganku.
-Gdzie? Na drabinie? Ty, ze swoim kręgosłupem?
-Tak, ciociu, ale wszystko będzie dobrze, jeżeli tylko nie spadnę, bo wejść na drabinę i zejść z drabiny nie jest tak trudno!


Trudno jest natomiast wejść wyżej, niż sięga drabina i ja na pewno tam nie wejdę, a trzeba pomalować jeszcze tę pierwszą parę krokwi. No… ktoś, w każdym razie będzie musiał tam wejść.



Nie wierzę, nie wierzę w ten cud przyrody, jaki mamy w tym roku!
Dziś otworzyliśmy kotom trasę przez strych w obie strony, znaczy mogą znów wychodzić z domu na strych, a potem na dach i z powrotem.
Ławki ogrodowe zakończyły już zimowanie - jedna trafiła jak zwykle pod cis, a druga pod leszczynę. Kwitną ciemierniki, ranniki, przebiśniegi i prymulki. Obudziły się już pszczoły – wczoraj i dziś kłębiły się wokół uli i wysyłały poszukiwaczki na zwiady. Podobno mają one teraz głód pyłkowy, czyli zwiększone zapotrzebowanie na białko, a tu jak na zawołanie kwitną leszczyny i pylą złocistymi chmurkami.





Dziś, dwudziestego trzeciego lutego pierwszy raz w tym roku zjedliśmy obiad w ogrodzie na ławce.
Jeśli ta pogoda się utrzyma, to już sobie wyobrażam, co w tym sezonie pokażą moje róże... Kupiłam osiem nowych róż, zamówiłam też byliny – jeżówki, jarzmianki i trochę drobniejszej galanterii, a z użytkowych nowe odmiany winorośli. Jeszcze inne cuda chodzą mi po głowie, ale nie wszystko naraz.
Mam już wygrabione prawie wszystkie rabatki, jestem gotowa!

W przyszłym tygodniu przyjeżdżają dzieci; będzie można urządzić Wielkanoc. No, prawie.

A pszczółka w przebiśniegu wygląda tak...



Komentuj (1)

05.03.2014 (19:48)

Dzieci przyjechały i już pojechały, były na ich przyjazd przygotowane smaczne wędzonki i sporo jajek, a więc poniekąd Wielkanoc tak jakby się udała.

Muszę się pochwalić - pozamykałam wiosenne zakupy, teraz tylko czekam na wysyłki. Osiem nowych róż, to: Rosa alba 'Maxima', Rosa rugosa 'Ritausma' (2 szt.), Bienenweide rot, Sea Foam, Sw. Tereska, Martha, Nozomi. Mam je już mniej więcej porozmieszczane, przesyłka jest w drodze, a sadzenie planujemy na sobotę.

Nowe drzewka owocowe to morela Early Orange, morela Zaleszczycka, grusza Bonkreta Wiliamsa, brzoskwinia Redhaven i nektarynka Harco. Naszukałam się co niemiara, bo chodziło mi o odmiany, które zniosą specyfikę naszego klimatu. Na lokalnych imprezach ogrodniczych są dostępne w kółko te same odmiany, niekoniecznie akurat gwarantujące cokolwiek.

I drzewka i winogrona wybrałam po długich mailowych rozmowach z producentami, mam nadzieję, że wiedzieli, o czym piszą.
Zdecydowałam się na odmiany winorośli: Arocznyj, Krasotka, Eliegant Swierchrannij, Muromiec i Nero. też są juz w drodze.
Teraz już definitywnie muszę wywalić te płotowe odmiany winorośli, które rosną u mnie, jak u wszystkich "od zawsze", a główną ich zaletą jest to, że ładnie wyglądają na krzaku, szczególnie Beta, której zjedzenie paraliżuje śluzówki, aż jęzor staje dęba i drętwieją usta.

Zaszalałam jeszcze z bylinami, kupiłam jeżówki (Milkshake, Aloha, Meringue, Secret Affair, Hot Papaya), jarzmianki (Hadspen Blood, Moulin Rouge, Star of Beauty, Star of Royals), przetaczniki (Icycle, Christa), tawułkę Astary White, dzwonek karpacki Alba (2 szt.) i wreszcie białą lawendę Ellegance Snow (4 szt.). Ciekawe, gdzie ja to wszystko posadzę.

Chłopaki rozstawili stelaż na namiot foliowy w pięknie uporządkowanym miejscu po gruzowisku remontowym. Namiot będzie miał długość 6m, szerokość 2,45m i wysokość w najwyższym punkcie: 2,2m. Kupiliśmy dziś folię, mam nadzieję, że w sobotę uda nam się naciągnąć ją na konstrukcję.

Dziś było po raz pierwszy dziewięć jaj w kurniku, blisko więc już do sytuacji, że tylko koguty się nie niosą.

Otworzyliśmy sezon ławeczkowy.



A wózki ogrodowe też już przygotowane!



Komentuj (4)

08.03.2014 (07:34)

Wczoraj po pracy posadziliśmy róże i drzewka owocowe. Do dołków dostały obornik z kurzeńca.

Stary wyszarpał z ziemi starą cierpką winorośl i jeszcze jedna została, ale zrobiło się już ciemno. Dziś wznowienie akcji, a w planach sadzenie winorośli i przygotowanie namiotu foliowego na pomidory i nowalijki.
Stary potnie mi też drewno odzyskane z ogrodu, a ja je sobie będę układać i robić miejsce na łóżko pod renetami. Łóżko ogrodowe będzie stało w tym sezonie w innym miejscu i wzbudzało powszechny zachwyt - taki jest plan. Nad łóżkiem baldachim z wielkich gałęzi stuletniej renety - to jest chyba słuszna lokalizacja...
Po jednej z tych starych renet pnie się róża Bobbie James, a dosadziliśmy tam dziś jeszcze 2 róże fałdzistolistne odmiana Ritausma. Wszystkie 3 pięknie pachną, więc będę leżeć na łóżku i wdychać!

Kupiłam też facelię do posiania na polu i dziś już definitywnie muszę iść się umówić z chłopem na orkę-bronowanie-siew-bronowanie. Powinno to być zrobione w połowie marca, a do obsiania mamy 0,3 ha.
Jednak zdecydowaliśmy się nie siać gryki, bo mamy pecha do miodu gryczanego i mimo zachowania wszystkich zasad podczas odbierania miodu, zdarza się, że zaczyna on fermentować. Jeśli u nas, to jeszcze pół biedy, jeśli zaś u klientów, to już gorzej. Chociaż ja lubię taki podfermentowany miód i co ważne, nie traci on swoich właściwości, chociaż ma zmieniony smak, zapach i wygląd.
Poza tym grykę sieje się dopiero po połowie maja i ziemia musiałaby do tej pory czekać bezczynnie, a to niekorzystne dla takiej zaniedbanej agrotechnicznie ziemi. Jeśli uda się nam wreszcie przywrócić ją do kultury rolnej, to w kolejnych latach będzie można mądrzej planować kolejne zasiewy.
Tymczasem w tym roku zaczniemy nieśmiało wkraczać na nasze pole z nasadzeniami bylin miododajnych.

To jest ten moment roku, kiedy zdecydowanie chciałabym być na emeryturze.

Komentuj (4)

10.03.2014 (19:37)

W lodówce, w tekturowej wytłoczce mam bank genów. Wyjmuję wytłoczkę raz dziennie i kołyszę delikatnie z lewa w prawo i z prawa w lewo, w każdą stronę o dziewięćdziesiąt stopni i odstawiam na półkę.
Wczoraj zadzwoniła Edyta z taką oto wiadomością, że kwoka w kurniku jej teściowej zapragnęła być matką, zaś teściowa zapragnęła mieć zielononóżki, a więc ona, Edyta, zamawia u mnie jajka lęgowe od moich zielononóżek. Zostałam więc taką tymczasową matką zastępczą i zbieram dla nich te jajka, a mam uzbierać do piątku całą wytłoczkę.

Jajka lęgowe powinny być wybrane z tych najładniejszych, najbardziej kształtnych, nie nadają się wszelkie niewymiarowe, zarówno za małe, jak i za duże. No i zbieram jej tylko jajka od tych starszych kurek, bo młodziutkie, z mojego czerwcowego lęgu, znoszą na razie takie mniejsze jajeczka, więc sądzę, że mogą się one jeszcze nie nadawać.
W oczekiwaniu na uzbieranie kompletu muszą być przechowywane w lodówce, poukładane w wytłoczce szerszymi końcami do góry.
Można je tak przechowywać nawet do trzech tygodni. Potem, po kilkugodzinnym ogrzaniu w temperaturze pokojowej podkłada się je kwoce jednocześnie, żeby wszystkie pisklęta wykluły się jednego dnia.

Komentuj (6)

11.03.2014 (21:40)

Za zgodą Autorki zamieszczam obszerne fragmenty maila, którego od niej dostałam. No cóż, chcę, żeby mi wszyscy zazdrościli!

Kochani, rozmawialiśmy o wspólnym piwie i jeśli nadal chcielibyście się w to z nami pobawić, to mogłoby to wyglądać mniej więcej tak:

Szukamy w tej chwili receptury na naszego lagera. Myślimy, że na początek dobrym pomysłem byłoby zrobienie ciemnego. Mamy już upatrzone drożdże, które będą się u Was dobrze czuć. Wyobrażamy sobie, że piwo miałoby pewnie około 4,5% alkoholu (mniej więcej, w to będziemy celować, a zobaczymy, co wyjdzie). Chcielibyśmy, żeby było dość goryczkowe, lekkie i orzeźwiające. Myślimy o nowych odmianach chmielu, które dają świeże aromaty - coś podobnego do tego z niebieskimi kapslami [...]

Jeśli chodzi o rozkład czasowy, to chcemy oczywiście dostosować się do Was, więc potraktujcie poniższe jako pierwszą propozycję. Jak sfinalizujemy recepturę, to może się okazać, że któryś z etapów zamiast miesiąca może trwać 3 czy 5 tygodni, ale na razie prosimy o Wasze uwagi i korekty:

Warzenie 5-6 kwietnia
Przelewanie na cichą fermentację 10 lub 11 maja
Butelkowanie 7 lub 8 czerwca
Premiera - połowa lipca:)

Jeśli chodzi o technikalia, to przywieziemy cały osprzęt, ale potrzebujemy:
- grzać gazem garnek 30-litrowy przez około 3 godziny na co najmniej dwóch palnikach (nie używaliśmy nigdy butli z gazem, więc nie wiemy, jaką część butli zużyjemy)
- podłączyć chłodnicę do kranu takiego, jak przy pralce/zmywarce, z gwintem 3/4 cala (mamy rurki o zasięgu 3 metry)
- miejsca do fermentacji w temperaturze 8-12 stopni:)


Komentuj (1)

19.03.2014 (19:55)

Wieje, leje, podlewa, pogoda paskudna, ale pożyteczna dla ogrodu. Tymczasem trochę wiosennych maluszków z dni, kiedy słońce wędrowało po niebie.

Krokusy




Ranniki


Miodunka


Ciemierniki


Przebiśniegi




Stokrotki


Komentuj (0)

22.03.2014 (11:09)

To bardzo pracowity weekend, w związku z tym, że Wiosna i że dwa kolejne weekendy mają upłynąć pod znakiem gości. W tygodniu nie będę miała kiedy porobić tego wszystkiego, zwłaszcza, że jeszcze mi odpadnie jedno popołudnie z powodu dentysty.

Moje plany to:
>posadzić lub przynajmniej zabezpieczyć rośliny, które kupiłam w styczniu, a wczoraj przywiózł je kurier
>wymienić ściółkę w kurniku
>wyznaczyć na polu grządki na warzywnik (przynajmniej zacząć)
>powsypywać zużyty żwirek z kociej kuwety do nornicowych dziur, przynajmniej do niektórych; nie mam złudzeń, że wygram z nornicami na tych moich areałach, ale chcę je przynajmniej namówić, żeby się wyniosły z newralgicznych lokalizacji pod różami, hortensjami, czy nowiutką morelką i wydaje mi się, że zapach kociego moczu może być dla nich bardzo sugestywny... pierwsza próba wypadłą obiecująco... grudka żwirku wetknięta w czwartek pod róże Chopin chyba zadziałała - dziury NIMA!
>pomyć okna, jeśli nie wszystkie, to w każdym razie większość; poprałam już okienne zasłonki, a przy okazji wszystkie szydełkowe dekoracje, które mam porozwieszane i porozkładane w domu
>ugotować porządne obiady na sobotę i niedzielę, bo cały tydzień jedliśmy beleco
>posiać pomidory do pudełek
>ostrzyc psa (przynajmniej trochę)

Plany Starego:
>posiać facelię na polu, które jest zaorane, zabronowane i po siewie będzie bronowane ponownie, bo facelia błękitna musi być przykryta, żeby mogła wzejść
>zamontować dodatkową siatkę na połowie kurzego ogrodzenia od strony ogrodu; chociaż kurki już nie wyfruwają, jednak wciąż się boimy, że mogą to zrobić i kiedy wyjeżdżamy, zamykamy Korę w domu, co już jest zupełnie bez sensu

Czy wystarczy czasu? Zobaczymy. Czego nie zrobię dziś, to zrobię jutro, bo niedziela, jak co tydzień jest dla mnie dniem pracy w gospodarstwie. Być może przekażę Staremu sprzątanie kurnika, się zobaczy.

Dziwne zdarzenie miało dziś miejsce wczoraj kurniku. Ktoś/coś rozbiło jedną szybę w okienku i pełno szkła było w gnieździe, do którego kurki znoszą jajka i na podłodze poniżej. Kurki zniosły tylko 1 jajeczko, pewnie się wystraszyły. Co to było - nie mam pojęcia. Stary mówi, że mogła to być sroka, bo widział, jak łobuzowały w pobliżu kurnika.
Poza tym Stary mówi, że ja nie umiem myć okien, to może, jak jest taki dowcipny, umyje też kilka.

W najbliższą sobotę i niedzielę mam gości - dziewczyny, które poznałam na forum ogrodniczym. Jedna z Krakowa, jedna z okolic Bornego Sulinowa, jedna z Kaszub i jedna spod Słupska - razem ze mną pięć.
A kolejny weekend, to Meri z Biesem i wystartujemy z tym piwem :)

Komentuj (1)

02.04.2014 (12:30)

Wiadomości w tym tygodniu są wspaniałe, bo Młoda awansowała znów w swojej firmie,
a Młody jest wreszcie po zimowej sesji egzaminacyjnej, więc jest się z czego cieszyć.

Zaszczepiłam dziś jabłonki, może tym razem się uda, a może się znów nie uda. To moja trzecia próba, do tej pory były same porażki. Chociaż… jeden zraz szczepiony ubiegłej wiosny jest wciąż zielony, ale pączka nie ma nabrzmiałego, więc ani żyje, ani umiera.
Zależy mi na pozyskaniu malinówki i to nie byle jakiej, tylko z dawnych odmian, ze stuletniego drzewa, z którego mam dostawę zrazów każdej wiosny. Aż się dostawcy skończy cierpliwość.
Zaszczepiłam dzisiaj, choć to według kalendarza biodynamicznego dzień z trupią czaszką,
a więc nie najlepszy na prace ogrodowe. Ale za to miałam tym razem maść do szczepień. Zobaczymy.



Mam już pięknie przygotowane równiutkie grządki na warzywnik. Tam będę jutro sadzić cebulę i czosnek i siać marchewkę i pietruszkę, żeby się tym potem dzielić z sarenkami ich mać. I tak dopóki nie ogrodzimy pola.



Zakwitło pierwsze owocowe drzewo - wielka ałycza w rogu domu. Jest to ałycza strategiczna i komunikacyjna, bo po jej gałęziach Dziunia wchodzi na dach, a potem na strych.



Wszystko powoli jest już tutaj po naszemu, ale jednak muszę przyznać, że nienawidzę w tym gospodarstwie bramy.
Brama jest paskudna, ogromna, monumentalna, ciężka i niewygodna, a zimą zamarza i dla mnie jest niedostępna, bo nie jestem w stanie jej otworzyć.
Jak kupiliśmy dom, była biała. Pomalowałam ją na czekoladkę, ale farba odłazi płatami
i wyziera znów spod spodu to białe paskudztwo.
Kiedyś sobie jeszcze kupię fajną bramę, jak bum-cyk-cyk.

Tańczyłam dziś taniec dworski i mało potem trupem nie padłam, siedziałam z czerwonym pyskiem pół godziny, żeby ochłonąć. Byłam na szczęście tylko zapasową dwórką i już ustaliłyśmy z Anną, że wolimy siedzieć przy świńskim ryju i wdychać zapach pieczystego.

A zbilansowany posiłek zapracowanej ogrodniczki wygląda tak.



Komentuj (1)

11.04.2014 (20:52)

Po raz pierwszy to powiedziałam, a było to dzisiaj, że chyba się wreszcie na bieżąco wyrabiam z tym ogrodem, z rabatami kwiatowymi, z warzywnikiem, no w końcu!
Nie jest to stan wylizania, odpowiadający moim standardom, ale jednak zadowalający w wiejskim ogrodzie prawie_naturalnym. Jak jeszcze jutro Stary zaliczy pierwsze koszenie, tak jak planuje, to już będzie całkiem cud miód i orzeszki. I nie mówię tu o arachidach, ci co mnie znają, to wiedzą.

Wiedzą też, że nie lubię nie być na bieżąco, zarówno z ogrodem jak i z całą resztą, bo ja lubię wszystko trzymać za mordę i przy okazji dziesięć srok za ogon. To nie jest łatwe i nie zawsze się udaje, ale jak się uda to łał!



Wyjątkowo wcześnie otworzyliśmy w tym roku drzwi ogrodowe i wynieśliśmy do ogrodu nasze cudne łóżko. Stoi w tym roku pod stuletnimi renetami i niech no tylko zakwitną jabłonie!



Mieliśmy w weekend inaugurację piwa, które teraz bulka sobie w piwnicy, a ja już wiem, że warzenie piwa to istne laboratorium!



Ach, uwielbiam wprost uwielbiam uczyć się wciąż nowych rzeczy - to utwierdza mnie w przekonaniu, że nigdy nie umrę.
A jeśli już jestem przy tych tematach - to niestety nie jadę do Warszawy w ten weekend, a planowałam, a chciałam... ale jednak bardzo potrzebuje weekendu w domu, sam na sam z ogrodem i sam na sam ze sobą.

Mój laptop jest w remoncie i już drugi weekend skazana jestem na kradzionego, który choć nieco spersonalizowany, to jednak jest OBCY i nie wszystko mogę na nim zrobić, zwłaszcza, jeśli wcześniej wypiłam pół wina.

Komentuj (3)

12.04.2014 (07:35)

Do czego był potrzebny szeroki drewniany podest przed wejściem do domu?







Komentuj (4)

22.04.2014 (07:19)

Dziwna to była Wielkanoc – bo w domu co prawda miło i spokojnie, a dookoła jednak aura smutku. Sprawy niby nie bezpośrednio u nas, ale blisko, ale nie pozwalające mi oderwać myśli. Pogoda pięknie dopisała i świąteczną niedzielę w dużej części przeleżałam na kocyku na trawie, śpiąc i czytając na zmianę.
Sobotni żurek z białą kiełbasą zjedliśmy w ogrodzie pod leszczyną, ale zanim to nastąpiło, miałam mały wypadek i oparzyłam się żurem, podnosząc z kuchenki pełen spory gar z prawie_wrzątkiem. Chlupnęło tu i tam, złapałam lekką panikę, ale w sumie okazało się, że brzuch ochroniło klika warstw ciuchów, natomiast ręka w nadgarstku i noga nad kolanem wymagały kilkugodzinnych okładów schładzających.

W sobotę nastąpił też czyn haniebny, popełniony przez Młodą… A było to tak:
Świąteczna niedziela, szukamy Dziuni. Gdzieś tu była, ale gdzie, ale kiedy? No, ta łachudra rozpoczęła włóczęgowanie po wiosce, pomyślałam, bo Dziunia co prawda wychodzi na zewnątrz przez dach, ale wtedy urzęduje wyłącznie w górnych rejonach ogrodu, natomiast na wioskę lubi wyskoczyć dopiero wtedy, gdy mamy w ciągu dnia otwarte tylne drzwi ogrodowe.
No więc tak poszukałam jej trochę, ale bez zbytniego zaangażowania.
W poniedziałek przed południem wołałam już po ogrodzie: Dziunia, Dziunia! – z nadzieją, że wylezie gdzieś z krzaków, bo uświadomiłam sobie, że nie widziałam jej od soboty. I tu na szczęście tknęło Starego, któremu gwałtownie zderzyły się odpowiednie synapsy i poszedł na górę i otworzył zamknięty pokój, uwalniając głodnego nieszczęśliwego kotka, zamkniętego tam bez jedzenia, picia i miłości!
To Młoda tam była na chwilkę w sobotę przed południem, a kot wtedy czym prędzej zilustrował opinię, że koty zawsze znajdują się po nieodpowiedniej stronie drzwi.
To wszystko by się nie wydarzyło, gdyby ten kot umiał miauczeć tak, jak nie umie.

W niedzielę byliśmy na spacerze w lesie, poszukać miejsca po niemieckim cmentarzu, o którym słyszałam, że tu był. Znalazłam tam ciekawą odmianę barwinka, który ma kwiaty o podwójnych płatkach i kilka sadzonek ostrożnie przetransplantowałam do ogrodu.





A w ogrodzie wczoraj rano powitały nas kwitnące czereśnie i świdośliwa. Kiedy kwitną czereśnie, można już sadzić kukurydzę. Mam dwie odmiany i dziś powpycham ziarenka do ziemi, zobaczymy, co z tego wyjdzie, bo kukurydzy jeszcze nie siałam. Moim celem nadrzędnym jest tu uzyskanie kukurydzianego żywopłotu koło uli, żeby pszczółkom nie wiało z pola.

Na zajączka dostałam od Starego prawdziwego stracha na wróble! Będzie strzegł mojego nowego warzywnika za ogrodem.





Komentuj (6)

29.04.2014 (21:18)

Kto by to pomyślał - biegnę do domu późnym popołudniem, po pracy, po radzie pedagogicznej, biegnę, bo w perspektywie sadzenie ziemniaków, a dziś dzień korzeniowy według kalendarza biodynamicznego.
I posadziłam: sześć rządków po dwanaście sztuk, a jak skończyłam, to zaczęło się już chować słońce i było cicho, tylko ptaszki ćwierkały, a z oddali słychać było szczekanie wioskowych psów. Od pasieki podmuchy powietrza przynosiły woń miodowych plastrów... i pomyślałam sobie, że to chyba nieprawda, że przydarza mi się taki raj, taka sielanka, no istny kicz.

Ziemniaki na zimę kupię od rolników z mojej wsi, a te nasze to będzie takie wakacyjne jedzenie, z pomidorami, z jajkami, z zielskiem wszelakim, którego coraz więcej zjadam, im jestem starsza. Siedzę sobie na przykład w ogrodzie na ławce, zajadam z brytfanki ryż z pieczonym indykiem, a na kolanach mam pęczek pietruszki, wyrwanej prosto z grządki i tak młócę to zielsko, jak królik.

Przygotowałam sobie też dzisiaj miejsce pod buraki pastewne za pomocą starego narzedzia, znalezionego tu w szopie. Narzędzie wygląda jak trójząb o harpuniastych zębach, a buraki będą dla kur i niech no tylko one spróbują tego nie jeść.

Jutro ostatni dzień pracy, a potem mam cztery dni wolne. Planujemy zapoczątkować plantację bylin miododajnych za pasieką i zaczniemy przesadzanie różnych miododajnych roślin, które wcześniej porozmnażaliśmy lub same się porozmnażały.
Stary obiecał też dokończyć wreszcie łączenia dachu na ganku. Szykuje nam się spokojny i pracowity weekend i mam nadzieję, że taki będzie.


A jutro w Krakowie pożegnanie El, która kiedyś była dla mnie bardzo ważną osobą, a link do jej bloga figurował tu po prawej stronie. Mam nadzieję, że tam, gdzie jest teraz, znajdzie las i drzewa, które tak kochała.

Komentuj (1)

02.05.2014 (17:10)

Dostałam mandat za przechodzenie przez jezdnię w miejscu niedozwolonym. Wreszcie! Łażę tamtędy codziennie od piętnastu lat i wciąż mnie wszyscy straszą tym mandatem, no to w końcu sprawiedliwości stało się zadość. No i w sumie wyszło bardzo tanio.
Teraz muszę przemyśleć swoje życie i co dalej będzie ze mną – czy nagle mam zacząć przechodzić na światłach?
Dodam, że sprawa dotyczy nie tylko tego przejścia, na którym mnie złapali.

Nasz strach na wróble dostał imię Michael po Michaelu Jacksonie, który też był strachem, co prawda w Krainie Oz, a nie na Pomorzu, no ale.
Poodpinałam mu mankiety kurtki i włożyłam tam uchwyty reklamówek po rozsadzie porów i selerów, żeby sugestywnie powiewały. Efekt jest piorunujący – wygląda teraz, jakby szedł po piwo do naszego sklepu.
Zresztą jest to strach ruchomy, osadzony na drągu, na którym się obraca, raz stoi przodem do domu, to znów tyłem. Sarenki niech uważają.






Od świąt jemy już własną rukolę spod folii i sałatę w kilku odmianach. Może moje paznokcie się wreszcie zorientują.
A wczoraj upiekłam chleb na drożdżach, które są odzyskiem z fermentacji piwa. Tak pięknie pracowały te drożdże na dnie kubełka, że żal ich było wyrzucać. Poczekały sobie kilka dnie w słoiku w lodówce i nie bez obaw zaczyniłam. Drożdże były bardzo gorzkie, bałam się, że tylko zmarnuje mąkę, ale spróbowałam i w miarę dokarmiania rozczynu goryczka była coraz słabiej wyczuwalna.
Chleb ma ciekawą nutkę w smaku, zjedliśmy już jeden bochenek, żyjemy. W garze dojrzewa następny zaczyn, bo w wiejskim sklepie wykupili mi chleb, a tu dwa dni wolnego.



Znalazłam w worze z szyciem stare zasłonki z falbankami i zrobiłam sobie tymczasową zabudowę wanny. Przyznam, że jestem zadowolona.
Tymczasowa zabudowa szafek kuchennych ma się dobrze już cztery lata i tu chyba będzie podobnie.



Wszystkie nasze jabłonie kwitną w tym roku przeogromnymi kwiatami, a już szczególnie te stare renety. Bzy następne w kolejce.





Komentuj (4)

18.05.2014 (13:23)

Znów mi czasu brak i brak. Ganiałam od marca wciąż do dentysty w celu konserwacji systemu żującego, a do tego dwa razy w tygodniu biorę udział w próbach do spektaklu jubileuszowego, albowiem chwilowo zostałam artystką sceniczną.
To wszystko sprawia, że żałuję tego co powiedziałam, ach żałuję strasznie i pragnę odszczekać, jakobym mniej więcej na bieżąco wyrabiała się z ogrodem. Może tak mi się wydawało przez chwilę, ale to już minęło.
Natomiast faktem bezsprzecznym jest, że ogród wygląda już pięknie, porobiło się tyle klimatycznych zakątków, ładnych miejsc i widoków, a te, które są brzydkie stanowią już zdecydowaną mniejszość. Na przykład na środku mamy stertę złomu, ale nie taką znów ogromną. No i wciąż ten kibel do rozebrania.
Stary w końcu wygenerował w swojej głowie wizję naszego ogrodu, ale o tym sza-sza. Poniża mnie teraz i traktuje jak kobietę muzułmańską i deprecjonuje moje dokonania. Wymyślił, że mogę się rządzić w kwestii roślin mniejszych od perzu, a pozostałe należą do niego.
Ożesz, w dupę jeża, a jak ja przez cztery lata jednoosobowo tyrałam i orałam, ogarniając koncepcyjnie i wykonawczo, to mu to nie przeszkadzało! Wtem się ocknął i się rządzi.
Ale ja mam swoją godność ogrodniczą i sponiewierać się nie dam.

Pierwszy miodek udojony – 8 kg z pierwszego ula z wczoraj, dziś ciąg dalszy. Wcześnie w tym roku, bo rok temu był dopiero ósmego czerwca. Stary wybrał wczoraj z pierwszego ula i jest to wielokwiat złociutki, jak w mordę strzelił, choć spodziewaliśmy się rzepaku.
Nie za dobra jest aura, i trzeba lawirować między opadami i chmurzyskami, bo miód wybiera się przy słonecznej pogodzie, kiedy pszczółki zajęte są pracą. Wtedy nie w głowie im napady na Starego.
A Stary od stycznia przykładnie się odczula, co miesiąc jeździ na klinikę.

Wczoraj byliśmy na targach ogrodniczych i mamy nowe drzewka – brzoskwinię i nektarynkę. I piękne kózki były na tych targach, takie miziate jak pieski.

Kwitną już bzy, zaczyna kwitnąć kalina koralowa. Róże w tym roku zapowiadają się szaleństwem kwiatów. A te nowo kupione wiosną wybudowały już piękne krzaczki. Mam na nich trochę mszyc, ale niewiele i tylko na niektórych; zbieram ręcznie, albo spłukuję silnym strumieniem wody z opryskiwacza, podkładając rękę od spodu, żeby nie połamać kruchych młodziutkich pędów.
Mam już około dziesięciu różnych hortensji bukietowych, niektóre to młode sadzonki z ukorzenionych patyczków, więc kwiaty dopiero w przyszłym sezonie.
Na polu wszystko pięknie powschodziło: marchewka (3 odmiany), pietruszka, buraki (2 odmiany korzeniowe i 1 liściowa), pory i selery z kupnej rozsady, kalarepka z własnej rozsady, cebula z dymki i cebula z siewu – każda w 3-4 odmianach. No i jeszcze buraki pastewne dla kurek w 3 odmianach i trochę kukurydzy. A w ogrodzie fasola tyczkowa i podfoliowe skarby: pomidory, rukola, sałata rzymska, sałata lodowa i czerwona strzępiasta, koperek i szczypior z cebulki rodzinnej.
Te ostatnie akapity, to oczywiście wszystko z kategorii „niższe od perzu”.

Ponieważ kwitną ostatnie tulipany, to na koniec jeszcze przegląd: moje tegoroczne tulipany.





























Komentuj (4)

23.05.2014 (22:06)

Wpadam z pracy o 17.45, a Stary pyta: co tak wcześnie? No mamuńciu, całe życie z wariatami, jak mawia Anka.
Miałam dziś ostatni taki długi poniedziałek, bo to dzień, który kończę kółkiem, no takim szkolnym kółkiem, takim: mamo, idę na kółko. Właśnie dziś było ostatnie kółko przewidziane na ten rok szkolny. Z ostatniego kółka głupio byłoby uciec, zwłaszcza, że już uciekli uczniowie, no prawie wszyscy, ale dwóch zostało, więc zrobiłam minę poważną i wywiązałam się do końca.

Zaczął się już sezon wiecznie brudnych nóg, którym przyglądam się co wieczór ze zdumieniem, że można aż tak. I jest już ten cudny czas, kiedy nocami drzwi do ogrodu są otwarte i wystarczy je tylko podeprzeć jednym kamieniem od wewnątrz, a drugim z zewnątrz, żeby nie skrzypiały na wietrze. Kora wywiązuje się wtedy ze stróżowania wchodząc i wychodząc wedle potrzeb i nie zawracając nam, śpiącym, dupy i nie tupiąc przy łóżku raz z jednej, raz z drugiej strony.
A nad ranem słychać, jak koguty pieją w kurniku, gdy tylko się rozwidnia. Wtedy wstaję, idę półprzytomna i otwieram im domek, a potem szybko wracam do łóżka i śpię dalej.

Ogród kwitnie, ogród pachnie, pięknie jest...

Kocham moje życie takim, jakie ono jest, spoczywam w tu i teraz i kołyszę się na fali.

Komentuj (0)

27.05.2014 (13:51)

Opowieść o miodzie...

















Komentuj (2)

30.05.2014 (09:19)

Mam dziś wolny dzień, urlop okolicznościowy, który spożytkuję na opiekowanie się moim gospodarstwem. Stary niespodziewanie wyjechał i zostawił mnie bez żarcia dla kur, więc zacznę od wyprawy z taczką do Basi, od której kupujemy ziarno.
Wczoraj zwierzęta były zostawione same na caluteńki dzień od rana do wieczora, biedaki moje.
Mam teraz całe dwa dni dla domu i ogrodu, a w niedzielę przyjeżdżają Piwowary i będziemy zlewać piwo do butelek. Premiera w lipcu.

Róże zapowiadają się pięknie w tym roku, wszystkie w pąkach, również te kupione rok temu, które będą kwitły pierwszy raz. A już Lykkefund zapowiada się po prostu spektakularnie!





To róża pnąca miododajna z grupy ramblerów, czyli róż kwitnących raz w sezonie i nie powtarzających już później kwitnienia. Brzmi to trochę zniechęcająco, ale to tylko pozory, bo ramblery kwitną bardzo obficie; takiej obfitości kwiatów nie są w stanie osiągnąć żadne z róż pnących powtarzających kwitnienie lub kwitnących przez cały sezon.
To pojedyncze kwitnienie ramblerów jest rozciągnięte w czasie nawet do około miesiąca. Jeśli jest chłodniej, to kwitną dłużej, a ich kwiaty mają żywsze kolory, natomiast podczas upałów szybciej przekwitają i blakną.
Więc zawsze coś za coś, okazuje się.

Lykkefund mieszka w moim ogrodzie od dwóch lat. W maju 2012 była niewiele większa od niezapominajek



Ma kwiaty kremowobiałe z gęstym pęczkiem miodowych pręcików i giętkie bezkolczaste pędy. Cała roślina ma wdzięczny pokrój z długimi, łukowato wygiętymi pędami i jest dekoracyjna także bez kwiatów, a nawet zimą bez liści. Zdecydowanie nie nadaje się do małych ogrodów, bo rośnie bardzo ekspansywnie i musi mieć miejsce. Nasza wspiera się na razie na rachitycznej drabince, ale Stary już przygotował drewno na solidną konstrukcję, do której róża będzie mocowana.
Z ramblerów mam jeszcze różę Bobby James, którą kupiłam rok temu, bo była polecana do obsadzania starych drzew i jako róża o silnym zapachu. Posadziłam ją pod stuletnią renetą, żeby się wspinała po jej grubym, prawie poziomym pniu. Prowadzenie róż pnących poziomo lub przynajmniej ukośnie sprzyja ich obfitemu kwitnieniu. Bobbie ma tej wiosny pierwsze pąki kwiatowe; nie jest ich wiele, ale to młodziutka róża.


Bardzo lubię makaron i bardzo lubię truskawki. Nie lubię makaronu z truskawkami, ale wczoraj jadłam makaron z truskawkami, który mi smakował ... i w ogóle to było bardzo miłe i taki jasny akcent tego całego długiego i trudnego wczorajszego dnia.
A był to dzień niekończących się rozmów na żywo i telefonicznych - telefony i telefony bez końca...
Bo Stary pojechał pożegnać na zawsze swojego ojca.

Komentuj (4)

17.06.2014 (17:00)

Szczęśliwie minął już czas prób i ciągłego nie_mania_czasu, powinnam więc coś napisać, tym bardziej, że róża z poprzedniej notki całkiem już odmieniona, w welonie kwiatów...







Kolejne róże rozwijają się każdego dnia, a ja chodzę, zdjęcia pstrykam, upycham w foldery. Mam już na kompie 30 folderów, nazwanych tak, jak odmiany róż, co oznacza, że tyle odmian już się rozwinęło lub prawie, tuż-tuż.

Jak wszystko dobrze pójdzie, to od jutra będę miała nowego laptopa, znów z matową matrycą. Nie mogę się doczekać, a moje oczy wprost nie posiadają się z radości. Będzie teraz parę wolnych dni, więc pewnie będę personalizować i wściekać się, że to i tamto jeszcze nie po mojemu, ale zajmuje mi to już coraz mniej czasu, przy tej liczbie komputerów, którymi muszę się posługiwać w domu i w pracy (i każdy inny i prawie każdy - dziadostwo!).
No i wreszcie będę mogła znów pracować z touchpadem, bo w tym moim obecnym styki są tak poprzecierane i zarżnięte, że żadne przyciski już prawie nie działają i muszę korzystać z myszy.

W niedzielę zaliczyliśmy drugie miodobranie, tym razem udoiliśmy 48 słoików po 0,9l, a w każdym 1200g złocistej patoki. Teraz jest to miód akacjowy, a raczej wielokwiatowy z przewagą akacji. Jest jasny i bardzo długo pozostaje w stanie płynnym.

Doszliśmy już chyba do wprawy - Stary wybiera plastry z uli i zanosi je w skrzynkach na strych, gdzie ma urządzoną pracownię pszczelarską. Tam, po odsklepieniu plastrów, odwirowuje miód i znosi mi w wiadrach na dół.
W kuchni jest moja pracownia, tu studzę gorące słoiki prosto ze zmywarki i ustawiam je na blacie. Potem napełniam je miodem za pomocą chochelki. Fajne to jest zajęcie, tylko mi się trochę niedobrze robi pod koniec, bo strugę miodu, spływającą po każdym słoiku po jego napełnieniu muszę po zakręceniu słoika zgarnąć palcem z dołu do góry... i co? I oblizać! Przecież nie może to skapnąć znów do wiadra, bo palec jest nieczysty, a miód musi być czysty. Nie spłuczę też pod kranem, bo kto to widział, marnować tyle miodu!

Ciągle więc oblizuję, myję i wycieram ręce, bo muszą też przecież być suche, żeby kropelki wody nie wpadły do wiadra z miodem.

Komentuj (8)

21.06.2014 (10:13)

Dziś będzie notka drastyczna, ale w gospodarstwie tak to już jest - życie i śmierć, naręcza róż i mączniak prawdziwy lub rzekomy i jedni drugich pożerają.
Wczoraj oddałam Pedra za dwa piwa. Chciałam inaczej, szukałam chętnych od kwietnia chyba, ostatnio trwały jeszcze rozważania, czy pójdzie do gospodarstwa wujka, czy do gara, no i wczoraj wreszcie przyszli po niego w dniu jego pierwszych urodzin.
Pojechał w swoją ostatnią podróż, pogdakując w bagażniku eleganckiego samochodu w drucianej klatce.
Ponieważ nabywcy wytłumaczyli, że za darmo być nie może, bo tak się nie robi, nie i już, no to zarządziłam te dwa piwa. I jeszcze powiedzieli, że mam go nie żałować, bo rosół będzie niedobry. No to się staram.

Teraz doczesne truchło Pedra spoczywać będzie w stanie zahibernowanym aż do lipca, kiedy to stanie się rosołem z okazji przyjazdu rodziny z Anglii.
Skończył więc chyba i tak lepiej, niż Janek, którego trzeba było dobić, tak był pokiereszowany po bitwie z Antoniem. Ugotowaliśmy go potem i zjadła go Kora z kotami.

Właściwie to Pedro już od tygodni nie miał sielankoweego życia, a po ostatniej walce, kiedy to Antonio uszkodził mu oko, bardzo był już strachliwy i chował się całymi dniami po krzakach, a pojeść i pobzykać mógł sobie tylko wtedy, gdy Antonio był naprawdę zajęty.
Karmiłam go smakołykami w tych krzakach, ale najpierw musiałam zawsze nasypać innym kurom, żeby zajęły się żarciem, a Antonio wraz z nimi.

Może teraz, kiedy zniknie nerwowa atmosfera w kurniku, któraś kurka zechce wreszcie zasiąść na jajkach. Rok temu o tej porze miałam już kurczęta.

Komentuj (1)

25.06.2014 (21:22)

Jestem już jedną nogą w pociągu, ale drugą wciąż jeszcze w pracy. Jutro wieczorem jadę po mamę, a w niedzielę rano będziemy już powrotem w domu. Bilety w obie strony od dawna czekają, a ja pakuję się na dwa wyjazdy jednocześnie. Do walizki wrzucam to, co biorę jutro, do papierowej torby w szafie to, co w ciepłe kraje. Bo w ciepłe kraje też wyruszam, ale to jeszcze za chwilę.
A tymczasem w Miasteczku zobaczę się na chwilkę z Młodą!

Dorwałam krowę w sąsiedniej wsi. Znaczy, dowiedziałam się, że przebywa tam krowa, której mleko można kupić i że warto. Oj, warto!
Mleka ja nie lubię i nigdy nie lubiłam, bo całe moje dzieciństwo było naznaczone przymusowym piciem mleka. Jak już byłam samodzielna i samorządna, to Nauka stwierdziła, że mleko krowie dobre jest dla cieląt, a że ja mam dla Nauki szacunek, to tej wersji będę się trzymać.
Jednakowoż mleko kwaśne, jogurty, kefiry i inne pochodne Nauka dopuszcza, a nawet rekomenduje, jako zbawienne dla gatunku Człowiek. A ponieważ i tu występuje zbieżność z moimi upodobaniami, to rzuciłam się na to mleko i kupuję co tydzień trzy litry. Nastawiam na zsiadłe, a po paru dniach robię z niego twarożek. Oj, to jest czysta poezja, taki twarożek! Bardziej lub mniej tłusty, w zależności od tego, czy z całą śmietaną wylewam to mleko na sitko, czy ukradnę jej trochę po drodze, do pomidorowej na przykład.
Jak nastawie mleko w piątek, to w poniedziałek do pracy mam już twarożek. Rewelacja!

Dowiedziałam się wczoraj, że Pedro żyje. Trzymają go w szopce i karmią, pewnie chcą, żeby urósł i żeby z niego potem wyszło sto litrów rosołu.
Piwo zgodnie z umową dostałam i wypiłam. Sklepowa dała mi jedno piwo A (moje ulubione) i jedno piwo B (ulubione Starego).
-O, przepraszam - powiedziałam, wymieniając piwo B na drugie piwo A - to są moje kury i to był mój kogut!

No a poza tym, to był u nas prawdziwy wójt i z nadzieją na przyszłą korupcję wręczyłam mu z uśmiechem korzyść materialną, ale nie ma na to nagrań audio, video i nie było przy tym żadnych kelnerów.

Komentuj (6)

01.07.2014 (22:01)

Pamiętajcie, że jeśli mąż wychodzi rano i mówi, że będzie z powrotem około południa, jak się pogoda ustali, żeby wybierać miód, a zresztą, będziemy w kontakcie ... to oznacza, tylko tyle, że przez cały dzień nie zadzwoni ani nie napisze smsa, a wróci przed dwudziestą drugą i nie raczy ani jednym słowem ustosunkować się do powyższego.

Komentuj (4)

22.07.2014 (12:18)

Chyba to jest przerwa wakacyjna. Ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi, kiedy nadejdzie na niego pora :)

A kawałek lipca wygląda tak:





Komentuj (0)

24.07.2014 (10:29)

No dobra, koniec przerwy wakacyjnej.

Postanowiłam napisać wreszcie o piwie, bo wspominam tu o nim od kwietnia i skoro jest już nawet skonsumowane, to czas na dokumentację historyczną.

Wszystko zaczęło się 5 kwietnia. Wtedy rozprute zostały pierwsze woreczki z tajemniczymi substancjami i machina ruszyła. W woreczkach były różne rzeczy... wiem, że jęczmień, wiem, że chmiel, były też preparaty do odkażania naczyń i sprzętu, gary, rurki, miarki, waga i czujniki. Wyglądało to jak istne laboratorium chemiczne.
Piwowary potrzebowali też silnych palników gazowych do szybkiego zagrzania i zamrożonych butelek z wodą do szybkiego schłodzenia. Co z czym było mieszane, w jakiej kolejności i konfiguracji - niech mnie kto zabije, nie wiem! Oni warzyli, a ja czyniłam honory domu.









Po tym pierwszym, najbardziej pracochłonnym etapie, piwo powędrowało do piwnicy w dużym pojemniku-kuble, który miał w pokrywie taką powyginaną rurkę, jak balon na wino, a na boku naklejoną podziałkę-termometr. Miało być tak 10-14 stopni, czyli tyle co w naszej piwnicy, co zapewniało warunki do wyprodukowania piwa tzw. dolnej fermentacji (lager), a było nie do osiągnięcia w bloku, tam, gdzie mieszkają.
Piwowary odjechali, a my potem mieliśmy telefony i maile z zapytaniami: czy plumka? jeśli tak, to czy plumka powoli: plum...plum, czy też szybko: plum-plum-plum?



Drugie spotkanie i drugi etap nastąpiły 3 maja. Wtedy przyszłe piwo zostało poddane kolejnym obrządkom (m. in. został mi z tego słoik drożdży piwnych, na których potem upiekłam chleb). I powędrowało do piwnicy na kolejny miesiąc.
A 6 czerwca było już tylko butelkowanie i kapslowanie butelek. Piwo w skrzynkach znów znalazło się w piwnicy i tam miało dojrzewać i nasycać się bąbelkami.





Wszystkie etapy okraszone były degustacją bieżącej produkcji Piwowarów, powstającej w Wielkim Mieście. Piwa były różnokolorowe i różnoalkoholowe, a wszystkie miały śliczne etykietki, niestety, jednorazowego użytku.



Co było dalej - wkrótce!

Komentuj (1)

26.07.2014 (08:24)

Za mną wakacyjna podróż na Bałkany i piwna premiera w gospodarstwie. Przede mną jeszcze wyjazd do ogrodów pokazowych w Dobrzycy, a poza tym już siedzę na miejscu i ładuję akumulatory.
Była Młoda z Jadzią, jest mama, czekam na Młodego, który obiecuje i obiecuje i wreszcie chyba naprawdę przyjedzie w przyszłym tygodniu.
Piwna premiera zgromadziła grono przyjaciół i oprócz degustacji były też przygody i wiejskie rozrywki ludowe, jako to: ściąganie ula z dachu sąsiada i układanie drewna opałowego przez uczestników imprezy pod okiem Starego.

Piwowary wpadli na genialny pomysł nazwania piwa na pamiątkę faktu, że nasz dom był kiedyś szkołą. Okazało się, że jest to już dziesiąte piwo, wyprodukowane przez nich, była więc mowa okolicznościowa i uroczysta inauguracja konsumpcji.





Kolejną premierą wieczoru było dla mnie założenie stroju pszczelarskiego. Stary dorobił się wreszcie prawdziwego uniformu, więc mogłam wykorzystać ten poprzedni, uszyty niegdyś przeze mnie z lumpeksowych ubrań roboczych. Pod ostrzałem aparatów fotograficznych naszych gości wyruszyliśmy po ul, który został sprowadzony do pasieki. Operacja zakończyła się sukcesem.
Kilka dni wcześniej sąsiad zameldował, że ma pszczoły w kominie. Musiały to być pszczoły z któregoś czerwcowego rojenia, bo okazało się, że były już w tym kominie nieźle zadomowione. Stary powycinał plastry i włożył je do ula, postawionego na dachu. Potem przez kolejne dni pszczółki się przyzwyczajały, aż wreszcie nadszedł czas odzyskania zasobów i umieszczenia ich w pasiece.











I jeszcze drewno...









Komentuj (3)
Blogi
Barbarella
Etyka
NaWsi
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Gospodarstwo
Biodynamicznie
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów