Siedziałam przy stole i jadłam śniadanie, spoglądając w okno, kiedy moim oczom ukazała się króciutko ostrzyżona, elegancka szczupła pani z wiadereczkiem, idąca drogą od wsi. Minęła nasz dom i poszła dalej, w stronę pola.
-O, idzie na nasze grzyby - zażartowałam, ale wstałam i podeszłam do przeciwległego okna. Kobieta rzeczywiście szła sobie, jakby do naszego lasku.
Wyszłam do ogrodu i dalej do furtki prowadzącej na nasze pole. Patrzę, a baba już u nas w odwiedzinach i penetruje pierwszą kępę brzózek, zaglądając to z tej, to z tamtej strony, spokojnie, jak u siebie, nie kryjąc się wcale. Prawie w lawendę mi wlazła, rozgarniając wysoką trawę pod drzewami.

Wyszłam spomiędzy drzew i powiedziałam głośno:
-Dzień dobry, słucham panią?
-A ja jestem od Warszawskiej* - powiedziała.
-A kto to jest Warszawska? - zapytałam, bo ja rzeczywiście nie bardzo znam tu ludzi po nazwiskach, ale zanim skończyłam, to już mnie oświeciło, o kim mowa. Warszawska, to pani w słusznym wieku i w pretensjach, która co prawda mieszka w naszej wsi już od ładnych paru lat, ale zawsze podkreśla, że całe życie mieszkała W WARSZAWIE i najwięcej rodziny ma W WARSZAWIE i tak naprawdę jest Z WARSZAWY, a tutaj, to dopiero od niedawna. Jak mówi, przyjaźniła się z poprzednią właścicielką naszego domu.
-Jestem jej córką. Pani zna moją mamę - powiedziała kobieta.
-Tak? I słucham? - zapytałam.
-A ja przyszłam grzyby zbierać - odpowiedziała.
-Grzyby? U mnie?
-No, mama mi powiedziała, żebym przyszła pozbierać tu grzyby.
-Ale to jest moje pole, mój las... to jak to tak? Pani przyszła do mnie pozbierać moje grzyby, to przecież tak, jakby pani weszła do mojego domu i wzięła sobie to, na co pani ma ochotę.
-No ale ja tylko na grzyby...
-Proszę pani, ale to jest moja ziemia i moje grzyby, JA zbieram te grzyby. One są mi potrzebne.
-A, to przepraszam - powiedziała pani, wyszła z mojego lasku i udała się w drogę powrotną.
-Nic nie szkodzi - odpowiedziałam z uśmiechem; zresztą przez cały czas się uśmiechałam, byłam spokojna i nie podnosiłam głosu, tylko wyrażałam zdziwienie. Ale jak już wracałam do domu, to mi się wszystko w środku telepało.

I naprawdę, nie dziwi mnie to, że ktoś przechodząc obok lasku na nieogrodzonym terenie zapuści się odruchowo pod gałęzie na widok grzyba, nawet nie zastanawiając się czy to prywatny teren, czy ogólnie dostępny las.
Ale zadziwiające jest, że elegancka starsza pani wysyła na czyjeś pole swoją córkę, będącą na pewno już po pięćdziesiątce, żeby nakradła grzybów i przyniosła do domu, chociaż wie doskonale, czyje to pole jest,

*nazwisko oczywiście fikcyjne


Stary rano był w lasku i wyzbierał wszystkie grzyby od strony drogi, więc i tak by nic nie znalazła, ale jak ją zobaczyłam w tej lawendzie (no, prawie), to poczułam w sobie ogromną siłę do edukowania społeczności lokalnej.
To nie może być tak, że skoro jesteśmy mili i uprzejmi, mordy nie drzemy, kurwami nie rzucamy i nie dzwonimy na policję, to każdy będzie właził nam do kuchni i wyżerał z lodówki.



Te na blacie to prawdziwki! :)


Tak napisali inni:

Mam

  03.09.2013, 20:30   178.217.39.212
Muszę chyba sprawdzić, czy nie mam Warszawskiej wpisanej do aktu notarialnego... może kupiłam ją wraz z domem i polem?

Allilah

  02.09.2013, 21:19   89.65.31.148
Hmm...skoro się Warszawska przyjaźniła z poprzednią właścicielką, to być może miała od tamtej pozwolenie na zbieranie grzybów. I jako kobieta z WARSZAWY uważała, że to przyzwolenie obowiązuje dożywotnio (bez znaczenia, że zmienił się właściciel lasku), lub też, że poprzednia właścicielka przekazała Ci ich umowę grzybną :)

Mam

  02.09.2013, 14:40   178.217.39.212
Telewizja zawsze kłamała :)
Dorotka :)

incognito

  02.09.2013, 10:24   77.253.143.128
W tv mówili,że nie ma grzybów...ale najwyraźniej tv kłamie;)
Dawniej las należał do dziedzica,ale wszyscy tam grasowali ;D

DD

  01.09.2013, 08:51   178.217.39.212
Ale numer!!!
Równie dobrze mogła wysłać córkę po jajka od kurek biegających po podwórzu. Czasami mam wrażenie, że ludzie nie myślą. Serdeczności.
Ownlog.com :: Wróć