Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


01.05.2009 (13:45)

Pan Czesław, mistrz od zdjęć, powiesił flagę patriotycznie. Zachciało mi się uwiecznić to znienacka, bo jakoś tak wzruszająco wyglądało.



A dzisiejsze przedpołudnie spędziłam pracowicie na próbnym FCE (Reading, Writing i Use of English) i wydaje mi się, że nie było najgorzej. Właściwie większość zadań nie sprawiła mi problemów i czasu mi nie zabrakło. Ale zobaczymy, jak sprawdzą.
Rodzina na mnie drze mordę, że nie zapisałam się na prawdziwe FCE na czerwcową sesję w tym roku; może słusznie, a może niesłusznie...

Komentuj (2)

06.05.2009 (17:50)

Młody zwariował. Na miesiąc przed zakończeniem gimnazjum ma wyrzut do organizmu substancji odpowiadających za ambicje naukowe. Zgłasza się w szkole do wszystkiego, do czego można się zgłosić. Ma cały kalendarz maczkiem zapisany różnymi pierdołami, które ma zrobić do szkoły, w tym konkursy, sprawdziany, prace dodatkowe, referaty, a codziennie przychodzi z czymś nowym.
Rozrzut tematyczny jest nieprawdopodobny. Jak również wymagania dotyczące technik przygotowawczych...

Turniej skoku wzwyż, konkurs czytelniczy, doświadczenie z biologii, konkurs na zakładkę do książki, referaty: o baroku w sztuce, o przesyłaniu prądu elektrycznego do gospodarstw domowych, o upadku komunizmu w Europie i o lokalnych pomnikach przyrody. Jeśli do tego dodać kartkówki i prace klasowe, którymi nauczyciele zaatakowali ich masowo po testach gimnazjalnych, to obraz całości jest przerażający.

A po nocach przelicza średnią.

Komentuj (6)

09.05.2009 (22:13)

Dziś brałam udział w akcji "wszystko po 2 złote" w pewnym miejscowym domu mody. Do mojej kolekcji ściereczek krajoznawczych dołączyły dwie kolejne i też są piękne, jak wszystkie poprzednie (już 11). Kiedyś będę je na wsi suszyć na płocie i wszyscy będą mi zazdrościć!





Przy okazji upolowałam też przecudną zasłonkę i będę z niej szyła poduszki pod kark, takie samolotowo-autokarowe poduszki na naszą czerwcową wyprawę. No gdzież ja bym w normalnym sklepie znalazła taką tkaninę?




A gniazdo Felicji już całkiem puste, maluchy podrosły, usamodzielniły się i wyleciały w świat.

Wczoraj oglądaliśmy film "Ile waży koń trojański". No bomba! Polecam każdemu, zwłaszcza z mojego pokolenia; młodszym oczywiście też, ale może jednak w obecności rodziców w roli tłumaczy.

Komentuj (0)

11.05.2009 (11:10)

Chodzę znów pieszo do pracy, jak rok temu. Podoba mi się to. Idę sobie cały czas w słońce, większość drogi pod górę. Zdejmuję okulary, opalam bladą twarz, mantruję, wącham kwiaty, słucham szemrzących dźwięków. Pięknie teraz pachną kasztanowce.

Kiedyś to byłoby nie do pomyślenia, w miejscu publicznym bez okularów - a jak kogoś znajomego nie rozpoznam po drugiej stronie ulicy? Teraz już w zasadzie mogę mieć to w dupie, a to z tego powodu, że to mnie się wszyscy kłaniają, takiej starej babie; i nie muszę nikogo rozpoznawać.
A zresztą, kogo ja tam mogę spotkać na tej trasie bezludnej?


Muszę o polityce: wkurwiła mnie dzisiaj rano wiadomość, że pisiory przechwytują Gilowską; lubiłam ją.
Ale poza tym - kwiat lotosu na tafli jeziora...

Komentuj (0)

12.05.2009 (14:46)

Wczoraj poznałam wreszcie moje wyniki z próbnego egzaminu FCE, a że obiecałam się wyspowiadać na blogasku, no to uwaga: chyba zdałam. To „chyba”, to dlatego, że właściwie z całym egzaminem się nie zmierzyłam.

Ale to, co zdawałam, to zdałam. Co prawda na marniutkie „C”, ale jednak. Zdawałam tylko trzy części (Reading, Writing i Use of English). Na 120 punktów powinnam mieć 60% + 1p, czyli przynajmniej 67p., a miałam 73. No to zdałam.

Jestem z siebie zadowolona, bo prawdziwy FCE zdaję dopiero za rok, więc mam jeszcze dużo czasu.

Komentuj (4)

13.05.2009 (17:35)

Ugotowałam krupnik dnia poprzedniego i wstawiłam go wieczorem do lodówki. Rano Młody poszedł do szkoły, a ja zapomniałam mu powiedzieć o tym krupniku, więc postanowiłam zostawić karteczkę. Położyłam ją w takim oczywistym miejscu, na palniku kuchenki, bo pomyślałam, że jak wróci głodny ze szkoły, to na pewno ją zauważy.
Po moim powrocie z pracy testosterony były juz po obiedzie, gar stał na kuchence. Ja już potem do kuchni nie wchodziłam, a Stary wstawił gar do lodówki.
A oto, co ukazało się moim oczom, gdy wstałam dziś rano i weszłam do kuchni:




Komentuj (3)

13.05.2009 (20:18)

Postanowiłam mieć Was na oku :)

Komentuj (3)

15.05.2009 (17:18)

Mieszkanie z dwoma testosteronami dostarcza kobiecie niezwykłych doznań.

Chciałam właśnie zmyć podłogę, patrzę – czupryna od mopa jakaś dziwnie brązowa i sztywna. Wsadziłam ją do umywalki i puściłam wodę, bełtając ostrożnie. Woda błyskawicznie zrobiła się czarna, czy raczej ciemnobrązowa.
Tknięta dziwnym przeczuciem, pochyliłam się i powąchałam... kawa!

Hmmm, czy ktoś rozumie, o co cho?

Komentuj (4)

18.05.2009 (14:44)

Któregoś razu, podczas włóczęgi z psem po polach dostrzegliśmy ze Starym długaśne rzędy wałów, kryjących zapewne jakąś tajemniczą uprawę. A że naczytałam się kiedyś przypadkiem o uprawie szparagów, to miałam od razu serię skojarzeń: to na pewno szparagi, takie wielkie równiutkie wały, robione jakąś specjalną maszyną, takie ogromne hektary szparagów - ach, ach, jakie tanie będą w tym roku szparagi w naszej okolicy!
I zaczęłam snuć wizje, jak to wkrótce na wygładzonej powierzchni wałów zaczną się pojawiać pęknięcia i tabuny pracowników będą z ostrymi nożykami przemieszczać się wzdłuż wałów, wycinając spod ziemi kilkunastocentymetrowe białe pędy i wiążąc je w zgrabne pęczki.

Wczoraj poszliśmy znów w to samo miejsce, patrzymy – na wałach, jak pole długie i szerokie, wschodzą ziemniaki!

I tak oto ideał sięgnął bruku.

Komentuj (7)

23.05.2009 (08:32)

Wczoraj na późnym wieczornym spacerze mój pies rasy myśliwskiej, pies, którego babka polowała na dziki, a za kotem wbiegała na drzewo, pies, którego matka zginęła zagryziona przez prowokowaną aż do skutku rotweilerkę, mój pies... przestraszył się kota. Dobrze, że było pusto i nikt tego nie widział.
Wstyd dla rodziny.

Oto, jak całowanie w brzuszek może zniszczyć pierwotne instynkty dzikiej bestii!

Komentuj (1)

25.05.2009 (17:59)

Dziś zapraszam na balkon.

Najpierw bratki. W tym roku mam dwa rodzaje, obydwa piękne, ale tworzy to, niestety, kipisz organizacyjny, czego nie lubię na takim małym areale.
Na ścianie trochę widać winobluszcz trójklapowy, poprzetykany cieniami. Te cienie też mojej produkcji - rzuca je brzózka, mieszkająca w swojej wielkiej donicy. Brzózka zresztą odbija się w szybie w towarzystwie reszty winobluszczu:


Tutaj portret bratków drobnokwiatowych ze środkowej skrzynki. I znów moja piękna brzózka w szybie się przegląda:


A na koniec melisa; w tym roku wyjątkowo pięknie rośnie, chyba dlatego, że posadziłam ją oddzielnie, a nie jak co roku z innymi ziołami. Melisa w ogrodzie rozrasta się w duży krzaczor; pewnie jest samolubna i nie lubi sąsiadów we własnej doniczce. Niech jej będzie...


To mój balkon w bloku na trzecim piętrze.

Komentuj (5)

31.05.2009 (16:31)

Dzisiejszy dzień świąteczny uczciliśmy w naszym domu praniem dywanu i doprawdy, świadczy to o wielkim święcie, bo był już brudny jak sam syf z malarią! Schnie teraz na ławce balkonowej zwinięty w roladę wraz z ręcznikami.
Poprzebierałam też pościel, wyprałam kilka pralek prania, a upalny dzień suszy mi wszystko szybciutko na słońcu, ku zgorszeniu tubylczej ludności. Potem ugotowałam obiad i zrobiłam ciasto dzieńdzieckowe, Agusiu, forgive me...

No ale to już takie koleje rzeczy: byłaś jedynaczką przez sześć i pół roku, a teraz jakby_jedynakiem jest Młody. Co prawda Ty jesteś w czasie równoczesnym, choć miejscu nie całkiem, ale myślę, że kiedy Ty byłaś mała, on też gdzieś już wtedy istniał w tle, stał w blokach startowych i był i czekał, tylko my nie mogliśmy go zobaczyć.

Wczorajszą sobotę przetrwałam trochę jak w grze komputerowej, bo była ona tym "dniem nazajutrz" - po piątkowych całodniowych uroczystościach w pracy (co to najpierw dużo stresu, a potem dużo wódki i dużo tańca do późnej nocy).
Niby byłam na chodzie cały dzień, ale kawy z rana nie miałam ochoty pić, a to już świadczy o tym, że nie wszystko działa jak należy.

Komentuj (1)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów