Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


03.05.2011 (17:14)

Mam nadzieję, że to podłe zimno, które teraz nadeszło, to już są majowi zośkoogrodnicy i w połowie miesiąca nie powtórzy się to znów. Dzisiejszej nocy poprzemarzały mi wszystkie wysadzone z rozsady aksamitki. Martwiłam się o młode warzywka, które już powschodziły, ale nic im się nie stało, nawet wiotkiej i bladej sałacie, w liczbie 120 sztuk, które już powysadzałam na grządki.
Dziś wieczorem mam zamiar pookrywać grządki czymkolwiek, wszelkimi możliwymi szmatami, jak pareo, koce i śpiwory, bo dzisiejszej nocy ma być do minus sześciu – toż to nieprawdopodobne. Najbardziej jednak martwię się o drzewka, bo kwitną już czereśnie i brzoskwinie i przecież nie nakryję ich niczym.

Po śniadaniu próbowałyśmy z mamą wybrać się na spacer do lasu, ale się nie dało – lodowaty wiatr zawrócił nas do domu.
A parę dni temu usłyszałam wreszcie od mojej mamy deklarację, na którą czekałam długo i wzruszyłam się ogromnie i poryczałam się w plewione właśnie grządki i lateksowe rękawice. Nieprowokowana, niepytana, powiedziała znienacka, że za rok.

Młody sprząta, krząta się i szykuje do oczekiwanej od marca osiemnastki w plenerze, przesuniętej na maj w oczekiwaniu na łagodniejsza aurę, a tu niestety przygruntowe przymrozki się wprosiły na imprezę. W szkole teraz matury, więc drugoklasiści mają wolne, stąd pomysł urządzenia imprezy w środku tygodnia. Około czterdziestu osób potwierdziło obecność; nie wiem, jak ja to przeżyję.

Piszę rzadziej, bo nastrój mam ostatnio nieszczególny i czasem trudno mi wydłubać z tego życia jakieś rodzynki.
Muszę się trochę przeorganizować w głowie z niektórymi sprawami i poczytać znów „Potęgę podświadomości” bo już raz kiedyś mi to pomogło.

No i czytam trochę o tych pszczołach, ale to nie jest łatwe.

Komentuj (5)

04.05.2011 (12:01)

Jak co roku zaczęły się matury i jak co roku kibicuję wszystkim maturzystom i wzruszam się, jak tylko sobie o nich pomyślę, a co dopiero, jak ich widzę. Są tacy wystrojeni, eleganccy i przejęci.
Trzymam za nich kciuki, za te nasze wszystkie mądre i piękne dzieciaki, niech im się gładko pisze dziś jutro i pojutrze. Dzisiaj w tym pierwszym dniu tegorocznych matur szli do swoich szkół w padającym śniegu i niech to będzie na szczęście.

A Młoda dziś dzwoniła z pytaniem, czy jeśli ja wzruszył widok maturzystów, to znaczy, że już nie jest młoda.
No nie wiem.

Komentuj (3)

05.05.2011 (21:42)

Impreza była udana, mimo skostniałej pogody, ale poranny śnieg wyparował, słońce osuszyło ogród i można było nawet rozpalić ognisko. Młody spał dwie godziny, jest tak wykończony, że pada na ryj i płakać mu się chce. A w dodatku jutro musi wstać o trzeciej, żeby się dopakować i wyszykować do wyjazdu na szkolenie przyszłych uczestników Pokojowego Patrolu.
Jednak sam powymyślał te terminy, więc do nikogo nie może mieć pretensji.

Dzieciaki w sile trzydziestu osobników bawiły się chyba dobrze, choć dziś po pracy krew mnie zalała na widok resztek żywności z imprezy. Resztki zresztą, to nie najszczęśliwiej dobrane określenie. Oni nie zjedli prawie NIC. Ja rozumiem, ze można popaść w euforię z powodu osiągnięcia wieku lat osiemnastu i skupić się na konsumpcji produktów płynnych, ale do jasnej cholery, narobiłam się trochę i wydałam sporo kasy zupełnie bez sensu. Teraz mam już to wszystko pozamrażane, ale ludzie, nie bądźcie durne, pamiętajcie, można dziecku urządzić osiemnastkę w oparciu o suche – chrupki, chipsy, paluszki, krakersy.

A poza tym, to oni są piękni i naprawdę żałuję, że nie mogłam się schować w krzakach i zwyczajnie ich popodglądać, pozachwycać się tym ich urokiem... Chichrali się, śpiewali, najpierw siedzieli przy ognisku w ogrodzie a potem przyszli do domu i ganiali tu i tam, a nawet odwiedzali kota na poddaszu, co już nie było konieczne.
My usiłowaliśmy spać, ale raczej się nie dało.

A z drugiej strony cieszę się, że mamy to już za sobą.

Komentuj (0)

09.05.2011 (06:49)

Mam lawendę w czterech fazach rozwoju.

Pierwsze trzy krzaczki kupiłam rok temu, jeszcze bez jakiejkolwiek idei przewodniej, tak po
prostu, do ogródka ziołowego. Ładnie kwitły, okryłam je na zimę, przezimowały, teraz na
zeszłorocznych patykach wypuszczają mnóstwo nowych przyrostów.


Zimą, między ustąpieniem naturalnego okrycia ze śniegowej czapy a przykryciem
agrowłókniną, pobrałam z nich kilkanaście sadzonek, które zgodnie z jakimiś sugestiami z
netu umieściłam w porcelanowym naczyniu z mokrym piaskiem. Podlewałam, przykrywałam,
ale nic z tego nie wyszło i wszystkie wyschły. No, przepraszam, jedna się ukorzeniła, trafiła
najpierw do dalszej uprawy w doniczce torfowej, a potem na rabatę. Marna jest, ale żyje i
rośnie tam sobie powolutku.
Wczesną wiosną, podczas przycinania tych trzech krzaczków przed nowym sezonem
wegetacyjnym, pobrałam z nich jeszcze około pięćdziesięciu sadzonek i umieściłam je w skrzynce z ziemią w tunelu foliowym. Sprawdzałam po miesiącu – nic. Natomiast od jakiegoś
tygodnia sadzonki mają na czubkach gęste pęczki młodych listków; wiem, że to jeszcze o niczym nie świadczy, ale... dzisiejsza ekshumacja widelcem, wykazała na drugim końcu korzenie!

I to będzie, mam nadzieję, pięćdziesiąt kolejnych krzaczków.

Teraz łatwizna – na lokalnych targach ogrodniczych kupiłam dziewięć krzaczków, wysadziłam
na rabatę, rosną.


A teraz harcore. W lutym dostałam trzy opakowania nasion lawendy. Stratyfikowałam
je w lodówce, potem wysiałam do doniczki i... długo, długo nic. Jak już miałam ochotę
wyrzucić, zaczęło coś wyłazić, jakieś dziwne sercowate liścienie na cienkich nitkach, jakieś pierwsze listki o kształcie w niczym nie przypominającym liści lawendy. Stało to rachityczne niewiadomoco cały czas na oknie i rosło powoli, a ja liczyłam. Najpierw wzeszło osiem, po paru dniach było już szesnaście, ale cały czas nie miałam pewności, czy to w ogóle jest lawenda. Teraz już najstarsze z tych sadzonek wyglądają przyzwoicie i mają charakterystyczny zapach, a wciąż kiełkują nowe.



Razem – potencjał około stu sadzonek po niecałym roku mieszkania tutaj. No! Nie siedzę i nie pierdzę w stołek.

Komentuj (4)

17.05.2011 (13:45)

Moje koleżanki wyraziły wczoraj swoje oburzenie, że nie ma nowych notek i nawet z pamięci wiedziały, że od dziewiątego maja. I powiedziały, że to skandal.
Czy chodzi im o to, że są zmuszone ze mną rozmawiać, skoro nie mogą poczytać?

No dobra.

Nowy rzut kędzierzawości liści brzoskwini powitaliśmy na jednym drzewku z trzech obecnych i muszę znów zaparzyć krwawnik do oprysku.
Grządki pienią się młodą zieleninką, jemy szczypior, koperek, sałatę, szpinak i rzodkiewki. Jak prawdziwa chłopka posadziłam kapustę; nie wiem, czy coś z niej będzie, bo z czasów posiadania działki pamiętam, że na tej kapuście zawsze mi się tworzyło jakieś rozmaźgane śmierdzielstwo i całość wędrowała na kompost. A tymczasem warzywnik wygląda tak.


Mamy już w ogrodzie nasze pierwsze dwa ule; w czerwcu będą zasiedlane.


No i chyba jednak nie udało mi się przeszczepianie jabłoni, bo zrazy powinny już przecież rosnąć, a tu nic się z nimi nie dzieje i wyglądają tak, jak w dniu szczepienia.
A sasanki są boskie w każdym wieku - również po przekwitnięciu.


W sobotę nad ranem ktoś podpalił zabudowania gospodarcze w sąsiedniej wsi. Ludzie gadajo, że około piątej cztery wozy straży pożarnej jechały przez moją wieś na kogutach. Oczywiście nic nie słyszałam, spałam sobie, jak dziecko, bo w tym domu naprawdę nic nie słychać - ani deszczu ani wichury, ani straży pożarnej.

Okazuje się, że przypadkiem mi wyszło całkiem dobre wino gronowe. Co prawda było go mało i właściwie zostało już tyle co kot napłakał, ale i tak jestem dumna.
Inna sprawa ze śliwkowym, którego jest dużo. Ono z kolei ludziom smakuje, ale ja w nim czuję dziwny posmak jakby ciągłego nieśmiałego bąbelkowania. Ale to dotyczy wina w butelkach. Nie wiem, jak z tym, które stoi jeszcze w gąsiorze - może już weszło w kolejny etap ewolucji.
Czasem tak popróbuję pół szklaneczki jednego, pół szklaneczki drugiego i potem ledwie zdążę się położyć przed zaśnięciem.

Deszcz pada, a pieski przynoszą do domu piach na swoich ośmiu włochatych kapciach; na zamiataniu co pół godziny upływa moje życie. Właściwie, to powinnam ten piach wyrzucać z powrotem do ogrodu, żeby zachować równowagę w przyrodzie, bo w przeciwnym razie po trzech latach przyniosą mi do domu na łapach cały ogród i trzeba będzie zbudować most od drzwi do bramy wyjściowej, żeby się wydostać do roboty.

Rozpoczęłam terapię pokrzywami. Wieczorem, przed zaśnięciem Stary przeciąga wiązką świeżych pokrzyw po tym moim parszywym kręgosłupie, a ja wrzeszczę. A potem sobie leżę i czytam, a plecy mnie mrowią, jakbym leżała na leżance w gabinecie fizjoterapii i miała podłączone prądy interferencyjne. Czytałam, że taka terapia pomaga na nerwobóle, bóle stawowe i różne stany zapalne i postanowiłam zbadać to empirycznie.

A, no i zaczęły się muchy. Przy ciepłej pogodzie wdzierają się do mojego domu i udają małe żabki.

Komentuj (2)

18.05.2011 (13:20)

Dziś zapraszam tylnym wejściem:



Ech... FTP coś się wścieka. Ale walczę!

Komentuj (3)

23.05.2011 (22:26)

Oszalałam znów z ziołami, tropię, wypatruję w trawie, w krzakach, na drzewach. Zbieram i suszę miętę, pokrzywę, kwiaty fiołka trójbarwnego, bluszczyk kurdybanek, liście czarnej porzeczki i maliny, krwiste płatki kwiatów pigwowca, białe kwiaty głogu, stokrotki i inne cuda. Zaczęło się od pokrzywy i mięty, suszyłam je już rok temu. Potem zainspirował mnie swoim pięknym zapachem ten bluszczyk i tak już poszło.
Po nocnych deszczach i burzach zioła są czyste i świeże, aż miło zbierać. Rok temu, pamiętam, były bardzo zakurzone, pełne pajęczyn i innych śmieci i przed suszeniem musiałam je porządnie kąpać w wannie.
Z suszonych różności będą dodatki do zimowych herbatek. Bluszczyk posłuży jako przyprawa do mięs. Kwiaty głogu natomiast śmierdzą brzydko i jak do jutra nie przestaną, to je rano wyrzucę.

Wczoraj była taka piękna leniwa niedziela, wreszcie naprawdę ciepła. Miałam czas poleżeć na kocyku w ogrodzie, pospać trochę i poczytać trochę, a jak tak leżałam, to takie miałam tam widoki:



Mama postanowiła zbierać się już do powrotu. Wyprawiliśmy się wiec w sobotę po bilet kolejowy i przy tej okazji zostaliśmy zaproszeni na dzieńdzieckowe dobre lody (nie chciałam już robić scen, ale jak mi tam jeszcze raz dodadzą do orzechów laskowych fistaszki, to jak bozie-kozie, urządzę histerię z atakiem duszności).

Młody pokazał mi wreszcie zdjęcia z minionej osiemnastki i mogłam się przekonać, że gwoździem imprezy były sesje zdjęciowe:
1. w kocich pseudo-pokojach na poddaszu; nic dziwnego, że potem kot z nerwów narzygał na dywan (tu muszę wyjaśnić, że Dziunia ma na górze do wyłącznej dyspozycji dwa zagracone pokoje i sień z dywanem)
2. w łazience (tu zabawa moimi koralami nie miała sobie równych, jeszcze przez kilka dni zbierałam je po podłodze)
3. w kurniku na tle osranej ściany i ogłupiałych zaspanych kur o przekrwionym spojrzeniu

Ogólnie więc impreza była udana, a nam zostały po niej gratisy, jako to ręcznik brązowy średnich rozmiarów, męskie majtki w kolorze czarnym i worek po śpiworze.

Komentuj (8)

26.05.2011 (22:05)

To był chyba pierwszy w życiu Dzień Matki, kiedy moją mamę mam u siebie, mogłam więc osobiście ją uhonorować, zupełnie bez pośrednictwa poczty i telefonii. I jest to też pierwszy raz, że mam dwoje dorosłych już dzieci. Dziwne trochę...
Bzy z ogrodu wystąpiły dziś w roli głównej i to mi się podobało.
A od dzieci dostałam wspaniały prezent – piłę do gałęzi, znanej firmy na „f” w kolorze pomarańczowym i czarnym. Jest śliczna, ma wysuwane ostrze i zmieściłaby się do niewielkiej nawet damskiej torebki.
Schowam ją dobrze i niech mi który ją ruszy!
A narzędzia tej firmy na „f” zamawiam na wszystkie następne urodziny, imieniny, gwiazdki i bógwico jeszcze. Ach, boskie są! A sekator z obrotową rączką, w miejsce tego, który zaginął w ogrodzie, to też mam nadzieję, że mi ktoś podaruje...

Co do kwiatów głogu, to jednak ich nie wyrzuciłam, bo po lekkim podsuszeniu zapach jest bardziej znośny, a okazuje się też, że mają dobroczynny wpływ na mięsień sercowy i śmiało można je włączyć do herbatki. Wystarczy trochę poczytać i wiadomo też od razu, że jaskrów zbierać nie należy, chociaż pięknie wyglądają, bo nawet bydło wie, że są trujące i nie zjada ich na pastwisku, a przecież czytać nie umie.

Zachwyca mnie Dziunia swoją techniką eksterminacji much. Ja też się staram, tłukę je gazetą, ścigam po szybach i ścianach, miotam się z bojowymi okrzykami, obfitującymi w słowa powszechnie uważane za obraźliwe – i mimo to, często efekt jest mizerny. Dziunia natomiast zasiada na parapecie, robi leciutko łapką „pyk-pyk” i już zajada muchę. Potem znów „pyk-pyk” i zajada drugą. I nie ma w tym polowaniu żadnej agresji, żadnej nawet dynamiki, spokojnie siedzi i tak „pyk-pyk” za „pyk-pykiem”.
A już na pewno nie słychać przy tym żadnych obietnic w rodzaju: „ja cię, kurwo, załatwię!”

Komentuj (3)

28.05.2011 (13:56)

Dla niedowiarków - na drabinie, co prawda nie z piłą, ale z sekatorem, kiedy to przyodziana w zwiewne szaty bezwzględnie tępię kędzierzawość liści brzoskwini.



Komentuj (8)

29.05.2011 (12:19)

Pięć konewek rozcieńczonej gnojówki z pokrzyw tydzień temu spowodowało, że przemrożona bezlistna akacja, która wyglądała już na tle nieba jak czarny trup, pokryła się po raz drugi pianą seledynowych liści. Może to zresztą wcale nie od gnojówki, ale ja wolę przyjąć tę właśnie wersję. No i wczoraj powtórzyłam zabieg.

Przybyło nam znów kilka roślinek; do kolekcji żurawek dołączyły Gold Strike i Creme Brulee, więc mam już cztery różne. O istnieniu żurawek nie miałam pojęcia, aż do chwili, kiedy rok temu Anna mi opowiadała w pracy, że zamówiła żurawki. Poczytałam, poguglałam i zauroczyły mnie te żurawki na amen, zwłaszcza, że jest ich całe mnóstwo odmian i można je kolekcjonować, zupełnie, jak liliowce.
Kiedy mowa o kolekcjonowaniu czegokolwiek, to zawsze na myśl przychodzi mi Paszczak, który całe życie gromadził Kolekcję i wyobrażam sobie, jak się czuł i jaki był nieszczęśliwy, kiedy Kolekcja była już zamknięta. Dopiero kiedy zainaugurował nową („Gagea Lutea - egzemplarz pierwszy w moim zbiorze”), mógł odzyskać spokój i ukojenie.

Kupiłam też bazylię do ziołowego ogródka, nie jakieś cieplarniane zdechlaki, tylko normalną rozsadę o jędrnych i porządnie wybarwionych liściach.
No i poziomki... jak można nie mieć poziomek w wiejskim ogrodzie? I co mnie jeszcze dziwi, to że tu nie ma nigdzie rabarbaru. Ktoś mi obiecał sadzonkę, ale nie pamiętam, kto... Karolina?

No i dowiedziałam się wczoraj od jednego pana z naszej wsi, że w tym domu stacjonował podczas wojny jakiś von Ktośtam, a w ogrodzie jeszcze niedawno były powojenne bomby i że to pewnie dlatego tak mi pięknie rośnie ta marchewka.

Nie chce mi się jeździć do pracy, dobrze że już zaraz wakacje...

Komentuj (1)

29.05.2011 (18:01)

W tę pochmurną i deszczową niedzielę udało nam się jednak złapać słoneczną chwilę...



Komentuj (1)

30.05.2011 (22:47)

To maleństwo w środku, ta sierotka... biedactwo to niepomalowane - to nasz pierwszy ul!



Komentuj (6)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów