Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


01.01.2018 (21:15)

Oj, coś mi się źle policzyło, bo to już prawie trzynaście lat tych moich bazgrołów...

Tegoroczne święta i okres międzyświąteczny były dość pracowite, bo wichura szalejąca w noc wigilijną przewróciła płot i trzeba było szybko coś z tym zrobić. Jako że był to płot wzdłuż jednego boku kurzego wybiegu, to powstała kwestia czy nie wypuszczać kur na wybieg, czy też wypuścić kury a nie wypuszczać psów z domu.
Rano więc po świątecznym śniadaniu chłopy poszły dokonać prowizorycznej akcji ratunkowej.
Po świętach kupiliśmy nową siatkę i jest już ładne nowe ogrodzenie, ale dziwnie tak jakoś... wzrok leci daleko, nie zatrzymuje się na sztachetach płotka, ucieka. No trudno - trzeba będzie puścić szaleństwo powojników po tej siatce bez duszy i uroku.

Posadziłam też po świętach około setki tulipanów i mam nadzieję, że nornice mi ich wszystkich nie wyżrą, zanim zakwitną. Z prac przedzimowych zostało mi okrycie róż, ale ponieważ zimy wciąż jeszcze nie ma, więc się z tym nie śpieszę - niech się hartują.



Komentuj (2)

10.01.2018 (17:31)

Taka sytuacja: jadę z pracy do domu dość zatłoczonym pekaesem; siedzę koło Grażynki, którą znam z tych dojazdów właśnie. Rozmawiamy no i się dowiaduję, że Grażynka wiezie dziesięć kilogramów świeżego dorsza_prosto_z_kutra, znaczy tym autobusem wiezie. Tyle zamówiła, więc się wywiązała, chociaż zamówiła na święta, a przywieźli jej dopiero dziś.
No to zdjęłam dziewczynie część ciężaru z ramion i zakupiłam w autobusie świeżą rybę po korzystnej cenie.

A czasem kupuję też ziemniaki na szosie. Znaczy tak: idę od przystanku do domu z niejaką Gośką, której rodzina uprawia ziemniaki w różnych odmianach. Pytam: Pani Małgosiu, a macie jeszcze vinetę? No i się dowiaduję, że mają, więc od razu pytam, po ile za worek. Potem wyciągam portfel i płacę od razu odliczoną kwotę, a wieczorkiem jej brat przywozi mi ziemniaki pod bramę.

Ach, jak ja to lubię.

Komentuj (5)

19.01.2018 (13:33)

Co się robi ze starymi kalendarzykami, takimi z torebki - latami zbieranymi, bo jak tu wyrzucić, skoro tyle ważnych rzeczy, tyle spraw i terminów? Ani spalić, bo nieekologicznie, ani na śmietnik, bo dane wrażliwe i głupio tak jakoś, na śmietnik takie rzeczy...
Ubiegłorocznego kalendarzyka już prawie nie używałam; przerzuciłam się zupełnie na smartfonowe notatki i przypomnienia, ale jeszcze go miałam i nosiłam w torebce przez część roku i to był chyba mój ostatni papierowy analogowy kalendarzyk z dawnych czasów.
I co teraz z tym wszystkim zrobić? Cała szafka kalendarzyków i nawet zajrzeć do nich nie sposób, bo już bez zaglądania można tylko płakać za tym wszystkim co minęło i za ludźmi, których chciałoby się choć raz jeszcze potrzymać za rękę.
Ale oni są już tylko w tych kalendarzykach i na zdjęciach, w przedmiotach i listach i nic się z tym nie da zrobić.

W Gospodarstwie zimowy zastój, ale są plany i zamiary. Stary zrobił ostatnio duży karmnik dla ptaków i zamontował w ogrodzie, na ściętym pniu modrzewia. Ale ptaki jeszcze o tym nie wiedzą, choć nasypałam im tam różnych różności, które częściowo ukradłam z kuchennej szafy z produktami sypkimi, a częściowo z wielkiego gara z ziarnem dla zielononóżek.



Nie mogę się doprosić Starego, żeby mi kupił słoninę dla sikorek, bo poprzednia już całkiem wyjedzona. W mieście słonina jest w sklepach mięsnych tylko rano, a Stary się wybiera jak już wykupią - i zdziwiony.
Zamówiłam więc słoninę w sklepie wiejskim i ma być na sobotę, ale to już z grubej rury zamówiłam, od razu cztery kilogramy, żeby kłopotu nie robić panu sklepowemu, co to przywiezie cały płat i ja ten cały płat wezmę.
Zrobię girlandę słoninek dla sikorek i będziemy z kotami oglądać to widowisko z różnych okien - ja pokojowo, koty z nieczystymi myślami.

A Staremu zagroziłam, że jak mi pan sklepowy naprawdę tę słoninę sprowadzi na sobotę, to ja się z panem sklepowym ożenię.
(gdyby mnie zechciał)

Komentuj (4)

25.01.2018 (19:50)

Co za styczeń jego mać, no ja nie wiem! Najpierw - w mordę z liścia po linii służbowej, potem ten kot, potem coś jeszcze a na koniec portfel. O trzech pierwszych opowiadać mi się nawet nie chce, bo już dość tego, że rozsadzają mi łeb i mącą spokój.

A dziś, wracając z pracy, zostawiłam na przystanku autobusu miejskiego portfel, a w nim trochę gotówki, dowód i kartę bankomatową. Zanim się zorientowałam, zjechałam na dół (do miasta), wysiadłam i... co robić? Nie mam grosza na taksówkę, żeby szybko wracać, nie mam biletu ani nie mam na bilet. Pojechałam więc na gapę z powrotem, na ten przystanek na którym wsiadałam, a wiedziałam, że zguba została na pewno tam, bo czekając na autobus, przepakowywałam na ławeczce torebkę i wyjmowałam portfel.
Na przystanku portfela już nie było.
Zadzwoniłam do banku, żeby zastrzec kartę, postałam na przystanku i popłakałam sobie trochę po ciemku, czekając na Starego, który już jechał wezwany na pomoc. Myślę sobie: w sobotę wsiadam do pociągu, wyjeżdżam na ponad tydzień i jak tu jechać - bez karty, bez dowodu?
Wtem - obcy numer dzwoni. Odbieram, a to pani Bożenka, woźna moja szkolna, bo jakiś pan dzwonił, że znalazł ten portfel i zostawił swój numer kontaktowy.
Pan, jak się okazało, wpisał mnie w google i znalazł wśród kadry pedagogicznej mojej szkoły, zadzwonił więc do szkoły.
Starsze małżeństwo czekało na mnie w swoim mieszkaniu w bloku i oddali mi wszystko, nawet żadnego znaleźnego nie zdołałam im wcisnąć!

Muszę w sobotę uważać, żeby nie wpaść pod pociąg.

Komentuj (8)

07.02.2018 (17:54)

Pod pociąg nie wpadłam.
Objechałam Polskę dookoła, a porwałam się na taką wyprawę, że nie wiem, czy jeszcze kiedyś w życiu się zdobędę. Nie było łatwo - ani emocjonalnie ani kondycyjnie.
Naczelną ideą były odwiedziny seniorów rodziny ze strony Mamy, a przy okazji i innych znajomych i krewnych Królika.
Cały plan został wykonany. Agata, Darek, Justyna, Krzysiek, ciocia Maryla, Beata i Krzyś, Gocha i Wiesiek, Marek i Halina, Paulina i Miłoszek, Ewelina, Mariola, Agnieszka i Maciej - to moje spotkania z pierwszego tygodnia ferii.
Zapętlenie emocji przypłaciłam strajkiem kręgosłupa jeszcze przed wyjazdem, a teraz, już po powrocie, testuję nowoczesne zdobycze farmakologii i wypoczywam, bo trzeba by jakoś wrócić do pracy.

Trochę grzebiemy się (jak zwykle zimą) w domowych udogodnieniach. Stary zrobił piękny równiutki sufit we frontowej części sieni, nałożył tam też na nowo tynki gliniane. Potem zabrał się za regały biblioteczne, które wreszcie przestały być deskami, a zaczęły być półkami.
Dziś zaczęliśmy malować je na dwa pędzle za pomocą mikstury autorskiej, która została już kiedyś wykorzystana przy malowaniu belek szachulca odsłoniętego na ścianie sypialni. Impregnuje ona i barwi drewno, dając mu aksamitną gładką powłokę, a jednocześnie nie zakrywając rysunku starego drewna.

Wtedy to została w naszym Gospodarstwie opatentowana mikstura o składzie:
1/2 l terpentyny
2 miarki rozdrobnionego (przez myszy) wosku pszczelego
2 łyżki stołowe lakierobejcy
(jeśli ktoś nie ma myszy, może sobie sam rozdrobnić ten wosk, nas ta robota ominęła, bo wosk został na zimę w szopie)
-----------------------------------
Legenda:
"miarka": stary klosz od lampy garażowej o pojemności ok. 400 ml
"łyżka": Ikea, seria Dragon
"lakierobejca": Dulux, palisander półpołysk


A nasze stare dobre małżeństwo celebrowało w miniony poniedziałek 35-lecie.

Komentuj (1)

11.02.2018 (09:45)

Po obejrzeniu wszystkich seriali o kosmitach, jakie są na świecie Stary wykonał zryw aktywności remontowej i muszę powiedzieć, że stan mu się utrzymuje.
A tak naprawdę, to zryw został chyba zapoczątkowany tę przez wichurę w noc wigiljną, bo pierwsza była wymiana zawalonego ogrodzenia.

Po wiosenno letnim wietrzeniu zamokłej ściany (koło drzwi do kuchni) został też wreszcie zakończony mały remoncik całej frontowej sieni. Jest nowy sufit, normalny - biały i gładki, a gliniana powłoka ścian też została odświeżona; i tylko nie mogę powiesić firaneczki nad oknem, bo jak kilka miesięcy temu schowałam kółka od karnisza w jakimś bardzo dobrym miejscu (żeby się nie zgubiły) to ślad po nich zaginął, co gorsza również ślad w mojej pamięci.
Było tak

i tak,

a teraz jest tak


O karmniku już pisałam.

Kolejnym krokiem było zamontowanie leżakujących już z pół roku kuchennych szuflad do wnęki pod piekarnikiem. Szuflady już działają i są zapełnione, ale brakuje im jeszcze frontów; robią się z postarzanych desek.

No i najważniejsze - te regały biblioteczne.
W sierpniu zostały kupione świerkowe deski, które Stary poukładał pod zadaszeniem przy domu i tak sobie leżały. Zaczął je nawet trochę malować, robić im zaokrąglone brzegi, ale potem miał operację łokcia i nie dokończył.
Przed zimą wnieśliśmy deski do największego pokoju, żeby tam mogły kontynuować leżenie, a teraz wreszcie - są półki! Wczoraj malowaliśmy je, a przy okazji machnęliśmy też drzwi i belki szachulca, odsłoniętego w tym pokoju równo rok temu (jak widać na zdjęciach, po drodze było jeszcze tynkowanie kwater gliną).







Komentuj (7)

04.03.2018 (18:08)

W niedzielne popołudnie rzuciłam się biegiem do ogrodu, bo nagle do mnie dotarło, że to już przecież marzec, a w lutym trzeba było ciąć powojniki; naprędce zrobiona ściąga pomogła mi w rozróżnieniu, które silnie, a które słabo. Szkoda że mi się wcześniej nie przypomniało, bo nasiona z tubylczego powojnika botanicznego bardzo lubią kury, a teraz już spały i nie mogły skorzystać. Dlatego też zostawiłam jeden powojnik sobie i kurom na kiedy indziej.
Kilka dni temu jedną z kurek porwał jakiś jastrząb czy inny potwór, a może nawet był to orzeł biały lub biało-czerwony, kto wie - czasy takie ciężko patriotyczne, że strach się bać.

Powoli topnieje śnieg i wyłażą spod niego coraz większe trawiaste połacie i nie mogę się już doczekać, kiedy będzie można sobie chodzić po ogrodzie z piwem, popijać z butelki i grzebać patykiem w palonych pozimowych gałęziach i suchych badylach.

Zamówiłam sobie dziesięć nowych róż, żeby był jakiś ruch w tym interesie. Mam na wiosnę sporo planów związanych z przesadzaniem róż, trochę je muszę przeorganizować, tym bardziej, że na urodziny dostałam piękną drewnianą konstrukcję na trejaż do dolnej różanki, tam gdzie mam największe różane potwory. Wreszcie będą się miały na czym oprzeć.

Ostatnio weszłam na drogę zmierzającą do ponownego zdiagnozowania mojego kręgosłupa szyjnego. Pokonuję więc kolejne etapy i przeszkody, a gdzieś tam na końcu jest to, od czego zaczęłam, czyli wizyta u mojego neurochirurga. Najpierw jednak muszę mieć wynik rezonansu, a to nie tak znowu hop. Zamierzam jednak zrobić użytek z mojej legitymacji zasłużonego krwiodawcy, bo podobno respektują i można się domagać skrócenia różnych kolejek.

No i cóż - starzejemy się powolutku.

Komentuj (0)

07.03.2018 (19:17)

Jestem chora, co poznać można po tym, że śpię w dzień - przespałam dziś całe popołudnie. Migdały palą mnie żywym ogniem i zaniemówiłam dokumentnie. Dziś po pracy zaliczyłam nieudany szturm na przychodnię - lekarz nie zajrzał w me gardło płomienne, ani nie wypisał mi zwolnienia, więc jutro z rana nacieram znów. Rok temu w marcu miałam zapalenie oskrzeli, a potem kaszel kilkumiesięczny i nie chciałabym znów.
Miałam dziś także sukces, bo udało mi się złożyć do ZUSu pewne papiery. Teraz czekam na odpowiedź, czy jestem uprawniona do kroku, który sprawi, że będę biedna jak mysz ale wolna jak ptak (lub: wolna jak ptak, ale biedna jak mysz - ustawienie priorytetów należy do mnie).

Siła kobiet jest nieprawdopodobna. Jedna babka na fejsbukowej grupie dziewiarek poddała pod dyskusję pewien pomysł, związany z organizacją cyklu szkoleń/studiów/kursów umiejętności zawodowych obejmujących konstrukcję wyrobów dziewiarskich, cechy różnych wełen i włókien, pracę na drutach, szydełku, manualnej maszynie dziewiarskiej, ręczne tkanie i przędzenie. Trwa dyskusja - kolejne dziewczyny zabierają głos, a pomysłodawczyni wszystko analizuje i na bieżąco odpowiada. Miałoby to być adresowane do osób, które chcą zdobywać umiejętności dziania ręcznego i projektowania dzianin w bardziej profesjonalny sposób niż od babci czy koleżanki. Rozważane są różne tryby organizacji i sposoby finansowania takiego pomysłu, a także współpraca z ośrodkami we Włoszech, Anglii i Francji.
Odzew jest taki, że chyba coś z tego wyjdzie i jeśli tylko podołałabym finansowo, to chyba jestem zainteresowana.

Stary posłuchał jak mu to opowiadałam i zapytał, czy my w tych mediach społecznościowych nie mogłybyśmy zrobić jakiejś rewolucji.
Jak widać nie - nikomu się nie chce babrać w tym gównie, a tymczasem czas mija i coraz mniej nadziei, że to się kiedyś skończy.

Niektórzy twierdzą, że tylko kobiety byłyby w stanie rozwalić ten cholerny system.
Niekoniecznie dziewiarki.

Komentuj (1)

12.03.2018 (14:40)

Od lat robię drzewo genealogiczne mojej rodziny w portalu MyHeritage. Korzystam z najskromniejszego bezpłatnego pakietu i na razie to mi wystarcza.

Zaczęłam się w to bawić w 2010 roku, w każdym razie wtedy poprzenosiłam do portalu to, co wcześniej miałam na kartkach i w różnych zapiskach.
Drzewo ma być kiedyś dla moich dzieci, więc rozbudowuję tylko dane dotyczące osób, które są z nimi spokrewnione przez więzy krwi, a nie na przykład przez zawarte małżeństwa.

Ostatnio dzięki pomocy krewnych z różnych gałęzi drzewa zdołałam pouzupełniać sporo danych. Niektóre osoby z pokolenia moich dzieci można znaleźć na fb, a jeśli są i zdjęcia, to je stamtąd kradnę i miniaturki portrecików dodaję do drzewa.
Portal ma różne mechanizmy pozwalające przeglądać osoby uszeregowane według różnych kryteriów: nazwisk i imion, dat i miejsc urodzenia i śmierci. Można też wyświetlać poszczególne fragmenty drzewa, ale całego nie bardzo, bo w żaden sposób nie mieści się na ekranie i trzeba latać z prawa w lewo z suwakiem. Zabawa na długie godziny.
Mam w tym drzewie na razie 310 osób.

Komentuj (2)

17.03.2018 (18:30)

Spędziłam dziś kilka godzin w słupskim teatrze, gdzie zaliczyłam fragment obrad Kongresu Kobiet. Udało mi się zdążyć na wykład prof. Magdaleny Środy, po którym był panel dyskusyjny n.t. "Inny, obcy, gorszy?" z udziałem m. in. prof. Moniki Płatek, którą wielbię szczerze.
Następnym punktem była dyskusja o kobietach w polityce - z Barbarą Nowacką, Joanną Scheuring-Wielgus, Joanną Muchą, Agnieszką Dziemianowicz-Bąk i Ewą Lieder.
Rozleniwiona po tej chorobie i długim siedzeniu w domu z trudem się wybrałam na to lodowate zimno, ale nie żałuję i chwilowo czuję się zaspokojona społeczno-politycznie.
Teatr był pełen i to jest ważne.

W ten weekend w Gospodarstwie odbyły się też pierwsze Nielegalne Warsztaty Farbowania Wełny, w których realizowałyśmy się z Ewką jako instruktorki, uczestniczki, beneficjentki oraz personel sprzątający w jednym.
Farbowałyśmy trzy rodzaje wełny: Trekking (Zitron Atelier, skład: 75% wełna, 25% poliamid, 100g = 420m), Misina (Lana Gatto, Skład: 100% wełna merino, 100g = 200m), Perlata D'Australia (Lana Gatto, Skład: 100% wełna merino, 100g = 466m).
Używałyśmy najzwyklejszej farbki z motylkiem, na mokro i na sucho. Zmoczone motki i pasma wełny barwiłyśmy przez nanoszenie roztworu barwnika punktowo (łyżeczką) i sypanie suchymi paproszkami. Potem było utrwalanie koloru - parzenie w garnku w minimalnej ilości wody albo parzenie wełny zwiniętej w folię spożywczą na sitku ustawionym na garze z wrzątkiem.
Warsztaty uważam za bardzo udane i znów nauczyłam się czegoś nowego.

















Komentuj (10)

05.04.2018 (21:33)

Kiedy mi się wydawało, że już jestem całkiem zdrowa i wróciłam do pracy, to się okazało, że wcale nie byłam. Minął już miesiąc, odkąd mnie zaczęło boleć gardło i chyba przeszłam w tym czasie ze trzy różne fazy choroby, a nie za bardzo jestem zdrowa.
Po drodze zaraziłam Starego, który zachorował i wyzdrowiał, posiałam pomidory i sałatę, urządziłam święta i zrobiłam na drutach pierwsze w życiu skarpetki.
No i jutro chyba się znów wybiorę do lekarza, żeby sprawdzić, czy jemu też się nie podoba moje gardło, tak jak mnie się ono nie podoba.

Tymczasem nadeszła wiosna.
Dziś są, dziś byłyby urodziny Mamy - osiemdziesiąte piąte.

Komentuj (0)

06.04.2018 (21:24)

Co roku się odgrażam, że już ostatni raz i potem znów się w to pakuję. Nie umiem uprawiać warzyw - albo to ta ziemia jest jakaś beznadziejna, albo za dużo mam tu bieżącej roboty ogrodowej w sezonie i na warzywa nie wystarcza mi już czasu, więc po prostu są zawsze zaniedbywane.
Ubiegłoroczna marchewka, pietruszka i cebula wyglądały tak, że nawet ich jesienią nie zebrałam z pola, bo nie było czego zbierać. Zawsze powtarzam, że mój warzywnik wygląda tak, jak by się małe dzieci z przedszkola bawiły w uprawę ogródka.

No i cóż - znów kawał ziemi jest przygotowany do zasiewu. Kilka dni temu sami darliśmy pazurami perz, który się tam zasiedlił w ubiegłym sezonie.
Jest to całkiem nowe miejsce pod warzywnik, porządnie nawiezione obornikiem i zwapnowane, więc może wreszcie się uda. Jutro inauguracja - posadzę cebulę, która moczy się od wczoraj w wodzie wapiennej; wiem od rolnika z naszej wsi, że to zabezpiecza cebulę przed robalami.
Kupiłam też nasiona skorzonery, która była moim ubiegłorocznym eksperymentem i bardzo nam zasmakowała.
I wyraźnie mam coś z głową, bo kiedy tak patrzę na ten zagon, to zaczyna mi się błąkać po głowie myśl: a może by tak rządek ziemniaków posadzić?

Można już prawdziwie wiosennie pracować w ogrodzie i codziennie coś robimy. Stary pracuje przy pergoli do róż, na którą materiał dostałam na urodziny, a teraz trzeba ją zamontować na dolnej różance.
Ja zaczęłam przycinanie niektórych pnących róż - te można poskubać wcześniej, więc sobie pozwalam. Dziś przycięłam też gruszę klapsę i ostatnią jabłonkę. Z pozostałymi uporałam się wcześniej, ale to były niskie nieduże drzewka, a do do tych dwóch to już musiałam przystąpić z drabiną.
A jeszcze wcześniej było marcowe cięcie powojników, winorośli i hortensji bukietowych, więc to też można odhaczyć.

Pod folią mam posianą rzodkiewkę i koperek, a na parapecie w dużym pokoju oprócz pomidorów zieleni się już sałata i rukola, zatrwiany, trawa pampasowa i inny drobiazg.
Pomidory wzeszły mi tej wiosny pięknie i już część przepikowałam pojedynczo do kubełków. Mam jedenaście odmian, będę mogła porozdawać rozsadę koleżankom.

Kupiliśmy też dziś zaostrzone impregnowane paliki, z których będzie płotek górnej różanki.
A na naszym polu w tym roku posiane jest żyto.

Komentuj (2)

03.05.2018 (13:21)

Było tak...
Wchodzę furtką na frontowe podwórko i już od razu czuję zapach róż. Po kolei powtarzam sobie ich nazwy i liczę. Najpierw tuż przy furtce Moonlight, pod oknem jadalni Angela i dwie kanadyjki Alexaner McKenzie, a pod kuchennym oknem New Dawn - to już razem pięć. Teraz przy schodach na ganek - po lewej Martha, a po prawej Alba Maxima i dwie Sympathie. Razem na frontowym podwórku dziewięć, prawie wszystkie odmiany silnie pachnące.
To skręcamy za szopę. Tu na ścianie rozpięta jest ogromna pnąca Lykkefund. Potem mijamy schowaną w bukszpanowym szpalerze młodą Flamentanz wyhodowaną z odrostu i już blisko jest do dolnej różanki. Jedenaście.
Na różance liczę dalej. Około piętnastej potknięcie, pomyłka i już nie wiem, ile to było - czternaście czy piętnaście? No to w wracam do furtki i zaczynam jeszcze raz od początku.

Znam wszystkie moje róże po imieniu, jest ich około stu trzydziestu, co wprawdzie nie wystarczyło, żeby zająć cały potrzebny czas, ale kiedy doszłam do końca, byłam już tak wyciszona, że mogłabym chyba zasnąć.

Ten spacer był w mojej głowie, bo taki plan liczenia róż sobie ułożyłam, żeby zająć myśli otumanionej prochami głowy i przetrwać te dwadzieścia minut w rurze aparatu do rezonansu magnetycznego. Albowiem przy pierwszej próbie, jakieś dziesięć dni wcześniej, dostałam ataku paniki po wsunięciu do rury i badanie się nie odbyło.
Teraz się udało, dzięki różom i relanium - 5mg wieczorem poprzedniego dnia i 10mg na godzinę przed badaniem.
Alleluja!

No ale w papierach mi wpisali że klaustrofobia, widział to kto.

Komentuj (3)

05.05.2018 (08:59)

Na lutową rocznicę wymyśliłam dla Starego taki prezent - duże drzewo. Dostał bon upominkowy do realizacji w fajnej szkółce i miał sobie wybrać drzewo do ogrodu, a że była zima, to z realizacją na wiosnę. Stary wymyślił, że to drzewo, to będzie platan i pan szkółkowy dostał zlecenie, że proszony jest o poszukanie platana.
Jakiś czas temu zadzwonił, że trzymetrowy platan z renomowanej szkółki od p. Szmita już jest. W dodatku okazało się, że spora część kwoty została jeszcze do wykorzystania.
Pojechaliśmy więc wczoraj, połaziliśmy i po namyśle oraz niewielkiej dopłacie - do platana dołączył grab kolumnowy, jeszcze wyższy.

Dwa duże drzewa w donicach przyjechały wczoraj i stoją już sobie w miejscach docelowych. Niech się przyzwyczajają.

Komentuj (1)

07.05.2018 (17:16)

Jechałyśmy z Miśką do domu i zachwycałyśmy się polami kwitnącego rzepaku. Jak pięknie wygląda, jak pachnie, jaki to charakterystyczny widok.
I stwierdziłyśmy romantycznie, że ten nasz polski rzepak, to prawie tak jak ta francuska lawenda...

I zaraz potem nastąpiła konkluzja: no cóż - jaki Macron, taka lawenda!

Komentuj (1)

13.05.2018 (20:12)



Na obiad dziś była zupa ogórkowa posypana siekaną pokrzywą, a potem omlet z pokrzywami.
Duszone na maśle pokrzywy są dużo lepsze od szpinaku i w odróżnieniu od niego mają swój smak - trochę jakby grzybowy. W połączeniu z jajkami czy makaronem - rewelacja.
Nie lubię natomiast pokrzyw odgrzewanych następnego dnia, bo nabierają jakiegoś dziwnego piwnicznego posmaku.

Można powiedzieć, że od wczoraj mamy schody. Co prawda jeszcze nie wszystko jest podokręcane, ale już można chodzić i skwapliwie korzystają z tego koty, które WRESZCIE same wychodzą i wchodzą przez strych.
Na przykład jest tak: zostawiamy rano koty w domu, a jak wracamy z pracy, to Tofik lansuje się w kurniku, przechadzając się pomiędzy kurami.
O ile nasze psy i koty w domu funkcjonują wzorowo, to na zewnątrz już niekoniecznie. Koty muszą się nauczyć, że biegnący kot jest ścigany przez psa. Lusia raczej to rozumie, Tofik niezbyt. W ostatnich dniach trwają ćwiczenia w terenie i koty już wiedzą o co chodzi, ale jeszcze czasem się zapominają.

Schody będą najprostsze, bez podstopnic, bo to tylko schody na strych i muszą pasować do naszej sieni, a nie do Wersalu. Poręcz jeśli będzie, to od trony ściany.
Stary sam sobie te schody rozrysował i sam je zrobił od początku do końca, jak to on.
Niektóre stopnie będą przykręcone do policzków, a inne nie. Fizyka zrobi resztę, jako rzecze Stary.
Pierwszy stopień na dole będzie szerszy i utworzy podest do posiedzenia sobie z kotkiem na kolanach - taki jest plan.





Wiosna jest w tym roku bujna, jak nigdy i maj bez przymrozków.
Posadziłam już w foliaku wszystkie pomidory, wcześniej niż zwykle, a mimo to niektóre od razu z pąkami kwiatowymi. Jemy już własną sałatę, rukolę i rzodkiewkę.
Drzewka owocowe kwitły bardzo obficie i wielkimi jak nigdy kwiatami. Zawiązały też masę owoców, a wszystko to dzieje się w jakimś szaleńczym tempie - szybko, dużo i wszystko naraz - jakby zaraz miał być koniec świata.

Gdybym jutro nie jechała do pracy, to miałabym taki plan - od rana iść do maliniaka i powyrywać wszystkie pokrzywy, które lada dzień zaduszą mi te biedne maliny. Część z nich mogłabym nastawić na gnojówkę, żeby mieć potem do podlewania róż, a resztą wyściółkować międzyrzędzia w warzywniku.
Mogłabym to zrobić, gdybym jutro nie jechała do pracy... no ale jadę.

Komentuj (9)

23.05.2018 (19:56)

Od marca wkroczyłam na krętą ścieżkę diagnostyczną - odbywam wizyty i badania, dostaję diagnozy i umawiam terminy.
Okazuje się, że mam szyjny kręgosłup dokumentnie zwichrowany, ale szczęśliwie mam również szeroki kanał kręgowy, co powoduje, że są jeszcze wolne przestrzenie tam, gdzie ich już być nie powinno. Nie ma ucisków, a więc operacji też nie będzie, ale za to wskazana jest intensywna rehabilitacja.
Będą natomiast operacje obu nadgarstków i mam już powyznaczane terminy zabiegów. Z pewnością to ulga - czekać na operacje rąk, a nie kręgosłupa i mam nadzieję, że po tych zabiegach miną mi dolegliwości, o których wywoływanie podejrzewałam właśnie kręgosłup.

Wszędzie korzystam z legitymacji zasłużonego krwiodawcy, która od ubiegłego roku uprawnia jej posiadaczy do omijania kolejek do specjalistów, na badania i różne inne medyczne atrakcje.
Jestem w szoku - placówki medyczne respektują te uprawnienia bez żadnego problemu i mam nawet poczucie, jakby się wszyscy do mnie odnosili jakoś inaczej, jakoś grzeczniej i bardziej sympatycznie.
Na przykład termin oczekiwania na wizytę u neurologa z kilkumiesięcznego robi się trzytygodniowy i to z przeprosinami, że tak długo, bo pan doktor po drodze ma urlop. A dziś zaproponowano mi początek rehabilitacji na maj przyszłego roku, ale jeśli z legitymacją, to za tydzień.

Ostatni raz oddałam krew na miesiąc przed śmiercią Mamy. Potem była długa przerwa, bo jakoś nie mogłam znaleźć w sobie tego nadmiaru, którym mogłabym się podzielić.
Dziś poczułam, że chyba znów chcę - jeśli tylko mnie tam zechcą z takim peselem.

Komentuj (0)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów