Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


02.04.2014 (12:30)

Wiadomości w tym tygodniu są wspaniałe, bo Młoda awansowała znów w swojej firmie,
a Młody jest wreszcie po zimowej sesji egzaminacyjnej, więc jest się z czego cieszyć.

Zaszczepiłam dziś jabłonki, może tym razem się uda, a może się znów nie uda. To moja trzecia próba, do tej pory były same porażki. Chociaż… jeden zraz szczepiony ubiegłej wiosny jest wciąż zielony, ale pączka nie ma nabrzmiałego, więc ani żyje, ani umiera.
Zależy mi na pozyskaniu malinówki i to nie byle jakiej, tylko z dawnych odmian, ze stuletniego drzewa, z którego mam dostawę zrazów każdej wiosny. Aż się dostawcy skończy cierpliwość.
Zaszczepiłam dzisiaj, choć to według kalendarza biodynamicznego dzień z trupią czaszką,
a więc nie najlepszy na prace ogrodowe. Ale za to miałam tym razem maść do szczepień. Zobaczymy.



Mam już pięknie przygotowane równiutkie grządki na warzywnik. Tam będę jutro sadzić cebulę i czosnek i siać marchewkę i pietruszkę, żeby się tym potem dzielić z sarenkami ich mać. I tak dopóki nie ogrodzimy pola.



Zakwitło pierwsze owocowe drzewo - wielka ałycza w rogu domu. Jest to ałycza strategiczna i komunikacyjna, bo po jej gałęziach Dziunia wchodzi na dach, a potem na strych.



Wszystko powoli jest już tutaj po naszemu, ale jednak muszę przyznać, że nienawidzę w tym gospodarstwie bramy.
Brama jest paskudna, ogromna, monumentalna, ciężka i niewygodna, a zimą zamarza i dla mnie jest niedostępna, bo nie jestem w stanie jej otworzyć.
Jak kupiliśmy dom, była biała. Pomalowałam ją na czekoladkę, ale farba odłazi płatami
i wyziera znów spod spodu to białe paskudztwo.
Kiedyś sobie jeszcze kupię fajną bramę, jak bum-cyk-cyk.

Tańczyłam dziś taniec dworski i mało potem trupem nie padłam, siedziałam z czerwonym pyskiem pół godziny, żeby ochłonąć. Byłam na szczęście tylko zapasową dwórką i już ustaliłyśmy z Anną, że wolimy siedzieć przy świńskim ryju i wdychać zapach pieczystego.

A zbilansowany posiłek zapracowanej ogrodniczki wygląda tak.



Komentuj (1)

11.04.2014 (20:52)

Po raz pierwszy to powiedziałam, a było to dzisiaj, że chyba się wreszcie na bieżąco wyrabiam z tym ogrodem, z rabatami kwiatowymi, z warzywnikiem, no w końcu!
Nie jest to stan wylizania, odpowiadający moim standardom, ale jednak zadowalający w wiejskim ogrodzie prawie_naturalnym. Jak jeszcze jutro Stary zaliczy pierwsze koszenie, tak jak planuje, to już będzie całkiem cud miód i orzeszki. I nie mówię tu o arachidach, ci co mnie znają, to wiedzą.

Wiedzą też, że nie lubię nie być na bieżąco, zarówno z ogrodem jak i z całą resztą, bo ja lubię wszystko trzymać za mordę i przy okazji dziesięć srok za ogon. To nie jest łatwe i nie zawsze się udaje, ale jak się uda to łał!



Wyjątkowo wcześnie otworzyliśmy w tym roku drzwi ogrodowe i wynieśliśmy do ogrodu nasze cudne łóżko. Stoi w tym roku pod stuletnimi renetami i niech no tylko zakwitną jabłonie!



Mieliśmy w weekend inaugurację piwa, które teraz bulka sobie w piwnicy, a ja już wiem, że warzenie piwa to istne laboratorium!



Ach, uwielbiam wprost uwielbiam uczyć się wciąż nowych rzeczy - to utwierdza mnie w przekonaniu, że nigdy nie umrę.
A jeśli już jestem przy tych tematach - to niestety nie jadę do Warszawy w ten weekend, a planowałam, a chciałam... ale jednak bardzo potrzebuje weekendu w domu, sam na sam z ogrodem i sam na sam ze sobą.

Mój laptop jest w remoncie i już drugi weekend skazana jestem na kradzionego, który choć nieco spersonalizowany, to jednak jest OBCY i nie wszystko mogę na nim zrobić, zwłaszcza, jeśli wcześniej wypiłam pół wina.

Komentuj (3)

12.04.2014 (07:35)

Do czego był potrzebny szeroki drewniany podest przed wejściem do domu?







Komentuj (4)

22.04.2014 (07:19)

Dziwna to była Wielkanoc – bo w domu co prawda miło i spokojnie, a dookoła jednak aura smutku. Sprawy niby nie bezpośrednio u nas, ale blisko, ale nie pozwalające mi oderwać myśli. Pogoda pięknie dopisała i świąteczną niedzielę w dużej części przeleżałam na kocyku na trawie, śpiąc i czytając na zmianę.
Sobotni żurek z białą kiełbasą zjedliśmy w ogrodzie pod leszczyną, ale zanim to nastąpiło, miałam mały wypadek i oparzyłam się żurem, podnosząc z kuchenki pełen spory gar z prawie_wrzątkiem. Chlupnęło tu i tam, złapałam lekką panikę, ale w sumie okazało się, że brzuch ochroniło klika warstw ciuchów, natomiast ręka w nadgarstku i noga nad kolanem wymagały kilkugodzinnych okładów schładzających.

W sobotę nastąpił też czyn haniebny, popełniony przez Młodą… A było to tak:
Świąteczna niedziela, szukamy Dziuni. Gdzieś tu była, ale gdzie, ale kiedy? No, ta łachudra rozpoczęła włóczęgowanie po wiosce, pomyślałam, bo Dziunia co prawda wychodzi na zewnątrz przez dach, ale wtedy urzęduje wyłącznie w górnych rejonach ogrodu, natomiast na wioskę lubi wyskoczyć dopiero wtedy, gdy mamy w ciągu dnia otwarte tylne drzwi ogrodowe.
No więc tak poszukałam jej trochę, ale bez zbytniego zaangażowania.
W poniedziałek przed południem wołałam już po ogrodzie: Dziunia, Dziunia! – z nadzieją, że wylezie gdzieś z krzaków, bo uświadomiłam sobie, że nie widziałam jej od soboty. I tu na szczęście tknęło Starego, któremu gwałtownie zderzyły się odpowiednie synapsy i poszedł na górę i otworzył zamknięty pokój, uwalniając głodnego nieszczęśliwego kotka, zamkniętego tam bez jedzenia, picia i miłości!
To Młoda tam była na chwilkę w sobotę przed południem, a kot wtedy czym prędzej zilustrował opinię, że koty zawsze znajdują się po nieodpowiedniej stronie drzwi.
To wszystko by się nie wydarzyło, gdyby ten kot umiał miauczeć tak, jak nie umie.

W niedzielę byliśmy na spacerze w lesie, poszukać miejsca po niemieckim cmentarzu, o którym słyszałam, że tu był. Znalazłam tam ciekawą odmianę barwinka, który ma kwiaty o podwójnych płatkach i kilka sadzonek ostrożnie przetransplantowałam do ogrodu.





A w ogrodzie wczoraj rano powitały nas kwitnące czereśnie i świdośliwa. Kiedy kwitną czereśnie, można już sadzić kukurydzę. Mam dwie odmiany i dziś powpycham ziarenka do ziemi, zobaczymy, co z tego wyjdzie, bo kukurydzy jeszcze nie siałam. Moim celem nadrzędnym jest tu uzyskanie kukurydzianego żywopłotu koło uli, żeby pszczółkom nie wiało z pola.

Na zajączka dostałam od Starego prawdziwego stracha na wróble! Będzie strzegł mojego nowego warzywnika za ogrodem.





Komentuj (6)

29.04.2014 (21:18)

Kto by to pomyślał - biegnę do domu późnym popołudniem, po pracy, po radzie pedagogicznej, biegnę, bo w perspektywie sadzenie ziemniaków, a dziś dzień korzeniowy według kalendarza biodynamicznego.
I posadziłam: sześć rządków po dwanaście sztuk, a jak skończyłam, to zaczęło się już chować słońce i było cicho, tylko ptaszki ćwierkały, a z oddali słychać było szczekanie wioskowych psów. Od pasieki podmuchy powietrza przynosiły woń miodowych plastrów... i pomyślałam sobie, że to chyba nieprawda, że przydarza mi się taki raj, taka sielanka, no istny kicz.

Ziemniaki na zimę kupię od rolników z mojej wsi, a te nasze to będzie takie wakacyjne jedzenie, z pomidorami, z jajkami, z zielskiem wszelakim, którego coraz więcej zjadam, im jestem starsza. Siedzę sobie na przykład w ogrodzie na ławce, zajadam z brytfanki ryż z pieczonym indykiem, a na kolanach mam pęczek pietruszki, wyrwanej prosto z grządki i tak młócę to zielsko, jak królik.

Przygotowałam sobie też dzisiaj miejsce pod buraki pastewne za pomocą starego narzedzia, znalezionego tu w szopie. Narzędzie wygląda jak trójząb o harpuniastych zębach, a buraki będą dla kur i niech no tylko one spróbują tego nie jeść.

Jutro ostatni dzień pracy, a potem mam cztery dni wolne. Planujemy zapoczątkować plantację bylin miododajnych za pasieką i zaczniemy przesadzanie różnych miododajnych roślin, które wcześniej porozmnażaliśmy lub same się porozmnażały.
Stary obiecał też dokończyć wreszcie łączenia dachu na ganku. Szykuje nam się spokojny i pracowity weekend i mam nadzieję, że taki będzie.


A jutro w Krakowie pożegnanie El, która kiedyś była dla mnie bardzo ważną osobą, a link do jej bloga figurował tu po prawej stronie. Mam nadzieję, że tam, gdzie jest teraz, znajdzie las i drzewa, które tak kochała.

Komentuj (1)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów