Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2017
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


14.01.2016 (19:24)



Po dwumiesięcznej przerwie kurki wreszcie zaczęły się nieść. Prawie codziennie jest jakieś jajko albo dwa, a czasem nawet trzy. Dziś spotkało się w lodówce jedenaście jajek, czego już dawno nie oglądaliśmy!
Najgorsze pod tym względem są zawsze listopad i grudzień i wcale nie chodzi tu o zimno, tylko o deficyt światła. Na szczęście teraz dzień jest już trochę dłuższy, a mrozy moim kurkom nie przeszkadzają.
Jajka zielononóżek są kredowobiałe, czegokolwiek by ludzie na ten temat nie opowiadali. Jednak pierwsze jajka kurki po odpoczynku mają wyraźnie ciemniejszą skorupkę, a więc po zabarwieniu można poznać, że kolejne kurki zakończyły jesienno-zimową przerwę i wznawiają produkcję. Tu na zdjęciu mamy akurat dwa takie ciemniejsze jajka.
Czyli że wiosna idzie, chociaż tyle tego białego gówna spadło ostatnio.

Skończyłam moją kolejową fioletową chustę semestru trzeciego - jest już wykończona i zblokowana, a więc uzyskała ostateczny kształt i wielkość. Przy okazji popielaty szal semestru drugiego został odświeżony i można było im obu urządzić sesję fotograficzną na drzwiach sypialni.





Komentuj (4)

25.01.2016 (18:59)

Coś się kończy, coś się zaczyna...

W miniony weekend byłam w Poznaniu na ostatnich wykładach, ale też zdołałam wrócić tego samego dnia, dzięki czemu zafundowałam sobie jedenaście godzin w pociągu, ale i nieoczekiwany prezent w postaci niedzieli w domu. Skorzystałam z okazji, żeby rozebrać wreszcie choinkę, upiekłam też chleb na zakwasie.

W sobotę miło pożegnaliśmy się w gronie słuchaczy, ale ponieważ pani profesor - szefowa podyplomówki wyjechała na pół roku za ocean, to żadnego oficjalnego zakończenia nie było, żadnego "dziękujemy", w zamian za które my też moglibyśmy podziękować i pożegnać się. Nikt też nie przyszedł w jej imieniu choćby na pięć minut, żeby jakoś formalnie zakończyć sprawę... no dziwnie. Zresztą wszyscy wciąż piszą jeszcze prace i wyczekują bez końca na odpowiedzi i poprawki, więc niby koniec ale i nie całkiem.
Moja praca leżakuje już od dawna w laptopie i po wprowadzeniu poprawek czekam teraz i czekam na odpowiedź. Mam tego szczerze dość i jeśli ta baba nie odpisze mi do końca tygodnia, to w weekend przygotuję już tekst do wydruku.
Nie cierpię niepozamykanych spraw, które trzymają mnie w miejscu i nie pozwalają iść dalej.

Na razie skończyły się mrozy - w ciągu dwóch dni prawie cały śnieg spłynął już z odwilżą i chciałabym bardzo, żeby to był koniec zimy.
Z gospodarstwa zniknęła wczoraj następna kurka, zostało mi ich już tylko sześć. Jakiś potwór ją zaatakował w ciągu dnia na wybiegu i zeżarł, zostawiając marne szczątki.
I tak to właśnie wygląda - ja tu im kaszę gotuję, podsuwam smakołyki, kupuję twaróg w kostkach, siekam kapustę pekińską, żeby miały i zimą jakąś zieleninkę, a tu takie rzeczy. Przykro...

Komentuj (0)

26.01.2016 (15:05)

Właśnie przed kilkoma dniami wpłynęły mi na konto pieniądze, które przez roztargnienie zostawiłam w bankomacie dziesiątego listopada. Po odbyciu niezbędnych procedur i cierpliwym odczekaniu wszystkich rutynowych terminów dostałam list od banku z przeprosinami, że z powodów niewiadomojakch opóźnia się rozpatrzenie mojej sprawy i proszona jestem o dalszą cierpliwość i wyrozumiałość.

Ponieważ w cierpliwości i wyrozumiałości z różnym skutkiem ćwiczę się od lat w mojej pracy zawodowej i życiu osobistym, to dałam radę.

Wtem!
Tak, tak - niepełna dwa i pół miesiąca i odzyskałam wszystko, w dodatku z odsetkami w kwocie jeden złoty i czterdzieści dziewięć groszy!

Komentuj (1)

13.02.2016 (11:01)

Jest kupa ważnych wiadomości! Otóż po pierwsze: wczorajszym mailem zza oceanu profesoressa wreszcie zezwoliła na wydruk mojej pracy dyplomowej. Dopiero teraz mogę więc powiedzieć, że ukończyłam trzysemestralną podyplomówkę "Etyka" na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.
Umęczyłam się jak pies tymi dojazdami i noclegami w obcych miejscach i zapachach regularnie co dwa tygodnie, ale nie żałuję i nie żałowałam ani przez chwilę.
Praca ma 28 stron i opowiadam w niej o naszym ogrodzie i o życiu, które prowadzę od ponad pięciu lat, a w zasadzie o tym, jak różne założenia filozofii antycznej pałętają mi się po gospodarstwie.

Zaczęły się wreszcie ferie, jadę więc do Młodej i tam będziemy oddawać się konsumpcji, wydając pieniądze na doposażenie nowego mieszkanka. W planach jest także kultura i nauka, a program taki, że już się nie mogę doczekać! Nie wdając się w szczegóły - jest Stary Teatr i Krystian Lupa, jest też Puszcza Białowieska na UJ.

Zaczęłam troszkę kupować nasiona na nowy sezon, to bardzo miłe. Uruchomiłam też nabór na zjazd towarzysko-ogrodniczy, który odbędzie się u nas w sierpniu.
No jakoś tę wiosnę coraz bardziej widać.

Ferie się zaczęły. Leżę, kaszlę, smarkam, kicham i uzupełniam sobie moją perfekcyjna tabelkę różaną. Kolekcja róż przekroczyła 120, oczywiście, jak zwykle, z wyłączeniem niepoliczalnych kęp Rosa gallica, Rosa rugosa i Rosa canina.

Komentuj (3)

29.02.2016 (19:03)

Wyjazd do Młodej był główną atrakcją ferii, a obfitował w wydarzenia, przy moim trybie życia zupełnie niezwykłe. Byłam w różnych fajnych miejscach, jadłam i piłam dobre rzeczy i poznałam wielu ciekawych ludzi w różnym wieku, mówiących różnymi językami, co było równie stresujące, jak inspirujące.
Pourządzałyśmy się też trochę w nowym mieszkaniu, które jest urocze i naprawdę przestronne, choć z oglądanych wcześniej planów i zdjęć wydawało mi się bardzo malutkie.

Ferie już się skończyły, co z jednej strony jest złą wiadomością, ale przecież z drugiej przybliża wiosnę. Już wychodzę rano z domu nie po ciemku i nie po ciemku też wracam.
Dziś tydzień zaczął się w pracy prezentami i pourodzinowym ciastem, a po pracy uciekł mi autobus do domu i Stary musiał mi udzielić pierwszej pomocy.

Dostałam i rodzinne piękne prezenty urodzinowe, materialne i niematerialne - w tym nowe narzędzia ogrodnicze, pasujące do uniwersalnego uchwytu Fiskarsa, seledynowe garnki i taki śliczny i cudownie smakujący torcik:


(przekrój: biszkopt czekoladowy, chrupka z karmelem, karmelowy creme brulee, smażone banany opalane rumem, mus z ciemnej czekolady)
Producent: Alterciacho, Kraków

Choć jeszcze dogorywa luty, to posiałam już w foliaku nowalijki i trochę się obijam tu i tam po ogrodzie. Mam kilka róż do przesadzenia, podcięłam już część powojników i hortensje bukietowe.
Zamówiłam też dziesięć młodych kurek, bo nie umiem widocznie zrobić tak, żeby te moje chciały wysiadywać jajka, skoro tylko raz mi się to udało. Basia z naszej wsi mówi, że kwoka wtedy chce siedzieć (na jajkach), jeśli gospodyni siedzi (w domu). A mnie przecież więcej w domu nie ma, niż jestem, więc nie ma się co tym kurkom dziwić.
W końcu marca przyjadą gotowe siedmiotygodniowe rasowe zielononóżki z certyfikatem i pakietem szczepień startowych i odnowią stado, przetrzebione przez drapieżniki. Na początku sierpnia powinny już zacząć znosić jajka.


Mam takie marzenie: poleżeć sobie w szpitalu na jakimś oddziale rehabilitacyjnym i nie zajmować się niczym, tylko pozwolić innym na zajmowanie się mną.

Komentuj (2)

08.03.2016 (07:09)

Doszliśmy do takiego punktu, kiedy elementem, który najbardziej szpeci nasze gospodarstwo jest ta ohydna, wielka, ciężka i potężna brama za stali przeciwpancernej - i nie ma tu żadnego zbędnego przymiotnika, a nawet miałabym ochotę dołożyć jeszcze kilka.
No a furtki to w tym miejscu w ogóle nie ma i człowiek musi korzystać z bramy, nawet jeśli nie jedzie samochodem.

Ja osobiście staram się z tej bramy nie korzystać, latem w naturalny sposób wychodząc otwartym tylnym wyjściem do przyjaznej furteczki. Zimą najczęściej obchodzę dom dookoła, bo nawet nieduży przymrozek powoduje, że trzeba się z bramą szarpać, a takich sił to ja nie mam, a nawet jeśli mam, to ich bezmyślnie trwonić nie zamierzam.

Marzy mi się brama i ogrodzenie z drewnianych sztachetek, pasujące do całego klimatu ogrodu, a przy okazji przeprowadzone w nieco innej linii niż obecne. Po zmianie nie będziemy już mieli okna jadalni poza obrębem ogrodzenia posesji, co jest jakieś dziwne i niezdrowe.
Zaplanowana jest też furteczka wejściowa, podobna do tej z tyłu, a dodatkowo zaopatrzona w pergolę dla róż. Wejście będzie prowadziło wprost w kierunku schodów wejściowych nowego ganku.
Teraz, po wejściu przez bramę, trzeba wykonać kilka dziwnych zakrętów i ewolucji, by dotrzeć do schodów i wejść do domu i jest to zwyczajnie nieergonomiczne, a jeśli ktoś woli trochę magii, to i niezgodne z feng-shui.

Stary już narysował swoje piękne obrazki, które czasem nawet przekładają się na rzeczywistość i mam nadzieję, że tym razem właśnie tak będzie.

A ognik, rosnący pod oknem jadalni, to się dopiero zdziwi, że nagle znalazł się po drugiej stronie ogrodzenia, nie ruszając się z miejsca!








Komentuj (2)

31.03.2016 (21:36)

Przyjechały nowe kurki - dziesięć ośmiotygodniowych zielononóżek, całkiem jeszcze małych, ale na tyle dużych, że są już w pełnym upierzeniu i wyglądają jak miniaturki tych dorosłych. Wykluły się szóstego lutego, w imieniny Doroty, będę więc je wszystkie dla uproszczenia nazywać dorotkami.
Kurki zostały wysłane paczką z Wielkopolski, niby to kurierem, ale wkrótce się okazało, że choć były w Słupsku już o ósmej trzydzieści, to potem nasz wsiowy listonosz woził je ze sobą przez cały dzień. Po pracy wyruszyliśmy mu na spotkanie, klucząc po serpentynach i bezdrożach naszej gminy, aż wreszcie na szosie między polami nastąpił przeładunek śmierdzącego towaru do naszego samochodu.
Jak ten biedny człowiek wytrzymał w takim smrodzie cały dzień, to naprawdę nie wiem, bo ledwo dojechaliśmy te kilka kilometrów do domu.

Dorotki zostały wypakowane i powrzucane przez okienko do kurnika, żeby mogły rozprostować gnaty a przede wszystkim wyschnąć z... że tak powiem, trudów podróży.
Kurnik wewnątrz został podzielony na dwie części, bo na razie młode kurki nie będą miały bezpośredniego kontaktu ze starszymi, dla własnego bezpieczeństwa. Dorosłe kurki korzystają teraz wyłącznie z dużych drzwi i mają dostęp do swojego gniazda, żeby mogły znosić jajka, a dorotki mają do dyspozycji małe okienko kurnika i zagrodzoną część wybiegu, taki tymczasowy kojec zbudowany z odzyskowych furtek i innych cudów.
Kurki mają też oddzielne karmniki i poidła.

Dzisiejszy dzień był przełomowy, bo dorotki pierwszy raz wyszły na swój wybieg, a właściwie zostały do tego nakłonione łagodną acz zdecydowaną perswazją, połączoną z wypychaniem ich kolejno przez okienko.
Wspomnę jeszcze, że wieczorem musiałam je wszystkie po kolei wrzucać z powrotem przez to okienko, bo nie umieją korzystać z drabinki!

Na zewnątrz natomiast uruchomiły od razu całe zasoby inteligencji: rzuciły się do żarcia, obstępując dookoła swój karmnik i widać było, że niezłe są w tzw. energicznym pobieraniu pokarmu!
Zachowywały się już zupełnie inaczej, niż wczoraj i dziś rano, co znaczy, że szybko się przyzwyczajają i czują się coraz lepiej. Straciły też już ten ohydny zapach.

Kurki młodsze i starsze teraz mają czas na oswojenie się ze sobą wzajemnie, przyzwyczajenie się do nowego widoku, zapachów i odgłosów, jednak bezpośredni kontakt nie jest na razie możliwy - ani w kurniku, ani na wybiegu.





No i wreszcie wiosna - wczoraj była pierwsza burza i to z gradem, a potem tęcza nad ogrodem. Łóżko zostało już wyniesione z sieni, co oznacza, że tylne drzwi domu znów są w użytku.





Powstają nowe rabaty, sadzimy znów róże.



Jeszcze chłodno, ale ławeczka pod leszczyną już czynna.



Komentuj (3)

11.04.2016 (19:06)

W sobotę demonstrowałam pod słupskim ratuszem przeciw zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej. Pojechałam, nie żałuję, jestem dumna i pojechałabym raz jeszcze.
Pomijam już fakt, że w demonstracji uczestniczyło około stu osób, co jak na warunki lokalne jest podobno sukcesem. No cóż, takie ospałe miasto, tacy ludzie - pogadać sobie i ponarzekać każdy potrafi, ale już dać wyraz, zabrać głos...

Z lekka mnie jednak wkurzyło, jak przeczytałam dziś na pierwszej stronie papierowego "Głosu Pomorza" że była to demonstracja ZWOLENNIKÓW aborcji. No szlag!
Czy to tak wiele trzeba mieć rozumu, żeby pojąć, że przeciwnik zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, to nie to samo, co zwolennik aborcji? Czy tam naprawdę nikt nie sprawdza tych tekstów, tych tytułów, które idą do druku?
Taka głupota... toż to wstyd.

Komentuj (1)

18.04.2016 (19:22)

Dorotki są cudne - żwawe, ruchliwe, inteligentne! Od tygodnia zostały połączone z całym stadem, korzystają więc już z dużego wybiegu. Po dwudniowej lekkiej dezorientacji co do miejsca spania, wdrapują się już do spania na grzędę! Co prawda jeszcze na tę niższą, bo swoje miejsce w szeregu znają, ale jestem z nich naprawdę dumna.
Na wybiegu też sobie radzą - do żarcia się pierwsze nie pchają i uważają, żeby od dużych w łeb nie zarobić, ale też nie dają się zastraszyć i potrafią sprytnie zadbać o własne interesy.



W ogrodzie powstają nowe ścieżki, a właściwie główna - aorta, wybrukowana odzyskowymi cegłami z rozbiórki. Będzie ona miała odgałęzienia, prowadzące do wydeptanych i wciąż użytkowanych przez nas ścieżek trawiastych, ale nawierzchnia będzie wchodzić w te odgałęzienia kamieniami i stopniowo przechodzić w trawiaste dróżki. Jedno takie miejsc już widać, daje to wyobrażenie, jak całość będzie wyglądać.



A to aorta widziana od strony domu, czyli z dołu do góry, do kurzego wybiegu.



Wiosna ruszyła pełną gębą, sadzimy, przesadzamy, a jutro będzie rozbijany gruz pod oknem jadalni, co stanowić będzie pierwszy kroczek w kierunku nowego ogrodzenia.
Pomidorki są już po drugim pikowaniu, mam w tym roku dziewięć odmian, w tym dwie nowe. Niestety, cała trzydziestka nie zmieści mi się w foliaku, więc kilka posadzę na zewnątrz.



No i lada dzień będziemy zajadać swoją rzodkiewkę!



Komentuj (0)

27.04.2016 (07:03)

Nieoczekiwanie mam przerwę w życiorysie, wszystko przystanęło, odsunęło się i włączyło w tło wydarzeń. Priorytet na czterech kudłatych łapach przesłonił całą resztę. Jest jest już po operacji - wczoraj odebraliśmy ją i pomalutku sama weszła do samochodu; po przyjeździe musiałam tylko powylewać wodę z miski w domu i z wiadra przy studni, bo kazali jej nie dawać pić do wieczora.
Na początku nie mogła sobie znaleźć wygodnej pozycji, nie mogła się położyć, stała albo siedziała ale już po godzinie wtarabaniła się na łóżko, więc widać było, że będzie dobrze. Rano już dostała jeść i pić, wyszła z Burkiem do ogrodu i sama wlazła potem po schodach.
Podobno Chińczycy klonują już zwierzęta. Kora jest pierwszą kandydatką, którą z całą pewnością chciałabym kiedyś powielić z całym zestawem genów, jakie posiada.

Ja tymczasem też się wysunęłam na pozycję priorytetową, bo drętwienie rąk nie opuszcza mnie już w dzień ani w nocy, od palców aż do ramion - dobrze, że tam już ręce się kończą. Od pewnego czasu miałam w domu wypisane przez lekarza tabletki na solidniejsza kurację, trzy różne leki przeciwzapalne i zwiotczające do przyjmowania trzy razy dziennie. Wykupiłam i wrzuciłam do apteczki, na gorszy czas, kiedy ból będzie dokuczał, ale wczorajszego wieczora poddałam się i zaczęłam je brać. Jak się zwiotczyłam po pierwszej dawce, to mimo, że nie było jeszcze dziewiątej, gruba książka wysunęła mi się z rak i spadła z łoskotem na podłogę, budząc mnie brutalnie.
Jestem więc teraz obłożona tabletkami, jak pensjonariuszka domu opieki.

Nienawidzę PISu.

Komentuj (3)

27.04.2016 (16:36)

No wreszcie jakaś przyjazna aura i dało się popracować w ogrodzie. Pokrzątałam się tu i ówdzie, byliśmy też na zastrzykach z Korą, a na weekend dostaliśmy zastrzyki do domu.
Rana goi się dobrze i można się trochę zrelaksować...



Od miesiąca kupujemy znów mleko na wsi i co tydzień robię twaróg. Co niedziela jest świeże mleko, do wtorku-środy się zsiada i w środę mamy już nowy twarożek, który wystarcza na cały tydzień, aż do nowego mleka. Wczoraj pierwszy raz zrobiłam też ricottę, którą można uzyskać z serwatki, pozostałej po odsączeniu twarogu. Nie była to typowa ricotta, bo zebrana z serwatki bez gotowania, ale wyszło coś wspaniałego - ni to masło, ni to serek.
A pozostałą po produkcji serwatkę wypija u nas bydło wszelakie, w porcjach rozdzielonych na dwa dni.





Jak już tak o zwierzętach mowa, to zadbałam wreszcie o koty i ich komfort życia. Skoro kury mają wyszydełkowaną firankę w oknie kurnika, to i koty mogą mieć na strychu!



Rozkwitają tulipany - każdego dnia jest ich więcej. Jesienią posadziłam kilkadziesiąt cebul pod renetami i o taki właśnie efekt mi chodziło...




Limonkowa zieleń kwitnących teraz wszędzie klonów jest przepiękna, taka świeża i jakaś... szczęśliwa. I pomyśleć - większość ludzi uważa, że to młode liście!

Komentuj (2)

10.05.2016 (13:28)

Doskonalę się w uprawie ogórków, bo był kiedyś taki rok, że nakisiłam na całą zimę takich z własnej uprawy i to było bardzo satysfakcjonujące.

Moje tegoroczne ogórki będę uprawiać według poniższego schematu, utworzonego na podstawie różnych informacji z ogrodniczych forów i jeśli mi się to sprawdzi, to system będę powtarzać.

Po pierwsze trzeba wybrać odpowiednią odmianę, bo w sprzedaży jest masa chłamu, którego zakup już na starcie minimalizuje szansę powodzenia. Nasiona przed wysianiem trzeba namoczyć, żeby zaczęły kiełkować; wtedy unikamy loterii, że posialiśmy paczkę nasion, a wzeszło dziesięć sztuk i trzeba szybko dosiewać.
Moczenie odbywa się przez rozłożenie nasionek na wilgotnych wacikach czy ręczniku papierowym, nasączonych wodą lub mlekiem. Eksperymentalnie namoczyłam je w tym roku w wyciągu z krwawnika.
Mleko i krwawnik działają przeciwgrzybowo i pozwalają uniknąć chemicznych środków ochrony roślin. Krwawnikiem pryskamy co roku brzoskwinie przeciwko kędzierzawości liści, a mlekiem pomidory w foliaku - przez cały sezon raz w tygodniu.

Kiedy nasionka ogórków skiełkują, wysiewamy je delikatnie, aby nie połamać kiełków. Można wysiać do wielodoniczek, ale ja w tym roku spróbuję wprost do gruntu, bo już jest dość późno.
Ogórki powinny być wysiane do ciepłej ziemi i muszą też być podlewane, przynajmniej na początku, zanim nie zakwitną.
Po wysianiu przykryję całą grządkę białą agrowłókniną, która będzie podnoszona tylko do podlewania, a zdjęta dopiero wtedy, gdy ogórki już zakwitną.

Dziś rano wysiałam dwa opakowania ogórków jednej odmiany - Śremski F1, nasionka otoczkowane, producent Legutko.
Start!

Komentuj (4)

17.05.2016 (07:21)

Plan Uprawy Ogórków uległ modyfikacji już na starcie, bo wysiałam skiełkowane ziarenka najpierw do doniczek. Jakoś mnie przerażało puszczenie tych kruchych maluchów od razu na głębokie wody.

Tam w polu grasują sarenki, jelonki czy inne licho i upodobały sobie moje truskawki. Smakują im młode liści, a co gorsza i kwiaty.

Trzeba było coś zaradzić. Sponiewierałam się estetycznie i porozwieszałam na wbitych w ziemię patykach puste worki foliowe, a Strach Na Jelonki dostał nową lokalizację i nową kurtkę. Występuje on w tym sezonie bez gaci, ale za to dostał dwie nowe torby na zakupy. Wszystko to razem powiewa, porusza się i ma działać.
I chyba działa! Przedwczoraj dołożyłam jeszcze zielonoświątkowy bodziec w postaci liściastych szczytów ściętych brzóz; powbijałam je w truskawkowe poletko na postrach.

Od czasu wprowadzenia tych zmian, jakoś bardziej z rezerwą zapuszczają się do mojego warzywnika, no w każdym razie najpierw przez kilka dni ostrożnie badają, a potem ja: ciach! znów jakąś zmianę!
Tak się muszę z nimi bawić, jeśli chcę tam mieć warzywnik.

Mam nadzieję, że to ostatni rok, bo w sezonie będzie już można pozaplatać płotek brzozowy, jeśli pędy urosną dość wysoko.

Komentuj (0)

20.05.2016 (08:12)

Co tam ogórki, skoro w foliaku i gruncie prawie wszystkie moje pomidorki mają już pąki kwiatowe, a wysiane zostały 20 marca! Cieszę się, jak dziecko, bo rok temu pomidory wyniesione na noc do foliaka przemarzły i wysiewałam wszystko ponownie... dobrze że miałam jeszcze nasiona. No ale w związku z tym było straszne opóźnienie i krzaki bardzo wybujały, kwitły późno i wysoko i było mało pomidorów jakoś.

W uprawie pomidorów też się doskonalę, ale to jest dużo bardziej twórcze i podniecające, niż te ogórki, no i satysfakcja konsumenta też jest nieporównywalna.
Mam dziewięć odmian w tym roku, a robię już notatki, jakie chciałabym pozyskać na nowy sezon i nawet coś tam już mam.
Kuszą mnie rosyjskie odmiany dużych zielonych pomidorów: Błoto i Malachitowa Szkatułka.
Za bardzo nie poszaleję, bo w foliaku mieści mi się około trzydziestu krzaków.

Tymczasem moje wyczekiwane pączki kwiatowe wyglądają tak:



Komentuj (0)

18.06.2016 (15:45)

Czerwiec trochę mnie przeczołgał z różnym sprawami, ale jakoś wszystko powoli się wyjaśnia. Po pierwsze, chociaż ZUS chciał mnie siłą wysłać do sanatorium, to jednak udało mi się załatwić zabiegi w trybie ambulatoryjnym, taki ekwiwalent sanatorium, ale na miejscu. Przez cały lipiec będę jeździć do Słupska codziennie oprócz niedziel, razem 24 dni zabiegów. Kosztowało mnie to wszystko trochę nerwów, ale dałam radę, dowodząc, że jak się pacjent uprze to i ZUS mu nie da rady!

Po drugie przenosiłam konto z debetem z jednego banku do drugiego i spędzałam upojne wieczory na rozmowach z konsultantami, zresztą bardzo sympatycznymi. Mam już nowe konto i debet w nowym banku, a więc został mi tylko rozwód z tym poprzednim i mam nadzieję, że to też przebiegnie sprawnie.
Gdybym spała na pieniądzach, to bym już dawno po prostu spłaciła ten debet i rozwiązała umowę... zresztą, co ja za bzdury wypisuję, przecież wtedy w ogóle nie miałabym żadnego debetu!

Młode kurki rosną zdrowo, są już zbliżone rozmiarami do tych starych, z tym że grzebyczki maja zdecydowanie mniejsze i bledsze, bo oczywiście nie znoszą jeszcze jajek. Jak zaczną, to chyba zacznę sprzedawać nadwyżki.

Mieliśmy już pierwszy miód w tym roku, jasny, wielokwiatowy. Bardzo lubię rozlewane miodu do słoików, to jest cudowna, energetyzująca robota. No i doszłam już do pewnej wprawy, nie rozlewam chochelką, jak na początku, tyko z dużego kubła bezpośrednio do słoików.

Jutro jedziemy razem z Młodym do Ustki na niedzielny obiad, fundowany przez Mamę, która za tydzień wybiera się na lato do Miasteczka.

Komentuj (0)

27.06.2016 (05:39)

Stary zawiózł Mamę na lato do Miasteczka.
Kołomyja zakończenia roku szkolnego zbiegła się z przygotowaniami do tego wyjazdu, więc w domu w zasadzie nie było sprzątane, a wręcz przeciwnie. Kiedy wyjechali, rozpętała się solidna burza i padało potem przez kilka godzin, co uniemożliwiło mi terapię ogrodową i uziemiło przy stoliku za domem z flaszką białego wina, bez którego nie dałabym chyba rady przeżyć tego wieczoru.
Przerażają mnie własne emocje i kłębowisko sprzecznych myśli, no ale jakoś powoli będę się z tego wyczołgiwać z zastosowaniem terapii ogrodowej.



W niedzielę od rana snułam się po domu, obsługując kolejny zestaw terapeutyczny: pralka-zmywarka-odkurzacz-mop i próbując przywrócić standard mieszkalny. Wychodziłam też od czasu do czasu do ogrodu, ale wszystkie wyjścia kończyły się pod świdośliwą, obsypaną dojrzałymi już owocami. Tam parkowałam i spożywałam, a jak się już obżarłam, to zapominałam, po co wyszłam, więc wracałam.
Ale udało mi się też trochę poogrodować. Rozsypałam trzy opakowania nawozu do róż co zajęło mi trochę czasu, bo przy okazji wyrywałam z różanek chwaściory, żeby ich bez sensu nie nawozić?
No i upiekłam sobie mały chlebek, będzie dziś na śniadanie z masłem albo wsiową śmietana i szczypiorem. Próbuję znów coś działać z dietą rozdzielną, ale czasem mi się chce, a czasem nie.

Wieczorem zjadłam w ogrodzie trochę pierwszych czereśni i malin!
Wykonałam też bojowe zdanie, które zawsze należy do Starego, a tym razem spadło na mnie: wystawiłam do poniedziałkowej wywózki szklane odpady, a było tego pięć worów napełnionych po demontażu betoniaka i wygrzebaniu spod niego śmietniska dziesięcioleci. Powywoziłam je po kolei na taczce i poustawiałam pod lipą przy szosie.

Betoniak - "przed" i "po" - najpierw widok od strony domu.





Po drodze było jeszcze "w trakcie"...



A teraz widok w stronę domu - tak było...



a tak jest; już wkrótce będzie tu rosła trawa.



Ale to już było i nie wróci więcej...

Tymczasem kwitną róże i jaśminowce, a wieczorami pachnie jak w raju.



Komentuj (3)

04.07.2016 (15:51)

Dorotki zaczęły znosić jajka!

Młode kurki zaczynają się nieść, kiedy mają około pół roku, co u Dorotek wypadałoby na początku sierpnia. Wczoraj przyłapałam jedną z nich, siedzącą w gnieździe, więc pomyślałam sobie, że się już przymierza i próbuje. Tymczasem wieczorem okazało się, że jest pierwsze malutkie jajeczko!
Mało tego, rano Stary znalazł drugie, ale nie w gnieździe, tylko tak dziwnie, na podłodze... chyba nie zdążyła.

Zaczęłam dziś mój turnus rehabilitacyjny ale najpierw była wizyta u lekarza i mimo nieciekawego początku (opóźnienie i długie czekanie mimo wyznaczonej godziny) trafiłam na fajną panią doktor, sympatyczną i komunikatywną, która nie dość, że w ogóle wstała od biurka, to jeszcze mnie zbadała, a nawet osłuchała.
Już dawno nie byłam u lekarza, który wstaje od biurka do pacjenta.

Komentuj (0)

05.07.2016 (16:47)

Lubię letnie gotowanie. Na przykład bigos z młodej zielonej kapusty, już nie tylko z koperkiem, ale z mięskiem. Kapuściane głowy są jeszcze zielone, ale już naprawdę wielkie i tylko połowa mieści mi się do gara.
Wyżeramy co bardziej treściwe kawałki, a następnego dnia "rozcieńczam" bigos drugą połową kapusty i do tego wrzucam kiełbasę polską wędzoną, surową.

Albo bób z boczkiem... to jest dopiero hicior! Ugotowany na półtwardo bób trzeba wypstryknąć z łupinek do rondla z wędzonym surowym boczkiem, usmażonym z młodą cebulą i wszystko razem poddusić jeszcze chwilę. Ale przynajmniej jemy to w dzień, a nie tuż przed północą, jak niektórzy!

Komentuj (2)

16.07.2016 (14:11)

Dziunia tej wiosny, jak co roku, wyszła przez dach i ślad po niej zaginął. Odkąd (po skończeniu dwóch czy trzech lat) zaczęła w ogóle wychodzić na zewnątrz, bywało że znikała nawet na trzy tygodnie, nigdy jednak nie na aż tak długo.
A teraz czekamy już chyba ze trzy miesiące, szukamy, wołamy i nic.
Zuzia została sama; urzęduje między domem a ogrodem, czasem dokazuje w kurniku, ale tęskni. Tęskni za Mamą, tęskni za Dziunią - zniknęły jej dwie najbliższe towarzyszki.

Byliśmy dziś w schronisku, tak niby przejazdem i mimochodem, ale traf chciał, że... od przedwczoraj jest tam Bogusia! Na razie ma świerzb uszny, musi więc dokończyć kurację zanim będzie do odbioru. Ma śliczny pyszczek, umaszczenie podobne do Dziuni, tylko jaśniejsze, jest kontaktowa, ruchliwa, wygląda na uspołecznioną i inteligentną koteczkę.
Zarezerwowaliśmy Bogusię i mamy dzwonić pod koniec przyszłego tygodnia.

Aaa, no i pszczoły wreszcie się zorientowały, że lawenda jest kusząca! W poprzednich latach tylko trzmiele buszowały w mojej lawendzie całymi dniami i nocowały w jej kępach, a teraz - już od ósmej rano lawenda buczy pszczołami.

Skończyłam drugi tydzień zabiegów. Do tych przepisanych przez lekarza dokupiłam sobie jeszcze terapię powięziową górnej części tułowia z odblokowywaniem punktów spustowych. Jest to coś niesamowitego! Panienka kładzie mnie na kozetkę, a następnie tłamsi, szczypie i ciągnie za skórę, wbija mi palce w różne bolesne punkty i drąży łapami korytarze w moich tkankach! Momentami boli tak, że przestaję oddychać.
Po pierwszym zabiegu wstałam z twarzą mokrą od potu i nieco oszołomiona. Ku mojemu zdziwieniu nie mam nigdzie żadnych siniaków...

Zawsze mnie ciekawiło, jak to jest - sturlać się ze zbocza góry w zamkniętej beczce (jak w Bolku i Lolku, czy innych kreskówkach). Teraz myślę, że to trochę właśnie tak.

Komentuj (2)

20.07.2016 (22:06)

Jest Bogusia!
Nietrudno zgadnąć, że nie spałam tej nocy zbyt dobrze. Wczoraj zainstalowaliśmy ją w sypialni razem z tym całym śmierdzącym kocim żarciem i kuwetą. To jest jej bezpieczne terytorium, tu na razie mieszka, a popołudniami wypuszczamy ją i zwiedza cały dom, a psy są wtedy w ogrodzie.
Nastąpiło już krótkie zapoznanie nosem w nos z Zuzią (dość spokojne) i równie krótkie z każdym z psów, ale tu już z użyciem prychania, demonstracją pazurów, kociego grzbietu i żbikowego ogona.

Lubi mnie! Spała mi w nocy na głowie, biegała po naszych zagłówkach i skakała mi na twarz, a o trzeciej w nocy bawiła się kabelkami od lampki i słuchawek oraz tubką po oxycorcie.
Znalazła też zgubione przeze mnie zeszłoroczne nasiona aksamitek, wysypując cały pojemnik na koc!

Dziś na pięć godzin została sama, zamknięta w sypialni i nie podpaliła domu! Grzeczna koteczka.





Komentuj (1)

22.07.2016 (08:34)

Furtka do kurnika osiągnęła w tym roku efekt, o jaki mi chodziło. Trzy powojniki dały czadu!







Komentuj (2)

04.08.2016 (11:35)

W Gospodarstwie gorąca atmosfera - szykujemy się na przyjęcie gości z różnych stron Polski, znanych mi w większości tylko z ogrodowego forum internetowego. Razem z nami mają być dwadzieścia cztery osoby i to będzie z pewnością nasz rekord.
Zaopatrzenie imprezy w jadło i napitki zostało rozdysponowane pomiędzy uczestników spotkania, planowana jest też wymiana sadzonek, nasionek i ogrodowych plonów.
Jakoś mało się denerwuję, jak na mnie, może dlatego, że nie cała odpowiedzialność jest na mojej głowie. Cieszę się, że poznam wreszcie osoby, z którymi od kilku lat mam codzienny kontakt w sieci.

Przyjedzie z dziesięć samochodów, więc Stary wyszykował za ogrodem miejsce parkingowe, jak pod supermarketem. Z pomocą przyjaciół zostało poukładane drewno opałowe, co pozwoliło uporządkować i wykosić teren.



Dziewięcioro gości nocuje u nas w domu, reszta ma wynajęte różne kwatery przy okazji spędzanych nad morzem wakacji, a część przechwytuje koleżanka ogrodniczka mieszkająca niedaleko.

Pierwsi goście przyjeżdżają w piątek, ostatni wyjeżdżają w poniedziałek, ale zasadnicza impreza zaplanowana jest na sobotę.

Jestem już po lawendowych żniwach, a przycięte i odchwaszczone krzaczki odpoczywają. Powoli wypuszczają nowe pędy i może zakwitną jeszcze trochę we wrześniu, a może znów przymrozek będzie szybszy, jak rok temu.



Komentuj (4)

16.08.2016 (20:39)

Było, minęło! Nie wiedziałam, że to takie łatwe – organizacja zlotu, pfff! Wszyscy goście dopisali - byli dorośli, dzieci i nawet jeden pies. Przyjechali z Warszawy, Szczecina, Łodzi i Gdańska, ze Śląska, Borów Tucholskich, Kaszub, Dolnego Śląska i Pomorza. To dziwne, ale zupełnie nie odczuliśmy uciążliwości skakania wokół tylu ludzi, bo goście sami skakali koło siebie.



Była to barwna grupa interesujących indywidualności i na tyle osób tylko jedna była wkurzająca, więc to naprawdę nieźle! Niektórych już znałam, ale większość widziałam pierwszy raz. Za rok spotykamy się chyba na Podlasiu.



Dostałam piękne prezenty, w większości związane tematycznie z kurami, ale też śliczne skórzane rękawiczki do pracy przy różach - tak delikatne i mięciutkie, że chyba przetestuję je zimą do normalnych zastosowań rękawiczkowych, a ewentualnie od przyszłej wiosny do róż.




Kot Bogusia jest wyleczony, a uszka zostały nawet wewnątrz sprawdzone kamerą. Pod koniec sierpnia mamy przyjechać do szczepienia.
Bogusia traktuje mnie chyba jak swoją mamusię: non stop leży mi na klacie, kiedy czytam na leżąco lub korzystam z laptopa. Nauczyła się od razu podsuwać całym ciałem pod moją brodę, bo wie, że jak mi będzie zasłaniać, to ją wywalę. Albo położę. Ale jednak czasem wywalę.
Jeszcze nie widziałam takiego kota-pieszczocha i jeszcze nigdy nie byłam tak zżyta z żadnym kotem! Delikatnie miękką łapką ze schowanymi pazurkami przytrzymuje sobie moją twarz i próbuje mnie polizać, albo podgryzać mi leciutko brzeg nosa, ale tak bardzo bardzo ostrożnie.
Jak już się napieści, to układa się na mnie do snu i mruczy głośno, a ja się czuję jak wielkie pudło rezonansowe.
Jak ja we wrześniu pójdę do pracy? Przecież będzie tęsknić!





Komentuj (3)

24.08.2016 (20:28)

To ostatni taki tydzień, kiedy mogę nie wiedzieć, jaki jest dzień tygodnia. Wakacje się kończą i znów będę dreptać jak ten chomik w kołowrotku, zgodnie z harmonogramem, utartymi ścieżkami, znanymi tekstami...
Z rzeczy niezwykłych i niecodziennych - w listopadzie jadę na dwa tygodnie do najprawdziwniejszego Oxfordu! Będę tam mieszkać u rodziny angielskiej i konwersować przy śniadaniu o pogodzie, a przez resztę dnia nabierać doświadczeń lingwistyczno-edukacyjnych.

Po sierpniowych deszczach ogród jest namoknięty niczym gąbka; róże wyglądają jak stare szmaty, a zaraza ziemniaczana zżera pomidory. Przeważającą tonacją zapachową są psie gówna i gnijące śliwki, więc z wielką nadzieją wyglądam najbliższych kilku dni, które mają być podobno ciepłe i suche.
Fajnie, jak się ogród sam z nieba podlewa, ale co za dużo, to niezdrowo.

Idzie jesień, czas kupować nowe róże.

Komentuj (4)

02.09.2016 (20:17)

Dziś rozpoczęliśmy eksperyment mający na celu wyeksmitowanie Bogusi z sypialni. Mimo całej miłości do tego kociego dziecka, mam już dość budzenia się w oparach kocich gówien.

Po południu wyniosłam cały bogusiowy majdan na strych i urządziłam jej tam gospodarstwo w pokoju z szydełkowymi firankami. Miski, kuweta, koszyk z kocykiem do spania, zabawki dyndające i niedyndające - ma być zadowolona. Dziś pierwszy raz obydwie kotki będą spały na górze... no, taką mam nadzieję.

Tak było w sypialni...













A tak jest na strychu...





Drzwi sypialni wreszcie znów mogą być OTWARTE. Ach, jak ja nienawidzę pozamykanych drzwi!

Zdezorientowane psy wpadają do sypialni i nie mogą uwierzyć, że nie ma tam już kota, ani - co gorsza - kociej miski i kociej kuwety, których zawartość można by było wrzucić na ząb, zanim mój krzyk przetnie powietrze!!!

Trwa kolejny odcinek serialu wiejskiego: Lawirowanie między gatunkami . Musimy się pilnować, bo teraz znów wszystko jest trochę inaczej.
Strych stanowi zamknięty teren - koty nie mogą wyłazić na dach i nie mogą schodzić do domu. Kiedy psy są w ogrodzie, wtedy otwieramy strychową klapę i koty ganiają po całym domu. Trzeba jeszcze przemyśleć wypuszczanie Zuzi przez dach na ogród, ale tak, żeby Bogusia nie wylazła, bo nie jest jeszcze zaszczepiona, a zresztą chyba w ogóle nie powinna wychodzić, zanim nie będzie wysterylizowana.
W dodatku wciąż trwa wzajemne docieranie się kotek, więc nieustającym radosnym harcom kociego dziecka towarzyszą fochy, prychanie i syczenie Zuzi, szczęśliwie coraz bardziej znudzone.

A ciekawe, czy Burek przyjdzie dziś do łóżka?

Komentuj (2)

04.09.2016 (10:42)

Raport z placu boju:
>przedwczoraj wieczorem Zuzia siłą focha i godności osobistej odsunęła ciężki grzejnik, zasłaniający strychowe wyjście na dach i zniknęła...
>Bogusia bryka po domu i po strychu (z zachowaniem separacji międzygatunkowej), ale wciąż zadowolona i szczęśliwa, a od wczoraj również zaszczepiona; w swoim strychowym pokoju lekceważy koszyk z kocykiem i sypia na wysokościach, na pudle z maszyną dziewiarską :)
>psy są zachwycone!

Komentuj (0)

21.10.2016 (10:38)

Jeszcze kiedyś tu wrócę...

Komentuj (3)

02.12.2016 (20:40)

Minął miesiąc i czas wreszcie to napisać i zrozumieć… że to już koniec. Przeżyła swoje życie, odeszła i już się nie zobaczymy.
Nie jestem małym dzieckiem, wiem przecież, że śmierć jest na końcu życia i że każdy umiera, a nie każdemu jest dane dożyć starości… a jednak to nie bardzo pomaga i nie wiadomo jak zapełnić tyle pustego miejsca i co zrobić z tą tęsknotą.
Tyle wspomnień, tyle śladów, rozmów, pamiątek, listów, zapisków i powiedzonek. Ulubione smaki i kolory, ruch ręki sięgającej po serwetkę, poprawianie włosów przed lustrem... Zajmowała tyle miejsca w moim życiu, była w nim codziennie obecna, szczególnie w ostatnich jedenastu latach, kiedy była już sama.

A na koniec było mi dane przeżyć nie tylko jej śmierć, ale i umieranie, odchodzenie, wygasanie dzień po dniu. To był koszmar, ale teraz wiem, że i wielki dar – te dwadzieścia cztery dni spędzone razem w szpitalu, tak blisko jak tylko się dało.
Jedyne, czego żałuję, to że tego ostatniego wieczora ubrałam się i poszłam do domu jak zwykle, że nie wyczułam, że to JUŻ, że powinnam zostać i posiedzieć jeszcze choć te kilka godzin.
I zostawiłam ją tam samą.


Święta w tym roku uważam za odwołane. Jestem jeszcze myślami w szpitalu i w tych innych koszmarnych miejscach i nie widzę powodu, żeby urodziny jakiegoś Jezusa miały być ważniejsze, niż śmierć mojej Mamy.



Komentuj (5)
Blogi
Barbarella
Etyka
NaWsi
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Gospodarstwo
Biodynamicznie
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów