Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


01.04.2013 (20:52)



Młoda na mnie nawrzeszczała trochę, że zaniedbuję blogaska, że nie piszę, a tu tłumy wyznawców, stęskniona publiczność i w ogóle... A ja tylko wciąż na forum siedzę i na forum piszę i co ja sobie myślę!
No to dobra. Czy ktoś wie coś na temat tej zimy, czy na przykład w zamian za to, co musimy znosić, za rok mamy obiecaną wiosnę już od lutego? Bo jeśli tak, to wiele wytrzymam i będę z nadzieją patrzeć w przyszłość.

Na mym oknie łany pomidorów szykują się do drugiego pikowania i gdzie ja je wysadzę, ach gdzie? Czy kwieciem w doniczkach przyjdzie im się pokryć?
Mam też nowiutkie ciemierniki i wsadzić ich do gruntu nie mogę, bo ziemia zamarznięta. Mam patyki pęcherznic do ukorzeniania i czekają w doniczce. Mam przekwitłe cebulowe – żonkile i hiacynty do posadzenia w ogrodzie.
Nie mówiąc już o tym, że kurze gówna zamarzły w kurniku i nie dało się ich wysprzątać wiosennie przed świętami.
Jednak jak pooglądałam dziś zdjęcia z innych regionów Polski, to wiem, że nie mam na co narzekać, bo miejscami zdechła trawa jednak prześwituje i śniegu mamy w porównaniu niewiele.

Wszystkie internetowe prognozy pogody są do kitu, bo co to za robota, że kiedy spojrzeć, to za dwa tygodnie obiecują plus dziesięć, przy czym z upływem dni termin się przesuwa i zawsze dupa z tyłu. Ostatnio przerzuciłam się z ICM na Accuweather i też kłamią, chociaż po angielsku.

Święta jak święta - przygotowałam wszystko to, co zwykle, może nie aż takie ilości, ale wystarczające, żeby w ciągu dwóch dni nabrać wstrętu do jedzenia. Jednak z czasem nabieram przekonania, że na nikim nie robi już to wszystko większego wrażenia, że opatrzyło się i spowszedniało i może by tak przed następnymi świętami wyprzedać kosztowności i bez uprzedzenia odlecieć daleko, zostawiając na oknie pocztówkę z pozdrowieniami? Tylko skąd ja wezmę kosztowności?

Stary przed świętami dostał napadu aktywności wewnątrzdomowej i wyprowadził na prostą różne niedoróbki. Wytynkował sień gliną na czysto, zrobił z postarzonej sosnowej deski frontową ściankę zmywarki i pomalował pokój dla mamy.
W łazience zamontował też wieszak na szlafroki, zrobiony z kołków od starego wieszaka z szafy, takiego, co to można go było wsuwać i wysuwać wraz z wiszącymi na nim ciuchami.

A ja sobie zrobiłam nowy abażur nad stół w jadalni i jest to właściwie wersja udoskonalona gotowca ze szwedzkiego sklepu, bo wreszcie uszydełkowałam ten koronkowy brzeg, którego długość liczyłam z wzoru na obwód koła w notce z 31 stycznia.
Ale ponieważ szarpie mną twórczy niepokój, więc pod powiekami oswajam już sobie kolejną wersję z samej tylko koronki, którą pewnie będę szydełkować do grobowej deski. A jak skończę, to będę miała dwa abażury na zmianę!

Komentuj (9)

06.04.2013 (21:14)

Poświąteczne towarzystwo rozjechało się wczoraj i zostaliśmy w trójkę tylko z mamą.
Wczorajszy dzień był pełen wrażeń, a ważniejszy był nawet niż cała ta Wielkanoc. Bo Wielkanoc jest przecież co roku, a takie okrągłe urodziny nie każdemu zdarza się świętować.

Parę miesięcy temu wymyśliłam już ten scenariusz, przynajmniej w ogólnym zarysie, a potem krok po kroku realizowałam kolejne punkty, żeby wszystko się udało.
Przede wszystkim Młoda musiała zaplanować sobie urlop tak, żeby móc zostać tu jeszcze przez cały poświąteczny tydzień. Młody ze swoją połówką też zaplanowali sobie przedłużoną przerwę świąteczną na uczelni, trochę co prawda w myśl zasady, że cel uświęca środki, no ale czasem trzeba. A środki były moralnie dwuznaczne i to z moim aktywnym udziałem!

Już w lutym poprosiłam zaprzyjaźnioną skrzypaczkę z filharmonii, żeby była tak miła i przyjechała do nas w poświąteczny piątek zagrać dla mamy mały urodzinowy koncert. Wybrałyśmy Tango milonga, Nad pięknym modrym Dunajem i Kasztany, a artystka dodała jeszcze kilka utworów. Dla mamy była to zupełna niespodzianka. Wiedziała tylko tyle, że o dwunastej będzie wspólne "coś słodkiego", bo po południu dzieci wyjeżdżają już z domu.
Stary potajemnie pojechał po skrzypaczkę, a my przygotowałyśmy z Młodą stół.
Kiedy zabrzmiała muzyka, mama nie ukrywała wzruszenia, zresztą nie ona jedna, bo wszystkie my kobitki zalałyśmy się łzami już przy pierwszym utworze. Potem jakoś zebrałyśmy się do kupy i finał był już spokojniejszy.

Mama dostała od nas kwiaty, książkę i śliczną filiżankę z rosyjskiej porcelany, a po koncercie wjechał na stół tort w kształcie kapelusza z kwiatami, który zrobiłam poprzedniego popołudnia.
Musiałam też oczywiście i dla siebie wykombinować wolny dzień w pracy, co przypłaciłam krwią swoją serdeczną, ale przynajmniej już bez skazy na morale :)

Największą dla mnie przyjemnością było słuchanie, jak potem mama opowiadała o tej uroczystości przez telefon mojej siostrze i swojemu bratu.



A dziś przyjechały tu dwie fajne babeczki i zrobiliśmy sobie z nimi maleńkie after-party.

Komentuj (6)

11.04.2013 (19:48)

Mnożą mi się internetowe aktywności, przybywają kolejne, ale sama się w to pcham. No lubię to - nie ma co ukrywać. Skończy się tak, że mi laptop łeb przytrzaśnie i tam już zostanę, po tej drugiej stronie...

Ogród ruszył. Wygrabiłam sobie pod folią, wygrabiłam na warzywniku. Będę się rozpychać z uprawami jeszcze i na polu za ogrodem; tam wyjedzie marchew i dynie w szaleństwie odmian. Jak mi te wszystkie dynie obrodzą, to we wrześniu rozłożę chyba stragan przy krajowej szóstce.

Trochę mi się w głowie miesza i nie bardzo mogę ogarnąć, co będzie siane/sadzone w tym przydomowym warzywniku. Muszę sobie narysować jakiś plan, a to nie jest proste, bo to już trzeci sezon warzywnika, a chcę uwzględnić zmianowanie i dobre sąsiedztwo roślin.

Sadzonki groszku pachnącego własnej produkcji wytrzymały w gruncie przy płotku noc z mrozem minus pięć, więc wysadziłam kolejne. A dziś po południu było na plusie dziesięć!
Podpaliłam sobie stos gałęzi, ach jak ja lubię takie ogrodowe podpalenia!

Komentuj (0)

14.04.2013 (20:18)

Miodek wielokwiatowy się robi!









A ta na ostatnim zdjęciu, co prawda z serii "znajdź pszczółkę na tym obrazku" ale za to jaka akrobatka!

Komentuj (1)

15.04.2013 (21:51)

Zaczęłam dziś zabiegi na kręgosłup szyjny i codziennie po pracy biegam do szpitala.
Pierwszy raz mam zlecony wyciąg. Leżę sobie, a łeb mi zapinają w obrożę, jak dla psa i podkręcają jakąś śrubę i czuję się wtedy bardzo wyprostowana. Leżę tak sobie dziesięć minut i oczywiście pod koniec PRAWIE zasypiam. W kolejnych dniach czas będzie wydłużany.
Potem pani mnie rozpina i leżę jeszcze 5 minut. Potem każe mi usiąść i posiedzieć minutę.
A potem lecę na drugi koniec korytarza na inny zabieg, prądowy.

Z tym wyciągiem wiążę ogromne nadzieje. Chciałabym móc choć raz przespać noc, żeby nie drętwiały mi palce, obudzić się w nocy i nie szukać, gdzie te dłonie znowu są i dlaczego z kamienia. Jechać autobusem i móc ręce położyć nieruchomo na kolanach i żeby od razu nie pojawiały się te mrowienia.
No.
I czuję, że mi ten wyciąg pomoże. A jak nie, to że przynajmniej po serii takich zabiegów będę trochę wyższa!

Komentuj (5)

17.04.2013 (10:11)

Ziemia została zaorana, a to znaczy, że już naprawdę wiosna. Myślałam, że zaraz będziemy siać tę grykę, ale okazuje się, że ona jest delikatna panienka i wrażliwa na przymrozki, więc w tym cholernym klimacie dopiero w połowie maja. Oglądając prognozy i meteorogramy myślę, że z tydzień będzie można utargować, a to już prawie na początku maja...
Oracz, który zaorał nam więcej niż chcieliśmy, na tym nadmiarze posieje sobie jęczmień i tym sposobem nie musimy płacić mu za orkę. Będziemy mieli pożytek dla pszczół i własną kaszę gryczaną. No czy ja kiedyś mogłam o tym marzyć?
A gdyby tej gryki było dla nas za dużo, to można się będzie wymienić z kimś na jęczmień i pszenicę i wtedy nie trzeba będzie kupować ziarna dla kurek.
W przyszłym roku nasz oracz być może będzie siał grykę na swoim polu, więc miałabym ciągłość dostaw mojego ulubionego miodu gryczanego.
Stary wczoraj wymyślił, żeby zaprowadzić na tym polu plantację bylin miododajnych i podoba mi się ten pomysł, nie wiem tylko, czy podołamy organizacyjnie. Powstałaby tam wielogatunkowa kwietna łąka i można byłoby dać sobie spokój z tymi corocznymi orkami i zasiewami. A możliwości doboru gatunków na tę łąkę powodują, że z zachwytu kręci mi się w głowie!

Komentuj (1)

18.04.2013 (20:48)

Biorę duży jogurt naturalny, dodaję czubatą łyżkę cukru pudru, a do tego pół litrowego pudełka mrożonych malin z własnego maliniaka. Zjadam powoli, na leżąco przed laptopem. Ale to przecież nie dlatego nie mogę schudnąć?
Niech się schowają wszystkie lody świata!

Na weekend mam huk roboty. Dziś posiałam rukolę pod folią, a w gruncie szpinak i buraki liściowe. Nadal nie mogę założyć ogrodu warzywnego na polu, bo ten fdgsjuebbdgxkls, który miał zabronować pole - nie zabronował. Zaorał wszystko co prawda ładnie, ale miał zabronować jutro, a to jutro było już wczoraj i do dziś się nie zjawił.

Przyjechały kupione w szkółce nowe róże, będą sadzone w sobotę. Muszę też poprzesadzać lilie kupione jesienią, które zimowały na tymczasowej grządce. Cztery nowe hortensje bukietowe, kupione w zeszłym tygodniu, też czekają na wysadzenie.

Zagotowałam wieczorem gar wody i zanurzyłam w nim dwa bukiety suszonego krwawnika. Do rana zrobi się ciemnozielony wonny wyciąg, którym Stary będzie pryskał ogród przeciw chorobom grzybowym, przede wszystkim brzoskwinie przeciwko kędzierzawości liści, ale też porzeczki i agrest.

Kupiłam korę do ściółkowania krzewów borówki, bo w ubiegłym sezonie z niedoboru wody wiosną marnie mi owocowały. Niby je podlewałam, ale jakoś jednak za mało. Teraz muszę je dopieścić, a ponieważ kora ogranicza parowanie, to od niej zaczynam.

Mama towarzyszy mi w pracach; siedzi na ławeczce, przygląda mi się i mówi: dziecko, jak ty tu harujesz, dziecko ty się zamordujesz, czy ty nie możesz spokojnie usiąść choć na chwilę?

Komentuj (3)

22.04.2013 (21:26)

Ponieważ bronowanie nie nadeszło, to wkroczyłam z grabiami i zagrabkowałam sobie tyle, ile mi będzie trzeba, a może nawet kawałek więcej. Nie wiem, bo mam problem ze skalą - jak stanęłam na tym polu i zaczęłam, to czułam się tam zupełnie, jak krasnoludek.
Prace w ogrodzie idą powoli ale planowo i ogólnie nie ma paniki. Siewy na polu powinny już nastąpić, ale lokalsi sieją w weekend majowy i też żyją, więc wdech-wydech. Za to przy domu posiałam wszystko, co już mogłam, zostały tylko miejsca na pomidory, ogórki i sałatę, którą będę pikować spod folii.

Moje pole na początku i na końcu grabkowania (czyli przed pęcherzami na rękach i już z nimi).





Kfiatecki się zaczęły!








Komentuj (6)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów