Sierpień się skończył, czas się wyspowiadać z moich lawendowych prób i błędów. Jak pisałam, mam lawendę w czterech różnych fazach rozwoju. Pokażę dziś, jak roślinki się pozmieniały w ciągu tego sezonu.

Najpierw te kupowane. Ładnie wyglądają zarówno te z zeszłego roku jak i tegoroczne, chociaż bardzo różnią się od siebie. Jedne i drugie kwitły, ale pokrój mają całkiem inny.

Te stare nie są zbyt wysokie, ale bardzo gęste, zwarte i mają grube pędy.









Tegoroczne natomiast mają pokrój luźny i filigranowy, gałązki cieńsze ale i dużo dłuższe, co zresztą może mieć związek z całkiem innymi warunkami, w których rosły – nie miały tyle słońca, co tamte stare i miały towarzystwo za blisko.







Sadzonki ukorzeniane w skrzyneczce i wysadzane potem do gruntu zawiodły mnie na całej linii. Niby wszystkie się przyjęły, ale niewiele urosły i roślinki są nieładne, wyglądają, jak patyki z listkami. Niektóre z nich kwitły, ale nie wszystkie. Za to wszystkie aż się proszą o przycięcie.







Zdecydowanie najbardziej godny polecenia jest wysiew z nasion. Tu efekt jest najbardziej spektakularny, choć i roboty najwięcej i najbardziej to wszystko rozciągnięte w czasie. Za to z nasionka małego, jak kropka na końcu tego zdania, po pięciu miesiącach od wysiewu mamy nieprawdopodobny przyrost masy! A krzaczki są silne, gęste, o grubych zdrowych pędach, aż miło patrzeć. Dwa z nich nawet chciały zakwitnąć, ale urwałam pędy kwiatowe, bo czytałam, że są za młode na takie wyczyny i w pierwszym roku tak trzeba zrobić, żeby maluszki niepotrzebnie się nie wysilały.









Większość moich lawendowych krzaczków zmieni na wiosnę miejsce zamieszkania. Poprzesadzam je już na pole, a tam wszystkie będą miały jednakowe warunki: piach i słońce, czyli to, co lubią.

A jesienią mam zamiar wypraktykować jeszcze jeden sposób rozmnażania lawendy – wysieję nasionka do gruntu, żeby się zimą wystratyfikowały w naturalny sposób.


Tak napisali inni:

Mam

  03.09.2011, 13:47   178.217.39.194
:)

DoDa

  03.09.2011, 11:15   178.217.39.194
Czytam i uczę się od Ciebie. Kurczę! A ja pozwoliłam jednorocznej zakwitnąć. Ba nawet dumna byłam,że zakwitła. Co prawda kwiatuszek mizerny, ale kwiatuszek. Do głowy mi nawet nie przyszło urwać. Teraz już wiem.

Ale pochwalę się. Również sama rozmnożyłam moje krzaczki i.... i przyjęły się. Zatem czytywanie Twoich porad nie poszło w las. Dzięki.

pi

  02.09.2011, 21:56   89.73.147.13
Podoba mi się, że najprostszy sposób okazał się najefektywniejszy. Gratuluję lawendowych sukcesów :-)
Ownlog.com :: Wróć