Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


04.03.2011 (20:34)

No, cholera i znowu piątek, nie do wiary.

Dziunia jest już po zabiegu, ma gustowne ubranko, ogoloną łapkę i mruczy głośno w koszyku. Zainstalowaliśmy ją w sypialni z myślą o tych pierwszych dniach, ale to chyba nie najlepszy pomysł, bo ona się tu nie czuje zbyt pewnie ze względu na psy, mimo, że je słyszy tylko od czasu do czasu za drzwiami.
Postawiona z koszykiem na podłodze od razu uciekła i wskoczyła na wysoką komodę - aż się przeraziłam, czy się nie porozpruwała. Postawiłam jej więc ten koszyk tam wysoko, niech ma.
Na noc jednak wyekspediujemy ją chyba do gabinetu; Stary mówi, że jak nie zamknie wieczorem drzwi, to ona tam buszuje po nocach. Zamkniemy ją więc z koszykiem, kuwetą, żarciem i piciem i niech szaleje po tych przestrzeniach. Rano najwyżej posprzątam ziemię wokół doniczek.
Jutro rano muszę jej podać ze strzykawki środek przeciwbólowy, a w poniedziałek czeka ją jeszcze wyprawa na zastrzyk z antybiotyku.
Dziunia jest bardzo drobniutką kociczką, waży tylko dwa i pół kilograma.

Jutro zostaję sama w domu, bo testosterony wyjeżdżają z rana – Stary do roboty, a Młody na kolejną osiemnastkę, poprzedzoną innymi jeszcze przejawami zjawiska, znanego, jako social life. A ja będę spacerować w gumiakach po ogrodzie i patrzeć, czy grządki mi się równomiernie odmrażają.
Kupiłam sobie dziś świetne rękawice do niebezpiecznych prac ogrodowych, jak przycinanie róż i przywiązywanie ich do podpór.
A w dni kwiatowe mijającego tygodnia powysiewałam do doniczek torfowych trochę słonecznika; resztę zostawiłam na wysiew wprost do gruntu, ale mam nadzieję, że ten z doniczek mi wcześniej zakwitnie.

We wtorek rano zamierzam stawić czoła wszelkim przeciwnościom i iść wreszcie do fotografa, zrobić sobie zdjęcie do paszportu; co gorsza, muszę zrobić to całkiem na trzeźwo, bo potem idę do pracy. Jak ja tego nienawidzę!
(4780)

Komentuj (3)

08.03.2011 (22:12)

Ten dom jest genialnie pomyślany.
Udrażniając zabudowaną wcześniej sień, uwolniliśmy światło. Od rana słoneczne plamy pomykają po ścianach i pojawiają się tam, gdzie światła niby nie powinno być.

Przez wschodnie okna pokoju Młodego i przez otwarte drzwi do sieni światło wdziera się od rana bezceremonialnie i maluje jasne plamy nad psim posłaniem; i w ciemnym jak czarna dupa zakątku robi się świetliście.
Na schodach na górę, na półpiętrze, gdzie Dziunia śpi w swoim koszyku, też jest słonecznie, bo słońce zagląda przez świetliki nad tylnymi drzwiami do ogrodu.
I robi się jasno w tej wielkiej ciemnej sieni.

No a jadalnia ma okna od północnego zachodu. Myślałam, że będzie ciemna, a tymczasem... rano wdziera się tam słońce przez drzwi sypialni i oświetla największą ścianę razem z tą piękną szafą, a po południu zachodzące słońce wpada ukosem znad szopy przez okna i kładzie się na ścianie szczytowej nad kredensem; robi się tak jasno, jakby ktoś zapalił światło.

A zachodzące słońce wpada też na wprost przez wielkie okna gabinetu, wydostaje się drzwiami do sieni i oświetla inną ciemną norę - narożnik sieni między drzwiami Młodego, a drzwiami wyjściowymi.

Na każdy kącik przychodzi czas.

Komentuj (2)

09.03.2011 (21:13)

Dziś mój boski neurochirurg powiedział, że zdecydowanie nie będzie grzebał ostrymi narzędziami w moim szyjnym kręgosłupie i to jest dobra wiadomość.
Zła wiadomość jest taka, że drętwienie rąk raczej się utrzyma i oczywiście ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć.

No patrzcie, państwo! Naukowcy grzebią się w tych różnych syfach – organizmach transgenicznych, rakietach balistycznych i zderzaczach hadronów, a żaden cymbał jeden z drugim nie wymyślił takich tabletek, co to łykniesz na noc dwie sztuki i zastępują godzinę ćwiczeń.
Naprawdę, trzeba się tym zająć; widzę ogromne grono potencjalnych konsumentów oczyma mojej duszy nieusportowionej.

Komentuj (2)

10.03.2011 (11:05)

Kiedyś zawieszałam się w marketach przy regałach z farbami do włosów. Może się to wydawać dziwne, bo nie należę do osób, które wciąż farbują włosy... czasem tam się machnę na rudo, ale raczej w formie epizodów szybko przemijających. A przy tych regałach z farbami – koniec. Stawałam jak zamurowana, oglądałam, czytałam, macałam i nie byłam w stanie ruszyć się z miejsca. I nie miało to żadnego związku z faktem, czy zamierzałam kupić jakąś farbę, czy też nie. Stary mnie poganiał, a ja marzyłam o tym, żeby poszedł sobie w cholerę i zostawił mnie tam na zawsze.

Teraz mam to samo z nasionami. Wchodzę do sklepu, a tu właśnie sezon i wszędzie nasiona, cebule, kłącza i sadzonki. I znów się zawieszam – stoję, gapię się, tętno mam przyśpieszone, zez (oczywiście zbieżny) i ślina mi cieknie po pysku. Mam już solidny rozsadnik na wielkim kuchennym parapecie – obsiany i wschodzący, złożone zamówienie w sklepie internetowym z realizacją w kwietniu, a pod sekretarzykiem w pękatej torbie gromadzę kupowane nasiona.

Jak pomyślę trzeźwo, to obawiam się trochę, że zarobię się na śmierć w tym moim ogrodzie, w którym w tym roku pierwszy raz będę mogła szaleć przez cały sezon wegetacyjny. I będę już sama zbierać niektóre nasiona.
A wczoraj... jeszcze chociaż trzy paczuszki pnącej nasturcji...


GG mi tu pokazuje, że Młody ma jutro urodziny, złóż życzenia, wyślij prezent, niepotrzebne skreślić, właściwe podkreślić.
Czy ono jest głupie jakieś?
Sama wiem!

Komentuj (0)

13.03.2011 (08:36)

„Wstawaj, już cztery stopnie, a ty śpisz” – powiedział rano Stary. No tak, wreszcie doczekaliśmy się, że temperatury rano są na plusie, słońce świeci – wiosna. Powschodziły w tylnym ogrodzie kępki przebiśniegów, a ponieważ trwa tam przebudowa, to depczemy po nich, niestety, wszyscy - my i psy. Biegam z łopatką, wykopuję całe bryły i robię transplantacje w bezpieczne miejsca, ale wiadomo, że wszystkich nie uratuję i to nie jest wesołe.

Impreza namiotowo-plenerowa Młodego planowana jest na maj, ale w piątek miał nieoczekiwanie trzech męskich gości, z którymi świętował urodzinowy wieczór, no i oczywiście zostali do soboty. Jubilat był szczęśliwy, cały perliście bąbelkujący i podekscytowany wczuwał się w rolę gospodarza. A do tego wszelkie przejawy świętowania tej osiemnastki ze strony bliskich perfekcyjnie zbiegły się w czasie i timing był po prostu niewiarygodny, co też zrobiło atmosferę.

Całą sobotę jak zwykle spędziłam w ogrodzie, ale to chyba dobrze, bo w domu to teraz non stop szlag mnie trafia - nasze pieski kochane najpierw ganiają się po rozmaźganym błocie w ogrodzie a potem wypoczywają w domu. Poleżą chwilę i znów idą w to błoto, a na miejscu, gdzie leżały zostaje na podłodze wywrotka piachu. Jeszcze dobrze, jeśli wypoczywają w sieni!

Najwięcej zamieszania będzie tej wiosny w tylnym ogrodzie. Niski zielony płotek wyznacza już granicę gródka warzywnego, która będzie działać psychologicznie na psy. Obok nowego warzywnika stanie też nowy namiot foliowy do uprawy ciepłolubnych, nowy kompostownik w cieniu leszczyn, ogrodzenie będzie przesunięte trochę dalej, a pszczółki znajdą swoje miejsce pod czereśniami, które teraz są już za ogrodzeniem. No i będziemy zdecydowanie zawężać przestrzeń życiową kur.
Widzę też już wreszcie w wyobraźni rabatę cieniolubną, która powstanie przy wyjściu przez tylną furtkę i będziemy ją widzieć z okna sypialni.

Znów na chwilę wróciłam do tłumaczenia napisów, bo polskich nie ma, a chciałam film obejrzeć w nieanglojęzycznym towarzystwie. I znów, jak kiedyś, wciąga mnie to i zachwyca. Co prawda nie jestem tłumaczem, ale to szczęście, że czasem mogę nim bywać!

Komentuj (2)

14.03.2011 (14:19)

Z panią w dziekanacie rozmowy.
Początek lutego.
-Mówiła pani, że jakbym złożyła tę pracę do połowy lutego, to by był bardzo dobry termin. To ja chciałam zapytać, jaki byłby ten mniej dobry, ale żebym się jednak zmieściła w terminie?
-No, do końca lutego.
-Ale do końca, to znaczy do kiedy? Do dwudziestego ósmego?
-N...ska! Już ty się nie targuj!
-Ja się nie targuję, ja precyzuję!
28 lutego.
-N...ska, a ty co?
-No... przyszłam oddać pracę.
-Eee, no co ty?!

A dziś już jest po wszystkim, już po obronie, już po studiach, już możesz, Córeczko spełnić to marzenie: „wiesz, tak bym chciała leżeć i patrzeć sobie w ścianę i tak zasnąć, a potem się obudzić i znów patrzeć w tę ścianę”.
A rozbita lampa była na szczęście. I skręcona noga też.


(a ta śliczna laurka - by Michalina :)

Komentuj (4)

18.03.2011 (20:18)

Trochę już zaczęłam siać i sadzić, nie tak wcześnie, jak miałam zamiar, ale i tak nieźle. W zeszłym roku początki moich siewów przypadły na maj, bo dopiero wtedy mogłam się tu już rządzić. Wielki kawał wiosny przeoczyłam.

Staram się przestrzegać kalendarza biodynamicznego i zasad dobrego sąsiedztwa roślin. A więc czosnek w truskawkach, nagietki w marchwi, marchew od pietruszki oddzielona cebulą i brońboże nie koło buraków! A w malinach niezapominajki, bo odstraszają kistnika malinowca.
A wszędzie aksamitki, bo nie lubi ich wszelka gadzina, szkodliwa dla zasiewów. I wszędzie nasturcje, bo przyciągają mszyce i wtedy mszyce nie żrą zasiewów, rzucając się z entuzjazmem na nasturcje.

To wszystko jest bardzo skomplikowane i nie mam nawet zamiaru się tego uczyć, bo bym pewnie wkrótce krok po kroku doszła do budowy anatomicznej kistnika malinowca. Mam natomiast wypasioną tabelkę, która pokazuje te wszystkie zależności i to nie tylko JAK, ale i DLACZEGO – czyli tak jak lubię.

Ale tak sobie myślę... na przykład lawenda i mięta odstraszają mszyce. To jestem ciekawa, czy jeśli by posadzić nasturcję blisko lawendy i mięty, to te mszyce na tyle lubią nasturcję, że oblegną ją, mimo odstraszającego działania lawendy i mięty, czy też nie.
Konkludując – czy bardziej działa na mszyce przyciąganie nasturcji, czy odstraszanie lawendy i mięty?

A co do stanu prac wykonanych, to posiałam w domu na oknie słoneczniki, aksamitki w dwóch kolorach, nagietki, dziewannę, kolorowy krwawnik, oregano i astry w czterech kolorach. Wszystkie wzeszły. Posiałam też lawendę, która nie wzeszła, ale ta bestia długo kiełkuje, a nasionka stratyfikowałam, więc mam nadzieję, że się doczekam. Na wszelki wypadek zrobiłam też sadzonki lawendy w skrzynce pod folią.
No i mam już zaczątek szkółki, w postaci 720 sadzonek różnych krzewów ozdobnych z naszego ogrodu i około 50 sadzonek winorośli jasnej i ciemnej, które zrobiłam tymi ręcami w miesiące zimowe.

Chce mi się wódki jakiejś dobrej.

Komentuj (3)

20.03.2011 (08:15)

Wczoraj Młody pierwszy raz w życiu pił mleko od prawdziwej krowy. No, w każdym razie, pierwszy raz świadomie.
Dowiedziałam się od Kasi, którą znam ze wspólnych popołudniowych wędrówek z przystanku do domu, że jej mama ma krowę i można od niej kupić mleko. W sobotę rano Młody pojechał na rowerze po to mleko, ale mamy Kasi nie było w domu i kazali mu zajrzeć za jakiś czas. Zostawił termos (no bo dałam mu na to mleko taki szeroki termos obiadowy ok. 1,2 l) i wrócił do domu. Za jakąś godzinę, kiedy siałam marchewkę w moim nowym warzywniku, pojawiła się nagle za ogrodzeniem dziewczynka, siostra Kasi, jak się okazało. Przyniosła mleko w dużej plastikowej butli, z informacją, że to od mamy i że nie trzeba płacić, taki poczęstunek.
Mleko było ciepłe i Młody ze Starym wychylili trochę od razu w ogrodzie z gwinta – Stary łakomie, a młody z rezerwą jednak.
Ja się zdystansowałam, bo uważam, że mleko jest dla cieląt i używam go wyłącznie jako zabielacza do kawy (i to w ilościach umiarkowanych).

To, co poniżej, napisała przed chwilą Dziunia, przebiegając przez klawiaturę. Chaos jest tu dostrzegalny, jednak na jej usprawiedliwienie trzeba podkreślić, że co prawda otworzyła nawias, ale go też i zamknęła.


[]’
=/;’

Dziunia dobrze się czuje po sterylizacji, jutro będzie tydzień, odkąd ma zdjęte szwy i nie nosi już fartuszka. Dziś otworzę jej na strychu tajne przejścia pod skosy dachowe, którymi będzie mogła wychodzić na zewnątrz.
Dziunia robi w konia psy. Na przykład, my oglądamy film w gabinecie, psy łażą w pobliżu, wszystkie drzwi pootwierane, a Dziunia śpi w pokoju Młodego na łóżku.
Starej, prawie ślepej suce kotka bezszelestnie przechodzi przed samym nosem, po czym, kiedy jest już w bezpiecznej odległości, zaczyna bezczelnie tupać!
I nadal mamlają się z młodą suką na schodach i na drabinie, ale zawsze jednak w pobliżu linii granicznej.

Dziś dzień kwiatowy; nastawiam zaraz mięso na obiad i lecę do ogrodu; słońce nieśmiało próbuje się przedrzeć...
A po niedzieli przyjdzie chłop z traktorem i będzie orał nasze pole.
(4960)

Komentuj (4)

24.03.2011 (20:52)

Młoda chodzi dwa razy w tygodniu na Kanoniczą, gdzie wyje w piwnicy niskim głosem, a ta, co obok wyje wysokim, wszystko jej zagłusza. Mimo to jest bardzo szczęśliwa z powodu tego wycia.
I kupiła już bilety kolejowe na Wielki Piątek dla siebie i mamy, i dostała te dolne kuszetki, tralalala!

Posiałam dziś groch; panie w sklepie mówiły, żeby już siać, bo jak się za późno posieje, to robaki wejdą. No to posiałam.
Posiałam też w tym tygodniu szpinak, oczywiście w dzień liściowy.
Jak tak stoję w tym ogrodzie, to wszystko mi się myli, gdzie co posiałam. Ale zapisuję w kalendarzu.
A nie jest to takie proste, bo sieję symultanicznie: w nowym warzywniku w gruncie, pod starym namiotem foliowym i na oknie w gabinecie; okno kuchenne pominęłam celowo, bo tam tylko cebulka na wczesny szczypior.

Umyłam też dziś jedno okno tytułem próby, czy to się w ogóle da umyć; takich brudnych okien w bloku na trzecim piętrze nie miałam nigdy. Spoko, dało się.
Ale poprzestałam na tym jednym, bo nie od razu przecież Kraków zbudowano, a jutro ma padać cały dzień, więc co się mam denerwować, że mi pada na umyte...

Zdechła jedna czarna kura, co to ją kiedyś stara suka z lekka nadgryzła. Co prawda to było bardzo dawno i właściwie tak naprawdę nie wiadomo, czy od tego zdechła, bo Stary jej nie zrobił sekcji, tylko od razu zakopał.
Natomiast roślinność, przeciwnie, rusza się do życia. Grubaśne pąki ma już czereśnia, aż się zdziwiłam. Wyłażą wszędzie liliowce, maki, sasanki, tulipany, krokusy i inne cebulowe i pełno jakiegoś czegoś, co to sama nie wiem, co z tego będzie, ale widać, że kwiaty. Trzeba ostrożnie chodzić po ogrodzie i raczej nie zbaczać ze ścieżek, żeby nie podeptać.
Przetransplantowane przebiśniegi wyrosły i pięknie kwitną na nowych miejscach.

Nasze andrzejowe pszczoły już czasami wylatują, krzątają się i robią porządki. Bardzo dużo pszczół wyginęło w Europie tej zimy i pszczelarze ponieśli wielkie straty. Podobno to wszystko z powodu oprysków pól. Z andrzejowych czterech uli u nas stacjonujących przetrwały trzy, ale znam ludzi, którym ze stu rodzin pszczelich została połowa.
Zastanawiam się, czy to oznacza, że bez sensu jest zaczynanie z tymi pszczołami, czy właśnie przeciwnie - trzeba od razu zacząć od dwóch uli, a nie od jednego.
Zawsze miałam niechęć do hodowli jakichkolwiek zwierząt w gospodarstwie, bo niestety, zwierzęta to nie lawenda, ze zwierząt jest smród. Ale przecież zdecydowanie z wyjątkiem pszczół!

Stary mi zepsuł piłę lisi ogon. Zabiję go.

A tak wygląda nasze zaorane pole.



Komentuj (6)

28.03.2011 (20:59)

Ogarnęłam wstępnie problem mleczny. Co drugi dzień bierzemy dwa litry - Młody chodzi po to mleko po wieczornym dojeniu, czyli tak po 19.00.
Mleko jest porządnie ciepłe, więc wlewam półtora litra do dużego słoja i wynoszę do wiatrołapu, żeby tam wystygło i oddało światu śmietanę. Pozostałe pół litra w małym słoiku wstawiam do kredensu na zsiadłe.

Rano przynoszę mleko z wiatrołapu i powolutku zbieram łyżką śmietanę do małego słoika. Jest ona na tym etapie rzadka, ale zdecydowanie odróżnia się od mleka kolorem, kiedy się patrzy przez szklaną ścianę słoja.



Pozostałe mleko przegotowuję i ono jest przeznaczone do kawy (teoretycznie, bo Testosterony czasem podkradają je z lodówki, jak im się chce pić).

A zebrana śmietana wędruje do kredensu jeszcze na całą dobę i potem może już zamieszkać w lodówce. Jest już wtedy gęsta i z tym lekko kwaśnym smakiem, który powinna mieć śmietana.
Wczoraj na niedzielną kolację jedliśmy gorący świeżo upieczony chleb z tą śmietaną. Poezja!

Szczerze mówiąc, narobiłam sobie dodatkowych obowiązków w związku z tym mlekiem, ale na razie mi się to podoba i mam zamiar się w to bawić, dopóki mi się nie znudzi.


Stary przekształca w głowie i w kompie nasz ogród. Dzieli i łączy przestrzenie i funkcje, a ja się włączam na przykład z pełnymi świeżości spostrzeżeniami na temat nowej lokalizacji sznura do suszenia prania.

Musimy pilnie kupić jakąś siatkę dla biedoty i ogrodzić część ogródka, bo nam się sypie drewniany romantyczny płotek, i młoda suka ucieka na pola tarzać się w oborniku.
Chyba to będzie tania leśna siatka, którą obsadzimy jakąś zeribą z tarniny czy cholera wie czego.

Komentuj (3)

31.03.2011 (21:23)

Dzisiejsza kolacja: chleb razowy, śmietana, sól, pieprz kolorowy prosto z młynka, szczypiorek prosto z doniczki.
Witaj, gruba dupo!


Komentuj (2)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów