Coś się kończy, coś się zaczyna...

W miniony weekend byłam w Poznaniu na ostatnich wykładach, ale też zdołałam wrócić tego samego dnia, dzięki czemu zafundowałam sobie jedenaście godzin w pociągu, ale i nieoczekiwany prezent w postaci niedzieli w domu. Skorzystałam z okazji, żeby rozebrać wreszcie choinkę, upiekłam też chleb na zakwasie.

W sobotę miło pożegnaliśmy się w gronie słuchaczy, ale ponieważ pani profesor - szefowa podyplomówki wyjechała na pół roku za ocean, to żadnego oficjalnego zakończenia nie było, żadnego "dziękujemy", w zamian za które my też moglibyśmy podziękować i pożegnać się. Nikt też nie przyszedł w jej imieniu choćby na pięć minut, żeby jakoś formalnie zakończyć sprawę... no dziwnie. Zresztą wszyscy wciąż piszą jeszcze prace i wyczekują bez końca na odpowiedzi i poprawki, więc niby koniec ale i nie całkiem.
Moja praca leżakuje już od dawna w laptopie i po wprowadzeniu poprawek czekam teraz i czekam na odpowiedź. Mam tego szczerze dość i jeśli ta baba nie odpisze mi do końca tygodnia, to w weekend przygotuję już tekst do wydruku.
Nie cierpię niepozamykanych spraw, które trzymają mnie w miejscu i nie pozwalają iść dalej.

Na razie skończyły się mrozy - w ciągu dwóch dni prawie cały śnieg spłynął już z odwilżą i chciałabym bardzo, żeby to był koniec zimy.
Z gospodarstwa zniknęła wczoraj następna kurka, zostało mi ich już tylko sześć. Jakiś potwór ją zaatakował w ciągu dnia na wybiegu i zeżarł, zostawiając marne szczątki.
I tak to właśnie wygląda - ja tu im kaszę gotuję, podsuwam smakołyki, kupuję twaróg w kostkach, siekam kapustę pekińską, żeby miały i zimą jakąś zieleninkę, a tu takie rzeczy. Przykro...


Tak napisali inni:
Ownlog.com :: Wróć