Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


02.05.2012 (22:21)

Leżę w łóżku, klikam, a kot galopuje mi nad głową. Tupot małych łapek tak się niesie, jakby to był raczej tygrys. I niewiadomą pozostaje dla mnie, w jaki sposób rezonuje ten dom, bo kot nie biega nad sypialnią, w której leżę, albowiem nad sypialnią nie ma strychu, na którym jest kot.

Byliśmy w poniedziałek na uroczystości rozdania świadectw ukończenia szkoły średniej u Młodego. Mimo moich ciągłych narzekań, nie jest w sumie takie złe to świadectwo, ale mówiąc o ogóle, bo szczegóły wolałabym jednak przemilczeć. W szkole było uroczyście, a przy tym tak sprytnie, że najpierw była część oficjalna, a potem artystyczna, można więc było się ewakuować po godzinie, nie tracąc widoku dziecka, odbierającego glejt.
Znów miałam ten dziwny przypływ łez i niepohamowanego wzruszenia na widok wstających z miejsc i wychodzących na środek abiturientów, takich cudnych, młodych, mądrych dzieciaków... tak o nich myślę, chociaż to przecież już dorośli. Uwielbiam na nich patrzeć.

Pojutrze, w piątek, pierwszy egzamin maturalny - z polskiego. Potem wtorek, czwartek, poniedziałek i znów wtorek, a potem to już nie wiem co, ale jeszcze dwa. Bardzo długie te egzaminy.

A w ogrodzie kwitną czereśnie, wiśnie i wczesne śliwy, a jabłonie się przygotowują. Ale królową jest teraz zdecydowanie świdośliwa.

Kora ma dni, kiedy fizjologia skłania do wydania kolejnych pokoleń i w związku z tym wyje po nocach tęsknym głosem, bo jej się chłopa chce...







Komentuj (4)

03.05.2012 (13:43)

Chyba najbardziej lubię ten kawałek ogrodu z tyłu za domem i jedyne, co mi tu przeszkadza, to niestety, namiot foliowy. Może on i jest potrzebny, ale coś mi się zdaje, że jak czas go pokona, to nie będę chciała go reaktywować.

A ta kępa bzu, z niezapominajkami pod nogami, to jest właśnie miejsce, w którym będzie stało żelazne łóżko.

Pstryk przed siebie, pstryk za siebie - i takie to wyszły zdjęcia.





Komentuj (0)

04.05.2012 (09:20)

Kopnęłam Młodego w dupę i pojechał na maturę. W odległym Miasteczku babcia kopnęła krzesło, co miało symbolizować kopnięcie wnuczka w dupę. Ceremoniał został dopełniony.
Ja zaś po wyjściu maturzysty poczułam nagły przypływ dolegliwości psychosomatycznych, uniemożliwiających opuszczenie łazienki przez czas jakiś.
Jednakże jestem zbudowana tym, że Młody jednak sprawia wrażenie, jakby częściowo ogarniał tę kuwetę i na przykład nie nastawił sobie budzenia na ósmą trzydzieści, skoro matura jest o dziewiątej. Wstał przed siódmą, zjadł śniadanie i w ogóle jakoś tak.
W ostatniej chwili koszula czarna z długim rękawem została zamieniona na białą z krótkim, bo już o siódmej mieliśmy piętnaście stopni za oknem.

Teraz słońce na zmianę to wychodzi, to się chowa, będzie jeszcze padać, a polało już w nocy, więc w tej temperaturze wszystko świeżo podlane - ogród kipi!

A ja szykuję się do pracy i czekam na przecieki w mediach...

Komentuj (2)

07.05.2012 (08:49)

Bzy szaleją, a ja chodzę z aparatem i usiłuję robić im zdjęcia. Zawsze powtarzam, że żaden ze mnie fotograf, tylko marny pstrykacz z marnym aparatem, którego jedyną zaletą jest to, że jest pomarańczowy.
Ale z tymi bzami to już jakiś horror - zrobiłam im chyba ze sto zdjęć i wszystkie w porównaniu z oryginałem są tak bardzo do dupy, że rozpacz mnie ogarnia.



Komentuj (3)

07.05.2012 (22:40)

Takie oto dwie zasłonki ukazały się moim oczom zielonym na lumpeksowym stole w dniu "wszystko po pięć zeta" i nabyłam i uszyłam nową wersję zasłonek kuchennych - the second edyszyn.
Tak wiem, że mają być deskowe fronty szafek, no ale przecież te zasłonki to tylko tymczasowo. Poprzednie też były tymczasowo, ale się już zniszczyły, bo wisiały dwa lata.
Pfff, dwa lata nie wieczność!

No i nawet gruszki w kolorze cegiełek...



Komentuj (4)

08.05.2012 (22:17)

Zagadka:



Rozwiązanie zagadki: tak, wreszcie ostrzygłam dużego psa, który już wyglądał, jak niedźwiedź. Prawie, bo mi się po trzech godzinach nożyczki skończyły. Jak jutro dokupię nożyczki, to dokończę.
Co gorsza, musiałam również trochę poskubać tępymi nożyczkami małego psa, bo umierał z zazdrości: "ja też, ja też, męcz mnie, dręcz mnie, byle MNIE!"
Jak wygląda niedokończony pies? No tak sobie... Dużo gorzej wygląda NAPOCZĘTY pies.

Padłam na pysk po tych trzech godzinach. Wzięłam prysznic, potem poszłam w szlafroku do kurnika, gdzie zerwałam wiązkę pokrzyw i wysmagałam się w ramach terapii majowej po kolanach i po łokciach. Następnie wpełzłam do łóżka. Dobranoc.

Miałam mieć dzisiaj odwyk od kompa w domu i prawie mi się udało!

Komentuj (5)

11.05.2012 (22:43)

Nie ma żartów, na polu wzeszły posadzone przeze mnie w kwietniu ziemniaki. Jest tam teraz tak pięknie - brzozy są już całe w zieleni.



Małe płotki z patyków wyznaczają miejsce, gdzie posadziłam cebulę, która nie zmieściła się już w warzywniku (kupiłam dwa razy po pół kilo dymki, czerwonej i wolskiej - nie wiem, po co). Dosiałam tam też opakowanie pietruszki na wszelki wypadek (ale jeśli wzejdzie wreszcie porządnie ta posiana wcześniej, to też się okaże, że nie wiem, po co).
Całkiem z lewej strony widać wzdłuż brzózek rządki lawendowych krzaczków, które pięknie zniosły przesadzenie z ogrodu, rosną zdrowo i wypuściły mnóstwo młodych pędów.



Na zaoranej reszcie wzeszła już facelia, ale jest jeszcze bardzo malutka i widać ją tylko na klęczkach.

Zajadamy już z wczesnego siewu w namiocie foliowym rukolę, szpinak i koperek. Siałam też roszponkę, ale gdzieś zniknęła, więc posiałam nową. Sałatę rzymską, głowiastą i lodową stopniowo wysadzam na grządki a nadmiar z przerywki podżeramy.



Tylna furteczka zaprasza do ogrodu. Bardzo lubię tamtędy wchodzić i wychodzić, a jeśli tylne drzwi od domu są już cały dzień otwarte, to i do furteczki jest bliżej. Rano wychodzę tędy na autobus, okrążając dookoła cały dom, a po południu wychodzę nią do sklepu. Tamtędy też wracam do domu.



A za furteczką - cienista rabata pod akacją. Tu rosną sasanki, fiołki, funkie, ciemierniki, hortensja, barwinek, żurawka Blackberry Jam, serduszka i liliowce Fulva.



Komentuj (9)

16.05.2012 (21:31)

Młody jest już po najważniejszych egzaminach maturalnych, zostały mu tylko ustne - polski i angielski. I mogłabym się już nie denerwować, bo ustne wystąpienia raczej dla niego nie stanowią trudności, gdyby jeszcze miał napisaną tę prezentację, tak jak jej nie ma.
Ale mówi, że zdąży.

Jestem w permanentnym transie ogrodowym, nie potrafię już zanieść łopatki do szopy, żeby po drodze nie zniknąć na godzinkę-dwie i nie utonąć w tych niekończących się pracach pielęgnacyjnych. W domu już wiedzą, że wracam, jak się ściemnia...

A dziś zmyliłam pościg. Dzwoniła Młoda i Stary szukał mnie z telefonem po ogrodzie, szukał, szukał, a ja byłam w sypialni - pod kocykiem oglądałam sobie odcinek Desperatek. "Nie pomyślałbym, że jesteś w domu" - powiedział Stary, a Młoda dodała, że jej też by to do głowy nie przyszło. No proszę, jak mnie zaszufladkowali.
W związku a tym w domu syf, bo nie sprzątam, skoro mnie tam nie ma. Kurz zalega wszędzie, jak to kurz, muszy trup ściele się po parapetach, a widok przez okna jakiś matowy i nieostry.

Nie jest tajemnicą, że nie ogarniam. Posiałam buraki liściowe na marchewce i teraz wzeszło wszystko naraz, a co najśmieszniejsze, rządki marchewki przecinają się z rządkami buraków ukośnie, a w innych znów miejscach są równoległe. Dosiałam też pod folią roszponkę, bo już co prawda raz ją siałam, ale nie wiem gdzie, bo nigdzie nie wzeszła. A siałam, przysięgam, bo paczuszka napoczęta!

W warzywniku wzeszły mi już ogórki i zaczyna też wyłazić szparagówka. Prawie od początku staram się prowadzić ten ogród według kalendarza biodynamicznego i mimo tego ogromnego natłoku robót nawet mi się to udaje, pod warunkiem bardzo precyzyjnego planowania. Dziś jest korzystny wpływ wznoszącego się księżyca na rośliny owocowe - stanął więc fasolnik na wigwamowej konstrukcji. Posiałam tam fasolę szparagową tyczkową zieloną i żółtego mamuta. Poprzycinałam też pigwowce, które bardzo ucierpiały po zimie: kwitną słabo, a mnóstwo gałązek przemarzło. Na koniec jeszcze z rozpędu wyplewiłam maliny jesienne.

Dojrzała już gnojówka z pokrzyw i wczoraj pierwszy raz podlewałam to i owo. Ach ten aromat, z niczym nie da się go porównać; wyleciał mi już z pamięci od poprzedniego roku, a tu nagle znów - jak obuchem w łeb!

Rano wychodzę teraz do pracy dziesięć minut wcześniej, żeby sobie jeszcze tak pochodzić i popatrzeć na ogród...
I kury, kury są mi potrzebne. Jak mi Stary szybko nie zbuduje tego kurnika, to rozważam rozwód.

Komentuj (3)

22.05.2012 (21:37)

Bzy szaleją, a ja chodzę z aparatem i usiłuję robić im zdjęcia. Zawsze powtarzam, że żaden ze mnie fotograf, tylko marny pstrykacz z marnym aparatem, którego jedyną zaletą jest to, że jest pomarańczowy.
Ale z tymi bzami to już jakiś horror - zrobiłam im chyba ze sto zdjęć i wszystkie w porównaniu z oryginałem są tak bardzo do dupy, że rozpacz mnie ogarnia.



Komentuj (2)

24.05.2012 (21:25)

Oto bioróżnorodność gatunkowa w moim warzywniku - marchewka pomieszana z burakami liściowymi, co to przez pomyłkę posiałam jedno na drugim i zardzewiała siatka poprzerastana margerytkami. Po prawej róże francuskie (te od ucieranych płatków), które za chwile będą kwitły, a po lewej dziki powojnik vitalba; tam rosły, to przecież nie wyrzucę. A za ogrodzeniem, ten kwitnący szczaw zaraz mi się wysieje na cały warzywnik, szlag by go trafił!



Podglądałam dziś pszczółki.



Nazrywałam też pokrzyw do suszenia - te majowe są najbardziej wartościowe, zanim nie zakwitną, a to ostatni gwizdek na zrywanie, bo niektóre mają już pędy kwiatowe. Potem mam przez cały sezon prawdziwą suszoną pokrzywę, a nie takie zmiotki z podłogi Herbapolu, jakie kupić można w saszetkach.



Komentuj (6)

27.05.2012 (19:57)

Kto by mnie dziś zobaczył, leżącą na kocyku z kawą, książką i rakietą od badmintona, mógłby pochopnie wyciągnąć wniosek, że zetknęłam się ze sportem. Nic bardziej mylnego. Sportu unikam jak ognia przez całe moje życie, z tym, że kiedyś się tego wstydziłam, a teraz się tym szczycę.
Sport jest niebezpieczny, a nawet można od niego umrzeć, o czym świadczą liczne przypadki z telewizora. Trzeba uważać.

Rakieta badmintonowa natomiast jest świetna, jeśli trzeba zatłuc szerszenia. Jest to bowiem taka giga packa na muchy z jej wszystkimi zaletami, a przy tym z odpowiednim rozmiarem.

Szerszenie pacyfikują moją wieś. Podobno są WSZĘDZIE, wiem od sąsiada. U nas też są - kręcą się to tu, to tam, to zajrzą pod folię, czy szpinak dobrze rośnie, to wlecą przez górne okienko do pokoju Dziuni, no tak się krzątają. Dziś jeden zwiedzał tylną sień. To była jego ostatnia wycieczka.

Dwie bojowe rakiety badmintonowe wiszą w sieni przy drzwiach.

Komentuj (4)

28.05.2012 (18:02)





Komentuj (3)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów