Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


02.04.2008 (17:16)

Czy ktoś wie, kiedy będą następne odcinki "Desperatek", "Losta" i "Chirurgów"? Czy ci scenarzyści jeszcze strajkują? Jak można tak długo?
Przecież na pewno żyć im nie daje inwencja twórcza, która ich rozsadza od wewnątrz, nie znajdując ujścia...
Choć i tak "Chirurdzy" bez Prestona to już nie jest to!


Przepraszam ewentualnych czytelników, że takie głupie te notki piszę, ale jestem już na tym etapie, że cokolwiek chcę napisać, wydaje mi się zbyt intymne. Już zresztą o tym pisałam.

Co stawia pod znakiem zapytania sens istnienia tego bloga, niestety.

Komentuj (10)

05.04.2008 (15:23)

Mam taki stół z korkowym blatem, że obrus niekoniecznie. Zakładam go więc z rzadka raczej.
A dzisiaj uświadomiłam sobie, że obrus, rozłożony na stole w drugi dzień świąt, leży tam nadal. Ten sam. I jest czysty.

Jakoś to tak boleśnie mnie uderzyło. Bo to niezbity dowód, że dzieci ma się "odchowane" i nawet cukiernica może stać na stole. I mogę zająć się szyciem w dzień, a nie tylko, jak już zasną. I mogę nie zwracać uwagi na to, że wychodzą na balkon.

Jest to i fajne i smutne zarazem. I świetnie zastępuje wyciąg z aktu urodzenia, gdybym zapomniała o datach.

Komentuj (3)

06.04.2008 (18:01)

Dodałam link do mojej starej strony z bibliografiami, którą poddałam liftingowi i pozbawiłam danych osobowych.
Rozwijam się.

Komentuj (0)

08.04.2008 (17:52)

Brzydki pan kurier przyniósł dziś ładną paczuszkę:



Takie maleństwo, że może ze mną wszędzie jeździć w torebce. A pokrowczyk mu uszydełkuję, bo ten oryginalny jest całkiem brzydki i niegodny zawartości.
Teraz uczę się pstrykać.

Komentuj (2)

10.04.2008 (16:43)

Dziś tylko Czesław.
Czesław śpiewa, Czesław rządzi, Czesław mnie zauroczył.

Komentuj (1)

13.04.2008 (14:16)

Dziś niby-wiosenne porządki czyli zmiana zdjęcia na blogasku.
A to mój rozmaryn na oknie w kuchni.

Firanka to moje dzieło sprzed jakichś 10 lat. Miałam wtedy dużo czasu, co zaowocowało plusami dodatnimi w postaci uszydełkowania firanki i bezpowrotnego rzucenia palenia oraz plusem ujemnym w postaci nagromadzenia ośmiu kilogramów żywej wagi, mojej oczywiście.
Również bezpowrotnie.

A firanka, ku mojej rozpaczy, jest u kresu swoich dni. Co jakiś czas robią się małe dziurki tu i ówdzie; naprawiam je, poprawiam, retuszuję ale bawełniane nitki są już tak słabe, że dosłownie rwą się w palcach. To chyba światło słoneczne ją tak zniszczyło.
Strasznie mi jej szkoda.

Komentuj (6)

18.04.2008 (21:54)

Cywilizacja przeszła obok mnie i wymyśliła przeciwsłoneczne okulary korekcyjne, nie zawiadamiając mnie o tym.

Cierpiałam więc męki, marszcząc się przed słońcem, odkąd soczewki kontaktowe już nie dla mnie. No bo gdyby dla mnie, to bym sobie na soczewki mogła założyć normalne okulary słoneczne, znaczy takie dla osób widzących.
A że czeguś nienawidzę fotochromów, więc się marszczyłam.

Aż tu słyszę, że ta luka w rynku jest już wypełniona od lat, tylko ja nic o tym nie wiem. Nabyłam więc drogą kupna okulary - wersję letnią, no i tak w ogóle na wypadek, gdyby miało jeszcze kiedyś zaświecić słońce.
Co prawda w pierwszej chwili miałam wrażenie, że wyglądam, jak żywa reklama Polskiego Związku Niewidomych, ale mam zamiar się przyzwyczaić.

No a jako, że idę w pomarańczowe, to okulary również z odpowiednim akcencikiem:



Komentuj (4)

25.04.2008 (20:06)

Ruszyłam wreszcie tę dupę i zaczęłam chodzić.

W niedzielę tytułem wstępnego rozruchu wybrałam się na czterdziestominutowy spacer z pieskiem na łapkach i z synkiem na rowerze (ja z kijkami).
W poniedziałek wieczorem pieszo na angielski (20.00-20.30, zimno, nieprzyjemnie).

A od wtorku codziennie rano połowę drogi do pracy idę pieszo. Zajmuje mi to 30 minut żwawym marszem (7.20-7.50). Wysiadam z autobusu pod teatrem, przechodzę na drugą stronę ulicy. Mam po drodze ogród zamkowy, potem idę wzdłuż cuchnącego kanału z wodą, naśladującego rzekę (ale jako rekompensata jest tu ładny kawałek parku). Aż wreszcie stromą cichą uliczką wspinającą się do góry - cały czas na wschód, więc prosto w słońce.
Wkrótce jestem już na skraju osiedla na wysokiej skarpie. Widać stamtąd panoramę miasta w oddali i wiatraki po jego przeciwnej stronie. A nad miastem wisi pozioma szara wstążka smogu, nieruchoma i złowroga.
W parku spotykam zawsze w tym samym miejscu dwie ognistorude wiewióreczki. Widziałam też lecące w górze cztery kaczki i słyszałam dzięcioła na drzewie, ale wypatrywałam go bezskutecznie. Tak więc idę sobie, kontempluję przyrodę i marzę o gruntach rolnych pod lasem.
Żeby nie było za słodko, muszę się przyznać, że pierwszego dnia wlazłam w psie gówno, tak w połowie drogi.

Brałabym kijki ze sobą, ale jak potem z nimi wracać autobusem, robiąc po drodze zakupy i ciągnąc do domu wory z żarciem?

Przechodziłam więc prawie cały tydzień. Mój kręgosłup jest mi wdzięczny zapewne, ale za to kostka mi spuchła i chce chyba, żeby jej zrobić zdjęcie. Kiedyś już mi dokuczała i teraz się cholera jedna obudziła od tego chodzenia.

A jutro rano jadę na rynek po świeże snopki szpinaku. Będzie szpinakowy weekend!

Komentuj (1)

25.04.2008 (20:35)

A tak sobie idę:









Komentuj (1)

26.04.2008 (16:31)

Rozmawiam przy obiedzie z moimi testosteronami.

Ja: Ostatnio znów dostałam maila z propozycją powiększenia mojego penisa. A dawno już nie dostawałam.
Mąż: Ja zawsze od razu wyrzucam takie maile.
Ja: A ja powiększam!

Syn (po chwili, z nutką zawodu): A ja nigdy nie dostaję nic takiego…
Mąż: Widocznie nie ma takiej potrzeby!

A tak z innej beczki: może ktoś wie, co powinnam zrobić, żeby mieć trebucheta na tym blogasku? W ustawieniach wyglądu pozmieniałam wszędzie czcionkę na trebucheta, ale przecież to, co tu widać, to nie jest trebuchet!

Komentuj (2)

27.04.2008 (21:40)

Co wychodziłam w tygodniu, to odżarłam w weekend.
Te weekendy mnie zabiją. Tylko piekę, gotuję i zżeram to wszystko wraz z rodziną, a jako świadectwo dokonanych czynów pozostają mi przypalone od piekarnika sznyty na przedramionach, które oglądają w poniedziałek w pracy moje koleżanki.
- O, znowu piekłaś - mówią.

Dziś stwierdziłam, że zacznę chyba wyjeżdżać na weekendy. Osiądę w lesie w jakimś eremie i będę przez te dwa dni pić wodę i chodzić dookoła szałasu.
- W eremie to się siedzi i medytuje - powiedział mój mąż.

A na chodząco nie można???

Komentuj (1)

29.04.2008 (10:59)

Klarują mi się powoli plany wakacyjne. Ich ważnym elementem jest pobyt u mamy w P. W tym roku spędzę tam lipiec i właśnie się dowiedziałam, że Gosieńka też.
Mam nadzieję, że pozostałe nasze czarownice nie zawiodą.
Mariola, Beata, co Wy na to? Lipiec!

Komentuj (4)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów