Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2017
2016
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


01.01.2015 (20:03)

Perfekcyjny Nowy Rok polega na tym, że jest zgoda, że jest spokój, dobre jedzonko i Trójkowy TOP Wszech Czasów i choć trochę smutku w tle, to nie ma co narzekać, bywało gorzej.

Burek wkroczył w świąteczny czas bez gipsu, łapka się zrosła, ale pod skórą została wyraźnie wyczuwalna bulwa. Można już zabierać w pole obydwa psy, nauczyłam się nawet wyprowadzać je na dwóch smyczach.
Kilka dni temu straciliśmy kurkę; Stary znalazł ją martwą na wybiegu i to chyba tuż po ataku, może nawet spłoszył napastnika, idąc do kurnika. Był to chyba jakiś ptak drapieżny, bo żadnych śladów na śniegu dookoła nie było, a kurka cała, bez żadnych ran... no prawie, oprócz głowy. Szczegółów oszczędzę.
Reszta kur niezawodnie w takich sytuacjach znika - chowają się tak, że naprawdę trudno je znaleźć, także i tym razem, choć to przecież zima i zarośla na wybiegu pozbawione są liści. Zbite w ścisłą gromadkę trwały bez ruchu i bezszelestnie pod ogromnym krzakiem jaśminowca i paru godzin trzeba było, żeby zaczęły powoli wychodzić.
A wiec od wczoraj Antonio ma już tylko 9 żon.
W sezonie 2015 konieczne będzie namówienie którejś z nich do zostania matką.

Grudzień się skończył i za to mu dziękuję uprzejmie, bo mimo wielu miłych akcentów był do dupy, jak każdy grudzień.

Komentuj (4)

11.01.2015 (19:52)

Wieje wiatr, sprząta ogród, już jest tak pozamiatane, że można by było zaczynać nowy sezon. Ale są też straty – trzasnął u nasady ogromny konar stuletniej renety, który wspierał się na dachu szkolnego szaletu, a przed jego rozebraniem dostał gruby słup drewniany jako podporę. Wiatr rozbujał gałąź, podpora się wysmyknęła i po wszystkim. Stary na pocieszenie wywęszył, że ten konar miał już bardzo wąski pasek żywej tkanki, więc i tak był bliski obumarcia. Żal ogromnie.

Chciałam już posprzątać świąteczne dekoracje, bo zawsze mi się wydaje, że jak je pozbieram, to zaraz będzie wiosna. Ale Stary jakiś sentymentalny się zrobił i zaprotestował. No to posiałam przynajmniej rukolę w doniczce, coś trzeba robić, wiosna znikąd się nie weźmie.
Chociaż w tym tygodniu pierwszy raz dało się już zauważyć popołudniowe wydłużenie dnia – przyjechałam któregoś dnia z pracy jak zwykle po szesnastej i było jasno.

No i Burkowi zaczął znów ciemnieć nos. A z tym nosem było tak...
Nigdy wcześniej nie miałam takiego jasnego psa i nie wiedziałam, że w ogóle istnieje coś takiego jak zimowy nos psów i że to się zdarza właśnie tym blondynom. Burek wzięty ze schroniska w sierpniu miał zupełnie czarny nos, a na początku zimy, kiedy dzień się skracał, nos jaśniał aż zrobił się zupełnie jaśniutki, różowy. Zaczęłam szukać informacji na ten temat, bo myślałam nawet, że coś mu dolega, a tu proszę. Okazało się, że ma to związek z nasileniem promieniowania ultrafioletowego i jak światła mniej, to nos traci pigmentację.

Odkryłam Joannę Bator. Od listopada przeczytałam trzy jej książki i już na pierwszy rzut oka mi się spodobały, bo są grube, gęsto pisane, bez rozwleczonych interlinii i marginesów na pół strony, więc jest co poczytać.
Już pierwsza Ciemno, prawie noc była całkiem niezła, więc przed świętami zamówiłam u Aniołka którąś z dwóch: Piaskową Górę lub Chmurdalię. Dostałam obydwie i właśnie przed chwilą skończyłam już tę drugą.
Cudownie mi się je czytało i bardzo mi się podoba sposób, w jaki autorka używa tu języka, choć na początku musiałam się przyzwyczaić, bo nie jest to coś, do czego przywykłam.
Jest tu mnóstwo opowieści o ludzkich losach, różnych historii, które przeplatają się ze sobą, wyrastają i wypływają jedna z drugiej.
Te książki są o tym, w jak przedziwny sposób wszyscy jesteśmy ze sobą wszyscy powiązani
i jeszcze o tym, że w życiu często ocieramy się już prawie o swoje przeznaczenie, aż tu nagle ktoś skręca we wcześniejszą przecznicę, a ktoś nagle znużony zasypia i nie mówi tego, co miał powiedzieć i wtedy wszystko dzieje się inaczej, a przeznaczenie się nie wypełnia.
Czytając, myślałam wciąż o tym, że na pewno do tych dwóch książek wrócę, a to nieczęsto mi się zdarza.

Komentuj (4)

25.01.2015 (11:20)

Jakiś czas temu dorobiłam się systemu do segregacji odpadków domowych. Zawdzięczam to Burkowi, który przyśpieszył odwlekające się w nieskończoność KIEDYŚ, wywlekając wciąż różne skarby z poustawianych pod zlewem kubełków i roznosząc je po gospodarstwie.

Pojechaliśmy do IKEA, gdzie kupiliśmy szufladę z samodomykaczem i ramą stabilizującą, a do tego trzy dopasowane kubełki. Stary zamontował to wszystko jak zwykle, tak żeby był wilk syty i owca cała, czyli w środku miało być w miarę funkcjonalnie i nowocześnie, a z wierzchu starociowo.

Na front wykorzystany został kolejny element sosnowej komody z naszego blokowego mieszkania. Deski postarzone przez szczotkowanie i zabarwione na odpowiedni kolor dołączyły do frontu zmywarki, zrobionego już wcześniej z tego samego surowca i tym samym sposobem.





Kubełki wjeżdżają pod półeczkę, na której mieszczą się różne podzlewozmywakowe utensylia.



Co do dalszych Planów Rozwoju Kuchni, to taki sam front będzie jeszcze zrobiony do wnęki na lewo od zmywarki i umieścimy tam jakiś inteligentny system, który będzie wyjeżdżał z tych narożnych czeluści. KIEDYŚ.

W dwóch wnękach (pod piekarnikiem i płytą gazową) zostaną zasłonki. Ta część zabudowy markuje nieistniejący piec, dlatego jej kafelkowy blat jest szerszy i wystaje do przodu w stosunku do reszty blatu meblowego.
Wokół tej piecowej części planowany był mosiężny reling, taki jaki spotykamy przy starych piecach, ale czy go kiedyś zrobimy? Może KIEDYŚ.

Komentuj (4)

29.01.2015 (19:23)

Pisałam kiedyś o naszym kotle centralnego ogrzewania, potocznie zwanym piecem, który dożywa swoich dni. Ma już dwadzieścia lat, a piece tak długo nie żyją; z przerażeniem słyszę od znajomych z różnych stron, że wymieniają swoje piece po dziesięciu, a nawet po pięciu latach, więc ten nasz to już doprawdy starzec sędziwy.
Marzenia o piecu z certyfikatami zeszły na ziemię i zamówiliśmy nowy piec u tego samego pana, który robił nasz stary piec. Będzie on nieco większy i tym razem z ociepleniem, żeby niepotrzebnie nie grzał kotłowni. Niby głupio, że nie jakiś nowoczesny z turbodoładowaniem i certyfikatami, ale po pierwsze dużo tańszy, po drugie z porządniejszej blachy. Mam nadzieję, że będzie żył długo.

Kupiłam już trochę nasion, jakieś cukinie, kabaczki i cebulę w trzech odmianach. Cebula z siewu zachwyciła mnie w ubiegłym sezonie i mam zamiar się rozwijać w tym kierunku.
I wyglądam z utęsknieniem, kiedy w marketach pojawią się szpadelki i ziemia do wysiewów.

Sezon 2015 zapowiada się pod znakiem róż, bo jest ich już prawie setka, a ponad dwadzieścia zakwitnie po raz pierwszy. Będzie też dużo nowych lilii - część posadziłam jesienią, a część zamówiłam teraz.

Komentuj (2)

31.01.2015 (20:02)

Wczoraj blogasek miał dziesiąte urodziny!
Przegapiłam jubileusz, więc dziś uroczyście tu podkreślam pierwszy dzień drugiej dziesiątki :)

Komentuj (9)

09.02.2015 (19:53)

Zakończyłam pierwszy semestr podyplomówki z dwiema piątkami i czwórką. W pierwszym tygodniu ferii nie było mnie w domu - zaliczyłam dłuższą podróż ze spotkaniami rodzinnymi i towarzyskimi.

Tymczasem u nas napadało śniegu po kolana, jakby to komu było potrzebne! Ale dziś litościwie zrobiło się sześć na plusie i wyszło najprawdziwsze mocne słońce. Śnieg zmiękł i wreszcie mogłam otworzyć budę namiotu foliowego!
A tam - skarby!
Nazrywałam całe wiaderko trawy, gwiazdnicy i perzu z długimi mięsistymi rozłogami i zaniosłam kurkom. A w kącie foliaka odkryłam, że cebulki rodzinne wypuściły blady szczypior. Obłożyłam je dookoła śniegiem, bo sucho miały. Trochę śniegu naniosłam też szpadlem do namiotu, żeby ziemia się napiła.

Zdezynfekowałam też cały foliak - powyrywałam zostawione tam na zimę aksamitki, ułożyłam z nich zgrabny kopczyk pośrodku i podpaliłam. Wilgotne łęty trochę się paliły, a bardzo dymiły i właśnie o takie okadzenie namiotu foliowego dymem z aksamitek mi chodziło.









A do kotłowni po cichutku wprowadził się nowy piec i czeka na montaż.
Wygląda nad podziw profesjonalnie, a co za tym idzie, nie ma już takich ślicznych metalowych klameczek, tylko zwykłe, brzydkie, fabryczne, stanowiące komplet z gotowymi piecowymi drzwiczkami.

Komentuj (4)

15.02.2015 (09:48)

Mam w sypialni dwie identyczne trzydrzwiowe szafy, a w nich sześć jednakowych szuflad. W szufladach przechowuję posegregowane tematycznie po bibliotekarsku różne elementy mojej garderoby. Ale to tylko ten marny gatunek człowiek w niedoskonałości swej odbiera dwie szafy jako identyczne i sześć szuflad jako jednakowe.

Kora wie, że jest inaczej. Ona to słyszy. Nie reaguje nigdy w żaden sposób na otwieranie i zamykanie szaf, wysuwanie i wsuwanie szuflad. Prawie nigdy.
Bo jest wyjątek - bezbłędnie rozpoznaje dźwięk, wydawany przy wysuwaniu jednej z szuflad... jest to dolna szuflada lewej szafy a mieszkają w niej SKARPETKI.
W stu przypadkach na sto przybiega uradowana, szczęśliwa, w podskokach, podrygach i rozmerdaniach, jakbym te szufladę otwierała specjalnie dla niej, ba! jakbym ją w ogóle urządziła specjalnie dla niej.
A jak jeszcze przy tym powiem słowo: skarpetka, to jej zachwyt jest bez miary i jest przy tym żywo zainteresowana możliwością poczęstowania się z szuflady, a jak jej się nie uda, to przynajmniej stara się uniemożliwić mi założenie skarpetki na nogę i bardzo jest przy tym pomysłowa i zaangażowana.
I jak tu jej czasem nie dać tej skarpetki, no jak?!

Mój laptop ne zniósł próby drugiej reklamacji i od przedwczoraj mam nowego. To mój czwarty już osobisty laptop. Pierwszy (HP, 60GB) wytrzymał dwa lata, jak chciała gwarancja, po czym zaliczył zgon. Drugi (Samsung, 200GB) żyje do dziś i jest używany przez Starego. Mimo, że był w pełni sił, to postanowiłam go zastąpić modelem z matową matrycą. Zadziałała zasada: kto raz trafił na matową matrycę, ten nigdy już nie będzie chciał korzystać z błyszczącej!
A kupując go, nie przypuszczałam nawet, że istnieje coś takiego, jak błyszcząca matryca i że w ogóle należy na to zwracać uwagę przy zakupie. No po prostu w naiwności swej myślałam, że wszystkie laptopy mają taki ekran, jak ten mój pierwszy.
Kolejny laptop (Lenovo, 500GB) to był ten z fatalnym touchpadem, a ten nowiutki, czwarty ma zupełnie takie same parametry i mam nadzieję, że będzie mnie grzecznie słuchał.

Komentuj (2)

20.02.2015 (16:45)

W piątki kończę pracę o wpół do dwunastej i mało być tak pięknie, a zachciało mi się tych studiów i wyjeżdżam co drugi piątek na cały weekend i nie ma weekendu.
Ale dziś było pięknie. Jechałam autobusem do domu i płakać mi się chciało ze szczęścia, że nigdzie dziś już nie muszę wyjeżdżać, ani jutro ani pojutrze. Że to wreszcie weekend w domu i w dodatku świeci słońce, więc można trochę w ogrodzie podziałać.

Więc wpadam do domu i najpierw z psami się miziam, potem zakupy w kuchni na blat, a psy won do ogrodu. Kora dyżurowałaby w ogrodzie pod naszą nieobecność, ale blondyn z domu dziecka ma krótkie gładkie włoski i byłoby mu zimno. A więc przez tego sierotę siedzą oba w domu uwięzione, dopóki nie zrobi się cieplej.

No więc psy do ogrodu, a ja do kotłowni. Piec otworzyć, pogmerać pogrzebaczem na dole komory, żeby popiół przeleciał pod spód, a rozżarzone resztki zostały, zamknąć. Potem przez górne drzwiczki nałożyć świeżego drewna, zamknąć, otworzyć popielnik, żeby piec złapał cug i świeże powietrze rozpaliło nowe drewno.
Potem do kurek - ko-ko-ko, wszystkie biegną do mnie, otwieram furtkę na pole, do wolności. Dziś trzy jajka. Ziarno nietknięte, bo ziemia rozmarzła więc łażą, drapią, robale wyżerają.

I znów do domu i do kuchni - wypakować zakupy, przygotować mięso na jutro do pieczenia, bo przyjeżdżają Piwowary i będą warzyć, a wtedy dostęp do kuchenki jest utrudniony i trzeba wszystko przygotować dziś.

Znów do kotłowni, piec już się rozpalił, dolne drzwiczki zamknąć, enter.
Psom jeść, kotom jeść, można do ogrodu. Cegły całe na jeden stosik, połamane na drugi; gruz oddzielnie a potem na taczkę i na drogę. Piłka, sekator, jakieś gałęzie, część na ognisko, a ładne proste patyczki do odzysku - będą do podpierania kwiatów.

Zboże, cegły, kamienie i drewno - jak w Osadnikach z Catanu.

Komentuj (11)

05.03.2015 (20:35)

Wiosna się zaczęła.

Kupiliśmy siatkę ogrodzeniową i jutro o siódmej rano przyjdzie chłopak, który pomaga nam tu czasem odpłatnie, na przykład pięknie rozebrał szkolny szalet w sierpniu.
Pracuje solidnie i porządnie, zostawia po sobie wszystko poukładane, naprawdę warto dać mu zarobić trochę grosza. Jest chyba jedynym pracowitym i uczciwym członkiem swojej rodziny, gdzie i rodzice i jedenaścioro dzieci jak nie pijaki, to złodzieje, lenie i łachudry, no i wiadomo - nic im się nie opłaca.

Na sobotę Kora jest zapisana do fryzjera, przestanie więc wreszcie wyglądać jak Buka, co też pomoże przyśpieszyć wiosnę. Bo Buka, jak wiadomo, zostawiała po sobie zamarzniętą ziemię tam, gdzie siedziała.
A na jutro ja jestem zapisana na piwo w mieście.

Z wiosennych przejawów to jeszcze ten, że koty mają od dziś udrożnione wyjście pod skosy dachowe, a stamtąd już wyłażą na wolność, sprytnie unosząc łbami dachówkę i dziś już balowały na dachu. Najpierw jednak zostały po zimie troskliwie odrobaczone przez mamusię, czyli przeze mnie, żeby mogły w dobrej kondycji rozpocząć sezon. Teraz mogą się na nowo zarobaczać, wpieprzając ptaki, nornice i inne świeże mięsa.

Codziennie już mogę po pracy coś tam grzebnąć w ogrodzie, a to pobiegam z sekatorkiem a to porozgrzebuję rabaty, ale zaraz robi się ciemno, więc się na razie nie przepracowuję. Wyliczyłam, że mam do obsługi dwadzieścia rabat kwiatowych różnej wielkości!

Stary wysprzątał dziś kurnik, a ja jutro po pracy umyję kurom okna i wypiorę firankę. Muszę też wysprzątać maliniak czyli powyłamywać zeszłoroczne pędy i to jest dobra robota na niedzielę, bo cicha i niewadząca świętującym.

Miałam dziś dwie ważne rozmowy, obie nie za wesołe, niestety.

Komentuj (9)

08.04.2015 (14:22)

Nie bardzo mam nastrój i ochotę na pisanie o rodzynkach, bo ostatnio panuje u nas klimat terapii rodzinnej ze zmieniającymi się podmiotami, coś jakby gra terenowa czy jakoś tak... to o czym tu pisać.
Pewne sprawy się wyjaśniają, a inne wciąż się kiszą i czekają na swą kolej.

Postanowiłam w najbliższy weekend urządzić sobie wagary i nie jechać do Poznania. To moje pierwsze wagary, a już przecież drugi semestr, więc cóż, będę odpoczywać po świętach i przeznaczę ten czas na ogrodowanie i przesterowanie gospodarstwa na tryb wiosenno-letni. To mnie cieszy, to lubię, to będę robić.

Pory roku na wsi lepiej widać i wiążą się z nimi konkretne sprawy. Nie można przegapić, nie można zapomnieć i odłożyć na później, bo sezon światła i ciepła jest krótki, a tygodnie szybko mijają i nie wiadomo kiedy - znów ciemności, zimowy tryb grzania i zamknięte tylne wyjście a koty korzystają z kuwety, zamiast obsrywać okoliczne tereny.

Czas okołoświąteczny zaowocował trzema ładnymi płotkami w ogrodzie, chroniącymi rabaty przed psimi łapskami. Pierwszy uplotłam z leszczyny i gałązek przyciętej wierzby Hakuro-Nishiki i choć początkowo wyszedł nie za cudny, to od razu okazał się funkcjonalny. Może te biedne dzielżany przy bramie zdołają wreszcie urosnąć.


Drugi płotek uplotłam z Młodą w przedświąteczną sobotę i w całości zrobiłyśmy go z wierzby, bo po wiosennym cięciu miałyśmy gałązek ile dusza zapragnie. Poszło nam też na ten płotek pół litra pigwówki. Teraz się martwię, że jak się płotek ukorzeni, to mi róże będzie zasłaniał, ale co ja się mam zawczasu martwić, skoro może mi przecież wcześniej spaść cegła na łeb i to już będzie nie mój kłopot.


Trzeci płotek powstał w całości z brzozy; grube paliki stanowią słupki, wokół których zaplecione są poziome elementy z brzozowej drobnicy. To płotek, który oddziela główną różankę od psiej ścieżki przy ogrodzeniu.




Komentuj (3)

12.04.2015 (08:09)

Za nami bardzo pracowita sobota, taka zakończona padnięciem na ryj.

Byliśmy wczoraj na targach ogrodniczych, a skromne zakupy to dwa nowe ciemierniki, trzy kępki różowych pachnących goździków i rozmaryn. Priorytetem była jednak farba do pomalowania płotków i furtek, a zwłaszcza płotek przy placyku śmietnikowym wołał już o pomstę do niebios.
Kupiliśmy więc farbę w kolorze niby "brąz czekoladowy" (emalia ftalowa, 1 litr, nobiles), jednak kolor rzeczywisty okazał się jaśniejszy niż pokazano na opakowaniu, czekolada raczej mleczna i to podłej firmy, a tak naprawdę to w kierunku brązu fekalnego, niestety. Niewielki płotek okazał się bardzo farbożerny i zużyłam na niego dwie puszki farby, a nawet mi jej zabrakło!
Kupiłam też emalię podkładową do zabezpieczenia nowej/starej (zardzewiałej) furtki na pole, zanim pomaluję ją farbą docelową, no ale to już nie w ten weekend i na pewno nie tą farbą.

Przygotowałam też sobie wczoraj grządki na polu i posiałam dwie odmiany marchewki, pietruszkę korzeniową, naciową i trzy odmiany cebuli.

Stary zajmował się natomiast zrobieniem otwieranej klapy do foliaka. Całą górną połowę tylnej ściany można teraz uchylnie otwierać, co będzie niezbędne, kiedy zaczną się naprawdę ciepłe dni i noce, a pomidory już podrosną. Powinny być wtedy wentylowane całodobowo, a taką klapę się otwiera i już nie zamyka do jesieni, tak jak i drzwi do foliaka. To zmniejsza zagrożenie chorobami grzybowymi, na które pomidory są bardzo podatne.
Wolę tak, plus cotygodniowy oprysk mlekiem, niż zabezpieczanie chemikaliami, bo pomidory z chemikaliami, to ja sobie mogę kupić w każdym sklepie.
Klapa zrobiona jest z płyty z pleksy i przymocowana na zawiasach do ściany foliaka, a zamyka się na 2 klameczki.

Około 19:00 padliśmy na pysk, a pracowity dzień został podsumowany kiełbasą z ogniska z chlebem, nie bacząc na dietę rozdzielną i na wszystkie diety świata. Do tego dwa piwa, ale tylko dla mnie, bo Stary swoje piwo wychlał dnia poprzedniego, a jak mówi poeta: nic da razy się nie zdarza!

Dziś pikowanie pomidorków, wysiew dyniek i rozsypanie nawozu na rabaty kwiatowe, szczególnie pod róże.

A w nocy popadał deszczyk i dobrotliwie podlał moje warzywne poletko...

Komentuj (5)

15.04.2015 (22:08)

Ale się wkurzyłam!
W naszej wsi rosną wzdłuż drogi stare lipy. Patrzymy w sobotę, a na trzech lipach widocznych na wprost z naszego okna od jadalni, widać jakieś oznaczenia, kółka, kropki i cyferki na pomarańczowo.
Stary dziś się zorientował, co i jak, no i dowiedział się, że na wniosek mieszkańca skierowano do gminy wniosek o wycięcie.
A mieszkaniec ów, to wiecznie zapijaczona morda, która ma wszystko wszystkim za złe, o czym wiem od ludzi, bo ja go sama nie znam i nawet nie wiem, który to jest. Wsławił się on na przykład tym, że wstrzymał budowę kanalizacji w naszej wsi, bo oznajmił, że na swój teren to on ICH nie wpuści i kuniec!
Potem chodził od bramy do bramy i zbierał podpisy na jakimś proteście, w którym dał wyraz swojemu niezadowoleniu, ale Stary mu powiedział, że my akurat jesteśmy bardzo zadowoleni z przeprowadzonych prac.
A teraz dziadowi lipy przeszkadzają!!!

A dziś uratowałam życie ślicznemu padalcowi, którego chciały zeżreć moje kury. Będą zdjęcia oraz szczegóły dramatu.

Komentuj (0)

16.04.2015 (17:03)

Wczorajszy dzień był dniem ratowania życia padalcowi oraz dniem ratowania płotka przy bramie, który zastałam w stanie częściowej dewastacji. Kiedy wróciłam z pracy, osoby podejrzane stały na rabacie i radośnie przytupywały wszystkimi ośmioma nogami na widok nadchodzącej mamusi.
A płotek wyglądał tak:



Zasiadłam więc do ponownego wyplatania...



Ale najpierw wypuściłam kury w maliny...



...i po chwili zauważyłam, że trzy kury strasznie się między sobą awanturują i coś sobie wyrywają. Myślałam najpierw, że to taka ogromniasta dżdżownica, ale po chwili, jak podeszłam bliżej, to już widziałam, że to padalec.
Wybiegłam więc szybko furtką i przepędziłam kury, które oczywiście zgubiły padalca, uciekając. Po chwili jendak przystąpiły do ataku i chciały odbić swoją zdobycz. Musiałam, jak zła dziewczyna kopiąca kury odpierać te ataki, a tymczasem padalec zgrabnie się ewakuował.
Przypadkiem (no tak, zupełnie przypadkiem!) miałam na szyi aparat fotograficzny i pstryknęłam fotoreportaż, ale litościwie pokażę tylko dwa zdjęcia.





Kury tymczasem znalazły porzucony przez padalca ogon (na zdjęciu powyżej widać wyraźnie miejsce, w którym kończy się padalec po odrzuceniu ogona) i zadowoliły się nim w zupełności, zwłaszcza, że ruszał się, zgodnie z ich oczekiwaniami.
I proszę mi tu nie histeryzować, że drastyczne opisy i zdjęcia, bo to jest po prostu lekcja przyrody w terenie.

A lipy, które przeszkadzają temu dziadowi, to te ze strzałkami. Nawet nie chcę myśleć, jaki widok z okna by nam został, gdyby zniknęły.



Komentuj (5)

17.04.2015 (21:25)

Dziś kwietniowy przegląd kwiatków.























Komentuj (2)

27.04.2015 (20:29)

Jak wiadomo, od listopada zajmuję się badaniem funkcjonowania kolei w tym kraju w regularnych odstępach dwutygodniowych. I muszę powiedzieć, że... obserwuję Rozwój i Postęp.
Tak, tak, nie są to żadne zgryźliwe i ironiczne uwagi, tylko całkiem serio poczynione spostrzeżenia!

Chyba zaczynają być widoczne jakieś pieniądze, które podobno zostały wpompowane w tę instytucję. Ostatnio coraz częściej zdarza mi się jechać nowym i eleganckim składem, gdzie siedzenia są czyste i wygodne, na pokładzie można korzystać z WiFi i prądu, a na telebimie wyświetla się informacja o kolejnych stacjach i godzinach przybycia. Pociąg sunie płynnie i gładko, można czytać, pisać i szydełkować i nie ma się wrażenia, że tłucze się on po bruku na drewnianych kołach i dlatego tak szarpie pasażerem na prawo i lewo.

Konduktorzy przechadzają się okablowani i obwieszeni sprzętem wszelakim, pytając, czy ktoś z państwa dosiadał się od ostatniej kontroli i czy wszyscy państwo mieli sprawdzane bilety.
A ewentualnych chuliganów stawia do pionu pytaniem, czy ma dzwonić po policję, czy też od razu oglądają zapis z kamer i mandacik.
Serio!
I są to w dodatku najtańsze linie regionalne!

Mam nadzieję, że rozwój i postęp będą trwać, a badania zamierzam prowadzić jeszcze do lutego 2016.


Zakwitła i już powoli przekwita stara ałycza. Ta piękność z posplatanym w warkocz pniem rośnie przy samym naszym domu. To po niej koty wchodzą i wychodzą ze strychu, podnosząc łbami dachówkę.
Drzewa nie sposób przeoczyć, ale tego zapachu i brzęczenia pszczół nie odda żadne zdjęcie.











Komentuj (0)

01.05.2015 (15:40)

Pozbyliśmy się kolejnego straszaka - stelażu do ogromnego namiotu foliowego. Na nasze potrzeby mamy mniejszy foliak i wystarcza nam on w zupełności.
Po nieudanych próbach sprzedania konstrukcji podarowaliśmy ją w końcu pewnej babeczce z naszej wsi, która jest bardzo energiczną gospodynią na pełen etat i zrobi z niego na pewno właściwy użytek. Zagoniła do roboty męża i syna i pewnego dnia, po okopaniu osadzonych w ziemi rur potwór został ruszony z ziemi i wyniesiony w dwóch częściach.




Widok zmienił się stanowczo, a oto analiza porównawcza w obrazach - przed i po.

Ujęcie pierwsze:




Ujęcie drugie:





Ujęcie trzecie:




O stelaż wspierały się dotychczas pnące róże - Flammentanz i Dr W. van Fleet. Dostały więc szybciutko tymczasowe pergolki ze starych furtek z odzysku i nawet nie zauważyły tego faktu! Jesienią jedna z nich będzie przesadzona tak, aby znalazły się w jednej linii, wtedy też dostaną wspólną pergolę i utworzą różaną ścianę, zasłaniającą przed nami miejsce biesiadne sąsiadów, którzy znietrzeźwiają się tam z upodobaniem, psując nam widok i zakłócając percepcję Absolutu.

I pomalowałam sobie płotek z różnokolorowych kawałków. Ładniej jest!




A za furteczką...


Komentuj (0)

03.05.2015 (21:47)

Dziś niebezpiecznie zbliżyłam się do sportu!
Mamy od niedawna dwa piękne rowery (mój jest czerwony!), które dostaliśmy w prezencie. Tak, tak, są tacy ludzie, którzy dają innym rowery...

Ponieważ zaczął się już nowy sezon wiosenno-letni, to można się wreszcie było umówić na cotygodniowy zakup prawdziwego mleka. Pojechaliśmy po nie do sąsiedniej wsi - na rowerach! Dla mnie była to wyprawa po bardzo długiej przerwie - chyba ze dwanaście lat! No w każdym razie zatrzymałam się dawno temu na etapie składaków i nigdy dotąd nie jeździłam na rowerze z przerzutkami i ręcznymi hamulcami! No, serio!
Jechaliśmy najpierw naszą szosą do drogi krajowej, potem kawałek poboczem tej strasznej ruchliwej "szóstki", a potem znów w bok i jeszcze raz... a wracaliśmy polami. W drodze powrotnej kupiliśmy na stacji paliw dwa piwa, które telepały mi się potem w bagażniku obok wiadereczka z pięcioma litrami mleka.
Fajnie było, będziemy tak jeździć co tydzień!

Jak dostaliśmy te rowery, to wstyd mi się zrobiło, że ja tu tymczasem próbuję sprzedać stelaż do foliaka i od razu też go rozdałam.
Mam nadzieję, że ten impuls pójdzie dalej i wszyscy będą sobie rozdawać różne rzeczy, aż na koniec łańcuszek dobrej woli wróci do naszych rowerowych darczyńców.
Tak - powiedziała Andzia z właściwym sobie poczuciem humoru - ja wiem, ktoś mi za to będzie kiedyś troskliwie zmieniał pampersy!

Komentuj (4)

06.05.2015 (21:30)

Nastawiłam pierwszy twaróg w tym sezonie, będzie sobie odciekał całą noc. Teraz zamiast spać, zabieram się za Politykę Arystotelesa na sobotnie zajęcia, bo mi zostało jeszcze dziesięć stron i muszę to dziś skończyć, albo przynajmniej zacząć.

W piątek jadę znów do Poznania i czeka mnie podróż z udziałem autobusowej komunikacji zastępczej na części trasy - udoskonalanie kolei trwa.

Zapomniałam się pochwalić - schudłam pięć kilogramów na diecie rozdzielnej. Może nie jest to jakiś szał, bo od początku marca jestem na tej diecie, ale ja się cieszę i czuję się lżej, no i miło mi, kiedy pomyślę, jaki zadowolony musi być mój biedny kręgosłup!

W czerwcu lecimy z Młodą do Portugalii, w ostatnich dniach jakoś często o tym myślę i przeglądam program wycieczki. Będziemy mieszkać w hotelu nad oceanem, będziemy zwiedzać Lizbonę, ale marzy nam się też jakiś pozaprogramowy wieczór, tak żeby poszlochać sobie pod fado z winem.

Komentuj (2)

10.05.2015 (00:04)

Wróciłam i mam dość. Po całym tygodniu w pracy dorżnęłam się jedenastoma godzinami w pociągach i autobusach zastępczych i sześcioma godzinami na zajęciach. Frekwencja na tym nietypowym jednodniowym zjeździe była marna i malejąca w ciągu dnia do siedmiu osób w finale. Jakiś niesmak czułam, no nie wiem, może też i dlatego, że ja jednak tam byłam od początku do końca, mimo tej odległości i trudów podróży, no i konieczności nocowania w Poznaniu.
No, ale jak mówi Stary, ja jestem za bardzo zasadnicza.

Czytałam w podróży Politykę i Wyborczą - dużo ciekawych rzeczy, inspiracji... tylko kiedy?! Chciałabym zdążyć ze wszystkim, ale to się chyba nie da.

Dzięki podróżom podjęłam też serię empirycznych badań nad talarkami Lajkonik. Jedno pełne opakowanie na trasę tam lub z powrotem pozwala bez wątpienia stwierdzić perfekcyjną chrupkość i chlebkowatość, ale jeszcze mam trzy zjazdy do wakacji, więc będę badać nadal.


Jutro chyba pojedziemy na rowerach przez las na wybory! Żeby tylko zły wilk nas nie zjadł.

Albo Grzegorz Braun.

Komentuj (2)

12.05.2015 (19:36)

Wymyśliłam chytry plan wydarcia światu jednego dnia i pojechałam dziś rano prosto do stacji krwiodawstwa. Po oddaniu krwi należy się zawsze wolny dzień, ale dotychczas ze dwa razy tylko z tego skorzystałam i właściwie nie wiem dlaczego, chyba dla zbawienia świata. A teraz postanowiłam, że owszem-owszem i nawet poprzedniego dnia umówiłam się do fryzjera.
A w dodatku dziś był ten dzień, kiedy zostałam zasłużonym krwiodawcą i stosowną legitymację mam odebrać w PCK za jakieś dwa tygodnie.

Po renowacji fryzury biegiem pognałam na autobus, kupując po drodze cztery kotlety z kością na jakiś obiad, bo ostatnio w kwestii gotowania obiadów nie jestem zbyt wylewna. W domu byłam już po dwunastej i od razu zabrałam się do sprzątania chałupy, bo siać kwiatki można już było bezpośrednio na podłogę i na pewno miałyby się w czym ukorzenić. Poodkurzałam, pozmywałam podłogi, nastawiłam pranie i ugotowałam ziemniaki dla ludzi i kur, zrobiłam też nowy twaróg. Kotlety przyprawiłam i eksperymentalnie zamoczyłam w serwatce.

W nagrodę za dobre sprawowanie kupiłam sobie dwa piwa Tatra mocne, za co z góry przepraszam Biesa, jeśli to czyta, ale co ja zrobię, że ono mi smakuje - no takiej już jestem prostej konstrukcji, niczym stułbia płowa albo wypławek biały.

Pokręciłam się też trochę po ogrodzie i okazało się, że zioła czas już ciąć, więc nakryłam stół w dużym pokoju szmatką tematyczną i suszę już hyzop, oregano i miętę.

A Stary przyjechał z kliniki, z kolejnego odczulania, wprost na gorące kotlety, ale nie wiem, czy je będzie pamiętał, bo był jak zwykle po odczulaniu półprzytomny i teraz śpi martwym bykiem. Mogłam sama zjeść.









Komentuj (7)

13.05.2015 (19:42)



Dziś inżynieria gospodarska, a w szczegółach:
1. Tubylcze wiadro z szopy z wodą dla piesków
2. Beczka z gnojówką z pokrzyw
3. Zardzewiały pług czy coś w tym rodzaju
4. Akwedukt zaklęty w wężu z Lidla
5. Stara motyka (jakby co)
6. Kij do mieszania gnojówki (mieszać codziennie; dopóki się pieni - fermentuje; jak przestanie się pienić - używać; nie oddychać!)
7. Niski gruby pniaczek w funkcji stolika przy kranie
8. Wyższy cienki pniaczek (po śliwie) w funkcji nie wiadomo jakiej
9. Ceramiczne jakieś coś, jakby zatyczka od czegoś
10. Żelazna kulka, śliczna, okrąglutka wykopana w ogrodzie

Detale do samodzielnego odnalezienia na obrazku; w nagrodę: piątka z buźką!

Komentuj (2)

15.05.2015 (21:09)

Do wsi wkroczył dżender i parytet i po dwóch kadencjach urzędowania sołtysa wybraliśmy wczoraj sołtyskę. Co prawda była jedyną kandydatką, więc nie było wyjścia, no ale.
Różnym osobom proponowano kandydowanie, ale żadna z nich się nie zgodziła. Myślałam, że Basia będzie kandydowała, ale jednak się nie zdecydowała, a szkoda.
Żeby nie było, to dodam tylko, że padła również moja kandydatura i to nie z ust pijanego Heńka, tylko poważnej osoby.
Podziękowałam i obiecałam, że za cztery lata - kto wie.

Tegoroczni zimni ogrodnicy wraz z Zośką minęli w naszym regionie bezprzymrozkowo i chwała im za to. Zapowiada się taki piękny sezon, z urodzajem kwiatów i owoców.
Jeszcze nigdy moje róże nie wyglądały tak pięknie o tej porze. Co prawda kwiatów jeszcze nie ma, ale potencjał widać, a krzaczory są takie piękne, że jak patrzę na nie z bliska, to aż mi się chce płakać.
Patrzenie z bliska pomaga też zawczasu zauważyć różne wredoty, które jak co roku kolejno będą chciały zeżreć moje róże.
Mszyco, bruzdownico pędowa, zwiocie i skoczku różany, nimułko i ogrodnico niszczylistko - wasze niedoczekanie!

Komentuj (0)

17.05.2015 (17:29)

Stary zeżarł 7 czekolad w 5 dni. Przysięgam! W dodatku były to beznadziejne czekolady, te z centrum krwiodawstwa. Na samą myśl mnie zemdliło i muszę się zastanowić, czy ja chcę z nim nadal mieszkać w jednym domu. Z podstaw matematyki wynika, że w ciągu tych pięciu dni były dwa takie, kiedy to zeżarł dwie czekolady jednego dnia. Pozostaje tajemnicą, dlaczego ocalała ósma czekolada.
Iskra mówiła o badaniach na myszach - że te, które są uzależnione od cukru, to nawet na znajomych kołowrotkach zapominają pojeździć. No to teraz ja rozumiem wiele rzeczy.

Weekend bardzo udany i słoneczny, choć zimny. Wczoraj co prawda cały dzień pisałam pracę zaliczeniową, ale udało się w ogrodzie posiedzieć z laptopem, więc nie narzekam.


Dziś porobiłam porządki w foliaku, posadziłam pięć kupnych sadzonek papryki, popikowałam sałatę i taki ogólny porządeczek sobie zrobiłam.


Potem wyplewiłam porządnie różankę i to jest bardzo ważna praca, potrzebna i od razu widoczna. Musiałam uważać, nie wyrywać wszystkiego jak leci, bo wschodzą tam cenne siewki szałwii trójbarwnej, czarnuszki i innych cudnych drobiażdżków. Udało mi się też nie złamać dupą żadnych młodych różanych przyrostów, więc jestem bardzo zadowolona.


Byłam w polu - ładnie wschodzą posiane warzywka, oczywiście razem z chwaściorami. Zostały mi jeszcze do posadzenia dynie, które czekają w foliaku w wielodoniczkach i fasola tyczkowa.

W ogrodzie jest teraz tak pięknie, mogłabym się stąd nigdzie nie ruszać...












Komentuj (3)

19.05.2015 (22:08)

Codzienne popołudniowe obchody ogrodu z macaniem liści różanych i ślęczeniem z nosem przy ziemi wykazały pierwsze objawy inwazji tego całego różożernego bydła. Jutro wkraczam z opryskiem mospilanem, który jest bezpieczny dla pszczół, a zresztą róże przecież jeszcze nie kwitną, więc co by miały roić na nich pszczoły, zwłaszcza po zachodzie słońca. Dłużej czekać już nie mogę, ale spróbuję się na razie ograniczyć do tych róż, na których już szkodniki żerują i tych kilku, które w ubiegłym roku miały problemy.

Dostałam dziś wiadomość że naprawiona jest moja konewka, stara ocynkowana dziesięciolitrówka, którą lekkomyślnie zostawiłam na zimę z wodą i lód rozsadził jej dno. Zaniosłam ją do pana Zdzicha, który robił nasz piec i poprosiłam o ratunek.
Chciałbym mieć też takie wiadro i mam nadzieję wyżebrać je od kogoś na wsi, bo założę się, że ludzie tu takie wiadra mają i nie używają ich, bo kupili sobie już dawno ładne, nowe plastikowe wiadra.

A tak moje pieski czekają na mnie przy furtce, kiedy idę do sklepu.


Komentuj (0)

22.05.2015 (21:57)

Dziś na piątym miejscu trójkowej listy "O, matko!" Organka, no naprawdę super-super! No, ale... ja lubię horrory. I pomyśleć, że w zimnych Suwałkach przyszedł na świat taki fajny Organek :)
A potem Fisze i Wagle - no już oni cokolwiek by zaśpiewali, to mam od razu miętkie kolanka i łzy tuż-tuż.
No i Lao Che - uwielbiam wszystko!
Fajnymi facetami obrodziło, starzy się trzymają i młodzi kiełkują. To lubię!

Piątek bardzo ogrodowy - całe ręce mam poparzone, ale powyrywałam pokrzywy z połowy maliniaka, aż kury były zdziwione, jak je tam wypuściłam. Odchwaściłam też różne miejsca w ogrodzie, no mogłabym tym zielskiem tira załadować! Potem, jak klasyczna Buka nagrodziłam się dwoma piwami.
A jutro mnie czeka jedenaście godzin w pociągach, więc mi się należało.

W niedzielę znów wybory i znów trzeba ratować ojczyznę i wybrać nie-pis, o matko, co za naród!

Komentuj (0)

23.05.2015 (07:46)

Nastawiłam budzik na 4:40. Wstałam, zrobiłam kawę i przystąpiłam do porannych obrządków. Stary miał mnie zawieźć na pociąg, który, jak pamiętałam, odjeżdżał o 6:17. Ubrana i umalowana, spakowana - z bułkami, zeszytami i prasą do pociągu oraz w kompletnym rynsztunku podróżniczym, tuż przed wyjściem z domu zerknęłam jeszcze na bilet i ... !!! ??? patrzę, a tam jak wół: godzina odjazdu: 5:35. No a była już właśnie 5:45.
No więc.

Od dziesiątej są dziś nowe zajęcia, z edukacji demokratycznej, nie chciałam ich zaczynać nieobecnością...

Dzień darowany, weekend darowany - tak to trzeba przetworzyć. Ale skąd mi się ta 6:17 wzięła - nie mam pojęcia!







Komentuj (0)

25.05.2015 (21:14)

Wyborcza niedziela niebezpiecznie znów mnie rzuciła w szpony sportu, bo pojechaliśmy wreszcie na tych rowerach przez las do lokalu wyborczego, tak jak planowaliśmy już przy pierwszej turze. Wtedy deszcz nie pozwolił, ale wczoraj pogoda dopisała. Przez moje gapiostwo musieliśmy jechać dwa razy i jak potem zmierzyłam na google maps, to mało nie padłam z wrażenia, bo zrobiliśmy 34 kilometry! Teraz za to boli mnie kręgosłup od wertepów i tyłek od siodełka.






Niedziela była bardzo słoneczna, jak na ten zimny maj i udało mi się zainaugurować łóżko ogrodowe, z Polityką i herbatką, ale i z kocykiem.


Cała wieś o tej porze pachnie kwitnącymi bzami. Mam w ogrodzie dużo bzów i choć nie wszystkie co roku kwitną obficie, to zawsze któryś daje prawdziwy pokaz.





Kalina koralowa lada dzień też pokaże swoje możliwości


A tak wygląda różanka - moja duma i radość, której poświęcam mnóstwo czasu i uwagi. Róże jeszcze nigdy nie były takie piękne, zdrowe i dorodne, jak w tym roku, co widać już teraz i co zapowiada piękne kwitnienie.


Komentuj (2)

31.05.2015 (15:36)

Pies rasy ryjącej wynajduje miejsca, najczęściej ukryte dla ludzi - a to pod stertą chrustu, a to pod deskami opartymi o drzewo - bo w takich zacisznych miejscach lubią się zadekować nornice. Na rabatkach już nie mogą, bo tam zostają od razu namierzone i wyprowadzone z błędu. Ginie przy tym trochę roślin, znikają żurawki i szachownice, ale efekt jest widoczny i długofalowy. Mimo tych strat, opłaca się.

Cóż to takiego?

To właśnie pies rasy ryjącej podczas działań wojennych.

A od strony zakręconego ogonka dupka wygląda tak.




Potem wsteczny i w kupce chrustu zostaje dziura, prowadząca do Australii.


Po skończonej pracy pies rasy ryjącej wraz z przybranym bratem robią jeszcze krótką wizję lokalną.


Komentuj (2)

08.06.2015 (10:54)

Minął kolejny weekend w Poznaniu, być może już przed wakacjami ostatni, ale to się dopiero okaże.

Na zajęcia w sobotni poranek dotarłam z pewnym trudem, bo chociaż wiedziałam, że pętla tramwajowa jest przebudowywana i muszę wysiąść wcześniej, to jakoś nie udało mi się upilnować właściwego przystanku i po chwili zorientowałam się, że jestem znów w rejonie dworca kolejowego. Nie było czasu na kolejną próbę, więc szybko zadzwoniłam po taksówkę i jakież było moje zdumienie, kiedy pani przyjmująca zamówienie zwróciła się do mnie: pani Małgorzato..., a następnie w taksówce zobaczyłam na wyświetlaczu swoje imię i informację o zniżce. A korzystałam z tej linii zaledwie drugi raz!

Zjazd minął owocnie, bo w niedzielę napisałam egzamin i przybyły mi też dwa kolejne zaliczenia na piąteczki.
A egzamin pisaliśmy u pani, która tak jak w poprzedniej sesji zaczęła od porozsadzania nas nie za gęsto i wyznaczenia miejsca na wszystkie nasze torebki i inne przedmioty, nieprzydatne jej zdaniem podczas pisania egzaminu. I powiedziała też: jeśli ktoś ma dysleksję, to ma problem - czego nie mogę przeczytać, tego nie ma!

Pod koniec tego dnia zajęć, kiedy inna pani omawiała nasze prace zaliczeniowe, odstawiłam jakoś tak nieuważnie papierowy kubek z kawą, wydawało mi się że na blat, stołu, a w rzeczywistości na mój telefon, leżący na brzegu i kubek wykopyrtnął się nieoczekiwanie na mnie (biała spódnica!!!), na koleżankę siedzącą obok i przy okazji trochę jej się wlało do torebki, a trochę rozprysło na teczki z notatkami. To był jeden z tych momentów, kiedy człowiek ma ochotę zapaść się pod ziemię i już tam pozostać!
Koleżanka, szczęśliwie, nie została poparzona, a ciuchy miała czarne, co też nieco zminimalizowało siłę rażenia. Spontanicznie utworzyła się kilkuosobowa brygada ratunkowa z chusteczkami i serwetkami i po krótkim zamęcie, wprowadzonym w precyzyjnie zaplanowany przez panią doktor tok zajęć, wszystko wróciło do normy.

No i jeszcze jeden numer zaliczyłam u progu podróży powrotnej, kiedy to na peronie piątym, wsiadłam do niewłaściwego pociągu i nawet rozgościłam się już na, rzekomo, swoim miejscu, usankcjonowanym miejscówką, a jakże! Zaczęłam już nawet czytać, ale nagle coś mnie tknęło i spytałam siedzącego obok pana, czy ten pociąg jedzie do Szczecina.
- Nie, proszę pani, my jedziemy ZE Szczecina – usłyszałam. Galopem pozbierałam swoje klamoty i wypadłam na peron. Okazało się, że w tym samym czasie na tym samym peronie stały dwa pociągi: Szczecin-Katowice i Katowice-Szczecin. Nie minęły dwie minuty i ten pierwszy odjechał! No, miałam szczęście, znów!

Tymczasem w gospodarstwie Stary przekwaterował się z biurem do letniego pokoju, więc chyba przeszedł wreszcie na tryb letni.
Zgodnie z planem Stary opróżnił też studnię, ale jakoś opornie się ona teraz napełnia i chyba przyjdzie czekać na solidniejsze opady, żeby powtórzyć akcję jeszcze kilka razy. Inna sprawa, że może to wcale nie być tak, jak mi się zdaje, bo wykopy, związane z budową kanalizacji unijnej spowodowały obniżenie się wód gruntowych, więc woda jest, ale nie na tym poziomie, co kiedyś.
No i z nowości, to może jeszcze to, że Antonio, droczący się z psami przez ogrodzenie, zapragnął prawdziwej konfrontacji i rzucił się do boju przez uchyloną furtkę, kiedy Stary wychodził z kurzego wybiegu. Od razu się okazało, że to jednak nie on tu rządzi i po dramatycznej akcji ratunkowej, wymagającej od Starego refleksu i talentów akrobatycznych, kogut został uratowany. Wszyscy żyją.

Takie to były przygody!

Komentuj (4)

01.07.2015 (00:34)

Puchnie mi prawa noga w kostce, boli mnie prawy migdał, a w dodatku pszczoła, kurew jedna, użarła mnie dziś w szyję, jak próbowałam zasiać na polu gorczycę między ogórkami a truskawkami.
Te pszczoły coś mają do mnie, no po prostu nie lubią, jak się zajmuję pracami polowymi. Zawsze jakaś wtedy przyleci i od razu słychać, że jest oszalała z żądzy żądlenia, choćby za cenę życia, jak to u pszczół, wiadomo.

Próbowałam też odciąć sobie wskazujący palec takim fajnym urządzeniem do strzyżenia obrzeży rabat, ale jednak nie w pełni mi się to udało i choć rabaty krwią zbryzgałam, to palec, przyciśnięty na miejsce, przyjął się z powrotem.

No więc taka felerna i w złym stanie technicznym wylatuję pojutrze nad ranem rejsem Berlin-Lizbona; no ale najpierw trzeba dotrzeć do Berlina wesołym autobusem i po raz pierwszy leci ze mną Młoda! W programie jest hotel nad oceanem, zwiedzanie Lizbony i Sintry, plażowanie i inne atrakcje, w tym wieczór z muzyką fado.

Dziś odwiedziła nas Adzia, oj powspominało się trochę!

No i mieliśmy przeżycia w ostatnim czasie, ale na razie nie chcę o tym pisać.

Komentuj (1)
Blogi
Barbarella
Etyka
NaWsi
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Gospodarstwo
Biodynamicznie
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów