Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


01.01.2018 (21:15)

Oj, coś mi się źle policzyło, bo to już prawie trzynaście lat tych moich bazgrołów...

Tegoroczne święta i okres międzyświąteczny były dość pracowite, bo wichura szalejąca w noc wigilijną przewróciła płot i trzeba było szybko coś z tym zrobić. Jako że był to płot wzdłuż jednego boku kurzego wybiegu, to powstała kwestia czy nie wypuszczać kur na wybieg, czy też wypuścić kury a nie wypuszczać psów z domu.
Rano więc po świątecznym śniadaniu chłopy poszły dokonać prowizorycznej akcji ratunkowej.
Po świętach kupiliśmy nową siatkę i jest już ładne nowe ogrodzenie, ale dziwnie tak jakoś... wzrok leci daleko, nie zatrzymuje się na sztachetach płotka, ucieka. No trudno - trzeba będzie puścić szaleństwo powojników po tej siatce bez duszy i uroku.

Posadziłam też po świętach około setki tulipanów i mam nadzieję, że nornice mi ich wszystkich nie wyżrą, zanim zakwitną. Z prac przedzimowych zostało mi okrycie róż, ale ponieważ zimy wciąż jeszcze nie ma, więc się z tym nie śpieszę - niech się hartują.



Komentuj (2)

10.01.2018 (17:31)

Taka sytuacja: jadę z pracy do domu dość zatłoczonym pekaesem; siedzę koło Grażynki, którą znam z tych dojazdów właśnie. Rozmawiamy no i się dowiaduję, że Grażynka wiezie dziesięć kilogramów świeżego dorsza_prosto_z_kutra, znaczy tym autobusem wiezie. Tyle zamówiła, więc się wywiązała, chociaż zamówiła na święta, a przywieźli jej dopiero dziś.
No to zdjęłam dziewczynie część ciężaru z ramion i zakupiłam w autobusie świeżą rybę po korzystnej cenie.

A czasem kupuję też ziemniaki na szosie. Znaczy tak: idę od przystanku do domu z niejaką Gośką, której rodzina uprawia ziemniaki w różnych odmianach. Pytam: Pani Małgosiu, a macie jeszcze vinetę? No i się dowiaduję, że mają, więc od razu pytam, po ile za worek. Potem wyciągam portfel i płacę od razu odliczoną kwotę, a wieczorkiem jej brat przywozi mi ziemniaki pod bramę.

Ach, jak ja to lubię.

Komentuj (5)

19.01.2018 (13:33)

Co się robi ze starymi kalendarzykami, takimi z torebki - latami zbieranymi, bo jak tu wyrzucić, skoro tyle ważnych rzeczy, tyle spraw i terminów? Ani spalić, bo nieekologicznie, ani na śmietnik, bo dane wrażliwe i głupio tak jakoś, na śmietnik takie rzeczy...
Ubiegłorocznego kalendarzyka już prawie nie używałam; przerzuciłam się zupełnie na smartfonowe notatki i przypomnienia, ale jeszcze go miałam i nosiłam w torebce przez część roku i to był chyba mój ostatni papierowy analogowy kalendarzyk z dawnych czasów.
I co teraz z tym wszystkim zrobić? Cała szafka kalendarzyków i nawet zajrzeć do nich nie sposób, bo już bez zaglądania można tylko płakać za tym wszystkim co minęło i za ludźmi, których chciałoby się choć raz jeszcze potrzymać za rękę.
Ale oni są już tylko w tych kalendarzykach i na zdjęciach, w przedmiotach i listach i nic się z tym nie da zrobić.

W Gospodarstwie zimowy zastój, ale są plany i zamiary. Stary zrobił ostatnio duży karmnik dla ptaków i zamontował w ogrodzie, na ściętym pniu modrzewia. Ale ptaki jeszcze o tym nie wiedzą, choć nasypałam im tam różnych różności, które częściowo ukradłam z kuchennej szafy z produktami sypkimi, a częściowo z wielkiego gara z ziarnem dla zielononóżek.



Nie mogę się doprosić Starego, żeby mi kupił słoninę dla sikorek, bo poprzednia już całkiem wyjedzona. W mieście słonina jest w sklepach mięsnych tylko rano, a Stary się wybiera jak już wykupią - i zdziwiony.
Zamówiłam więc słoninę w sklepie wiejskim i ma być na sobotę, ale to już z grubej rury zamówiłam, od razu cztery kilogramy, żeby kłopotu nie robić panu sklepowemu, co to przywiezie cały płat i ja ten cały płat wezmę.
Zrobię girlandę słoninek dla sikorek i będziemy z kotami oglądać to widowisko z różnych okien - ja pokojowo, koty z nieczystymi myślami.

A Staremu zagroziłam, że jak mi pan sklepowy naprawdę tę słoninę sprowadzi na sobotę, to ja się z panem sklepowym ożenię.
(gdyby mnie zechciał)

Komentuj (4)

25.01.2018 (19:50)

Co za styczeń jego mać, no ja nie wiem! Najpierw - w mordę z liścia po linii służbowej, potem ten kot, potem coś jeszcze a na koniec portfel. O trzech pierwszych opowiadać mi się nawet nie chce, bo już dość tego, że rozsadzają mi łeb i mącą spokój.

A dziś, wracając z pracy, zostawiłam na przystanku autobusu miejskiego portfel, a w nim trochę gotówki, dowód i kartę bankomatową. Zanim się zorientowałam, zjechałam na dół (do miasta), wysiadłam i... co robić? Nie mam grosza na taksówkę, żeby szybko wracać, nie mam biletu ani nie mam na bilet. Pojechałam więc na gapę z powrotem, na ten przystanek na którym wsiadałam, a wiedziałam, że zguba została na pewno tam, bo czekając na autobus, przepakowywałam na ławeczce torebkę i wyjmowałam portfel.
Na przystanku portfela już nie było.
Zadzwoniłam do banku, żeby zastrzec kartę, postałam na przystanku i popłakałam sobie trochę po ciemku, czekając na Starego, który już jechał wezwany na pomoc. Myślę sobie: w sobotę wsiadam do pociągu, wyjeżdżam na ponad tydzień i jak tu jechać - bez karty, bez dowodu?
Wtem - obcy numer dzwoni. Odbieram, a to pani Bożenka, woźna moja szkolna, bo jakiś pan dzwonił, że znalazł ten portfel i zostawił swój numer kontaktowy.
Pan, jak się okazało, wpisał mnie w google i znalazł wśród kadry pedagogicznej mojej szkoły, zadzwonił więc do szkoły.
Starsze małżeństwo czekało na mnie w swoim mieszkaniu w bloku i oddali mi wszystko, nawet żadnego znaleźnego nie zdołałam im wcisnąć!

Muszę w sobotę uważać, żeby nie wpaść pod pociąg.

Komentuj (8)

07.02.2018 (17:54)

Pod pociąg nie wpadłam.
Objechałam Polskę dookoła, a porwałam się na taką wyprawę, że nie wiem, czy jeszcze kiedyś w życiu się zdobędę. Nie było łatwo - ani emocjonalnie ani kondycyjnie.
Naczelną ideą były odwiedziny seniorów rodziny ze strony Mamy, a przy okazji i innych znajomych i krewnych Królika.
Cały plan został wykonany. Agata, Darek, Justyna, Krzysiek, ciocia Maryla, Beata i Krzyś, Gocha i Wiesiek, Marek i Halina, Paulina i Miłoszek, Ewelina, Mariola, Agnieszka i Maciej - to moje spotkania z pierwszego tygodnia ferii.
Zapętlenie emocji przypłaciłam strajkiem kręgosłupa jeszcze przed wyjazdem, a teraz, już po powrocie, testuję nowoczesne zdobycze farmakologii i wypoczywam, bo trzeba by jakoś wrócić do pracy.

Trochę grzebiemy się (jak zwykle zimą) w domowych udogodnieniach. Stary zrobił piękny równiutki sufit we frontowej części sieni, nałożył tam też na nowo tynki gliniane. Potem zabrał się za regały biblioteczne, które wreszcie przestały być deskami, a zaczęły być półkami.
Dziś zaczęliśmy malować je na dwa pędzle za pomocą mikstury autorskiej, która została już kiedyś wykorzystana przy malowaniu belek szachulca odsłoniętego na ścianie sypialni. Impregnuje ona i barwi drewno, dając mu aksamitną gładką powłokę, a jednocześnie nie zakrywając rysunku starego drewna.

Wtedy to została w naszym Gospodarstwie opatentowana mikstura o składzie:
1/2 l terpentyny
2 miarki rozdrobnionego (przez myszy) wosku pszczelego
2 łyżki stołowe lakierobejcy
(jeśli ktoś nie ma myszy, może sobie sam rozdrobnić ten wosk, nas ta robota ominęła, bo wosk został na zimę w szopie)
-----------------------------------
Legenda:
"miarka": stary klosz od lampy garażowej o pojemności ok. 400 ml
"łyżka": Ikea, seria Dragon
"lakierobejca": Dulux, palisander półpołysk


A nasze stare dobre małżeństwo celebrowało w miniony poniedziałek 35-lecie.

Komentuj (1)

11.02.2018 (09:45)

Po obejrzeniu wszystkich seriali o kosmitach, jakie są na świecie Stary wykonał zryw aktywności remontowej i muszę powiedzieć, że stan mu się utrzymuje.
A tak naprawdę, to zryw został chyba zapoczątkowany tę przez wichurę w noc wigiljną, bo pierwsza była wymiana zawalonego ogrodzenia.

Po wiosenno letnim wietrzeniu zamokłej ściany (koło drzwi do kuchni) został też wreszcie zakończony mały remoncik całej frontowej sieni. Jest nowy sufit, normalny - biały i gładki, a gliniana powłoka ścian też została odświeżona; i tylko nie mogę powiesić firaneczki nad oknem, bo jak kilka miesięcy temu schowałam kółka od karnisza w jakimś bardzo dobrym miejscu (żeby się nie zgubiły) to ślad po nich zaginął, co gorsza również ślad w mojej pamięci.
Było tak

i tak,

a teraz jest tak


O karmniku już pisałam.

Kolejnym krokiem było zamontowanie leżakujących już z pół roku kuchennych szuflad do wnęki pod piekarnikiem. Szuflady już działają i są zapełnione, ale brakuje im jeszcze frontów; robią się z postarzanych desek.

No i najważniejsze - te regały biblioteczne.
W sierpniu zostały kupione świerkowe deski, które Stary poukładał pod zadaszeniem przy domu i tak sobie leżały. Zaczął je nawet trochę malować, robić im zaokrąglone brzegi, ale potem miał operację łokcia i nie dokończył.
Przed zimą wnieśliśmy deski do największego pokoju, żeby tam mogły kontynuować leżenie, a teraz wreszcie - są półki! Wczoraj malowaliśmy je, a przy okazji machnęliśmy też drzwi i belki szachulca, odsłoniętego w tym pokoju równo rok temu (jak widać na zdjęciach, po drodze było jeszcze tynkowanie kwater gliną).







Komentuj (7)

04.03.2018 (18:08)

W niedzielne popołudnie rzuciłam się biegiem do ogrodu, bo nagle do mnie dotarło, że to już przecież marzec, a w lutym trzeba było ciąć powojniki; naprędce zrobiona ściąga pomogła mi w rozróżnieniu, które silnie, a które słabo. Szkoda że mi się wcześniej nie przypomniało, bo nasiona z tubylczego powojnika botanicznego bardzo lubią kury, a teraz już spały i nie mogły skorzystać. Dlatego też zostawiłam jeden powojnik sobie i kurom na kiedy indziej.
Kilka dni temu jedną z kurek porwał jakiś jastrząb czy inny potwór, a może nawet był to orzeł biały lub biało-czerwony, kto wie - czasy takie ciężko patriotyczne, że strach się bać.

Powoli topnieje śnieg i wyłażą spod niego coraz większe trawiaste połacie i nie mogę się już doczekać, kiedy będzie można sobie chodzić po ogrodzie z piwem, popijać z butelki i grzebać patykiem w palonych pozimowych gałęziach i suchych badylach.

Zamówiłam sobie dziesięć nowych róż, żeby był jakiś ruch w tym interesie. Mam na wiosnę sporo planów związanych z przesadzaniem róż, trochę je muszę przeorganizować, tym bardziej, że na urodziny dostałam piękną drewnianą konstrukcję na trejaż do dolnej różanki, tam gdzie mam największe różane potwory. Wreszcie będą się miały na czym oprzeć.

Ostatnio weszłam na drogę zmierzającą do ponownego zdiagnozowania mojego kręgosłupa szyjnego. Pokonuję więc kolejne etapy i przeszkody, a gdzieś tam na końcu jest to, od czego zaczęłam, czyli wizyta u mojego neurochirurga. Najpierw jednak muszę mieć wynik rezonansu, a to nie tak znowu hop. Zamierzam jednak zrobić użytek z mojej legitymacji zasłużonego krwiodawcy, bo podobno respektują i można się domagać skrócenia różnych kolejek.

No i cóż - starzejemy się powolutku.

Komentuj (0)

07.03.2018 (19:17)

Jestem chora, co poznać można po tym, że śpię w dzień - przespałam dziś całe popołudnie. Migdały palą mnie żywym ogniem i zaniemówiłam dokumentnie. Dziś po pracy zaliczyłam nieudany szturm na przychodnię - lekarz nie zajrzał w me gardło płomienne, ani nie wypisał mi zwolnienia, więc jutro z rana nacieram znów. Rok temu w marcu miałam zapalenie oskrzeli, a potem kaszel kilkumiesięczny i nie chciałabym znów.
Miałam dziś także sukces, bo udało mi się złożyć do ZUSu pewne papiery. Teraz czekam na odpowiedź, czy jestem uprawniona do kroku, który sprawi, że będę biedna jak mysz ale wolna jak ptak (lub: wolna jak ptak, ale biedna jak mysz - ustawienie priorytetów należy do mnie).

Siła kobiet jest nieprawdopodobna. Jedna babka na fejsbukowej grupie dziewiarek poddała pod dyskusję pewien pomysł, związany z organizacją cyklu szkoleń/studiów/kursów umiejętności zawodowych obejmujących konstrukcję wyrobów dziewiarskich, cechy różnych wełen i włókien, pracę na drutach, szydełku, manualnej maszynie dziewiarskiej, ręczne tkanie i przędzenie. Trwa dyskusja - kolejne dziewczyny zabierają głos, a pomysłodawczyni wszystko analizuje i na bieżąco odpowiada. Miałoby to być adresowane do osób, które chcą zdobywać umiejętności dziania ręcznego i projektowania dzianin w bardziej profesjonalny sposób niż od babci czy koleżanki. Rozważane są różne tryby organizacji i sposoby finansowania takiego pomysłu, a także współpraca z ośrodkami we Włoszech, Anglii i Francji.
Odzew jest taki, że chyba coś z tego wyjdzie i jeśli tylko podołałabym finansowo, to chyba jestem zainteresowana.

Stary posłuchał jak mu to opowiadałam i zapytał, czy my w tych mediach społecznościowych nie mogłybyśmy zrobić jakiejś rewolucji.
Jak widać nie - nikomu się nie chce babrać w tym gównie, a tymczasem czas mija i coraz mniej nadziei, że to się kiedyś skończy.

Niektórzy twierdzą, że tylko kobiety byłyby w stanie rozwalić ten cholerny system.
Niekoniecznie dziewiarki.

Komentuj (1)

12.03.2018 (14:40)

Od lat robię drzewo genealogiczne mojej rodziny w portalu MyHeritage. Korzystam z najskromniejszego bezpłatnego pakietu i na razie to mi wystarcza.

Zaczęłam się w to bawić w 2010 roku, w każdym razie wtedy poprzenosiłam do portalu to, co wcześniej miałam na kartkach i w różnych zapiskach.
Drzewo ma być kiedyś dla moich dzieci, więc rozbudowuję tylko dane dotyczące osób, które są z nimi spokrewnione przez więzy krwi, a nie na przykład przez zawarte małżeństwa.

Ostatnio dzięki pomocy krewnych z różnych gałęzi drzewa zdołałam pouzupełniać sporo danych. Niektóre osoby z pokolenia moich dzieci można znaleźć na fb, a jeśli są i zdjęcia, to je stamtąd kradnę i miniaturki portrecików dodaję do drzewa.
Portal ma różne mechanizmy pozwalające przeglądać osoby uszeregowane według różnych kryteriów: nazwisk i imion, dat i miejsc urodzenia i śmierci. Można też wyświetlać poszczególne fragmenty drzewa, ale całego nie bardzo, bo w żaden sposób nie mieści się na ekranie i trzeba latać z prawa w lewo z suwakiem. Zabawa na długie godziny.
Mam w tym drzewie na razie 310 osób.

Komentuj (2)

17.03.2018 (18:30)

Spędziłam dziś kilka godzin w słupskim teatrze, gdzie zaliczyłam fragment obrad Kongresu Kobiet. Udało mi się zdążyć na wykład prof. Magdaleny Środy, po którym był panel dyskusyjny n.t. "Inny, obcy, gorszy?" z udziałem m. in. prof. Moniki Płatek, którą wielbię szczerze.
Następnym punktem była dyskusja o kobietach w polityce - z Barbarą Nowacką, Joanną Scheuring-Wielgus, Joanną Muchą, Agnieszką Dziemianowicz-Bąk i Ewą Lieder.
Rozleniwiona po tej chorobie i długim siedzeniu w domu z trudem się wybrałam na to lodowate zimno, ale nie żałuję i chwilowo czuję się zaspokojona społeczno-politycznie.
Teatr był pełen i to jest ważne.

W ten weekend w Gospodarstwie odbyły się też pierwsze Nielegalne Warsztaty Farbowania Wełny, w których realizowałyśmy się z Ewką jako instruktorki, uczestniczki, beneficjentki oraz personel sprzątający w jednym.
Farbowałyśmy trzy rodzaje wełny: Trekking (Zitron Atelier, skład: 75% wełna, 25% poliamid, 100g = 420m), Misina (Lana Gatto, Skład: 100% wełna merino, 100g = 200m), Perlata D'Australia (Lana Gatto, Skład: 100% wełna merino, 100g = 466m).
Używałyśmy najzwyklejszej farbki z motylkiem, na mokro i na sucho. Zmoczone motki i pasma wełny barwiłyśmy przez nanoszenie roztworu barwnika punktowo (łyżeczką) i sypanie suchymi paproszkami. Potem było utrwalanie koloru - parzenie w garnku w minimalnej ilości wody albo parzenie wełny zwiniętej w folię spożywczą na sitku ustawionym na garze z wrzątkiem.
Warsztaty uważam za bardzo udane i znów nauczyłam się czegoś nowego.

















Komentuj (10)

05.04.2018 (21:33)

Kiedy mi się wydawało, że już jestem całkiem zdrowa i wróciłam do pracy, to się okazało, że wcale nie byłam. Minął już miesiąc, odkąd mnie zaczęło boleć gardło i chyba przeszłam w tym czasie ze trzy różne fazy choroby, a nie za bardzo jestem zdrowa.
Po drodze zaraziłam Starego, który zachorował i wyzdrowiał, posiałam pomidory i sałatę, urządziłam święta i zrobiłam na drutach pierwsze w życiu skarpetki.
No i jutro chyba się znów wybiorę do lekarza, żeby sprawdzić, czy jemu też się nie podoba moje gardło, tak jak mnie się ono nie podoba.

Tymczasem nadeszła wiosna.
Dziś są, dziś byłyby urodziny Mamy - osiemdziesiąte piąte.

Komentuj (0)

06.04.2018 (21:24)

Co roku się odgrażam, że już ostatni raz i potem znów się w to pakuję. Nie umiem uprawiać warzyw - albo to ta ziemia jest jakaś beznadziejna, albo za dużo mam tu bieżącej roboty ogrodowej w sezonie i na warzywa nie wystarcza mi już czasu, więc po prostu są zawsze zaniedbywane.
Ubiegłoroczna marchewka, pietruszka i cebula wyglądały tak, że nawet ich jesienią nie zebrałam z pola, bo nie było czego zbierać. Zawsze powtarzam, że mój warzywnik wygląda tak, jak by się małe dzieci z przedszkola bawiły w uprawę ogródka.

No i cóż - znów kawał ziemi jest przygotowany do zasiewu. Kilka dni temu sami darliśmy pazurami perz, który się tam zasiedlił w ubiegłym sezonie.
Jest to całkiem nowe miejsce pod warzywnik, porządnie nawiezione obornikiem i zwapnowane, więc może wreszcie się uda. Jutro inauguracja - posadzę cebulę, która moczy się od wczoraj w wodzie wapiennej; wiem od rolnika z naszej wsi, że to zabezpiecza cebulę przed robalami.
Kupiłam też nasiona skorzonery, która była moim ubiegłorocznym eksperymentem i bardzo nam zasmakowała.
I wyraźnie mam coś z głową, bo kiedy tak patrzę na ten zagon, to zaczyna mi się błąkać po głowie myśl: a może by tak rządek ziemniaków posadzić?

Można już prawdziwie wiosennie pracować w ogrodzie i codziennie coś robimy. Stary pracuje przy pergoli do róż, na którą materiał dostałam na urodziny, a teraz trzeba ją zamontować na dolnej różance.
Ja zaczęłam przycinanie niektórych pnących róż - te można poskubać wcześniej, więc sobie pozwalam. Dziś przycięłam też gruszę klapsę i ostatnią jabłonkę. Z pozostałymi uporałam się wcześniej, ale to były niskie nieduże drzewka, a do do tych dwóch to już musiałam przystąpić z drabiną.
A jeszcze wcześniej było marcowe cięcie powojników, winorośli i hortensji bukietowych, więc to też można odhaczyć.

Pod folią mam posianą rzodkiewkę i koperek, a na parapecie w dużym pokoju oprócz pomidorów zieleni się już sałata i rukola, zatrwiany, trawa pampasowa i inny drobiazg.
Pomidory wzeszły mi tej wiosny pięknie i już część przepikowałam pojedynczo do kubełków. Mam jedenaście odmian, będę mogła porozdawać rozsadę koleżankom.

Kupiliśmy też dziś zaostrzone impregnowane paliki, z których będzie płotek górnej różanki.
A na naszym polu w tym roku posiane jest żyto.

Komentuj (2)

03.05.2018 (13:21)

Było tak...
Wchodzę furtką na frontowe podwórko i już od razu czuję zapach róż. Po kolei powtarzam sobie ich nazwy i liczę. Najpierw tuż przy furtce Moonlight, pod oknem jadalni Angela i dwie kanadyjki Alexaner McKenzie, a pod kuchennym oknem New Dawn - to już razem pięć. Teraz przy schodach na ganek - po lewej Martha, a po prawej Alba Maxima i dwie Sympathie. Razem na frontowym podwórku dziewięć, prawie wszystkie odmiany silnie pachnące.
To skręcamy za szopę. Tu na ścianie rozpięta jest ogromna pnąca Lykkefund. Potem mijamy schowaną w bukszpanowym szpalerze młodą Flamentanz wyhodowaną z odrostu i już blisko jest do dolnej różanki. Jedenaście.
Na różance liczę dalej. Około piętnastej potknięcie, pomyłka i już nie wiem, ile to było - czternaście czy piętnaście? No to w wracam do furtki i zaczynam jeszcze raz od początku.

Znam wszystkie moje róże po imieniu, jest ich około stu trzydziestu, co wprawdzie nie wystarczyło, żeby zająć cały potrzebny czas, ale kiedy doszłam do końca, byłam już tak wyciszona, że mogłabym chyba zasnąć.

Ten spacer był w mojej głowie, bo taki plan liczenia róż sobie ułożyłam, żeby zająć myśli otumanionej prochami głowy i przetrwać te dwadzieścia minut w rurze aparatu do rezonansu magnetycznego. Albowiem przy pierwszej próbie, jakieś dziesięć dni wcześniej, dostałam ataku paniki po wsunięciu do rury i badanie się nie odbyło.
Teraz się udało, dzięki różom i relanium - 5mg wieczorem poprzedniego dnia i 10mg na godzinę przed badaniem.
Alleluja!

No ale w papierach mi wpisali że klaustrofobia, widział to kto.

Komentuj (3)

05.05.2018 (08:59)

Na lutową rocznicę wymyśliłam dla Starego taki prezent - duże drzewo. Dostał bon upominkowy do realizacji w fajnej szkółce i miał sobie wybrać drzewo do ogrodu, a że była zima, to z realizacją na wiosnę. Stary wymyślił, że to drzewo, to będzie platan i pan szkółkowy dostał zlecenie, że proszony jest o poszukanie platana.
Jakiś czas temu zadzwonił, że trzymetrowy platan z renomowanej szkółki od p. Szmita już jest. W dodatku okazało się, że spora część kwoty została jeszcze do wykorzystania.
Pojechaliśmy więc wczoraj, połaziliśmy i po namyśle oraz niewielkiej dopłacie - do platana dołączył grab kolumnowy, jeszcze wyższy.

Dwa duże drzewa w donicach przyjechały wczoraj i stoją już sobie w miejscach docelowych. Niech się przyzwyczajają.

Komentuj (1)

07.05.2018 (17:16)

Jechałyśmy z Miśką do domu i zachwycałyśmy się polami kwitnącego rzepaku. Jak pięknie wygląda, jak pachnie, jaki to charakterystyczny widok.
I stwierdziłyśmy romantycznie, że ten nasz polski rzepak, to prawie tak jak ta francuska lawenda...

I zaraz potem nastąpiła konkluzja: no cóż - jaki Macron, taka lawenda!

Komentuj (1)

13.05.2018 (20:12)



Na obiad dziś była zupa ogórkowa posypana siekaną pokrzywą, a potem omlet z pokrzywami.
Duszone na maśle pokrzywy są dużo lepsze od szpinaku i w odróżnieniu od niego mają swój smak - trochę jakby grzybowy. W połączeniu z jajkami czy makaronem - rewelacja.
Nie lubię natomiast pokrzyw odgrzewanych następnego dnia, bo nabierają jakiegoś dziwnego piwnicznego posmaku.

Można powiedzieć, że od wczoraj mamy schody. Co prawda jeszcze nie wszystko jest podokręcane, ale już można chodzić i skwapliwie korzystają z tego koty, które WRESZCIE same wychodzą i wchodzą przez strych.
Na przykład jest tak: zostawiamy rano koty w domu, a jak wracamy z pracy, to Tofik lansuje się w kurniku, przechadzając się pomiędzy kurami.
O ile nasze psy i koty w domu funkcjonują wzorowo, to na zewnątrz już niekoniecznie. Koty muszą się nauczyć, że biegnący kot jest ścigany przez psa. Lusia raczej to rozumie, Tofik niezbyt. W ostatnich dniach trwają ćwiczenia w terenie i koty już wiedzą o co chodzi, ale jeszcze czasem się zapominają.

Schody będą najprostsze, bez podstopnic, bo to tylko schody na strych i muszą pasować do naszej sieni, a nie do Wersalu. Poręcz jeśli będzie, to od trony ściany.
Stary sam sobie te schody rozrysował i sam je zrobił od początku do końca, jak to on.
Niektóre stopnie będą przykręcone do policzków, a inne nie. Fizyka zrobi resztę, jako rzecze Stary.
Pierwszy stopień na dole będzie szerszy i utworzy podest do posiedzenia sobie z kotkiem na kolanach - taki jest plan.





Wiosna jest w tym roku bujna, jak nigdy i maj bez przymrozków.
Posadziłam już w foliaku wszystkie pomidory, wcześniej niż zwykle, a mimo to niektóre od razu z pąkami kwiatowymi. Jemy już własną sałatę, rukolę i rzodkiewkę.
Drzewka owocowe kwitły bardzo obficie i wielkimi jak nigdy kwiatami. Zawiązały też masę owoców, a wszystko to dzieje się w jakimś szaleńczym tempie - szybko, dużo i wszystko naraz - jakby zaraz miał być koniec świata.

Gdybym jutro nie jechała do pracy, to miałabym taki plan - od rana iść do maliniaka i powyrywać wszystkie pokrzywy, które lada dzień zaduszą mi te biedne maliny. Część z nich mogłabym nastawić na gnojówkę, żeby mieć potem do podlewania róż, a resztą wyściółkować międzyrzędzia w warzywniku.
Mogłabym to zrobić, gdybym jutro nie jechała do pracy... no ale jadę.

Komentuj (9)

23.05.2018 (19:56)

Od marca wkroczyłam na krętą ścieżkę diagnostyczną - odbywam wizyty i badania, dostaję diagnozy i umawiam terminy.
Okazuje się, że mam szyjny kręgosłup dokumentnie zwichrowany, ale szczęśliwie mam również szeroki kanał kręgowy, co powoduje, że są jeszcze wolne przestrzenie tam, gdzie ich już być nie powinno. Nie ma ucisków, a więc operacji też nie będzie, ale za to wskazana jest intensywna rehabilitacja.
Będą natomiast operacje obu nadgarstków i mam już powyznaczane terminy zabiegów. Z pewnością to ulga - czekać na operacje rąk, a nie kręgosłupa i mam nadzieję, że po tych zabiegach miną mi dolegliwości, o których wywoływanie podejrzewałam właśnie kręgosłup.

Wszędzie korzystam z legitymacji zasłużonego krwiodawcy, która od ubiegłego roku uprawnia jej posiadaczy do omijania kolejek do specjalistów, na badania i różne inne medyczne atrakcje.
Jestem w szoku - placówki medyczne respektują te uprawnienia bez żadnego problemu i mam nawet poczucie, jakby się wszyscy do mnie odnosili jakoś inaczej, jakoś grzeczniej i bardziej sympatycznie.
Na przykład termin oczekiwania na wizytę u neurologa z kilkumiesięcznego robi się trzytygodniowy i to z przeprosinami, że tak długo, bo pan doktor po drodze ma urlop. A dziś zaproponowano mi początek rehabilitacji na maj przyszłego roku, ale jeśli z legitymacją, to za tydzień.

Ostatni raz oddałam krew na miesiąc przed śmiercią Mamy. Potem była długa przerwa, bo jakoś nie mogłam znaleźć w sobie tego nadmiaru, którym mogłabym się podzielić.
Dziś poczułam, że chyba znów chcę - jeśli tylko mnie tam zechcą z takim peselem.

Komentuj (0)

26.05.2018 (21:11)

Prowadzimy ze Starym wiosenny bezmięsny eksperyment dietetyczny.
Po prostu postanowiliśmy od pierwszego majowego poniedziałku nie jeść żadnych mięs ani wędlin, tak powiedzmy przez miesiąc, że to niby takie wiosenne oczyszczenie organizmu, czy jakoś takoś.
Wydawało mi się to wtedy bardzo bohaterskim przedsięwzięciem, bo różne ja rzeczy w życiu rzucałam (w tym palenie!), ale mięsa to jeszcze nie.
Zaraz na wstępie postanowiliśmy zrobić wyjątek dla ryb i nie napinać się zbytnio - uda się to dobrze a jeśli nie, to i tydzień dobry.

No i cóż - okazało się, że jesteśmy bardzo dzielni, bo mija już trzeci tydzień!

Komentuj (3)

31.05.2018 (12:22)

Na Dzień Matki dostałam prezent zamówiony, a jest to dostęp do książek czytanych, takich do słuchania. Stanowi on niejako dopełnienie szafy pełnej włóczek i jest częścią projektu, pod hasłem przygotowania do zimy, bo zima, jak wiadomo, jest długa i ciemna i nie jest takie proste stawić jej czoła na odludziu, zadupiu i bezogrodziu.
W dodatku będzie ona częściowo poświęcona na naprawianie rąk i innych zepsutych podzespołów, no ale cóż - trzeba, bo ręce potrzebne.



Kiedy nie ma zimy, to jest ogród - całodobowo. Za dnia jemy w ogrodzie, drzemiemy i czytamy leżąc, dziergamy pod leszczynami... a nocą ogród wchodzi nam do domu przez otwarte drzwi i okna.

Niektórzy z nas relaksują się tak




a inni tak


Komentuj (0)

09.06.2018 (12:18)



No więc nareszcie mamy coś w rodzaju biblioteki. Muszę się jeszcze dobrać do branżowych książek Starego, ale to wymaga wtargnięcia do stajni Augiasza.

A po zamontowaniu schodów przyszedł wreszcie czas na podłogę w tylnej sieni. Kupiliśmy już deski sosnowe zwyklaste, takie jak mamy w pokojach.
Zastanawialiśmy się długo, czy czasem nie płytki, ale ostatecznie wygrały deski, bo położenie płytek musiałyby wygenerować grubszą rozpierduchę plus pod spód ogrzewanie podłogowe.
I weź tu potem człowieku z tymi psami, kiedy one nie lubieją podłogówki.
A deski położymy na tym co jest, czyli na płycie OSB, bez rozpierduchy. Bedzie cieplej samo z siebie, że tak powiem, bo drewno to drewno, wiadomo. Poza tym mamy w szopie wielki starożytny kaloryfer tubylczy z grubych rur, który zostanie powieszony pionowo na ścianie sieni przy drzwiach wyjściowych na ogród.

Trzeba powiedzieć, że nie cackamy się tu z podłogą. Mamy psy, które lubią się bawić także w domu, więc podłogi są podrapane i porysowane ich grubymi pazurami. Zaraz po położeniu deski były wycyklinowane i polakierowane i wymagałyby znów, ale nam się nie chce. Sosna jest miękka, więc nie ma rady.
Nigdy by nam do głowy nie przyszło twarde egzotyczne drewno w tym domu, bo byłby to klasyczny wół do karety, przy czym nie do końca jestem pewna... co tu wół, a co kareta.
Podoba nam się drewniana deska barlinecka, ale też jest za droga, żeby zaszaleć na takiej powierzchni.

Za nic w świecie nie chcieliśmy paneli, tych robionych z papieru, a udających różne drewna. One mają koszmarną dla mojego ucha akustykę - w mieszkaniu w bloku stukanie pazurków małego pieska czy obcasów butów ludzkich było nie do wytrzymania. Od razu było słychać, że po czymś dziwnym chodzimy.
No i jest ta sosna. I mimo wszystkich niedoskonałości, drugi raz zrobilibyśmy chyba to samo.

Jak widać, ważnym kryterium podejmowania różnych decyzji są u nas potrzeby psów, ale cóż - to one tu z nami mieszkają i są naszą rodziną.


Wczoraj pobrałam pierwszą prezentową książkę do słuchania. Córki Wawelu Anny Brzezińskiej to książka, na którą miałam chrapkę od czasu, jak tylko się ukazała.
Nie było jej w ofercie Audioteki, rozglądałam się więc, rozważałam kilka innych, zastanawiałam się jeszcze, aż tu nagle - jest w nowościach!
Pobrałam, działa - ponad 27 godzin słuchania!
Dziękuję Wam, moje bachorki.

Komentuj (2)

23.06.2018 (07:27)

W Gospodarstwie wielka nowina - kurka zasiadła na jajkach! Po takiej długiej przerwie, kiedy to każdego roku (od czerwca 2013) śledziliśmy wiosenne zachowania kurek i próbowaliśmy nawet różnymi guślarskimi sposobami zmusić je do prokreacji - wreszcie.

Zaabsorbowani końcoworocznymi obrządkami nie zauważyliśmy nawet, że się na coś zanosi.
Stary był na trzydniowym biwaku z młodzieżą, ja ganiałam do szpitala na zabiegi rehabilitacyjne, potem Stary pojechał na odczulanie i tak kręciliśmy się, myśląc tylko o tym pierwszym dniu wakacji, bo dziś przyjeżdża Młody.
Tymczasem kurka po czynnościach wstępnych, które zapewne były, ale ich nie zauważyliśmy - spędziła jedną, a potem drugą noc na gnieździe. Ma na razie pod sobą sześć jajeczek, jeśli siedzi już "na poważnie", to można jej pozwolić dozbierać jeszcze kilka, dziś i jutro.
Potem już chyba byłoby za późno, zresztą 10-12 jajeczek wystarczy, żeby jej się wygodnie siedziało, bo jak jest za dużo, to przy ich obracaniu i przekładaniu będzie miała za mało miejsca.
No więc czas start: od 21 czerwca odliczamy 3 tygodnie!

Inne newsy, to reorganizacja przestrzeni przy wyjściu do tylnego ogrodu. Drugi cis doczekał się kilka dni temu topiarowania - ach, jak mi się podoba efekt! Światło weszło w rejony, gdzie go nigdy nie było i widok z okien jest zupełnie inny, bo widać miejsca, które wcześniej były zasłonięte przez ogromne bryły zieleni. Na przykład z okien sypialni widać całą różankę.
Stary od lat już marudził z tymi cisami, że źle, że osie widokowe nie takie i w ogóle - trzeba przesadzić. A mnie ogarniało przerażenia na myśl o tym, jaka to będzie rozpierducha z przesadzaniem takich wielkich cisów.
No i wytopiarował.

A wczoraj oba cisy dostały w nogi hosty i liliowce.
Młody natomiast wysunął hipotezę, że te cisy zostały przycięte, żeby łatwiej nam było koty spomiędzy gałęzi wyciągać! Zwłaszcza Tofik, w początkach swojej kariery poza domem chował się zawsze w cisach i nie chciał zleźć. Trzeba go było podstępem zwabić, albo i siłą wydostawać.

A jeszcze się pochwalę, że kotki są bardzo obowiązkowe i prawie codziennie przynoszą nam na śniadanie myszy i nornice upolowane nocą.

Komentuj (3)

10.07.2018 (08:22)

Jeszcze tydzień temu siedziałam na plaży na Teneryfie, grzejąc nogi w gorącym czarnym piasku wulkanicznym.
Znów zobaczyłam kawałek dalekiego świata i pobiłam życiowy rekord długości lotu samolotem.
Cieszę się i doceniam, ale stwierdzam też, że tego typu wczasowanie i podróże to już nie jest mój świat.
Mam już głowę zupełnie gdzie indziej i moje ciało też chce tam być, razem z tą zawartością głowy, bo tylko to mi gwarantuje spokój i równowagę.

Wybieram się jeszcze w lipcu na zjazd ogrodowy, już trzeci raz z rzędu. Zobaczę znów po wielu latach Rogów i bardzo się z tego cieszę. To dla mnie dawne wspomnienia, kiedy to (chyba po pierwszym roku studiów) Stary miał praktyki w tamtejszym arboretum, a ja na krzywy ryj spędziłam tam z Nim kilka dni, ale uwierzcie - nie arboretum było mi wtedy w głowie!
Teraz będzie pod kątem towarzysko-ogrodowo-roślinnym, może się też uda poczynić jakieś drobne zakupy.

Tymczasem między wyjazdami załatwiam sprawy medyczno-urzędowe i nadrabiam różne gospodarskie wiśni zrywanie i takie tam.
Zrypany tydzień oznacza, że codziennie trzeba jechać do miasta - całe szczęście, że ten tydzień ma tylko cztery dni.

No i czekamy na kurczaczki (termin 11 lipca!).
Stary zrobił dla nich nową wolierkę; tym razem bardziej się przyłożył, bo miał lepsze materiały i narzędzia - no trzeba powiedzieć, że przez te kilka lat ucywilizowaliśmy się deczko.
Wolierka powstała częściowo z materiałów odzyskowych, ale kupiliśmy też nowe słupki i siatkę przeciwkretową podtrawnikową, która ma tę zaletę, że jest czarna i nie widać jej z kosmosu (w przeciwieństwie do zielonej siatki plastikowej, na której widok zęby same wyłażą z zębodołów).
Wolierka ma dach, bo maluchy muszą być chronione przed ptasiorami oraz przed Tofikiem, który lubi się lansować w kurniku i nawet czasem posypia na tamtejszym stryszku.
Wczoraj też Stary założył w kurniku przegrodę i przestawił kwoczkę razem z gniazdem na podłogę, w pobliże małych drzwiczek prowadzących do woliery. Już czas na to, bo pisklęta lada chwila zaczną się wykluwać i mogłyby pospadać z wysokości, jak się zaczną gramolić.
Bardzo się cieszymy, że będzie "młodzież" do powiększenia stadka, bo mamy w tej chwili już tylko osiem kurek i koguta. Kilka więcej by się przydało i tylko mam nadzieję, że nie ma tam w tych jajkach zbyt wielu kogutków, bo znów będzie kłopot, co z nimi zrobić.
Komu kogutka, komu?

Komentuj (0)

17.07.2018 (11:25)

Niestety, tym razem nie można mówić o sukcesie.

Po pierwsze: źle obliczyłam termin i ten właściwy miał być na 14 lipca.
Po drugie: trzeba było w odpowiednim czasie prześwietlić jajka i zostawić tylko zapłodnione.
Po trzecie: trzeba było sprawdzić (pławienie), które pisklaki są żywe i tylko te zostawić.
A po czwarte, ale chronologicznie pierwsze: trzeba było wyselekcjonować najlepsze jajka do wylęgu, a nie zdawać się na ślepy los.
Tak było poprzednim razem, kiedy debiutowaliśmy - wszystko było wtedy robione według wskazówek specjalistów.

Wczoraj rano wykluł się jeden pisklaczek i jak już teraz wiadomo - jedyny.
Dłuższe pozostawianie kwoczki na gnieździe było bez sensu, bo ona musi się zajmować tym małym, który już jest. Poszłam więc tam dziś i ostrożnie powyjmowałam spod kwoczki kolejno wszystkie jajka. Powkładałam je do miski z ciepłą wodą, jednak żadne się nie ruszało, a podobno te z żywymi pisklętami powinny wręcz podskakiwać.
Zabrałam jajka na pole, żeby tam w spokoju dokonać oględzin. Tylko w dwóch z nich były martwe pisklaki, pozostałe w ogóle nie były zapłodnione i po prostu wylała się z nich płynna zawartość jajka.
No cóż, to nauczka, jednak strasznie przykra.
No, ale.
Nie było głowy, nie było czasu, ciągła nieobecność/praca/wyjazd... i takie to są właśnie pożytki z gospodyni niepełnoetatowej.

Oby tylko teraz kwoczka zeszła z tego pustego gniazda. Maluch kokosi się tam pod nią i wygląda obiecująco, ale matka powinna go dziś wyprowadzić na zewnątrz. Poza tym takie długie siedzenie bardzo osłabia kurkę, a to już ponad trzy tygodnie.
Kwoczka bardzo łapczywie zajada podstawioną pod dziobek specjalną mieszankę smakołyków, którą przygotowałam dla piskląt - z dodatkiem pokrzywy, gotowanego jajka i twarogu. Karmi też jedynaczka do dziobka lub wypuszcza z dzioba drobinki i odpowiednim gdakaniem sygnalizuje mu, że ma to zjeść.

Mam nadzieję, że sama dziś zacznie schodzić, a jeśli nie, to na razie nie mam pomysłu.


Komentuj (0)

23.07.2018 (13:11)

Postanowiliśmy jednak dokupić jednodniowe pisklęta zielononóżki i w piątek po południu pojechaliśmy na Kaszuby.

Żeby zmylić nieco kwokę zapachowo, rozsypałam najpierw w całym kurniku (również w tym pokoiku wylęgowym) trochę suszonej lawendy i świeżej mięty i taki sam zestaw trafił do skrzynki, z którą pojechaliśmy po pisklęta. A jak kwoczka opuściła gniazdo, to zarąbałam jej jeszcze stamtąd garść słomy i wrzuciłam ją też do tej skrzyneczki.

No i stało się! Przywieźliśmy sobie w piątek dziesiątkę pisklaków, które wcale nie były jednodniowe, tylko dopiero się w ten piątek wykluwały. Wybieraliśmy te najbardziej suche, ale były tam i całkowite świeżaki i takie, które właśnie gramoliły się na świat ze skorupek.
Wieźliśmy je w głębokiej drewnianej skrzyneczce otwartej tylko górą, ale z pełnymi bokami, żeby im nie wiało do środka. Przez całą drogę trzymałam skrzynkę na kolanach i wystawiałam pisklaki ku słońcu, a Stary wyłączył klimę w aucie, żeby im nie było zimno.



Poczytałam, że trzeba je podłożyć wieczorem, jak już jest ciemno, bo wtedy jest mniejsze ryzyko odrzucenia obcych maluszków przez kwokę. Mieliśmy więc taki plan, że wyniesiemy skrzynkę na górę do słonecznego pokoju strychowego, gdzie będzie im najcieplej przeczekać do wieczora.
Jednak poszczęściło nam się, bo kwoczka z maluchem już spała. Poszliśmy więc ze skrzynką od razu do kurnika, gdzie kolejno brałam w rękę pisklęta i wkładałam je pod kwokę, tak żeby ich nie widziała. Małe nurkowały pod nową mamę całkiem sprytnie, a ona trochę się kokosiła, trochę się poprawiała, ale była spokojna.

Rano maluchy wyszły na wybieg!
Znaczy... ten jedynaczek wyszedł i potem dwa małe, a reszcie musiałam troszkę pomóc.
W pęczkach po trzy sztuki wystawiałam je na próg wyjściowy, skąd trochę schodząc, a trochę się turlając wydostawały się na zewnątrz. Niektóre były jeszcze słabiutkie, chwiały się stojąc na nóżkach, dosłownie było widać, jak im się te nóżki trzęsą. Co ciekawe, zupełnie im to nie przeszkadzało w śmiganiu, bo właśnie tak, śmiganiem, trzeba nazwać sposób, w jaki się przemieszczają. Wygląda to tak, jakby wprawiały się w błyskawiczny ruch posuwisty z punktu A do B i żadnych kroków nie sposób dostrzec!
Tak więc śmiganie szło im dobrze, ale jak się zatrzymywały, to im się znowu te nóżki trochę trzęsły. Tak było pierwszego ranka, ale w ciągu dnia z godziny na godzinę były coraz żwawsze i silniejsze i tak jakby nawet trochę inteligentniej wyglądały.
Wiem już jakim głosem małe wołają mamę (i ona wtedy od razu przychodzi) i jakim głosem ona woła dzieci.
Po pierwszym dniu na wybiegu oczywiście nie umiały wejść do kurnika - też im musiałam pomagać.



Stary zrobił profesjonalne furteczki do pokoiku wylęgowego, który został wydzielony dla kwoczki. Tam na gnieździe ustawionym na podłodze wysiadywała biedaczka te puste jajka i tam teraz przebywa ze swoim jedynaczkiem i dziesiątką podrzutków. Nad pokoikiem są skrzynki, do których pozostałe kurki znoszą jajka.
Furteczki zostały zrobione z desek i siatki przeciw kretom, a umocowane są na zawiasach i otwierają się, jak drzwi dwuskrzydłowe.
Kurka z małymi jest więc oddzielona od reszty stadka zarówno w kurniku, jak i na wybiegu, natomiast cały czas się widzą, słyszą i czują swoje zapachy.



Wczoraj już tylko cztery maluchy wymagały pomocy przy porannym wychodzeniu do wolierki, a dziś wyszły już wszystkie samodzielnie. Jest postęp, jest rozwój!
No to chyba udało nam się trochę oszukać naturę.

Natomiast nadal trzeba im pomagać w wieczornym wchodzeniu do kurnika, bo pochylnia jest dość stroma, a poza tym, one nie bardzo jarzą, od której strony mają się tam wdrapywać.
Jedynaczek umie to już od przedwczoraj, więc nauczą się i podrzutki, w końcu są między nimi cztery dni różnicy.

To teraz trochę o diecie.
Pisklęta jedzą swoją suchą mieszankę (kasza manna, kasza jaglana, kasza jęczmienna, bułka tarta, płatki owsiane, vibovit i kawa zbożowa) z dodatkiem siekanego jajka oraz siekaną pokrzywą i krwawnikiem. Dawałam im też twaróg, który moje kurki bardzo lubią, ale co ciekawe, kwoczka nie chce go jeść, ani nie daje go maluchom. Natomiast wciąż pałaszują go inne kurki - te które nie są mamuśkami.
Wczoraj dałam im trchę jogurtu naturalnego i nawet jadły, ale jeden maluch wlazł do tego jogurtu i ugrzązł w nim tak, że musiałam go wyjąć i opłukać mu nóżki z poidełku z wodą, bo sam by nie wylazł.
Maliny, kawałki jabłka i cukinii kwoczka zajada bardzo chętnie, ale małych nimi nie karmi.

I jeszcze taka ciekawostka. Do kurnika wchodzi się przez furtkę porośniętą powojnikami, które właśnie kwitną. Dziś jakiś płatek wplątał mi się we włosy i potem w wolierze spadł na ziemię. Kwoczka schwyciła go i rozgdakała się głośno, przywołując maluchy. Jeden schwycił płatek w dziób i w nogi, a cała reszta za nim z głośnymi piskami. A ja stałam z rozdziawioną paszczą i nie mogłam się nadziwić.


A w wolnych chwilach zajmuję się też przekazywaniem kociąt i telewizorów w dobre ręce.

Komentuj (7)

03.08.2018 (07:32)

Pewnego popołudnia, jako interludium w tej fali upałów przyszła burza.
W sąsiedniej wsi było chyba jakieś tornado, które powyrywało z korzeniami drzewa, poprzewracało ogrodzenia i pozrywało kable. My byliśmy na obrzeżach, ale wszystkie ściany domu mieliśmy mokre, jakby wiatr krążył i deszcz padał co chwila z innej strony. Z dachu woda wlewała nam się do ganku, a z poziomych rynien wychlapywała się na całej ich długości.
Nie było potem prądu i internetu przez dwie godziny, ale co najgorsze, to w ulewie utopiły nam się dwa kurczątka. Straciliśmy je przez naszą głupotę i brak wyobraźni, bo nie przyszło nam do głowy, że na tych naszych piaskach, które migiem pochłaniają każdy deszcz, tak szybo utworzy się jezioro i odetnie maluchom możliwość ratunku.
Dobrze, że choć inne udało się uratować, a byłoby znacznie gorzej, gdybym jeszcze dłużej w swojej głupocie ścierała podłogi, zamiast biec od razu do kurnika.
A wczoraj umarła nam jedna z dorosłych kurek - Stary znalazł ją nieżywą na gnieździe, kiedy wieczorem zamykał kurnik. Jeszcze dwie godziny wcześniej byłam tam i nawet się zdziwiłam, że już tak późno, a kurka siedzi na gnieździe.
Czy to była jedna z najstarszych seniorek i po prostu dokonała żywota, trudno powiedzieć.
Tak to jest z tymi zwierzętami - radość, przyjemność i satysfakcja, ale i to ciągłe umieranie, które niestety, trzeba też brać pod uwagę.

Jesteśmy teraz w krótkiej przerwie między jednym a drugim turnusem wakacyjnych gości.
Mamy też w planach sierpniowy wyjazd do Miasteczka, a Młody przyjedzie doglądać Gospodarstwa przez te kilka dni.

Z dobrych wiadomości: w naszym sklepie można już płacić kartą, co przybliża mnie do ideału, polegającego na nieoddalaniu się stąd na odległość rzutu kamieniem.
No i czekam, czekam, czekam na rewolucję.

A moje ręce czekają na skalpel i to już coraz bardziej niecierpliwie.

Komentuj (2)

24.08.2018 (21:51)

Wreszcie chyba zakończyłam wakacje, bo jestem już prawie po wszystkich wyjazdach i wizytach gości u nas, a było ich sporo i niektóre nawet zazębiały się o siebie wzajemnie.

Najpierw była Teneryfa - zdecydowanie ostatni mój wyjazd w takim trybie i formule. Choć było ich trochę i dzięki nim miałam szczęście zobaczyć kawał świata, to jednak pewne rzeczy się kończą i nie należy ich opłakiwać, tylko zostawić za sobą i iść dalej.

Potem był wyjazd na coroczny kilkudniowy zlot mojego forum towarzysko-ogrodowego i spotkania w świetnym miejscu z bardzo fajnymi ludźmi - gronem pasjonatów z całej Polski. Wspólnie zwiedziliśmy piękne arboretum w Rogowie, a przy okazji i muzeum reymontowskie w pobliskich Lipcach.

Potem tydzień spędziła u mnie Siora z rodziną, wożąc się niezmordowanie po nadmorskich kurortach, a po kilku dniach od ich wyjazdu miałam już innych gości na kolejny tydzień.
Byli to goście zupełnie niezwykli i ich wizyta była chyba dla mnie najważniejszym wydarzeniem tego lata. Do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy dojdzie ona do skutku, ale jednak się udało - ciocia Maryla, Beata i Krzyś, to byli oni.

Jeszcze nie wyjechali, a już przyjechał Młody, który część urlopu zgodził się poświęcić na doglądanie Gospodarstwa pod naszą nieobecność.
Pojechaliśmy więc do Miasteczka, które dla mnie jest już tylko miejscem, gdzie są groby naszych rodziców. Spotkałam się tam z moimi przyjaciółkami, a Stary odwiedził swoją siostrę. Pierwszy raz w życiu byłam też w jaskini "Raj", choć mieszkałam niedaleko od niej tyle lat.

W drodze powrotnej towarzyszyła nam już Młoda, z którą po drodze odwiedziliśmy na chwilkę znajomych w Łodzi. Młoda miała dwudniowe spotkanie z bratem u starych na chacie, a następnie on wyjechał, a ona została jeszcze na dwa dni.
Kiedy Młoda wyjeżdżała, już zapowiedziała się kuzynka z mężem i synem i właśnie dziś spędziliśmy miłe popołudnie w ich towarzystwie.
I tak dojechaliśmy prawie do końca sierpnia.

Czeka mnie jeszcze jeden wyjazd, ale to już tylko taki króciutki jednodniowy wybryk, za to dla mnie bardzo atrakcyjny.

Wakacje się więc już kończą, ale nie dla mnie, bo ja we wrześniu nie wracam do pracy. Zaczynam urlop zdrowotny i będę się naprawiać oraz ratować swoje zdrowie, jak zresztą wskazuje pełna nazwa tego urlopu.
Jeżdżę teraz codziennie do Miasta na kolejny cykl zabiegów rehabilitacyjnych. Poniżają mnie tam i poniewierają na różne sposoby, a ja się temu poddaję z ufnością.
Zaczęłam też w domu praktykować jogę, na razie dla początkujących i delikatnie, ale mam ochotę się tu nieco rozpędzić. Nie będzie to łatwe, bo wkrótce będę miała czynną tylko jedną rękę, ale jakoś muszę się ogarnąć, rozruszać, pozmieniać nawyki, bo w przeciwnym razie, przy moim nieruchawym trybie życia zamienię się tej zimy w jedną wielką kluchę.
Kiedyś miałam już taki urlop i wykorzystałam go bardzo zacnie; rzuciłam wtedy palenie - wreszcie skutecznie i bezpowrotnie, jak się okazało po latach.
Teraz też zamierzam zrobić ze sobą coś mądrego i naprawdę bardzo jestem zapalona do zmian i napraw.

Chciałabym się jeszcze oddać jakiejś działalności, której zwieńczeniem będzie rewolucja.
Bo na razie, jak proszę Starego, żeby mi sprawdził w internetach, czy już jest rewolucja, to wciąż tylko słyszę, że jeszcze nie.

Komentuj (1)

28.08.2018 (20:41)

Dowiedziałam się ostatnio, że przynajmniej sześć osób spoza najbliższej rodziny czeka na moje notki, więc muszę się trochę bardziej postarać!

W Gospodarstwie widać skutki długiego i ciepłego lata. Przytrafiają się różne anomalie, na przykład czarny bez ma owoce i jednocześnie kwiaty z drugiego kwitnienia, które nigdy mu się dotąd nie przydarzało.
Mamy znów sporo jabłek i gruszek, jest to też dobry rok dla pomidorów, których zebraliśmy już około trzydziestu kilogramów.

Kurczaki mają już ponad pięć tygodni; urosły i są już małymi kurkami. Wciąż dostają inne wzbogacone jedzenie, ale i wychodzą na duży wybieg, a od wczoraj sypiają już na grzędzie razem ze wszystkimi kurami. Już wiadomo, że trzy z nich to kogutki, trzeba się więc będzie pozbyć dwóch młodych i jednego starego Antonia, ale to pewnie dopiero na wiosnę.


Róże pięknie wchodzą w jesienne kwitnienie i choć mam ich już mnóstwo, to nie jest to jedyna moja kolekcja. Wzbogaciłam się w tym roku o kolejne sadzonki chryzantem zimujących w gruncie - tym razem to aż osiemnaście odmian i wszystkich razem mam już ponad trzydzieści. To moja kolejna kolekcja roślinna (po różach, liliowcach i liliach) i żeby się w tym ogarnąć robię znów zestawienia i tabelki. Moje chryzantemy różnią się wysokością (30-200 cm) i pokrojem krzewu, wielkością kwiatów (3-16 cm), ich kolorem i kształtem, no i terminem kwitnienia (od lipca do października).


Na razie młodziaki rosną w tymczasowym rozsadniku i są poddawane obserwacji i opryskom środkiem przeciwgrzybowym, bo odporność na choroby grzybowe nie jest ich najmocniejszą stroną.


Jesienią zostaną przesadzone na miejsca docelowe i żeby to miało ręce i nogi, to trzeba je odpowiednio podobierać. A oto niektóre z nich, te z poprzednich lat.


























Komentuj (5)

02.09.2018 (18:25)

Ostatnim wakacyjnym skokiem wybrałam się na Drutozlot do Torunia. Impreza była organizowana już po raz czwarty, a ja w tym roku na niej zadebiutowałam.



Poznałam dziewczyny znane mi dotąd tylko z Sieci - właścicielki blogów dziewiarskich, kanałów filmowych, sklepów, a także współdziewiarki z naszej świetnej grupy na fb i samą Matkę Założycielkę tej grupy. Z niektórymi z nich mogłam się nawet wyściskać i zamienić kilka słów, inne podziwiałam z daleka.
Przyjechały tłumy dziewiarek z całej Polski, przyodzianych w piękne ciuchy własnej produkcji. Różnorodność ogromna: od nastolatek i dojrzałych kobiet - wytatuowanych, zakolczykowanych, z najeżonymi lub wygolonymi asymetrycznie fryzurami i w nietuzinkowych kreacjach - po nobliwe panie w poważnym wieku i stonowanym stroju.
Był czas na podziwianie oferty wystawców, na zakupy i wspólne robótki. Wpadły mi w ucho różne ciekawe teksty, jak np.: tu jest kolejka, żeby się przedostać do kolejki (przy popularnym stoisku z włóczkami).

Kupiłam sobie kilka cudnych moteczków, choć nie powinnam na razie tego robić, ach nie, zważywszy zawartość szafy z włóczkami i zawartość portfela.



I napisała o nas prasa.



Komentuj (0)

06.09.2018 (12:31)

Nie mogę uwierzyć, że chociaż już wrzesień, to godzina szósta rano nie oznacza zrywania się z łóżka. Nie muszę wychodzić po ciemku i wracać po ciemku (no dobra, wiem, że to jeszcze nie ta pora roku przecież) i nie spędzam ponad czterdziestu godzin tygodniowo poza domem.

Rano po pierwszej łóżkowej kawie rozkładam matę i ćwiczę jogę. Znalazłam sobie w sieci angielskie filmiki z ćwiczeniami dla osób pracujących w pozycji siedzącej i cierpiących na bóle kręgosłupa. Z kilku filmików powybierałam fragmenty i ułożyłam sobie z tego sesję trwającą około siedemdziesięciu minut - w sam raz na poranne porozciąganie się i uelastycznienie gnatów. Początki były trudne, bo musiałam nauczyć się JAK, co oznaczało, że jednocześnie musiałam patrzeć na ekran z instruktażem i w całkiem innym kierunku, zależnie od wykonywanej pozycji. Teraz w czwartym tygodniu jest już łatwo i bardzo przyjemnie, bo jedyna trudność, to CO i KIEDY. Szkoda, że jak się już porządnie rozkręcę, to będę musiała zrobić przerwę na wykurowanie ręki.
O czym jednak nie mogę zapomnieć, to wyrabianie nawyków prawidłowego trzymania głowy i ramion, prowadzona od paru tygodni w trudzie i bólu, w dzień i w nocy. Szyja uczy się żyć po nowemu ale buntuje się i wierzga.

To pierwszy tydzień mojego długiego urlopu.
Codziennie zostaję w domu tylko ze zwierzętami. Koty jak koty, wiadomo, ale psy są naprawdę przeszczęśliwe!
Młode kurki już się całkiem usamodzielniły. Dziś pierwszy raz kwoka nie towarzyszyła im podczas porannego karmienia w wolierze, a od trzech dni jeden z kogucików trenuje już pianie. Żałosne to na razie i nieporadne, a brzmi jakby jakiś kot zamieszkał w kurniku i miauczał nie całkiem po kociemu. Kwoka natomiast od kilku dni ma coraz większy i coraz bardziej czerwony grzebień, co oznacza, że wkrótce powróci do znoszenia jaj.
Zbieram owoce, robię przetwory, pielęgnuję ogród i gotuję obiady. Bardzo dużo przetworów narobiłam tej zimy - głównie to mrożonki, ale też i trochę słoików. Wciąż jest jeszcze dużo pomidorów, a muszę też zagospodarować buraki, marchew, pietruszkę, pory i pasternak z warzywnika. Musze to zrobić szybko, póki obie ręce działają jako tako.

Patrzę sobie przez otwarte okna, jak pada deszcz i wydaje mi się, że właśnie zaczęłam wakacje.
A tam gdzieś za górami za lasami - bezpieczna droga do szkoły, lżejsze plecaki i dłuższe przerwy, komisje, zespoły, plany, arkusze, zakwasy interpersonalne i priorytety ministerialne, bitwy o wolne sale, pierwszy egzamin ósmoklasistów, rozbudowa placówki, dwudziestolecie lokalne i stulecie globalne (no! prawie globalne, ale zważywszy że jesteśmy przecież narodem wybranym to cała planeta powinna świętować).

A tutaj - wdech i wydech.

Komentuj (6)

13.09.2018 (19:14)

Łapka już przerżnięta i dobrze, bo podobno bardzo ciasno ten nerw miał już tam w środku - tak powiedział pan doktor operator. Byłam w szpitalu niecałe trzy doby, więc krótko i teraz sobie choruję w domu, co jest znacznie przyjemniejsze i nie muszę już na przykład słuchać cudownych porad z sąsiedniego łóżka, że na świeże rany pooperacyjne to najlepszy jest gęsi smalec z tranem.
Ciekawe czy też ze skwarkami.

Łapka trochę jest spuchnięta (ale nie bardzo) i trochę boli (ale też nie bardzo). Mam zmieniać opatrunek co drugi dzień i stawić się na zdjęcie szwów po dwóch tygodniach od zabiegu.
Trochę mi się jeszcze kręci we łbie, ale to pewnie objawy ponarkotyczne i po upuszczeniu krwi mej serdecznej w ilościach ponadnormatywnych.

Co mnie bardzo zdziwiło - już pierwszej nocy po zabiegu ustąpiło drętwienie tej ręki! Nie spodziewałam się, że to tak od razu będzie odczuwalne.

Bardzo wiele osób towarzyszyło mi w tym szpitalnym epizodzie, mnóstwo znajomych i rodzina... telefony, smsy, odwiedziny - bardzo to było miłe i jestem wszystkim ogromnie wdzięczna.
I tylko w środku czuję taki dekomplet, taki ból i pustkę, że nie ma Mamy i nie mogę zadzwonić i powiedzieć jej, że już, że po wszystkim i że dobrze poszło.

Komentuj (2)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów