Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


02.03.2008 (08:54)

Druga połowa pierwiastka żeńskiego przyjechała na weekend i zrównoważyły się jing i jang.
Popołudnie było bardzo miłe, dzieci upiekły piernik z gotowca, choć najpierw Młody się obraził, że to mu uwłacza, piec piernik z torebki i że on w ogóle nie życzy sobie brać udziału w tym czynie haniebnym. Po chwili jednak osiągnięto porozumienie i graliśmy w Osadników przy pierniku i kawce.

Potem rozeszliśmy się do zajęć w podgrupach – Młody grał w tibię, Stary oglądał baśnie dla dużych chłopców na AXN-ie, a my z córką udałyśmy się na łoże małżeńskie. Tam w pozycji leżącej poszłyśmy w samodoskonalenie umysłowe.
Ona uczyła się seksuologii a ja angielskiego, wymieniając się przy tym co ciekawszymi treściami. Wiedziałam, że kiedyś nadejdzie ten czas, że moja córka będzie ze mną chciała rozmawiać o seksie, nie wiedziałam jednak, że tak późno!
Doszłyśmy też do wniosku, że aby wiedzieć, co to jest przyimek, trzeba skończyć studia filologiczne, a nie - tylko je zacząć.
Za oknami szalała Emma, a nam śpiewali Amy Winehouse, Kurt Cobain i Nohavica. Mmm…

Żeby nie było za słodko, wspomnę, że przez cały wieczór odbijało mi się detergentami, jak to zwykle po wytworach przemysłu spożywczego o_wysokim_stopniu_przetworzenia. Po niektórych podłych lodach tak mam - jak mnie ktoś nimi poczęstuje, bo sama bym takich na pewno nie kupiła.
Gdyż albowiem, jeśli chodzi o lody, szczycę się dobrą orientacją w ofercie rynku, osiągniętą w następstwie długoletnich badań.

Komentuj (3)

06.03.2008 (22:38)

Witamy Elę w linkach. Sprowokowałam ją, mam nadzieję, że wytrwa.

Komentuj (1)

07.03.2008 (08:07)

Aaaaa, jaka byłam asertywna przed chwilą! Co prawda przez telefon i trochę poniewczasie, ale zawsze! Zdecydowanie i spokojnie, ale nie tak: "wypierdalać!", tylko tak: "won mi stąd, proszę!".
Muszę się jednak jeszcze podszkolić, tak na przyszłość.

Komentuj (3)

09.03.2008 (22:14)

Wiosna na osiedlu polega na tym, że młode buractwo wylega na ławki i okupuje je do późnej nocy. Buractwo porozumiewa się między sobą, wykrzykując łacinę w funkcji interpunkcji, z towarzyszeniem ryku w funkcji śmiechu. Jest zadowolone - toż przecież zaczyna się sezon na social life outside.
Nienawidzę tego osiedlowego folkloru; rozmyślam, czy nie zacząć strzelać do nich z okna kuchennego.

Rozpoczęłam sezon wiosenny z kijkami, jeszcze w tym samym polarze, co zimą, ale już bez rękawiczek! Było cudnie - wiał wiatr, grzało słońce, Młody pomykał na rowerze, piesek pomykał na łapkach. Nie za długa była to wyprawa, ale na początek wystarczy. Te kijki robią tak, że jak ruszam, to mi się od razu plecy prostują a brzuch wciąga. Jest to oczywiście efekt przemijający, ale i tak mi się podoba.

No i porobiłam pierwsze porządki wiosenne na balkonie. Znaczy, powyrzucałam niektóre śmieci. Okazało się przy tym, że zioła już rosną pod tymi świerkowymi gałęziami, którymi były otulone przed mrozem. No to je odkryłam, żeby się nie udusiły.

Komentuj (3)

11.03.2008 (18:04)

Dziś fragmenty artykułu z "Przekroju".
Z wyników badań uczonych fińskich, francuskich i jakichśtam:
Urodzenie i wychowywanie syna związane jest z większymi kosztami dla organizmu matki.
Chłopcy statystycznie rodzą się więksi (są ciężsi średnio o 200–300 gramów), więc, będąc jeszcze w brzuchu, więcej jedzą, trawią, oddychają.
Nosząc w łonie chłopca, kobieta jest narażona na wyższy poziom testosteronu, który obniża odporność jej organizmu. Urodzenie większej liczby synów może zaowocować mniejszą odpornością matki w starszym wieku.
Wysiłek związany z urodzeniem i odchowaniem chłopca jest na tyle duży, że kobieta po urodzeniu syna potrzebuje więcej czasu, by zajść w kolejną ciążę, niż po urodzeniu córki.
Ryzyko depresji poporodowej jest wyższe po urodzeniu chłopca
Synowie rosną szybciej od córek, osiągają większą masę ciała, potrzebują zatem więcej pożywienia niż dziewczynki.

Wniosek:
Synowie skracają życie, przyprawiają o depresję, obniżają odporność swoich mam.

To tak w związku z tym, że mój mały syneczek skończył dziś 15 lat. Muszę na siebie uważać!

(Urodziny mają dziś też: Adzia, Haniuta i Zbychu - mąż Magdy).

Komentuj (2)

12.03.2008 (17:40)

Jarosławie, kartoflu żałosny, który nie posiadasz konta w banku, boisz się Europy, a we własnym kraju wszędzie widzisz Żydów!
Jestem internautką, spedzam w Internecie wiele godzin każdego tygodnia, zarówno dla przyjemności, jak i z obowiązku. Nigdy nie piłam piwa przed monitorem, nigdy nie oglądałam pornograficznych filmików. I wypraszam sobie!

Jak również wypraszam sobie, abyś się przechadzał wieczorami po bibliotece uniwersyteckiej i podglądał, co studenci mają na ekranach monitorów.
Lepiej, powodowany chrześcijańskim miłosierdziem zaadoptuj osierocone dziecko i zajmij się jego wychowaniem. Tylko najpierw sprawdźcie z ojcem Tadeuszem, czy to aby prawdziwy Polak!

Komentuj (1)

12.03.2008 (18:50)

Mięso do pieczenia zapeklowane, kajmak do mazurków ugotowany. Orzechy wyłuskane. Żur zakiszony. Biała kiełbasa zamrożona, a zrazy zawijane zawinięte i uduszone (do zamrożenia). Wsiowe jaja zamówione. Goście zaproszeni. Dwa okna z czterech umyte.

A poza tym zaczyna mnie wszystko wpieniać i Jarosław nie jest tu jakimś wyjątkiem. To chyba znak, że idą święta.

I czuję, że mnie zbiera na tfurczość i będę wylewać emocje w klawiaturę.

Komentuj (1)

13.03.2008 (19:04)

Ciasto lodowe, coś całkiem jak pascha, godne polecenia na Wielkanoc:
2 l mleka
1/2 l śmietany
4 jaja
kostka masła
3/4 szklanki cukru pudru
bakalie, kakao, wiórki kokosowe i co tam kto lubi.

Zmiksować i krótko zagotować mleko ze śmietaną i jajami (ale bardzo krótko; jak tylko się zacznie ścinać twaróg - wyłączyć, bo bardzo łatwo się przypala). Powiesić w ściereczce do odcieknięcia na całą noc. Rano zimny twaróg zmiksować z masłem i cukrem. Do połowy dodać ciemne bakalie i kakao, do drugiej wiórki kokosowe lub inne jasne dodatki. Zastudzić w tortownicy.

Ja robię podobnie paschę wielkanocną, ale wykładam to warstwami do ceramicznej doniczki wyłożonej lnianą ściereczką i wystawiam na balkon. Przez dziurkę w dnie doniczki ucieknie jeszcze reszta serwatki i o to chodzi. A potem odwracam doniczkę dnem do góry, wyjmuję paschę, delikatnie zdejmuję ściereczkę i gotowe. I wygląda tak po rusku!
Można też po prostu zawinąć całą masę w ściereczkę i odłożyć do odcieknięcia na deskę.
Potem pascha ma ładny kratkowany wzorek odciśnięty od tkaniny.



Komentuj (3)

15.03.2008 (11:53)

Stwierdziliśmy z moim mężem, że z wiekiem on jest coraz bardziej rozlazły (jeszcze bardziej???), a ja coraz bardziej latam jak nakręcona.
Tym sposobem ogólny bilans utrzymuje się na właściwym poziomie.

Dowiedziałam się właśnie, że jakoś parę dni temu odłączyli nam telewizję. Poczułam kojący błogi spokój, który na mnie spłynął wraz z tą wiadomością. Jakbyśmy wynieśli ten telewizor do piwnicy, to zrobiłoby się miejsce na "Muratory" i "Ogrody". Albo na cokolwiek.
Ale to następny etap...

A dziś jako wzorowa gospodyni nurkowałam w sklepie w skrzynce z cebulą i wyszukiwałam w niej łupinki do farbowania jajek. Mogę więc odhaczyć kolejny punkt: łupinki - przygotowane!
No a poza tym obliczyłam, że te zamówione 40 jaj to w życiu mi nie wystarczy. Musi być z 60.
Nawiasem mówiąc, to cud, że człowiek nie umiera zaraz po świętach na skutek tego obżarstwa.

Komentuj (0)

16.03.2008 (21:00)

Słucham sobie Nohavicy, a on tam w Poznaniu śpiewa nie dla mnie. Więc musi mi wystarczyć płyta - dniami i nocami. Jak się zaczyna Kometa, to taka łagodność mi spływa na serce, że nie mam siły się ruszyć i tak sobie leżę i myślę, że mogłabym chyba nawet zostać pielęgniarką i opatrywać ropiejące rany na polu bitwy.
Na to wchodzi mój mąż i mówi: "łomatko, znowu?". I nie chce spać z Nohavicą.
I nawet nie wie, że zabija we mnie pielęgniarkę, jak wyłączam tę płytę.

Cały weekend spędziłam malując przedpokój małym pędzelkiem i większym pędzelkiem i tak się przemieszczałam z taborecikiem i obmalowywałam te wszystkie framugi, załamania, zagięcia i inne newralgiczne punkty, których w przedpokoju nie brakuje. A jutro rano mam nadzieję dokupić jeszcze trochę takiej samej farby i trzeba będzie machnąć te duże płaszczyzny.

Komentuj (1)

18.03.2008 (08:12)



Zdecydowanie na pomarańczowo...

Komentuj (0)

21.03.2008 (12:16)

Dziś zostałam brutalnie wyrwana z łóżka o 5.15 i już około wpół do ósmej robiłam resztki przedświątecznych zakupów. W tym kolejne masła, witaj sklerozo…
A przed regałem z herbatami zapadam w letarg. Czas mi się zatrzymuje, albo jakoś przepływa mi za plecami, stoję i stoję, patrzę i patrzę, czytam i czytam… i nie jestem w stanie się ruszyć. Mogłabym tak z godzinę.
Oni chyba na tych opakowaniach wdrukowują jakieś przekazy podprogowe.

I kupiliśmy sobie dziś piękną, ach piękną wycieraczkę przed drzwi wejściowe:



Poza tym tak: orkan Tereska przeminął, choć jeszcze nie czuję się całkiem bezpiecznie. Mam za to w kolejce ze trzy wsady do pralki, których nie ma gdzie suszyć, bo pogoda jaka jest, każdy widzi.
Spody do mazurków upieczone, sałatka pokrojona, pstrągi jeszcze sobie pływają i nie przeczuwają, że dziś będą smażone z gałązką pietruszki w brzuszku, na patelni grillowej, dzięki czemu zyskają apetyczne przyrumienione prążki.
Ogólnie raczej spokojnie i planowo.

Spałam dziś razem z dziećmi, z moimi dziećmi, które są większe ode mnie. Lubię to.

Komentuj (2)

22.03.2008 (17:17)

Napiszę to, cholera, napiszę, chociaż pewnie nie powinnam. Czy ktoś naprawdę myśli, że życzenia świąteczne wysyłane z opcji "wyślij do wszystkich" smsem, mailem, czy na naszej-klasie mogą sprawić przyjemność komukolwiek, oprócz wysyłającego? Litości!!!
Tak, wiem, jestem niewdzięczną dziwaczką.
Taka pozostanę.
Przypuszczam, że nawet może mi się pogorszyć.

Komentuj (5)

24.03.2008 (20:44)

Sposób, w jaki spędziłam te Święta zasługuje na napiętnowanie. Piłam wódkę. Leżałam cały dzień, jak ten leń śmierdzący. Nie wyściubiłam nosa z domu ani na krok. Nie zażywałam sportu, aktywnego wypoczynku na świeżym powietrzu ani spacerów z rodziną.
Poczytałam co prawda trochę, ale książka była bardzo ciężka i od jej trzymania bolą mnie teraz ręce.
Co sobie poczytuję za sukces, to że nawet tak strasznie dużo nie żarłam.
I wszystko niby byłoby dobrze, gdyby nie choroby, krążące wokół. Za dużo ich, za smutno z nimi, choć nie moje...

Komentuj (5)

26.03.2008 (21:11)

Z wiekiem ludzie stają się mądrzejsi, zaczynają kierować się rozsądkiem i myślą logicznie. W związku z tym zaczęłam ostatnio zdejmować na noc pierścionki i łańcuchy. Dawniej nie umiałam się rozstać z tym całym inwentarzem nigdy przenigdy, nawet na basenie. Koleżanka się dziwiła, że mnie to na dno nie ściągnie.
Zważywszy na kaliber mojej biżuterii sypiam teraz lżejsza pewnie o 40 dag i muszę powiedzieć, że rzeczywiście czuję się lżejsza. I jakoś łatwiej mi się oddycha.
Ale też i zupełnie bezbronna jestem...

Komentuj (0)

28.03.2008 (17:56)

Ja pier-dzie-lę! Sąsiadka smaży ryby.
Ja tu piję kawę z advocatem, a w całym moim mieszkaniu wali rybami i starym wysmażonym rybowatym tłuszczem. Sąsiadka mieszka dwa piętra niżej. Mam hipotezę roboczą, że ona te ryby smaży wciąż na tym samym tłuszczu, wymienianym ewentualnie w cyklu rocznym.
Jest z pewnością wierząca i praktykująca, co objawia się tym, że ryby śmierdzą tylko w piątki.
Spotkałam się już nie raz ze zdziwieniem społeczeństwa, kiedy się zwierzałam, że mam ochotę na rybę, a akurat był inny dzień tygodnia. Dosłownie, brzmiało to tak: „Rybaaa??? A przecież dzisiaj nie piąteeek!!!”

Jak ja marzę o tym, żeby się stąd wyprowadzić i żeby mi śmierdziało tylko to, co sama osobiście gotuję. Żebym nie musiała stwierdzać po wejściu do kibla (bo tam, szybem wentylacyjnym wszystko zasysa), że dziś sąsiadka te wszystkie ryby zalała octem z zielem angielskim, a za tydzień, że gotuje bigos.

Mam przesrane z tą swoją nadwrażliwością węchową.

Komentuj (0)

30.03.2008 (15:55)

Obejrzałam wczoraj film "Miłość w czasach zarazy" i miód spłynął na moje serce.
Komuś, kto kocha książki Garcii Marqueza, kto w poszukiwaniu kolejnych tytułów przekopywał półki w bibliotece, kto w końcu przeczytał je wszystkie - polecam. Ten klimat, te kolory, te zapachy i dźwięki - wszystko tam jest. Podobała mi się też bardzo aktorka, grająca Ferminę.

Teraz czekam, żeby ktoś nakręcił moje ukochane "Sto lat samotności".
Film powinien trwać ze trzy godziny, a reżyserować powinien Almodovar.
Mmmm...

Komentuj (2)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów