Zdążyliśmy. Grządki przygotowane.

Mnóstwo pracy poszło jesienią w przygotowanie tego kawałka, bo był tam zagajnik śliwek samosiejek i trzeba było najpierw rozebrać fragment ogrodzenia, potem te drzewka wyciąć i wykarczować pnie a wreszcie przekopać porządnie, wyciągając z ziemi plątaninę korzeni po śliwkach i po pnącej róży, która porastała wcześniej ogrodzenie.
Stary przywiózł dziś na te przyszłe grządki z dziesięć taczek obornika i przekopał płytko; teraz, nawet jak znów przymrozi i poprószy, to już wszystko będzie tam pod spodem pracować po cichutku na przyszły sukces hodowlany ("Mamofyen ze wsi SD wyhodowała marchew wielkości litrowej butelki po winie").
Będę teraz miała warzywne grządki blisko domu, tuż przy tylnym wyjściu, które jest otwarte przez całe lato niczym wrota obory. Znajomi, którzy też mieszkają na wsi, w prawdziwej wiejskiej chałupie, powiedzieli nam kiedyś, że u nich drzwi do domu są przez cały dzień zamknięte, również latem. No ja nie wiem, jak oni to robią.

Ja zajmowałam się dziś w obejściu bardziej poetyckimi sprawami, a to pobrałam materiał na sadzonki zielne z moich trzech lawendowych krzaczków (bo lawenda pokazała się właśnie dziś spod śniegu), a to wdzięcznie porozkopywałam czubkiem kaloszka piękne, świeże kretowiska, a to odmiotłam śnieg z salcesonowego placyku przy drzwiach ogrodowych. Przyniosłam też od razu trochę piasku na podłoże do tych sadzonek i wyprażyłam go w piekarniku.
Udrożniłam sobie wyjście przez tylną furtkę; będę teraz mogła znienacka wychodzić rano do pracy bez budzenia domowników okrzykiem: "hej, chłopy, wstawajta i otwórzta mi bramę!"
Mamy bowiem, na skutek grudniowych mrozów, trudności komunikacyjne - rządek cegieł pod bramą spuchł (pewnie spuchł ten lód pod spodem) i brama nie jeździ swobodnie, tylko szura po cegłach, a to już zabawa nie dla mnie; próbowałam, to wiem.

Wyszłam też dziś za furtkę ogrodu, a tam coś jakby wiosna, trawa prawie wszędzie pokazała się już spod śniegu i zapach jakiś inny od pól.
No i co - i poryczałam się.
I definitywnie posprzątałam wszystkie świąteczne dekoracje. Dość. Teraz na oknie w jadalni stoi antydepresant w postaci wielkiego bukietu zielonych brzozowych gałązek i forsycji z żółtymi kwiatkami.

Okazuje się, że płacimy tu horrendalne pieniądze za prąd. Myśleliśmy najpierw, że to normalne w okresie przejściowym, z powodu remontu i używania prądożernych potworów betoniarkopodobnych, ale remont dawno się skończył a tendencja się utrzymuje. Zaczęliśmy więc liczyć kilowaty (kilowatogodziny?), notujemy, obserwujemy - ciekawe, co z tego wyniknie.
Nie poczuwamy się do konsumpcji tego, co wskazuje licznik.


Tak napisali inni:

Mam

  21.01.2011, 16:36   178.217.39.194
:)

el

  21.01.2011, 14:59   195.150.233.34
wiesz co? znalazłaś swoje miejsce na ziemi.dajesz nadzieję tym, co wciąż szukają.

Mam

  21.01.2011, 09:43   178.217.39.194
No wiesz, musiałam sobie wyciąć w krzaku forsycji dojście do tylnej furtki. A rozwinęły się już w wazonie...

pi

  20.01.2011, 23:30   89.75.82.19
Mam, wiem, że jesteś Czardziejka, ale skąd wytrzasnęłaś kwitnące forsycje?
Ownlog.com :: Wróć