Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


23.07.2018 (13:11)

Postanowiliśmy jednak dokupić jednodniowe pisklęta zielononóżki i w piątek po południu pojechaliśmy na Kaszuby.

Żeby zmylić nieco kwokę zapachowo, rozsypałam najpierw w całym kurniku (również w tym pokoiku wylęgowym) trochę suszonej lawendy i świeżej mięty i taki sam zestaw trafił do skrzynki, z którą pojechaliśmy po pisklęta. A jak kwoczka opuściła gniazdo, to zarąbałam jej jeszcze stamtąd garść słomy i wrzuciłam ją też do tej skrzyneczki.

No i stało się! Przywieźliśmy sobie w piątek dziesiątkę pisklaków, które wcale nie były jednodniowe, tylko dopiero się w ten piątek wykluwały. Wybieraliśmy te najbardziej suche, ale były tam i całkowite świeżaki i takie, które właśnie gramoliły się na świat ze skorupek.
Wieźliśmy je w głębokiej drewnianej skrzyneczce otwartej tylko górą, ale z pełnymi bokami, żeby im nie wiało do środka. Przez całą drogę trzymałam skrzynkę na kolanach i wystawiałam pisklaki ku słońcu, a Stary wyłączył klimę w aucie, żeby im nie było zimno.



Poczytałam, że trzeba je podłożyć wieczorem, jak już jest ciemno, bo wtedy jest mniejsze ryzyko odrzucenia obcych maluszków przez kwokę. Mieliśmy więc taki plan, że wyniesiemy skrzynkę na górę do słonecznego pokoju strychowego, gdzie będzie im najcieplej przeczekać do wieczora.
Jednak poszczęściło nam się, bo kwoczka z maluchem już spała. Poszliśmy więc ze skrzynką od razu do kurnika, gdzie kolejno brałam w rękę pisklęta i wkładałam je pod kwokę, tak żeby ich nie widziała. Małe nurkowały pod nową mamę całkiem sprytnie, a ona trochę się kokosiła, trochę się poprawiała, ale była spokojna.

Rano maluchy wyszły na wybieg!
Znaczy... ten jedynaczek wyszedł i potem dwa małe, a reszcie musiałam troszkę pomóc.
W pęczkach po trzy sztuki wystawiałam je na próg wyjściowy, skąd trochę schodząc, a trochę się turlając wydostawały się na zewnątrz. Niektóre były jeszcze słabiutkie, chwiały się stojąc na nóżkach, dosłownie było widać, jak im się te nóżki trzęsą. Co ciekawe, zupełnie im to nie przeszkadzało w śmiganiu, bo właśnie tak, śmiganiem, trzeba nazwać sposób, w jaki się przemieszczają. Wygląda to tak, jakby wprawiały się w błyskawiczny ruch posuwisty z punktu A do B i żadnych kroków nie sposób dostrzec!
Tak więc śmiganie szło im dobrze, ale jak się zatrzymywały, to im się znowu te nóżki trochę trzęsły. Tak było pierwszego ranka, ale w ciągu dnia z godziny na godzinę były coraz żwawsze i silniejsze i tak jakby nawet trochę inteligentniej wyglądały.
Wiem już jakim głosem małe wołają mamę (i ona wtedy od razu przychodzi) i jakim głosem ona woła dzieci.
Po pierwszym dniu na wybiegu oczywiście nie umiały wejść do kurnika - też im musiałam pomagać.



Stary zrobił profesjonalne furteczki do pokoiku wylęgowego, który został wydzielony dla kwoczki. Tam na gnieździe ustawionym na podłodze wysiadywała biedaczka te puste jajka i tam teraz przebywa ze swoim jedynaczkiem i dziesiątką podrzutków. Nad pokoikiem są skrzynki, do których pozostałe kurki znoszą jajka.
Furteczki zostały zrobione z desek i siatki przeciw kretom, a umocowane są na zawiasach i otwierają się, jak drzwi dwuskrzydłowe.
Kurka z małymi jest więc oddzielona od reszty stadka zarówno w kurniku, jak i na wybiegu, natomiast cały czas się widzą, słyszą i czują swoje zapachy.



Wczoraj już tylko cztery maluchy wymagały pomocy przy porannym wychodzeniu do wolierki, a dziś wyszły już wszystkie samodzielnie. Jest postęp, jest rozwój!
No to chyba udało nam się trochę oszukać naturę.

Natomiast nadal trzeba im pomagać w wieczornym wchodzeniu do kurnika, bo pochylnia jest dość stroma, a poza tym, one nie bardzo jarzą, od której strony mają się tam wdrapywać.
Jedynaczek umie to już od przedwczoraj, więc nauczą się i podrzutki, w końcu są między nimi cztery dni różnicy.

To teraz trochę o diecie.
Pisklęta jedzą swoją suchą mieszankę (kasza manna, kasza jaglana, kasza jęczmienna, bułka tarta, płatki owsiane, vibovit i kawa zbożowa) z dodatkiem siekanego jajka oraz siekaną pokrzywą i krwawnikiem. Dawałam im też twaróg, który moje kurki bardzo lubią, ale co ciekawe, kwoczka nie chce go jeść, ani nie daje go maluchom. Natomiast wciąż pałaszują go inne kurki - te które nie są mamuśkami.
Wczoraj dałam im trchę jogurtu naturalnego i nawet jadły, ale jeden maluch wlazł do tego jogurtu i ugrzązł w nim tak, że musiałam go wyjąć i opłukać mu nóżki z poidełku z wodą, bo sam by nie wylazł.
Maliny, kawałki jabłka i cukinii kwoczka zajada bardzo chętnie, ale małych nimi nie karmi.

I jeszcze taka ciekawostka. Do kurnika wchodzi się przez furtkę porośniętą powojnikami, które właśnie kwitną. Dziś jakiś płatek wplątał mi się we włosy i potem w wolierze spadł na ziemię. Kwoczka schwyciła go i rozgdakała się głośno, przywołując maluchy. Jeden schwycił płatek w dziób i w nogi, a cała reszta za nim z głośnymi piskami. A ja stałam z rozdziawioną paszczą i nie mogłam się nadziwić.


A w wolnych chwilach zajmuję się też przekazywaniem kociąt i telewizorów w dobre ręce.

Komentuj (7)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów