Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


03.03.2009 (21:38)

Jeżdżę sobie czasem wieczorną godziną ze swojego przystanku autobusem linii 19.

Jeździ nim też dzieweczka przedziwna w wieku... czy ja wiem, może już dwadzieścia, a może jeszcze nie. Niewysoka jest, drobna, szczuplutka, ma długie długaśne włosy i dość ostre rysy twarzy.
Stoi tak jakoś na tym przystanku, jak się stoi na peronie, czekając na pociąg - w pozycji startowej i w gotowości do wsiadania. Ma damską torebkę ze sobą, ale taką... no, że duże wino by się zmieściło!

Wchodzi pierwsza i od razu siada całkiem z przodu. Ale najpierw się rozbiera: zdejmuje płaszcz, chustę, wkłada porządnie chustę do rękawa i całość układa obok siebie na siedzeniu. Po czym sięga do torebki. Wyjmuje lusterko, otwiera i przegląda się i to nie jest proste, bo dosyć ciemno jest w tym autobusie i musi umiejętnie operować lusterkiem, żeby złapać nim oprócz swojej twarzy trochę jakiegoś światła. Niespodziewanie paluszkiem nabiera skądś korektor, po kropeczce nakłada tu i ówdzie, zaczynając od czoła, po czym rozprowadza zgrabnymi ruchami, monitorując operację w lusterku. Potem puder, po kolei wszędzie, precyzyjnie, sprawdzając po kilka razy w lusterku te same miejsca. Następnie wyjmuje paletkę z cieniami do powiek, ma taką z sześcioma prostokącikami różnych odcieni i nakłada teraz te cienie; widzę przez ramię, że na górne i dolne powieki.

Nie jest to żaden tam makijaż naprędce, jaki robią kobiety za kierownicą, stojąc na światłach. Przychodzi więc potem czas na ołówek - podkreśla nim oczy od dołu i boję się, że na tych wertepach ulicy Tuwima dziabnie się nim w oko.

Na szóstym przystanku wysiadam, a ona jedzie dalej, myślę więc, że następny jest tusz do rzęs. Szkoda mi trochę, że muszę wysiąść i nie mam szans zobaczyć całego spektaklu. Kiedyś chyba pojadę z nią do końca, chociażby po to, żeby zobaczyć efekt zabiegów upiększających, bo wiem przecież, jak wyglądała PRZED.

A dziś miała dodatkowo mokre włosy i dosuszała je, przegarniając ręką. Pół autobusu ją obserwowało, ale zdawała się nie zwracać na to najmniejszej uwagi.

Komentuj (5)

06.03.2009 (21:06)

Wczoraj rano mrożąca krew w żyłach scena rozpoczęła mój dzień.

Otóż... Moje najdłuższe cięcie z tyłu nogi pod kolanem coś nie chciało się goić. A nawet ropiało uparcie od paru tygodni. Myślałam, że może to lokalizacja cięcia jest winna; że właściwie, to stale w zgięciu, uciskane i drażnione rajstopami i że może to wszystko dlatego.

No więc wczoraj było tak: jak co rano zdjęłam nocny opatrunek, wycisnęłam to, co tam było do wyciśnięcia, patrzę, a z rany coś wystaje, maciupeństwo jakieś zupełne. Udało mi się to chwycić czubkami paznokci, pociągnęłam i... wyciągnęłam z półtora centymetra nici z grubym supełkiem w połowie drogi!
I wrzasnęłam: „ o jasna cholera, chodź tu szybko, aaa!!!”

Na co z drugiego pokoju odezwał się wrednie i pogardliwie mój mąż: „co, znowu piasek w łóżku?”

Ale mina mu zrzedła, kiedy zobaczył! Próbował mi udzielić pierwszej pomocy i wyciągnąć nitkę do końca, ale był na to za cienki. Niby wyciągnąć się dało i to sporo, ale jak puszczał, to wracało. Znaczy, trzymało się tam czegoś uparcie.

Skończyliśmy więc te zabawy i rozpoczęłam wydzwanianie do sprawcy. Myślę sobie - niech to stamtąd wydłubuje, skoro tego tam nawsadzał.
No i dał radę; miał te swoje chirurgiczne kombinerki, owinął na nich koniec sznurka, zaparł się kolanem o kozetkę....
Eee, żartowałam.

I był to serwis w ramach gwarancji i bez kolejki.

Komentuj (3)

08.03.2009 (18:00)

Trzeci dzień z rzędu zajadam sałatkę autorską, wymyśloną spontanicznie, która tak mi smakuje, że postanowiłam ją tu dziś opublikować.

1 banan, 1 pomarańcza, 2 kiwi - pokrajane na kawałki, 1 mała marchewka starta na drobne wiórki (lub połowa dużej), 1 jabłko starte na grube wiórki, czubata łyżka jogurtu naturalnego, łyżeczka miodu, 2 posiekane świeże listki melisy - wymieszać; to proporcje dla jednej osoby (żarłocznej).
Jami, jak mówią angliści.

Może jeszcze kilka szczegółów, bo widziałam na własne oczy, że ludzie kupują zielone banany i myślę, że nawet je jedzą.
A szczegóły wyglądają tak: banan dojrzały żółty w brązowe kropeczki, kiwi dojrzałe i miękkie, jogurt naturalny grecki bakoma, miód gryczany.
Jeśli szczegóły inne, to za efekt nie ręczę.


Posadziłam dziś pestkę awokado, zamierzam wyhodować z niej drzewo. No, drzewko.
Już kiedyś prawie mi się udało.

Komentuj (3)

10.03.2009 (17:51)

Moja komórka zaniemogła. Porzućcie wszelką nadzieję, którzy zechcecie do mnie zadzwonić. I ja też nie mogę zadzwonić do Was.
Ale smsy działają w obie strony, budzik działa, można sprawdzić godzinę i datę - nie jest źle. Jestem pogodzona i niedyspozycja mojego telefonu nie zakłóca mi równowagi i balansu.

I kocham tę panią w sklepie z pieczywem, która nieodmiennie sprzedaje mi piętkę z mojego ulubionego chleba - ciężkiego, pełnego słonecznika, czarnego, gliniastego chleba, sprzedawanego na metry; a raczej chyba na centymetry, bo z metr to ma on w całości.

Komentuj (0)

11.03.2009 (17:25)

Zdziczenie powszechne zmierza do zenitu.

Dobry uczeń klasy czwartej, syn absolwentki dwóch kierunków filologicznych (oba zakończone magisterium) i doktora (nauk również humanistycznych), nie ma w domu baśni Andersena. A jego matka nie wstydzi się mówić o tym publicznie. Helena słyszała, to wie, że nie wyssałam sobie tego z palca.
Help! Czy jest gdzieś dla mnie jakaś mała, samotna chatka w lesie?

Mój mąż zbulwersowany dziś był, że pierwszaki ze szkoły średniej nie wiedzą, skąd się wziął park w Łazienkach, ani kto był ostatnim królem Polski. No, ale on jest tylko gościem w tym zawodzie, więc jeszcze coś go jest w stanie zdziwić!
A ja sądzę, że pierwszaki nie podejrzewają nawet, że te dwa pytania są ze sobą w jakiś sposób powiązane...

Komentuj (12)

14.03.2009 (08:51)

Nie ma już dzieci w moim domu. Syneczek skończył parę dni temu szesnaście lat i naprawdę trudno go już nazywać dzieckiem. Wiadomo - ni pies ni wydra...
Mogę więc spokojnie nie mieć już w domu baśni Andersena.

Postanowiłam złożyć papiery do sanatorium, bo byłam tam ostatnio tuż po operacji kręgosłupa, czyli pięć lat temu, a taka kuracja jest zbawienna, sprawdziłam, to wiem.
To myślę sobie, trzeba by się ruszyć, bo dolegliwości nawracają, a lepiej już było. Nie cierpię jednak tego mieszkania z kimś obcym w jednym pokoju przez trzy tygodnie i tych seksualnych klimatów unoszących się w powietrzu i tych tańców godowych podstarzałych przedstawicieli gatunku...
Załatwienie pokoju jednoosobowego graniczy z cudem, raz miałam to szczęście; oczywiście pokój był załatwiany zupełnie po znajomości i trzeba było dopłacić kupę kasy. No ale wtedy czułam się, jak w raju; a wszyscy mi współczuli, że taka biedna jestem i muszę sama mieszkać i nawet nie mam się do kogo odezwać!

Dowiedziałam się też, że czas oczekiwania na sanatorium sięga dwóch lat. No to będziemy czekać.

Komentuj (8)

16.03.2009 (19:20)

Pokochałam pewną sówkę. Siedzi sobie cierpliwie na gnieździe i wysiaduje dwa jajka. Kręci swoim ptasim łebkiem, wierci się, pokrzykuje z rzadka. Niekiedy słychać, a nawet trochę widać, przejeżdżający obok dziupli samochód.
Czasem jej nie ma, kiedy do niej zaglądam - stąd wiem, że jajka są dwa. W nocy widać ją wyraźniej i jest wtedy bardziej aktywna, jak to sowa.

W pracy też pilnuję mojej sowy, na kompie w wypożyczalni. Radek na razie jeszcze nie zauważył; pewnie by się znów emocjonował, że za dużo łącza pożera ta sowa, tak jak słuchanie Trójki: "łomatkobosko, transmisja strumieniowa, aj waj, olaboga!".

Jak się z jajek uwolnią maluchy, to dopiero będzie co oglądać. Żeby tylko do tej pory nikt nie podpieprzył kamery!

I oczywiście tu też pojawiają się te różne kretyńskie komentarze, np: "да нахуй эта камера нужна, когда сова двигается раз в год?", albo: "киньте ей гранату".
Wolność słowa powinna być jednak rozdawana powyżej określonej wartości IQ...

Komentuj (13)

18.03.2009 (17:36)

W połowie trasy autobusu, przemierzającego całe miasto od końca do końca, przy ruchliwej ulicy stoi na przystanku dziewięcioletnia dziewczynka, sama, bez żadnej opieki.
Ma dziwne oczy, zimne i wodniste, jak pies husky.
Wsiada do autobusu i zmierza prosto do swojej pani, którą lokalizuje wzrokiem już od wejścia. Pani już tam jest, wsiadła wcześniej i od tej pory opiekuje się dziewczynką, chociaż pracę w szkole zaczyna dopiero za pół godziny. Razem wysiadają i wtedy dziewczynka wkłada swoją dłoń w rękę pani i idą do szkoły.
Czasem pani nie ma w autobusie, ale to nie szkodzi. Wtedy dziewczynka stoi podczas jazdy, balansuje na zakrętach, zarzuca ją raz w tę stronę, raz w tamtą i widać, że podoba jej się ta zabawa.
Kiedyś zepsuł jej się zamek przy kurtce, zaczepiała wtedy wszystkich po kolei, prosząc o pomoc i różni ludzie bezskutecznie próbowali naprawiać jej to zapięcie.
I nie byłoby w tym wszystkim nic dziwnego, gdyby nie to, że dziewczynka jest upośledzona umysłowo. Jednak świetnie sobie radzi.

Matka, jak widać, też.

Komentuj (8)

19.03.2009 (23:04)

To było dziś wieczorem.
Siedziała, siedziała, wierciła się w gnieździe, kręciła łebkiem, wywracała gały, spoglądała do góry, jakby wiedziała, że tam jest kamera i trzeba się pokazać.
Potem zaczęła drzeć dzioba, wydała chyba z sześć tych swoich okrzyków, po czym uniosła się do góry prosto w kamerę, ogromniejąc i rozpychając się w kadrze i wyleciała z tej swojej dziupli.

I co się okazało? Że pięć jajek jest w dziupli!

Komentuj (6)

21.03.2009 (12:51)

Pies jest umówiony do fryzjera na czwartek, ale na razie wygląda tak:









Komentuj (2)

23.03.2009 (17:12)

Zamiast się odchudzać na wiosnę (ha! tylko gdzie ta wiosna?!), kupiłam na Allegro śliczne pergaminowe papilotki do muffinów.

Dziesięć opakowań kupiłam.

Dziesięć opakowań po dwieście sztuk.

Nienienienie, żebym miała sama to wszystko zeżreć, ależ skądżesz!
Byłam cwana i przebiegła i chcąc zminimalizować koszty przesyłki zebrałam wesołą gromadkę koleżanek, które również zapragnęły rozpocząć swoją życiową przygodę z muffinkami. No i zebrało się nas osiem.
Ale wiadomo - papilotki przyjdą i od razu kilka osób się na mnie obrazi, że ich nie zapytałam, że dla nich nie zamówiłam - więc dorzuciłam jeszcze te dwa komplety, jakby co...

Poszukuję teraz smacznych przepisów na muffinki w wersji niesłodkiej.
W tym kierunku zamierzam się rozwinąć.

Komentuj (2)

25.03.2009 (17:57)

Dwa tysiące foremek muffinkowych wygląda tak:



Komentuj (0)

26.03.2009 (19:01)

Dowiedziałam się właśnie, że 22 marca w godzinach wieczornych jakieś podłe bydlę zakradło się do dziupli i ukradło mojej sówce jedno jajko.
Widziałam dzisiaj, że są cztery, więc to prawda. Wyleciała przed chwilą na 11 minut, a ja czekałam na nią i pilnowałam tych jajek.
Niech już się wyklują, bo zawału dostanę!



Komentuj (1)

29.03.2009 (13:29)

Kupiłam sobie niedawno rigenol do włosów i w związku z tym mam pytanie.
Czy jeżeli półkilogramowe pudło rigenolu spadło mi na dwa palce u nogi z wysokości 120 cm, to był to ruch jednostajnie przyśpieszony? I czy można obliczyć, z jaką siłą to pudło mnie ugodziło?
I ewentualnie, jak długo będą się wchłaniać krwiaki (przy zastosowaniu heparyny w kremie po upływie 4 minut od zdarzenia)?
Coś mnie bierze na fizykę...

Nadmienię, że pudło było otwarte i znaczna ilość rigenolu podążyła do odpływu brodzika. Ale pamiętam - balans i równowaga...

Siedzę przy kompie, odrabiam angielski i pilnuję sowy, bo wrzeszczy od czasu do czasu.

Komentuj (5)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów