Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
2008
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


01.05.2010 (16:19)

Niby dostaliśmy klucze, niby jest tam już nasze łóżko i komputer Starego... a jednak... taki jeden wściekłym wrzaskiem dał nam do zrozumienia, kto tu jest dyrektorem:


(2728)

Komentuj (2)

04.05.2010 (17:10)

Jezusie.
Spałam tam dziś pierwszą noc.
A już o siódmej rano przycinałam róże, bo musiałam dokończyć z przedwczoraj (wczoraj lało). Róż naliczyłam 50. Bardzo poprzemarzały, ale wszystkie je już poprzycinałam i wszystkie przy ziemi wypuszczają zielone, czyli żyją. Wszędzie kwitną tulipany. Pod folią sałata, rzodkiewka, szczypior, koperek – przepiękne. Kury zniosły tylko trzy jajka w ciągu dwóch dni, co jest haniebne, wziąwszy pod uwagę, że kur jest jedenaście. Andrzej przywiózł trzy swoje ule i ustawił pod naszymi śliwkami z tyłu domu, więc chwilowo mamy i pszczółki.

Kupiłam nasiona – szparagówka, cukinia, kabaczki, buraki, pietruszka. Marchewki nie było, muszę dokupić i to biegiem, bo już chyba powinna być posiana. Suchą fasolę na tyczki pani S. zostawiła mi w kubeczku (a do kompletu profesjonalne tyczki).

Wyplewiłam, co się dało, chwasty dałam kurom, żeby je zmobilizować do produkcji. Muszę jutro popikować sałatę pod folią. Pięknie wschodzą maliny i mięta, kwitną już śliwy, a brzoskwinie, czereśnie, jabłonki i wiśnie lada chwila. Czytam o przycinaniu winorośli, bo to też wkrótce nas czeka.
Chyba się muszę zwolnić z pracy, bo nie mam doprawdy już na nią czasu ani ochoty.

Byliśmy się też zameldować, ale nam się nie udało, bo zapomnieliśmy jednego ważnego papierka. Pojeździliśmy też trochę po lesie, bo Stary mi nie uwierzył, że do D. jedzie się w prawo i za mostem w następnej wsi w lewo pod górę i pojechał odwrotnie. Ale teraz już wie, że mam rację, jak zwykle.

Stary rozkminia piec CO. Przyłapałam go, jak leżał w kuchni na podłodze i zaglądał mu pod spód. Stwierdził też, że księgozbiór jest wysokoenergetyczny, bo podłożenie dwóch książek znacznie podnosi temperaturę wody na wyjściu do kaloryferów.

Płyta pilśniowa oderwana od podłogi w przyszłym pokoju Młodego ujawniła wypaloną w desce dziurę, co pozwoliło orientacyjnie zbadać grubość desek i stwierdzić wylewkę, obecną chyba tam pod spodem, pod legarami.
Cokolwiek by to miało oznaczać.
(2788)

Komentuj (2)

04.05.2010 (22:37)

Kiedyś była notka ze zdjęciami wszystkich czterech elewacji domu. Dziś widoki z okien na trzy strony świata (jedna ściana domu jest bez okien).

Elewacja południowo-wschodnia ma trzy okna.
Widok z sypialni:


Widok na wprost z pokoju Młodego:


A na prawo widać kurzą zagrodę:


Elewacja południowo-wschodnia to ta z czterema wielkimi oknami na dole:
Na lewo widać kurnik:


Ogród na wprost:


I trochę w prawo:


I front domu - na północny zachód. To widok z okien przyszłej kuchniojadalni.
Podwórko z budynkiem gospodarczym:


Na wprost - droga prowadząca do naszego domu od asfaltowej szosy:


A trochę na prawo widać sąsiadów:

(2848)

Komentuj (2)

06.05.2010 (08:03)

Pojechałam wczoraj na wieś dopiero po południu. Posiałam wieczorem kabaczki, cukinię, buraki, fasolkę szparagową i groszek. Podstawa bytu - marchewka, nadal nie posiana. Pani S. posiała mi ją przed zimą, jak mówiła i to uśpiło moją czujność. Tymczasem nic nie wzeszło tam, gdzie posiała; nie wiem, czy nasiona były jakieś belejakie, czy poprzemarzało wszystko.

Ze dwie godziny przycinałam winogrona pod folią, po wcześniejszym zgłębieniu tematu z książki, stron internetowych i filmików instruktażowych na YouTube. Nawet nieźle mi to wyszło, tylko niestety jest problem. Winorośl jest zaatakowana przez tarczniki, zwłaszcza w tych najstarszych partiach, blisko krzewu macierzystego. Tarczniki to ja już w życiu widziałam nie raz, ale takiej monstrualnej populacji - nigdy. O mechanicznym usuwaniu i przemywaniu pędów wacikiem mogę zapomnieć.

Zamówiłam dziś w sklepie internetowym piekarnik, płytę gazową i zmywarkę.

Wczoraj rano ekipa ruszyła z remontem. Zrobili bardzo dużo, jak na jeden dzień; podoba mi się też, że tak schludnie wszystko jest posegregowane od razu, widać dobrą organizację pracy, co dla mnie jest ogromnym walorem.

Wnętrza, jakie mamy na zdjęciach, przeszły do historii.
Okazało się, że wewnętrzne ściany są też szachulcowe i uda nam się zrobić sień, tak jak chcieliśmy - z odsłoniętymi belkami, wypełnionymi czerwoną cegłą w jednych miejscach a glinianym tynkiem w innych.
Podłogi, są jednak w nie najlepszym stanie i nie będzie możliwy taki odzysk desek, na jaki liczyliśmy. Obecnie w dużym pokoju-klasie jest całkowicie zdjęta podłoga i wygląda to, jak wielka piaszczysta plaża.

Trochę byłam w szoku, jak obejrzałam efekt działania ekipy po tym pierwszym dniu, ale potem, przy przycinaniu winorośli spłynął na mnie święty spokój i przeświadczenie, że wszystko się uda, że wszystko będzie dobrze.

Tak wyglądała wczoraj przyszła kuchniojadalnia (zamknięte drzwi prowadzą do sypialni).


Wielki pokój, pozbawiony podłogi.


Tylna sień i widok na dawną kuchnię, przez udrożnione wczoraj drzwi.

(2920)

Komentuj (6)

09.05.2010 (22:48)

W domu cały środek wybebeszony i wszystko zastygło w bezruchu, bo ekipa budowlana miała przestój w sobotę i niedzielę, ale podobno i tak dużo zrobili, jak na trzy dni roboty.
Ja natomiast bezcześciłam dziś świętą niedzielę tyrając w ogrodzie, szalejąc z sekatorem, piłą, grabiami, sadząc, siejąc, przycinając.
Nawet nie wiedziałam, że chodzenie w gumiakach przez tyle godzin jest takie wspaniałe. Nawet nie wiedziałam, że można nie jeść, nie pić, nie sikać, nie odpoczywać przez tyle godzin i mieć z tego tyle szczęścia.
Ten ogród już jest mój; byłam przez pomyłkę z daleka od niego przez wiele lat, ale już w nim jestem i koniec!

Tam jest tak, jak w ogrodzie mojej babci kiedy byłam mała, kiedy babcia była jeszcze zdrowa i silna i pozwalała nam na wszystko (zanim dziadek nie wrócił z pracy). Dziadek wracał zmęczony i wtedy już trzeba było przestrzegać rygorów i zakazów. Nie wolno się było bawić z dziećmi na ulicy, rzadko te dzieci mogły przychodzić do naszego ogrodu, bo wtedy był hałas i rozgardiasz, a dziadek przecież odpoczywał, czytał.
I kazał nam zbierać zgniłe jabłka do wiaderka i wynosić je na kompost. Wtedy szczerze tego nienawidziłam.
Wiele lat później, kiedy byłam studentką, a babcia była już chora i odsunęła się od normalnego życia, przyjeżdżałam tam pomagać dziadkowi w czasie wakacji; dotrzymywałam towarzystwa babci, gotowałam, sprzątałam, coś tam pogrzebałam w ogrodzie. Jednak z roku na rok widać było coraz bardziej, że ogród to już nie to, co było, a i w domu przeminął dawny błysk spod babcinej ręki.
Wyrzucałam wtedy znów te śmieci na kompost i pamiętam, jak mnie czasem zachwycały kolory i faktury widoczne na pryzmie kompostu. Stałam czasem i przyglądałam się przez chwilę, jak stuknięta...
Coś mnie już wtedy chyba brało na to grzebanie w ziemi.

Świetnie działa patent Starego – grill w taczce. Wkładamy do taczki węgiel drzewny lub drewno, pali się pali, potem na tej taczce opieramy kratę rusztu, na to chleby, kiełbasy, kiszki i inne cuda – samo się robi; przewieźć można w dowolne miejsce i nie ma tego syfu, jak po ognisku. Zanim chłopaki nie wymurują grilla z wędzarnią, taczka będzie działać.

Jemy sałatę i rzodkiewki posiane przez panią S.
Jedenaście kur wspólnym wysiłkiem znosi codziennie jedno jajko. Rzucam im chwasty i różne zieleniny, żeby je jakoś zmobilizować.

Posadziłam ziemniaki – z dziesięć sztuk w jednym rzędzie jako uprawę eksperymentalną. Jak się uda – w przyszłym roku się rozwinę. Posadziłam też 35 truskawek, popikowałam sałatę pod folią, żeby zawiązywała główki, przygotowałam sobie miejsce do wysadzenia pod folię pomidorów i do gruntu pnącej fasoli.
(2980)

Komentuj (12)

10.05.2010 (22:36)

Zdałam to próbne FCE i uplasowałam się na zaszczytnym dziesiątym miejscu. Żaden to zresztą powód do dumy, bo miałam 135 punktów na 200 możliwych, więc z oceną „C” jedynie (wszystko na plus, oprócz listeningu).

Ku mojemu bezbrzeżnemu zdumieniu najlepiej zdałam speaking i do tej pory tego nie rozumiem. Czy to by mogło znaczyć, że jednak umiem mówić, a tylko się wstydzę i stąd ta blokada? No bo właściwie to tak ze mną jest, że jak pomyślę, że miałabym coś powiedzieć nieprawidłowo, to wolę posłuchać, jak mówią inni.

Zamówiłam dziś kolejne zakupy, w tym zlewozmywaki do kuchni i do kotłowni. No i ten zlew do kotłowni napawa mnie zachwytem.


Opisany jest następująco: Zlew gospodarczy. Zastosowanie: pralnia, piwnica, warsztat, garaż i inne pomieszczenia gospodarcze; nadaje się do montażu wewnątrz jak i na zewnątrz budynku. Zlew wykonany z wysokogatunkowego polipropylenu, odpornego na uderzenia, działanie wysokich temperatur, kwasów, ługów, rozpuszczalników, mrozów.
Czyż można go nie pokochać? Będę w nim kąpać psa.

Publiczność, śledzącą watek kurzy, informuję, że Stary kupił tym ptasim móżdżkom specjalne witaminy i jakąś full wypas karmę z kukurydzą. A w środę wcześnie rano jedziemy na specjalny wsiowy targ do Sierakowic kupić kilka młodych kurek, w celu zapewnienia rozwoju gospodarstwa.
(3100)

Komentuj (4)

14.05.2010 (08:59)

Dziś łazienka. Projekt, narysowany przez Starego, wygląda tak:







Płytki ścienne 30x30 to dwa odcienie z jednej kolekcji (Nowa Gala Orientale 02 i 07). Te ciemne będą tylko w dwóch miejscach - pod prysznicem i na ściance umywalkowej.

Wylana już jest w łazience posadzka i ławy fundamentowe pod ocieplenie ścian i pod te pogrubienia, na których będą zamontowane umywalka, wc i bidet. Prysznic oddzielimy ścianką z luksferów; żadnych kabin, żadnych brodzików!

Sufit będzie obniżony od drzwi wejściowych aż do końca tych pogrubionych ścianek; będzie to zrobione w taki sposób, żeby osoba, stojąca w wejściu widziała całe okno. Bo to piękne okno będzie największą dekoracją naszej łazienki.
Się robi firanka, godna tego okna. Krótka firanka; ono ma wymiary 130x190!
(3160)

Komentuj (4)

14.05.2010 (23:36)

Dzisiaj testowałam połączenie autobusowe z moją wsią i był to naprawdę niezwykły ekspiriens.
Kiedy wsiadłam do autobusu, od razu zapytałam, czy zatrzymuje się on na wiadomym skrzyżowaniu i otrzymałam odpowiedź twierdzącą. Poprosiłam o bilet i pan kierowca uruchomił maszynerię, wydrukował i wręczył mi bilet mówiąc: „pięć siedemdziesiąt”. Dałam mu sześć zeta, a on oddał mi z powrotem złotówkę ze słowami: „to niech będzie tak”. Pomyślałam, że promocja jakaś, czy co i usiadłam grzecznie. Patrzę na ten bilet, a tam jak wół wpisany przystanek początkowy (ale nie ten, na którym wsiadłam, tylko poprzedni) i przystanek docelowy (ale nie ten, do którego powiedziałam, że poproszę bilet, tylko też wcześniejszy). A na dodatek na bilecie widnieje cena: 0,29 i adnotacja: „bilet ulgowy, ulga ustawowa 95%, przewodnik niewidomego”. Ja debil jakiś jestem, bo na początku byłam całkiem zdezorientowana, ale teraz już rozumiem, że pan kierowca dorabia do niewysokiej, z pewnością, pensji.

Wysiadłam na właściwym skrzyżowaniu i poszłam sobie pieszo do mojej wsi, niosąc Staremu gorące kotlety w torebce, jak Czerwony Kapturek. Po piętnastu minutach byłam na miejscu.
Z powrotem też jechałam autobusem, całkiem pustym autobusem, tylko ja i jedna młoda panienka - dużym, pustym, dobrze ogrzewanym autobusem, od początku do końca tylko my dwie.
Cud ekonomiczny – że to wszystko (czyt. PKS) jeszcze jakoś działa.

A w ogóle to byłam przedwczoraj u neurochirurga z tymi moimi bólami po nocach, na które nie pomogło, niestety, sanatorium. I nic nie chcę mówić, ale dostałam cudowne tabletki, czuję, że działają chyba, co mnie zachwyca, bo ja uwielbiam w nocy spać i to tak, żeby obrócić się we śnie z boku na bok i nie budzić się przy tym z bólu...
Czeka mnie jednak kolejny rezonans, żeby stwierdzić, czy te bóle są od tego, co pan doktor podejrzewa, że są.
Dobra wiadomość jest taka, że nie mają one nic wspólnego z przebytą operacją; zostałam wybadana na okoliczność wszelkich ruchomości i nawet dotykania dłońmi podłogi przy prostych kolanach i wypadłam rewelacyjnie. Jestem całkowicie ruchoma.
Trzeba jednak również zbadać, czy nie psuje mi się kręgosłup szyjny, bo z tym moim bólem ręki, to pan doktor mówi, że to nie od cieśni nadgarstka, tylko raczej od szyi. Ale ja jestem chyba innego zdania.
W każdym razie mam zrobić RTG kręgosłupa szyjnego i przyjść w czerwcu.

Znalazłam chyba w ogrodzie kupę jeża. Mam w pracy taką książkę, „Ślady zwierząt” i tam są różne kupy na zdjęciach, to w poniedziałek sprawdzę. I pomyśleć, że kiedy śpię, do mojego ogrodu przychodzi sobie jeż i robi kupę.

Młode kurki zostały dziś pierwszy raz wypuszczone na trawę. Nie mieszają się na razie z tymi starymi, chociaż widzą się wzajemnie - państwo S. mieli w tym względzie genialne rozwiązania logistyczne i my również z nich korzystamy.

Przyszły już kupione w Sieci zlewozmywaki, płyta gazowa, piekarnik i zmywarka. Stary tam z nimi wszystkimi śpi.

Komentuj (2)

16.05.2010 (12:50)

Wczoraj po południu wpadła zgraja brudasów – pies, z zabetonowanymi łapkami, bo biegał po mokrej wylewce, Młody, który wstał o 5.30 (sobota!), żeby pojechać na wieś i wykazać się w pracach fizycznych i Stary, który został uwolniony na noc. Ekipa, rozkładająca nową instalację elektryczną funkcjonuje w trybie od zejścia budowlańców w sobotę po południu do powrotu budowlańców w poniedziałek rano – z noclegami, więc i z pilnowaniem dobytku zarazem. Stary mógł więc się przespać z żoną w cywilizowanych warunkach, z winem i nowym Lościkiem przed snem.
A pies po dwudniowym bezustannym bieganiu po ogrodzie i wylewce, po ryciu nosem w moich zasiewach i wąchaniu kur przez płot, a potem po nieuchronnej kąpieli, po prostu padł. A nawet warczał, kiedy próbowano mu przerwać sen w celu wysikania go przed nocą.

W piątek po południu posadziłam czterdzieści mieczyków, wysiałam malwy, lwie paszcze i zatrwiany. Trochę to wszystko za późno, ale w tym roku nie dało się inaczej. Uprawiam moje rośliny według kalendarza biodynamicznego i dziś jadę po południu posadzić zioła i posiać szpinak, bo zaczynają się dni liściowe.
A w dni owocowe (od środy do piątku) muszę jeszcze posiać bób, dynię i wysadzić pod folią rozsadę papryki.
No i muszę zdementować - jednak wschodzi jesienna marchewka i pietruszka pani S., ale nie na tych grządkach, co myślałam. Całe szczęście, że im na łeb nie posiałam czego innego (jednak zanim to zauważyłam, posiałam już gdzie indziej marchewkę wczesną i późną, więc chyba zapowiada mi się klęska urodzaju w tej dziedzinie).


Pierwsze z lewej, z tych czterech okien parteru, to okno łazienki.

Komentuj (6)

19.05.2010 (06:23)

My tu gadu gadu, a tymczasem pierwsza rata kredytu bezszelestnie wypłynęła z konta...

Mam w torebce skarpetki i nasiona dyni, po robocie jadę natychmiast na wieś, ryć w glebie, tralalala!

Komentuj (1)

20.05.2010 (17:48)

I kilka zdjęć z wczoraj.

Kiczowaty zakątek pod ścianą szopy, z tulipanami i winoroślą:


Pasek skutego tynku w przyszłej kuchni - pod płytki. Okazuje się, że kiedyś chyba był tam piec, tak to w każdym razie wygląda:


Kilka zdjęć ściany, która wyłoniła się spod tynku w sieni. Te cegły będą wyczyszczone, drewno zabezpieczone i przyciemnione:




A tu wejście do łazienki; w tę dziurę będą wstawione drzwi (stare drzwi i stare futryny, które były w tym domu, tylko w innym miejscu); szachulcową ścianę oczywiście "odzyskamy", jak wyżej:



Stary kupił tarkę do styropianu i pojechał na sygnale trzeć te cegły i odkrywać ich czerwoność dla świata, amen.
I zabrał ze sobą psa, który przez dwa dni po powrocie ze wsi siedział w depresji, wpatrzony w drzwi z miną: "ach_gdzie_mój_tatuś_gdzie?"

Komentuj (2)

22.05.2010 (10:35)

Dziś sobota prawie taka, jak ta sprzed tygodnia. Młody pojechał na wieś do pracy - dziś koszenie. Chłopiec ze wsi, który pytał, czy jest coś do roboty i już tydzień temu u nas pracował, dziś opala starą farbę olejną z futryn drzwiowych. Ekipa wstawia cztery nowe okna na dole.
Młody wczoraj wieczorem pojechał na wieś ostatnim PKSem, zwalniając się trochę wcześniej z angielskiego. Kiedy szedł przez wieś do domu, natknął się na grupkę młodzieży wiejskiej, prowadzącej życie kulturalne na przystanku i nastąpiło wstępne nawiązanie stosunków wzajemnych. A że Młody ma doskonale rozwiniętą sferę stosunków społecznych, więc nie obyło się bez: "witam wszystkich, terefere, itepe, itede".
"Dziewczyny niezłe nawet" - stwierdził potem Młody.

A ja dziś się nie ruszam z domu, bo testosterony przyjadą po południu i Stary, uwolniony znów przez weekendowych elektryków, będzie spał w domu... eee... w mieszkaniu... znaczy, no... tu, gdzie ja! No tu, gdzie jest kanalizacja, łazienka, bieżąca woda ciepła i zimna, pralka, jedzenie i nowy "Lościk", oczywiście; wino też czeka. Ale nudy!
Więc gotuję obiad na dziś i na jutro, a jutro od rana spieprzamy oboje na wieś.

Powinnam się uczyć, powinnam się pakować, tak, wiem.
Popakowałam trochę książek, co prawda, ale jakaś się czuję bezradna z tym pakowaniem.

Biorę prochy na kręgosłup, co to mi je zapisał neurochirurg i kręgosłup mnie nie boli, śpię w nocy.
No ale oczywiście brzuch mnie boli od tych tabletek.
(3220)

Komentuj (0)

23.05.2010 (21:46)

Moje dotychczasowe życie było puste i powierzchowne - bez gruntownej wiedzy o racjonalnym prowadzeniu pryzmy kompostowej i wytwarzaniu gnojówki z pokrzyw i kurzego łajna.
Wstydzę się i obiecuję to naprawić tak szybko, jak się tylko da.


(3280)

Komentuj (1)

27.05.2010 (17:41)

Okazuje się, że u nas na wsi nie ma technicznej możliwości podłączenia netu od tego dostawcy, od którego mieliśmy dotychczas net i telefon stacjonarny.
Musimy znaleźć jakieś rozwiązanie tej sytuacji, nie wiem, nie wiem... Telefon stacjonarny jest mi potrzebny do rozmów z mamą i nie rozwiązuje tu niczego specjalna taryfa na komórkę, bo my gadamy długo i prawie codziennie, a nie chciałabym, żeby mi się mózg ugotował.

Okazuje się też, że będziemy się musieli jednak wprowadzić na plac budowy, a tak się tego bałam. Budzę się po nocach i mam telepanie wnętrzności od gardła aż po kość ogonową ze strachu przed tym wszystkim.

Wkurza mnie też, że nie byłam tam od niedzieli, że muszę mieć głowę zajętą jeszcze tym speakingiem niedzielnym (10.20 – trzymać mi tu wszyscy kciuki!).
Jak się uczę, to mam wyrzuty sumienia, że się nie pakuję; jak się pakuję, to mam wyrzuty sumienia, że się nie uczę. A przecież muszę jeszcze w wolnych chwilach wychowywać siedemnastolatka i dostarczać mu pożywienia.
Chyba jutro pojadę na wieś, żeby się jakoś uspokoić, bo cały czas mam wrażenie, że prace remontowe stanęły na etapie z niedzieli (czyli tym, jakim go ostatnio widziałam). A tam podobno już wszystkie stare framugi i niektóre drzwi opalone z farby, dziś kładą legary pod podłogi, jutro będą przybijać deski. Boję się tego początku, a najbardziej chyba się boję, czy woda będzie leciała z kranów...

Mimo, że nie jeżdżę teraz na wieś, to nie mogę się powstrzymać od zasiewów; wysiałam do skrzynek goździki brodate i goździki pierzaste, bo szkoda mi było zmarnować dni kwiatowych. No i jeszcze posiałam koper włoski w doniczce; ciekawe, czy coś z niego będzie. Kupiłam też nasiona lnu wielkokwiatowego (ze względu na krwisty kolor kwiatów) i nowe nasiona bobu; ten z robakami wrzuciłam do toitoiki.

Od wtorku jesteśmy już zameldowani w nowym miejscu i jest nasze drugie miejsce zameldowania w życiu, nie licząc akademika. Jesteśmy więc dość nudni w tej materii, jak widać.

Termin przekazania kluczy nabywcom naszego mieszkania ustaliliśmy na piątek, 4 czerwca. Musimy więc wyprowadzić się ze wszystkim do czwartku - no więc od razu na wstępie naszego na wsi zamieszkiwania mamy grzech, bo kto to widział przeprowadzkę w święto kościołowe!
(3340)

Komentuj (1)

29.05.2010 (18:27)

No więc dziś łączę przyjemne z pożytecznym, z tym, że nie bardzo mam pewność, które jest przyjemne, a które pożyteczne.
Trochę się uczę, a potem skoczę, spakuję karton z książkami i znów się uczę. Przerywniki stanowią liczne herbaty, neoangin, tymianek i podbiał, płukanie gardła solą i szałwią z rumiankiem oraz gripex max. A także nastawianie i rozwieszanie prania.
W mojej pracy skończył się już sezon grzewczy i po wczorajszym dniu w ponurej aurze plus szesnastu, zapadłam na gardło i smarki. Szlag, całą długą i mroźną zimę nie chorowałam, a teraz proszę! Dobrze, że ten speaking jutro, bo gdyby był dziś, to musiałabym zdawać na migi, taki miałam rano zdarty głos.

Wczoraj na wsi posiałam ogórki w trzech odmianach, następny rzut szparagówki i bób. Byłam też w piwnicy. Po usunięciu stamtąd hydroforu i różnych skrzynek okazało się, że nie jest wcale taka maleńka. Widać tam, jakie piękne kamienie ma w fundamentach nasz dom.

Poza tym destrukcja i plac budowy. Chociaż... wylewka na podłogówce w łazience została wczoraj wylana, centralne ma dziś ruszyć i zacząć suszyć to wszystko, w sypialni i pokoju Młodego przymocowane są legary i przygotowane deski na podłogę, kwitnie winorośl pod folią i truskawki, a kury zniosły cztery jajka.

Pod skosem na strychu znaleźliśmy przepiękne żelazne łóżko w częściach; mam nadzieję, że są wszystkie części.

Jeszcze pięć nocy w starym mieszkaniu. Niewiarygodne.



Komentuj (0)

30.05.2010 (18:38)

Mam już za sobą te najgorsze 14 minut mojego życia. Moją partnerka była dziewczynka, chyba gimnazjalistka.
Rozgrzewka - pytania, jak zwykle: skąd jestem, coś o moim mieście, jakie jedzenie lubię, co mam zamiar robić w przyszły weekend, reszty ze strachu nie pamiętam.
W części drugiej dwie ilustracje, przedstawiające ludzi, patrzących na różne widoki: na pierwszym - wieżowce wielkiego miasta, na drugim - skały wyrastające z oceanu. I pytanie, czy obydwa widoki mogą się podobać ludziom.
Część trzecia - sześć czy siedem różnych obrazków, przedstawiających rzeczy, które są ważne dla młodych ludzi i miałyśmy zdecydować, które dwie z nich są najważniejsze (a były tam: sport, dyskoteka, gazety i czasopisma, kontakty z innymi ludźmi, komputery, telefony komórkowe i może coś jeszcze, ale też nie pamiętam). Chyba dość dobrze udała nam się ta współpraca z panienką, ładnie wchodziłyśmy w interakcje, posprzeczałyśmy się nawet trochę regulaminowo, że dla niej ważny jest sport, a dla mnie nie.
Pytania końcowe, to był disaster, wydaje mi się, że przez cały czas używałam czterech wciąż tych samych słów, jednak byłam szczęśliwa, że to już ta ostatnia część i że zaraz stamtąd wyjdę. Pan pytał m. in., czy wraz z wiekiem zmieniają się zainteresowania i czy młodzi ludzie powinni żyć dniem dzisiejszym, czy również myśleć o przyszłości. I potem jeszcze - jak zachęciłabym kogoś, kto chce wybrać się do Polski.
No więc w sumie miałam same łatwe zagadnienia. Było mi jednak trudno pozbierać myśli, jak przychodziły mi do głowy odpowiednie zwroty, to czułam, że gramatyka leży i odwrotnie... A głównie myślałam o tym, że zaraz koniec, zaraz koniec... Na pewno powiedziałam "worth to visit", co jest wstyd i hańba oczywiście i wiedziałam to od razu, jak tylko stamtąd wyszłam; i wchrzaniłam tam gdzieś jakiś Past Perfect, chyba nie całkiem potrzebnie.
I w ogóle nie powiedziałam temu miłemu panu całej masy pięknych słówek i zwrotów, które znam, z rekcją czasowników na czele; o szlag by to!

I jak wyszłam, to było mi ich autentycznie żal tych Angoli, że muszą wysłuchiwać takich żenujących bzdur od spanikowanych kandydatów do FCE.

Młoda mi powiedziała, że każdy po wyjściu ze speakingu czuje się, jak debil i że to jest normalne i mam się nie przejmować.

Napisałam to wszystko po to, żeby zobaczyć, jak się będą miały moje odczucia do wyników, które dostanę zapewne dopiero w sierpniu.
Po próbnym speakingu czułam się bardziej komfortowo, mam wrażenie, że teraz poszło mi gorzej. Ale z kolei, jak zobaczyłam te moje 32 punkty na 40 na wynikach z próbnego, to osłupiałam, bo aż tak dobrze to się wtedy nie poczułam. No cóż, czas pokaże...

Ale zanim pokaże, to jeszcze egzaminy pisemne - 12 czerwca od 9.00 do 14.30

A w czwartek wyprowadzka. Cztery noce.

Komentuj (3)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów