Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


02.04.2011 (17:59)

Po pół roku użytkowania kota i bez jakichkolwiek wcześniejszych w tej dziedzinie doświadczeń, zgłębiłam dziś wreszcie, w sobotni poranek, zasadniczą różnicę między gatunkiem pies a gatunkiem kot.
Otóż: pies wymiotuje na dywan, nawet jeśli jest to jeden jedyny w całym sześćdziesięciometrowym mieszkaniu mały dywan - dwa na trzy metry.
A kot wymiotuje na biały obrus.

Komentuj (0)

03.04.2011 (22:31)

Wczoraj wieczorem było tak ciepło, że po skończeniu prac na grządkach położyłam się w gumiakach na ławce w ogrodzie i patrzyłam w niebo; było już prawie ciemno i myślałam, że się pojawi jakiś nietoperek, ale się nie doczekałam.

Dziś od rana słońce, ciepło i wiosenny wiatr. Wszędzie powyłaziły krokusy, oczywiście w nieoczekiwanych lokalizacjach, musiałam więc znów biegać z łopatką i transplantować. Od rana latały już pszczoły i widziałam też trzmiela.

Nasze pierwsze sadzonki przeznaczone do szkółki opuściły wreszcie poddasze i teraz, mam nadzieję, będą się ukorzeniać pod namiotem foliowym. Mamy tam bukszpan, forsycję, trzmielinę i leszczynę.


Stary przyciął wierzbę Hakuro Nishiki, z czego nagle narobiło się mnóstwo cieniutkich gałązek. Po pierwsze, nadały się do wazonu, gdzie uzupełniły bukszpanowy bukiet.


Po drugie uzupełniłam nimi upleciony wcześniej leszczynowy płotek, chroniący tymczasową ziołową rabatę przed psami, zanim zioła nie trafią na właściwe miejsce. Podoplatałam gałązki wierzby w taki sposób, że ich grubsze końce powciskane są w ziemię i spodziewam się po niej, że pokryje się listkami.

Zaszczepiłam też zrazy, pobrane z jabłonki o wspaniałych owocach, ale zniszczonej przez nieumiejętną pielęgnację, na dwie inne jabłonki. Biedne drzewko ma u nasady pnia makabryczne ubytki kory, które się już nie zagoją, bo aż takich cudów to nie ma. Naczytałam się o tym przeszczepianiu, wszystko zrobiłam według wskazówek, mam nadzieję, że mi się to uda.
Jeśli zrazy się przyjmą, to te dwie jabłonki będą miały po dwa różne rodzaje owoców – swoje macierzyste i nowe z tych przeszczepionych gałązek.


Kiedy pracujemy w ogrodzie, Dziunia obserwuje nas z góry, przemierzając dach wzdłuż i wszerz. Uwielbiam tę jej półdzikość, to, że co prawda przybiega do łóżka się poprzytulać, jak tylko psy wyjdą rano do ogrodu, ale także spaceruje po dachu i skacze po giętkich gałęziach śliwy, a na strychu morduje myszy.


Szykujemy się na rodzinną Wielkanoc w większym gronie i mam nadzieję, że akurat zakwitną drzewka owocowe i zrobią ten wiosenny klimat. Marzy mi się stół wielkanocny pod drzewkami, ale to już wszystko zależy od aury. Wielkie porządki widać już wreszcie w naszym gospodarstwie, powstają nowe rabaty, trwa sprzątanie, przesadzanie, reorganizacja i przebudowa ogrodu, są plany i zamiary.
Żeby tak jeszcze wykopać w ogrodzie skrzynię ze skarbem...
(5230)

Komentuj (9)

08.04.2011 (17:15)

Dziś prawdziwy hardcore:


















Komentuj (7)

12.04.2011 (08:01)

Wpadam w szał konsumpcji, co zdarza mi się w życiu w sporadycznych zrywach, krótkich i dramatycznych, wraz z pożyczką z pracy lub innym nieoczekiwanym eventem, generującym wytrysk gotówki. Zrywy jak to zrywy, mijają tak szybko, jak przyszły i wszystko wraca do przeznaczonej mi przez los normy.
A tymczasem...
Stół zawitał do naszej jadalni prosto ze składu z antykami; jest piękny, orzechowy, soczysty. Krzesła do niego kupiłam na znanym portalu, przyjadą przed świętami. Mam obawy, czy kolor tych krzeseł zaprzyjaźni sie z kolorem stołu, bo wiadomo – zdjęcia to zdjęcia... ale po rozmowach telefonicznych ze sprzedawcą w końcu się jednak zdecydowaliśmy i teraz to już pozamiatane.
Zamówiłam też dwa ule wielkopolskie, składające się z dna, dwóch korpusów, półnadstawki, daszku i ramek każdy, co wiem od Andrzeja, ale i tak nie wiem, co to jest półnadstawka i jak się ona ma do korpusu i daszku. Pan, który robi dla nas te ule zapytał mnie, czy chcę ramki jakieśtam czy jakieśtaminne, ale tu już wymiękłam i parsknęłam śmiechem. Jednak to zamówienie uli było niezwykle ekscytujące.

No i skoro sobie założyłam, że będę kolekcjonowac w ogrodzie liliowce, to mam już Dark Red, David Kirchhoff, Fulva Rdzawy, Mildred Mitchell, Pandoras Box i Strawberry Candy. No i jeszcze piękne złociste, które myślałam, że są Stella D’Oro, ale jednak chyba nie. I jeszcze jedne od Ani, ale nie wiem, jak wyglądają, a co dopiero, jak się nazywają.
Ogłaszam otwarcie początku Kolekcji.
(5260)

Komentuj (2)

12.04.2011 (22:17)

Znalazłam!
Moje złociste liliowce nazywają się Gold Dust. Tak wyglądały 15 czerwca 2010.



Komentuj (4)

15.04.2011 (21:45)

Tak mi się zachciało pojechać do Krakowa...

Pooglądałam zdjęcia takiej jednej krakowianki i zachwyciłam się. Wiedziałam, że kopią pod Rynkiem, przecież w cholerę długo było wszystko pozagradzane i czytało się coś o tym. I było do przewidzenia, że cuda-wianki tam znajdą - bo jakże by inaczej!

No ale jak zobaczyłam te zdjęcia, to mi się strasznie zachciało tam wejść i pooglądać to wszystko... i tak postać... i pochodzić powolutku.


Jutro chyba otworzymy tylne drzwi ogrodowe, które są podwójne i mają tam pomiędzy ponapychaną taką paskudną burą wełnę, dla ochrony przed zimowym zimnem. Nie wystarczy więc tak sobie podejść i otworzyć, no niestety.
Ale jak już będą otwarte, to zacznie się ciepły sezon. Będę latać tamtędy wieszać pranie w ogrodzie, kraść jajka kurom, doglądać warzywnika i kwiatowych rabatek i pić kawę na ławce.
Już nie mówiąc, jak się psy ucieszą, że otwarte, jak do obory.

A co do jajek, to uzbierałam już ponad czterdzieści na Wielkanoc!

Komentuj (1)

17.04.2011 (21:40)


Dziś był ten pierwszy dzień otwarcia tylnych drzwi z widokiem na ule. Rozłożyliśmy tam kupiony właśnie pas wykładziny, który będzie miejscem zostawiania pierwszego brudu z butów i psich łap po wejściu do domu. Na razie, póki jeszcze nie ma tam kafli, tylko tymczasowa wykładzina dywanowa, musimy sobie tak jakoś radzić.
Tak, tak - tymczasowa wykładzina zmywalna na tymczasowej wykładzinie dywanowej.

Utoczyliśmy z Młodym trochę wina do butelek; no cóż, to pierwsze nasze wino do cudów nie należy, ale da się pić. Zrobiłam też pigwówkę ze spirytusu i syropu pigwowego, którego ostatni słoik miałam w piwnicy i naprawdę cudem uratował się on przed żarłoczną Młodą, która całą resztę wyżłopała z herbatą.

A w ogóle, to wstałam dziś, w niedzielę, o szóstej pięć. Tak, wiem, że to nie jest normalne, ale na starość podobno tak się ma. Nie wiem, zresztą, jak to jest z tą starością, bo dzwoniłam do mamy około dziesiątej i mówiła, że dopiero niedawno wstała. Widocznie nie jest jeszcze taka stara, jak ja!

Jutro jadę oddać krew i ponieważ wykorzystam przysługujący wolny dzień, to około południa będę już z powrotem w domu. Muszę pomalować kawałek bramy, który był zasłonięty pnącymi różami, a teraz wyszedł na jaw. A że róże będą przesadzone na inne miejsce, chociaż tak naprawdę, to jeszcze nie wiadomo, na jakie, to przycięłam je brutalnie przy glebie. Zresztą i tak przemarzły, jak rok temu i trzeba było im wyciąć wszystkie przemarznięte pędy. Na cholerę mi takie róże, nawet nie wiem, jaki mają kolor kwiatów, bo ta odmiana kwitnie na pędach zeszłorocznych, a że te zeszłoroczne im przemarzają, więc idą wiosną do śmieci.
Ale wreszcie mogę dotrzeć do niepomalowanych rejonów bramy z pędzlem.
A potem posadzimy tam wysokie dzielżany, które trzeba przesadzić zza szopy. W ich miejsce trafią duże bukszpany, które teraz tworzą bezsensowny żywopłot na środku niczego.
Przebudowa ogrodu trwa.

Mam też już kranik z wodą przy nowym warzywniku. Myślałam, że to potrwa z tydzień, a tymczasem w piątek i sobotę testosterony wykopały długaśny rów i zakopały w nim rurkę wodociągową, przez którą woda płynie sobie do tylnego ogrodu gospodarczego. Nitka wodociągu będzie doprowadzona dalej, do kur, żeby nie trzeba było nosić wody.
Stary przekopie też doprowadzenie od dawnego kranu do studni, żeby wodą ze studni można było podlewać ogród.

Komentuj (3)

18.04.2011 (21:40)

Zdycham!
Prawie cały dzień spędziłam w ogrodzie, a na koniec zabrałam się za palenie gałęzi po różnych wycinkach i przycinkach jesienno-zimowo-wiosennych. Nie wiedziałam, że to może być takie męczące. Po paru godzinach nie miałam już siły chwytać palcami tych patyków, a poza tym zrobiło się ciemno. Machnęłam ręką i przyszłam do domu. Gorący prysznic i już teraz leżę w łóżku, a rąk i nóg nie czuję...

Ciasto na mazurki zagniotłam, ale popiekę te spody jutro, dziś mnie ogród zbałamucił. Pomalowałam bramę i niedoróbki przy tylnym płotku, pogrzebałam trochę w grządkach warzywnych. Dowiedziałam się przez płot od sąsiadki, że na kolanach plewić to niedobrze, bo coś tam, właściwie nie wiem co. A że byłam w bluzce z krótkim rękawem, to powiedziała mi też, że powietrze teraz takie zdradliwe i wszyscy chorują, bo to się tak każdemu zdaje, że już ciepło i się niepotrzebne porozbiera. Nie ma to jak miła rozmowa!

A rano w stacji krwiodawstwa wykazałam się niebywałą inteligencją, a mianowicie, jak wstawałam z krzesła po wstępnym pobraniu, to spadł mi na podłogę dowód. Schyliłam się, żeby go podnieść i wtedy spadł mi gazik, dopiero co przyłożony. Krew chlap, chlap, chlap – na podłogę, na wypełniony kwestionariusz, na krzesło, o matkobosko!
W panice podniosłam ten gazik i przyłożyłam go z powrotem tam, skąd odpadł. Prosto z podłogi.
Tej pani gratulujemy.

Komentuj (1)

21.04.2011 (11:56)

Wczoraj Młody skrócił przewodnik tej starszej gruszy i powycinał jej wilki. Drzewko nabrało zdrowszych proporcji i cieszę się, że Młody zdążył to zrobić wczoraj, bo wczoraj był ostatni dzień czasu sadzenia przy opadającym księżycu, kiedy soki roślin są przy ziemi i w dodatku dzień owocu – więc jest to najlepszy czas na cięcie drzewek owocowych.
Przesadziłam też wczoraj truskawki w jakieś bardziej sensowne miejsce. Rok temu, jak idiotka, posadziłam je na grządce pod śliwą renklodą, bo nie przewidziałam, że renkloda pokryje się liśćmi i zacieni te truskawki. Cienista grządka dla truskawek – a to dopiero pomysł!

Stary wybudował wędzarnię tymczasową, która będzie dzisiaj chrzczona. Wyjęłam już z zalewy boczki, szynki i schab i około południa odpalamy wędzarnię. Marzą mi się wędzone ryby, ale nie wszystko naraz, teraz muszę przygotować święta, a czasu już mało. Poza tym muszę się odpowiednio przygotować teoretycznie do tego wędzenia, bo tak na wyczucie to nie lubię.

W sklepie dla najuboższych kupiłam wczoraj 80 żonkili i zaprawdę, słusznie uczyniłam. I przyjechały wczoraj krzesła - z jednym małym problemem, ale chyba zmierzającym do rozwiązania.
Pasują! A tak się bałam...



Goście jutro zaczną się zjeżdżać, cieszę się i boję jednocześnie, ale liczę też na pomoc przy ostatnich pracach przedświątecznych.
Dowiedziałam się, że w naszej wsi, gdzie nie ma kościoła, sobotnie święcenia przy figurce i mam nadzieję, że urządzimy na tę okoliczność małą rodzinną procesję.

Komentuj (1)

22.04.2011 (22:53)

Errata do żonkili - niech je cholera, wszystkie prawie pozasychały, nawet święconki nie doczekają! Jeśli ktoś za moją namową kupił je też, nich mi wybaczy.

A więc jednak niesłusznie uczyniłam...

Komentuj (2)

28.04.2011 (21:59)

Zapuściłam się z notkami, ale już wracam.

No i okazało się, że oprócz licznych posiadanych talentów, o których świat już miał zaszczyt się dowiedzieć, umiemy jeszcze produkować pyszne wędliny.
Dwie szynki, boczek i schab zostały przeze mnie zapeklowane, a przez Starego uwędzone, udały się znakomicie, można było ich wcale już potem nie gotować, ale z braku doświadczenia część ugotowałam, a część nie, bo wymyśliłam, że w razie jakby jedna z tych części była niejadalna, to ta druga uratuje honor.
I dziś komiks o wędzonkach.











Trzeba by teraz spróbować z rybami...

Sasanki, niezapominajki, tulipany, szafirki, fiołki, mahonie, hiacynty, czereśnie i brzoskwinie – wszystko kwitnie. A bzy i konwalie w pąkach, więc też lada chwila. A ałycza, to aż cała buczy od pszczół.



Powschodziły mi na grządkach marchewka, buraki, rzodkiewka i groszek. No i patrzę – szpinak tam rośnie. I zupełnie nie pamiętam, kiedy go posiałam, no ale sam się nie posiał w takich równych rządkach, więc jednak. Pokrzywy już wyłażą pięknie i lada chwila będzie można nastawić pierwszą gnojówkę do podlewania.
I suszę już pranie na nowych sznurkach w tylnym ogrodzie gospodarczym, a drzwi na ogród cały dzień otwarte...

I nie wierzę, że w zeszłym roku o tej porze nie było mnie jeszcze tutaj.

Komentuj (6)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów