Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2017
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


01.01.2017 (09:14)

Jest pierwszy dzień nowego roku i trzeba składać sobie życzenia, z których i tak gówno będzie. Andrzej napisał, że jak się życzy dużo, to nie spełnia się nic - i chyba coś w tym jest.
Ja na ten rok życzę sobie i moim najbliższym, aby Jarosław Słońce Narodu odszedł w mrok i niepamięć razem z reformą edukacji i całą resztą swojej chorej dobrej zmiany i żebym znów, jak kiedyś, mogła nie zanieczyszczać sobie umysłu polityką.

Sylwestrową noc spędziliśmy w łóżku z Korą pośrodku, a więc zabrałam się ze swoimi poduszkami w nogi i spałam tak do rana, bo zagęszczenie dużych ciał po stronie głowy było nie do zniesienia. Zielony żel w strzykawce, kupiony u weta już drugi rok z rzędu, okazał się jednak skuteczny i panika była znacznie złagodzona.
Ale i tak te najgorsze pół godziny, kiedy cała wieś z hukiem wysyłała w niebo swoje pińcet plus za grudzień, psina spędziła pod kołdrą, z przykrytymi oczami i uszami, z wystawionym na wierzch tylko nosem.
Nie chcę nawet myśleć, co by to było, gdybyśmy mieszkali w mieście.

Z nowości w Gospodarstwie: mamy w najbliższym tygodniu umówioną sterylizację Bogusi, która od czwartku jęczy miłośnie, przytula się do podłogi i wyznaje głębokie uczucia wszystkim sprzętom, po czym wyczerpana zapada w sen, a po przebudzeniu zaczyna od nowa.
I bezskutecznie próbuje namówić do grzechu Burka.





Komentuj (8)

13.01.2017 (15:01)



Jeszcze mam pod powiekami obraz sennego niedzielnego poranka w końcu października, widok na oświetlony słońcem pusty rynek w drodze do szpitala... a tymczasem - tygodnie mijają i dziś znów wybieram się z walizką w podróż TAM.
Skończyły się bezpowrotnie pewne sprawy i pewne miejsca. Proza życia każe poukładać, porozdawać, powyrzucać wszystkie lary i penaty i pozamykać za sobą drzwi. Nie ma ludzi, do których się jeździło, więc nie ma już po co jeździć. Ten długi rozdział jest zamknięty.

Budzę się czasem w nocy i nie wiem, gdzie jestem - tu czy tam; nie wiem, czy Mama żyje czy nie, a jeżeli żyje, to czy jest w szpitalu i zaraz wstanę i pójdę tam do niej, czy też śpi tu obok za ścianą, kilka metrów od mojego łóżka.
Wspomagam się od tygodnia farmakologią, bo myśl o wyjeździe zabrała mi spokojność snu i doprawdy nie jestem jak drewniana deska, choć czasem mogłoby się tak wydawać.

Ale ZANIM, to najpierw pojadę do Młodej i pogrzeję się w jej miłym mieszkanku. Wiozę dziecku jajka od zielononóżek, bo nasze kurki od końca grudnia niosą się bardzo pięknie, mimo że mróz i zima.

I pojedziemy sobie do Wieliczki.

Komentuj (4)

18.01.2017 (20:52)

To jest tydzień robienia różnych rzeczy po raz ostatni. Właśnie piorą się firanki, z pewnością ostatni raz i tak naprawdę to nie wiem, po co. Ale się piorą.

Szafy opróżniłam już z ubrań, pościeli, firanek i obrusów; przygotowane są do wywozu elektrośmieci. Dziś mili panowie wynieśli tapczan kupiony kiedyś za pieniądze, które moi rodzice dostali od babki ojczystej kiedy urodziła się moja siostra.
Znajduję wciąż różne skarby - wenflon ze szpitala, niezapłacone rachunki za prąd, przeterminowane leki, notatki, zdjęcia, listy... ślady życia i ślady umierania.

Gdyby nie wparcie bliskich mi osób, wszystko byłoby pewnie jeszcze trudniejsze.

Komentuj (1)

21.01.2017 (08:37)

Już dawno nie byłam tak nieszczęśliwa, jak teraz, może nawet nigdy aż tak i w taki sposób. Robię rzeczy ostateczne i nieodwracalne, w samotności, bólu i tęsknocie za żywymi i umarłymi.

Ślęczę nad przedmiotami i rozpamiętuję, choć przecież wiem, że to tylko przedmioty, ale przecież to nie o przedmioty tak naprawdę tu chodzi.



Wczoraj znalazłam w głębi kuchennej szafki trzy drewniane deseczki, które w dawnych czasach służyły moim rodzicom do przyciskania w beczce kiszonej kapusty. Potem kapustę kisiło się już w słoikach, więc deseczki zostały porządnie wyszorowane, zawinięte w papier i schowane, gdyby miały się jeszcze przydać.
Są gładkie, czyściutkie i pachnące - czekały wiele lat w tej szafce, aby ujrzeć wreszcie światło dzienne. Pojadą ze mną do Gospodarstwa, choć ja przyciskam kapustę talerzykiem odwróconym do góry dnem i obciążonym polnym kamieniem. Ale może znajdę dla nich inne zastosowanie.

W sobotni poranek zabieram się za kuchennych szafek ciąg dalszy, ale najpierw trochę kawy, trochę łez, parę rzędów szalika na drutach.

Dziś jest pierwszy Dzień Babci, a jutro Dzień Dziadka, kiedy moje dzieci nie mają już komu złożyć życzeń.

Komentuj (2)

26.01.2017 (19:50)

Wczoraj wreszcie wróciłam do domu.

Jedne rzeczy zostawiłam za sobą, inne zostały jeszcze niedomknięte.
Dzień wyjazdu był słoneczny i przez duże okna stołowego pokoju wpadało tyle światła. Parkiet lśnił, jakby był zupełnie nowy, a pusty pokój wyglądał tak pięknie... jak sala do nauki tańca.
Mama tak lubiła to swoje mieszkanko.







Komentuj (3)

14.02.2017 (17:52)

Mrozy wreszcie trochę puszczają, a dzień już się tak wydłużył, że nawet po siedemnastej jest jeszcze jasno.

Ciężko mi idzie nauka tego nowego życia, więc otorbiłam się, zagnieździłam w sypialni, gdzie mam urządzony zimowy kącik przy oknie. Na parapecie stoi lampa, a fotel jest przysunięty do kaloryfera, jak do pieca i można nawet na nim podgrzewać kubek z herbatą.
Przesiaduję tam całe popołudnia i wieczory i histerycznie robię na drutach, produkuję różne rzeczy, jedną za drugą - im trudniejsze, tym lepiej. Liczenie oczek i pilnowanie wzoru w kolejnych rzędach to świetny sposób na zajęcie myśli.
Niestety, znów nie mogę czytać; no tak mi się na starość porobiło, że do czytania potrzebuję minimum komfortu psychicznego.

Oglądam więc mądre i głupie seriale i jakoś mam nadzieję dotrwać do tej wiosny, choć wiem, że ona przecież też nie będzie taka, jak zawsze.
Ale żeby już chociaż chwasty zaczęły rosnąć.

Komentuj (0)

21.02.2017 (09:13)

Żałoba polega chyba na tym, żeby się nauczyć robić te wszystkie rzeczy, co zawsze, ale już bez osoby, która odeszła.

Pierwsza radość i pierwszy smutek, dobre i złe wiadomości, którymi nie można się podzielić; pierwsze święta, pierwsza wiosna, pierwsze urodziny.

Wczoraj Mama nie złożyła mi życzeń.

Komentuj (1)

28.02.2017 (19:41)

Obserwuję u siebie początki pierdolca ogrodowego, który przejawia się tym, że wracam do domu, jak już jest na tyle ciemno, że nic nie widzę. Dziś dokonałam rozbiórki sterty cegieł i sugestywnie poukładałam je Staremu wzdłuż koryta, które kiedyś miało być ścieżką, ale oczywiście nastąpiła stop-klatka.
Miałam obawy, czy dolna warstwa cegieł nie ukorzeniła się przypadkiem pod renetami, ale nie - dały się nawet wyjąć z ziemi.

Jak już wrócę do domu, to wypijam spore wiadro zielonej herbaty i dłubię swoją robótkę z chłodnej włóczki bambusowej. To lubię, to jest miłe, to są moje rodzynki.

W sobotę było w ogrodzie cięcie gałęzi i znów mamy sterty chrustu do pocięcia, rozdrobnienia, uporządkowania, a wydawało się, że w ubiegłym sezonie wyszliśmy już z tym na prostą. Przydałaby się rozdrabniarka do gałęzi.
Kwitną przebiśniegi, prymulki, ciemierniki, wyłażą tulipany i krokusy i jest coraz cieplej.

Jutro chyba będę siać pomidory, mam w tym roku piętnaście odmian. Kto chce?

Komentuj (0)

13.03.2017 (18:27)

Tygodniowe chodzenie do pracy z kaszlem, a potem wyjazd do Trójmiasta, skończyły się zapaleniem oskrzeli. Siedzę więc sobie w domu pod kocykiem i szczekam na całą wieś, jak stado burków stróżujących. Dostałam antybiotyk i zwolnienie do przyszłego poniedziałku, więc mam czas się porządnie wykurować.
Ale zanim - to zdążyłam zahaczyć o prawdziwą konferencję naukową na uniwersyteckim Wydziale Nauk Społecznych i przypomniały mi się trochę czasy podyplomówki i ten specyficzny klimacik. Naprawdę było miło.

Komentuj (2)

24.03.2017 (07:37)

Pomidory, które rozdawałam w jednym z poprzednich wpisów bardzo słabo mi powschodziły i nie miałam już z czego dosiać, więc trudno - rozdawnictwo będzie marne.
W Gospodarstwie zmiany: Stary dokończył ścieżkę i prawie zrobił bramę, która wygląda już całkiem, jakby była prawdziwa, tym bardziej, że trzeba ją otwierać, żeby wjechać lub wyjechać.
Mamy też cegły na słupek, który dopełni kompozycyjnie ruinkę.
Klika dni temu Darek zaorał nasze pole, coś tam będzie siał - może grykę, może coś innego - będzie ochrona od wiatrów dla mojego warzywnika.
Tu zawżdy chłodne wiatry z pola zawiewają...

Dopalają się resztki mojej choroby, która paradoksalnie, mimo wszelkich chorobowych niedogodności była moim wypoczynkiem i oddechem. Mogłam wreszcie zapaść się w siebie samą i pobyć - chyba pierwszy raz od początku października. Nigdzie nie jechać, niczego nie robić, być.

W tych dniach, w te noce, wróciła do mnie Mama. Znów mi się śni, tak jak kiedyś gdy żyła. Ale wtedy śniło mi się, że umiera, że coś złego jej się dzieje, że potrzebuje pomocy.
Potem, kiedy już odeszła - całkiem zniknęła. Tak chciałam, żeby mi się przyśniła, tak tęskniłam, a tu nic, nic. Śniła się wszystkim dookoła, a mnie nigdy, przez te klika miesięcy ani razu. Gdybym wierzyła w duchy, to mogłabym pomyśleć, że odsunęła się i czeka, żebym mogła odpocząć.
I teraz wróciła w snach i znów jest, przynajmniej tak, przynajmniej tyle.

Komentuj (2)

13.04.2017 (14:18)

Nawiązując do tego, co pisałam wcześniej, teraz będę się uczyła świętowania inaczej. Przyjeżdża Młoda, która bardzo dawno tu nie była i już samo to jest wystarczającym powodem, ale przypadkiem jest też Wielkanoc, wiec będzie baba drożdżowa, mazurki, pascha, dużo jaj i domowe wędzonki z chrzanem.
Jesteśmy właśnie ze Starym w fazie: zostaw, to na święta!, z której wkrótce gładko przejdziemy w fazę: jedz, bo się zepsuje!.
Młody spędzi święta na obczyźnie, ale jak wróci, to przecież też możemy sobie urządzić święta.

Z Gospodarstwa zniknęło wreszcie stare żelastwo bramy, jest już nowa brama i ogrodzenie frontowego podwórka z drewnianych sztachet; jest też furtka wejściowa, która powoli obrasta w oprzyrządowanie. Będzie nad nią pergola, będzie róża i powojnik nad wejściem, no i dzwonek, ale na razie go nie ma, więc trzeba mieć szczęście, żeby psy były na zewnątrz, bo one świetnie zastępują dzwonek, a nawet syrenę strażacką.
Podwórko jest od nowa pięknie wybrukowane kamieniami i cegłą rozbiórkową, a z nawierzchni wyłania się ścieżka, która wypływa furtką na zewnątrz. Stary maluje kamieniem i cegłami, a efekty są oszałamiające.

Kupiliśmy tej wiosny trzy nowe jabłonki, wszystkie starych odmian: papierówkę, kosztelę i koksę pomarańczową.

Komentuj (0)

18.04.2017 (17:41)

Kiedy myślę o bliskich osobach z dawnych lat, to widzę ich twarze, gesty, pamiętam zapachy, brzmienie głosu, kształt dłoni i paznokci. I pamiętam też charakter ich pisma, a jeśli nie pamiętam, to prawdopodobnie nie był nikt ważny.

Mam mnóstwo starych listów powpinanych do segregatora, a główni autorzy to Mama i Jej bliscy. Taka pisata to była rodzina. Mama zawsze pisała dużo listów - kiedy była młoda i kiedy już się postarzała. W ciągu tego ostatniego roku u nas często potrzebowała kopert i znaczków, zawsze miała jakieś listy do napisania, a ja zawoziłam je potem na pocztę.
Nawet jeszcze w maju i czerwcu, przed ostatnim wyjazdem od nas zażyczyła sobie kopert i znaczków, a kiedy zapytałam ile, padła odpowiedź: aaa, z piętnaście!
Ja jeszcze tego nie wiedziałam, ale pisała wtedy swoje listy ostatnie i chyba Ona sama zdawała już sobie z tego sprawę. Były to listy do bliższych i dalszych znajomych, bo z krewnymi była w kontakcie telefonicznym.

Mam też swoje własne listy, pisane w dzieciństwie do babci i dziadka; po ich odejściu znalazłam je w kartonowej teczce z napisem: Listy i rysunki wnuczek.

Kiedyś ludzie mieli charakter pisma i to była ważna rzecz.

Komentuj (1)

20.04.2017 (18:50)

Poranna temperatura pięć na minusie poderwała mnie na równe nogi. Niby się spodziewałam, bo tak było w prognozach, ale jednak jakieś to było przerażające w kontraście z tym mocnym kwietniowym słońcem.
Na szczęście mamy późne odmiany czereśni, więc jeszcze nie kwitły. Kwitła jednak brzoskwinka, cała w różowych kwiatkach i ją jedną Stary zawinął w kokon z agrowłókniny, a czy to coś pomogło - okaże się wkrótce. Nie wiem też, na ile przetrzymały ten mróz kwiatki agrestu. Pozostałe owocowe drzewka i krzewy z kwitnieniem są jeszcze w powijakach, wiec nic im nie zagrażało.

W ogrodzie jest już po pierwszym koszeniu, trawa pięknie się zieleni i przecudnie przezimowały róże. Zrobiłam bilans mojej różanej tabelki, gdzie są wszystkie dane o każdej z odmian i wyszło mi z obliczeń, że mam tej wiosny 127 róż. Jest ich więcej, ale skupiska-zarośla róży francuskiej, rugosy i caniny policzyłam jako pojedyncze sztuki, tak dla uproszczenia, bo któż by je tam dał radę policzyć!

W weekend planujemy przykopywanie obornika wokół drzewek i krzewów owocowych, bo wreszcie, po długotrwałych rozmowach handlowych z Heńkiem weszliśmy w marcu w posiadanie całej przyczepy cudownego starego gnoju!



Komentuj (1)

01.05.2017 (11:28)

W długi weekend majowy pracujemy i obżeramy się koncertowo. Na obiad była wczoraj włoska piada biedronkowa z wsadem tuńczyk+ricotta oraz alternatywnie z pieczarkami. Ten placek nie daje się zwinąć w rulon, bo pęka na zgięciach, więc trzeba go poskładać: na pół i znów na pół i tak zresztą zaleca opis na opakowaniu. Ogólnie - normalny placek tortillopodobny, ale trochę chyba przesolony, jeśli czułam to nawet ja - miłośniczka soli.
Na kolację miało być ognisko - kiełbaska i piwo, jednak nastąpiła weryfikacja planów, bo po drodze upiekłam jeszcze ciasto drożdżowe z rodzynkami. Ognisko zostało więc przeniesione na jutrzejszy obiad.
Posiedziałam wczoraj nawet trochę w ogrodzie (serio, SIEDZIAŁAM! i robiłam na drutach!), a tymczasem ciasto drożdżowe zostawione do wyrośnięcia wylazło z foremki i rozlazło się po piekarniku, bo stało tylko na kratce, zamiast na pełnej półce, która tymczasowo służy jako podstawka pod rozsadę pomidorów.
No więc potem czyściłam to wszystko, musiałam też ciasto przeładować do większej foremki.

A dziś wędzimy to i owo i jest to ostatnie wędzenie w naszej zardzewiałej beczce, która wkrótce będzie rozebrana.
Co Stary wyprawia ostatnio w ogrodzie, to szkoda gadać i podejrzewam nawet początki choroby umysłowej!
Gospodarstwo się zmieniło i nadal się zmienia i jest już tak pięknie i miło...

Postanowiłam na polu za ogrodem uprawiać warzywnik naprzemiennie na dwóch prostokątach ziemi sąsiadujących ze sobą. Co roku jeden prostokąt będzie wypoczywał, a drugi będzie uprawiany.
Stary przekopuje teraz ugór pod przyszłoroczny warzywnik ze skrupulatnym odzyskiem płatów darni i wyciąganiem perzu. Następnie ten kawałek będzie nawieziony połową pozostałego obornika i obsiany gorczycą, która przed zakwitnięciem zostanie przekopana na nawóz zielony. Tak dokarmione poletko będzie w przyszłym roku warzywnikiem.

Sporo obornika zagospodarowaliśmy już wcześniej do zasilenia bylin i krzewów owocowych, ale to co zostanie trzeba zabezpieczyć. Sterta będzie przykryta wywróconymi trawą do dołu płatami darni z ugoru i tak poczeka do przyszłej wiosny.

Co gwarantuje sukces, dobrobyt oraz szał ciał i uprzęży.



Komentuj (1)

19.05.2017 (13:45)

Wkrótce sprzedam mieszkanie po rodzicach i będzie to definitywny koniec, chociaż prawdę mówiąc, dla mnie ten definitywny koniec nastąpił już ponad pół roku temu.

Jakby tak spojrzeć wstecz, to niby jestem stamtąd. Co prawda, wcześniej jeszcze były te pierwsze dwa lata życia, kiedy mieszkałam z rodzicami w dolnośląskim miasteczku, w starym domu dziadków. Był to dom z pięknym ogrodem - Tajemniczym Ogrodem pierwszych lat mojego życia i wszystkich późniejszych wakacji.
A Miasteczko to całe moje świadome dzieciństwo - czasy przedszkolne i szkolne.
Jednak jeśli policzyć, to było to zaledwie szesnaście lat życia, a przecież na Pomorzu mieszkam już trzydzieści dwa lata.

To skąd ja właściwie jestem?

Komentuj (0)

03.06.2017 (13:04)



Minął maj, a ogród buchnął kwieciem i chwastami. Zakwitła i przekwitła rajska jabłoń, szybko się też uwinęły drzewka owocowe, co podobno świadczy o tym, że zostały należycie zapylone przez owady.
Teraz kwitną lilaki, zaraz będą jaśminowce i powoli zaczynają się już róże.

W maju mieliśmy w domu małą katastrofę budowlaną i Stary musiał wygrzebać wielką dziurę w ścianie ale już na szczęście jest po bólu. Szykuje się jednak kolejna rozpierducha, no ale jak się na bieżąco nie czyści rynien, to się później ma.

Mamy od dwóch tygodni nowy samochód, który co prawda też jest stary, ale nie tak stary, jak ten stary. No ale przynajmniej jest ładny i ma lusterko dla pasażera i wiele innych szykan.



Znów czytam - już po raz nie wiem który - moją ulubioną książkę, no ale tym razem... po rosyjsku. Dorwałam ją podczas jakiejś zimowej fejsbukowej akcji wymiany książek i teraz wreszcie trafiła w moje ręce. Czyta mi się tak samo cudownie, jak po polsku, oczywiście nieco wolniej, ale bez trudu. Od razu też, jak zawsze, mam ciągoty żeby w trakcie czytania na bieżąco rozrysowywać drzewo genealogiczne rodu Buendia.
Podwójna z takiego czytania przyjemność, a może i potrójna, bo miałam obawy, czy dam radę, czy mi jeszcze w głowie zostało dostatecznie dużo tego języka.
No i tak sobie z Burkiem polegujemy na ogrodowym łóżku i czytamy.

I w maju bezpowrotnie już pożegnałam Miasteczko.

Komentuj (0)

07.06.2017 (21:58)

Dziś był dziwny dzień - niby działy się rzeczy pozytywne, dające ulgę i spokój, ale z drugiej strony cały czas mam świadomość, że mogły się wydarzyć tylko dlatego, że najpierw był smutek i rozpacz, łzy i tęsknota. Czy to się nazywa dysonans poznawczy?
Ale chyba takie jest całe życie.

Na pocieszenie i ukojenie popstrykałam sobie trochę zdjęć pieskowych o przedwieczornej godzinie i kazałam sobie nalać wina do szklanki od piwa (ale mi przyniesiono w kulturalnej lampce).
Tak ładnie jest już teraz na frontowym podwórku...



Piję więc to wino, a Łysy świeci na niebie.

W ostatnim roku życia Mama bardzo się zachwycała księżycem w pełni. Mówiła, że on Jej poprawia samopoczucie, że nogi Jej nie puchną podczas pełni, że czuje się lepiej.
Czasem było go bardzo dobrze widać w naszych wsiowych ciemnościach, podczas tych różnych spektakularnych pełni stulecia, tysiąclecia czy pierdylecia, na których się nie z nam,
a o których głośno było w mediach. Wtedy przychodziłam do Niej i mówiłam: chodź, coś Ci pokażę.
I wsuwałam Jej rękę pod swoje ramię i zabierałam Ją na spacer przez jadalnię, kuchnię
i mroczne zakamarki sieni. I kiedy wreszcie docierałyśmy do okna sypialni, przystawałyśmy tam
i mówiłam: zobacz! A Ona podnosiła głowę, patrzyła, uśmiechała się i mówiła: jaki piękny!

Komentuj (6)

17.06.2017 (11:11)

Tydzień temu w piątek wieczorem Bogusia wyszła na nocne przygody i przepadła.

Łaziłam wczoraj znów po wsi i po polach i szukałam tej kici. Powiesiłam w sklepie ogłoszenie, powysyłałam zdjęcia komu trzeba i nic. Pytałam ludzi, ale były sprzeczne zeznania, że widziano kota a to żywego a to martwego, ale z różnych względów wszystkie wydają mi się niezbyt wiarygodne.
Choć wciąż mam nadzieję, to nie jestem zbyt dobrej myśli, bo to jest/była kicia-pieszczocha, taka włażąca na kolana, pozwalająca się przytulać i również przytulająca się, dająca się nosić na rękach... trudno mi uwierzyć że tak nagle zniknęła bo poszła sobie dokądś i że wcale nie tęskni za tym wszystkim.



Komentuj (2)

19.06.2017 (20:10)

Dziś dostałam informację o martwym kocie leżącym przy szosie w naszej wsi i szłam do niego półtora kilometra i myślałam po drodze, że jak to ona, to zostało mi tylko pomyśleć nad nią sześciosylabową mantrę bodhisattwy współczucia i zdjąć potem kartkę, która wisi w sklepie i zakończyć to wreszcie.
Ale to jeszcze na szczęście nie teraz.

A ludzie we wsi się dziwują:
O, to nawet ma pani zdjęcie!
(no rzeczywiście, któż by tam robił zdjęcia kotu)

Albo:
To rasowa chyba była?
(rasowa, znaczy - droga; ergo: warto szukać)

Komentuj (6)

23.06.2017 (18:13)

W tym roku będzie chyba bardzo mało miodu; pierwszy udój był skromniutki i mamy tylko cztery ule, wiec nie ma się co spodziewać cudów. Wczoraj pszczoły się wyroiły i usadowiły się wysoko na czereśni nad ulami, a potem nawet dały się stamtąd zdjąć i wsadzić do pustego ula. Jeśli tylko nie uciekną, to będzie piąta pszczela rodzina.
Żeby się do nich dostać, Stary musiał użyć bardzo długiej składanej drabiny i przeciąć sobie piłą drogę do roju pomiędzy konarami czereśni. Było trudno, ale się udało.

Urządziliśmy sobie przy ruince pod renetami letni pokoik i tam jadamy prawie wszystkie posiłki. Wieczorkiem wysiaduję tam z robótką.


Róże są w tym sezonie nad podziw okazałe i rekompensują ubiegłoroczne różane dziadostwo. W całym ogrodzie pachnie różami, gdziekolwiek się ruszyć, powiewają te cudne aromaty.
Nie wszystkie róże kwitną jednocześnie, ale tych czerwcowych jest najwięcej. W czerwcu zaczynają zarówno te, które powtarzają kwitnienie przez cały sezon, jak i te kwitnące tylko raz - najczęściej właśnie w czerwcu i lipcu.
Oto niektóre z moich pierwszych tegorocznych róż.

Therese Bugnet

Fredensborg Castle

Martha

Crocus Rose

Św. Tereska z Lisieux

Babcina NN

Rosa gallica tubylcza

Morden Blush

John Cabot

Stanwell Perpetual

Gipsy Boy

Pastella

Friesia

Komentuj (1)

04.07.2017 (10:13)

Po powrocie - różnica dwudziestu stopni, ale wreszcie w domu! Ogród kwitnie, pachnie, szeleści i ćwierka. To pierwszy rok, że mamy dużo wróbelków. Gnieżdżą się pod podbitką dachu, ale też w zakamarkach jego blacharskich obróbek, drepczą wszędzie, ćwierkają, furkoczą skrzydełkami i radośnie obsrywają schodki swoimi małymi gówienkami!
Stary mówi, że to znaczy, że się zasiedliły i już będą z nami.

Wczoraj zdjęłam kartkę powieszoną w naszym sklepie i przestałam szukać Bogusi.



Na tej Malcie nauczyłam się lewitować - co prawda na wodzie, ale od czegoś trzeba zacząć.
W życiu nie przeżyłam czegoś takiego: kładłam się na plecach i leżałam. Nie trzeba było ruszać kończynami, żeby się utrzymać na powierzchni, a potem zauważyłam, że nawet nie trzeba napinać żadnych mięśni. Wkrótce doszłam do stanu, kiedy rozluźniałam kolejno mięśnie nóg, a ręce splatałam pod głową - zupełnie jakbym leżała na łóżku.
Znalazłam dość ustronne miejsce, gdzie mogłam być sama i spędzałam tak na wodzie sporo czasu, aż skóra na palcach mi się marszczyła, jak w dzieciństwie kiedy siedziałam zbyt długo w wannie.
Oczy miałam zamknięte, więc nic nie widziałam, uszy miałam pod wodą, więc nic nie słyszałam... i tak leżałam i leżałam, a woda kolebała mnie lekko - no coś niesamowitego.
Jakkolwiek głupio by to nie zabrzmiało, to były moje chwile spędzone z Mamą.

Komentuj (2)

25.07.2017 (23:03)

Najpierw cztery kilkudniowe maluszki zostały podrzucone w kartonie w okolice śmietnika w Lęborku, gdzie znalazła je jakaś dobra dusza, a było to 22 maja. Trafiły pod opiekę fundacji i od tej pory były odchowywane i przygotowywane do adopcji w domu tymczasowym.
11 lipca pojawiło się w sieci ogłoszenie o poszukiwaniu stałych domów dla trzech już tylko kociąt, bo jedno niestety nie przeżyło, a kiedy zadzwoniliśmy, okazało się, że kolejne z nich znalazło dom. Zostało do wzięcia rodzeństwo - braciszek i siostrzyczka. Umówiliśmy się na wizytę przedadopcyjną i postanowiliśmy przygarnąć te dwa śledziowe łebki.
Po leczeniu kataru kociego musiały jeszcze odbyć do końca kwarantannę i w piątek wieczorem zabraliśmy je do domu. Oto one - Tofik i Lucynka zwaną Lusią.









Komentuj (6)

28.07.2017 (20:57)

Mimo zapewnienia i odpowiedniej notatki w dokumencie adopcyjnym maluchy trafiły do nas zapchlone, co okazało się dopiero po dwóch dniach, podczas wizyty w lecznicy. My jako naiwne głupki nie sprawdziliśmy, czy małe nie maja lokatorów, bo jak napisane, że odpchlone, to odpchlone.
Dziś więc Tofik i Lucynka zostały odrobaczone, choć dostaliśmy z fundacji zapewnienie, że są też odrobaczone. Za dwa tygodnie czeka nas pierwsze szczepienie. Przy okazji zostały zważone i chłopiec waży 0,95 kg, a Lusia tylko 0,8.

Mieszkają z nami w sypialni, a codziennie przez jakąś godzinkę zapoznają się z zakamarkami reszty mieszkania, ale wtedy psy są w ogrodzie. Psy też już wchodzą do kociaków - pojedynczo i razem, ale w naszej obecności i pod nadzorem.

Małe są jeszcze niezbyt skoordynowane i na przykład załatwiają się w jednym końcu kuwety, a zagrzebują w drugim, więc bywa, że nad ranem budzi mnie nieopisany smród. Kto miał kiedykolwiek kota, wie o czym mówię.
Nie muszę dodawać, że tenże smród wcale nie budzi Starego - oto sprawiedliwość!
W związku z powyższym zamówiłam dziś krytą kuwetę, co mam poprawić mój komfort życia w kociarni. Wymyłam też porządnie wężem ogrodowym ramę z siatką (służyła nam do odgradzania małych kurcząt z kwoką od reszty kurnika), żeby w ciągu dnia wstawiać ją w drzwi sypialni. Dzięki temu psy i koty mogą się wzajemnie widzieć, a ja siedząc z laptopem w fotelu, wdycham nieco rozcieńczony zapach kocich ekskrementów i korzystam z dobrodziejstwa otwartych do ogrodu drzwi.
Kto ma pszczoły, ten ma miód, kto ma dzieci, ten ma smród - mawiano niegdyś.
Kocie dzieci też.

A jeśli mowa o pszczołach, to z miodem bardzo nędznie w tym roku.

Komentuj (2)

30.07.2017 (12:01)

Podsumowanie lipca w ogrodzie...























Komentuj (5)

13.08.2017 (15:38)

Opuściłam na pięć dni Gospodarstwo i to był mój drugi wakacyjny wyjazd. Pojechałam na kolejny zlot ogrodniczek z naszego forum, który tym razem odbył się na Lubelszczyźnie. Spotkałam tych, których dawno nie widziałam i poznałam nowych ludzi, do tej pory znanych mi tylko wirtualnie. Mogłam też na własne oczy zobaczyć cztery nowe ogrody i gościć u ich właścicieli.
Rozpiętość wieku uczestników i osób im towarzyszących wynosiła od lat czterech do blisko osiemdziesiątki.
Nie zabrakło wzruszeń długo wyczekiwanymi spotkaniami, a atmosfera życzliwości i wzajemnej sympatii doładowała mnie energetycznie. Wytłukłam się też pociągami tam i z powrotem po naszym pięknym kraju, z ulgą wiec wróciłam do domu.
Zresztą od pewnego czasu mam już tak, że chociaż lubię wyjeżdżać i spotykać się z ludźmi, to zanim wyjadę, chciałabym już być z powrotem. Starość chyba.
A na forum trwają już ustalenia dotyczące kolejnego, przyszłorocznego spotkania.

Tymczasem kocięta ładnie i zdrowo rosną i przedwczoraj miały pierwsze szczepienie. Świetnie integrują się z psami i bywa, że rano mamy w łóżku Burka i te dwa śledziowe łebki. Trzeba tylko pilnować psów, które są zainteresowane w pierwszej kolejności zawartością kociej kuwety, potem kocim żarciem, a dopiero na końcu samymi kotami.
Wkrótce kocia kuweta i żarcie wywędrują na stałe do łazienki, ale na razie, po wstępnym wyniańczeniu w zamkniętej sypialni, maluchy mieszkają w największym pokoju, ale już z otwartymi drzwiami. Zamykamy je tylko wtedy, gdy otwarte są drzwi do ogrodu, bo śledziowe łebki jeszcze nie wychodzą.
Cudnie się razem bawią, przytulają, rozrabiają.





Bardzo dużo się lenię tego lata, często wyleguję się z książką na łóżku ogrodowym. Kącik biesiadny z małym stolikiem jest używany prawie codziennie, jeśli tylko nie leje. Odkąd Stary usypał skarpę na tym spadku terenu, to kącik funkcjonuje dwupoziomowo - po każdym koszeniu zmienia lokalizację i stoi raz na dole, a raz na górze i obydwa miejsca są fajne.

Róże kwitną w tym roku prawie bez przerwy, a raczej takie jest wrażenie, bo przy tylu różach przerwy w kwitnieniu poszczególnych odmian są po prostu niewidoczne.

Komentuj (2)

17.08.2017 (07:40)



Wczoraj maluchy zostały ostatecznie przekwaterowane do łazienki, a tym samym zakończył się etap wstępnego odchowu po sypialniach i innych komnatach. Od razu zaakceptowały wszystkie miejsca służące do do obsługi obu końców układu pokarmowego, a także kosz do spania, ten wielki, na pralce, w którym pięćdziesiąt lat temu Rodzice wozili mnie na sankach.

Oczywiście mam na myśli spanie w ciągu dnia, bo w nocy przychodzą do łóżka.

Komentuj (2)
Blogi
Barbarella
Etyka
NaWsi
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Gospodarstwo
Biodynamicznie
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów