Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
2014
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

FB
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


01.05.2013 (17:57)

Trójkowy TOP Wszech Czasów, to jest właśnie dobra okoliczność, żeby się upić i płakać w głos, nawet przy miejscu siedemdziesiątym którymśtam.

Komentuj (0)

05.05.2013 (21:42)

Wreszcie ktoś wymyślił bardzo dla mnie atrakcyjny sposób na sensowny pochówek. Wystarczy prochy umieścić w specjalnej urnie, która po zakopaniu w ziemi stanie się doniczką dla drzewa.
Bardzo mi się to podoba, chciałabym być taką doniczką i właściwie pozostał mi tylko wybór drzewa. Może sosna, może dąb, no... owocowe to na pewno nie. A chyba najchętniej – jarzębinka i mogłabym sobie rosnąć na skraju pola za ogrodem, w pobliżu naszego brzozowego zagajnika.
Na wiosnę proszę mi zawieszać na gałęziach pisanki, a zimą bombki i bez żadnych zniczy, bo z nich tylko kupa smrodu.

Tymczasem w ramach pielęgnacji powłok doczesnych, samowolnie i bez konsultacji z lekarzem i farmaceutą biorę zabiegi z pokrzywy.
Po wieczornym prysznicu wychodzę do ogrodu i świeżo zerwaną wiązką pokrzyw traktuję bez litości moje stawy kolanowe i łokciowe, a na koniec stopy. Potem lecę do łóżka i strasznie mi się chce po drodze kurwami rzucać, ale sama sobie zgotowałam ten los, więc nie będę robić scen.
Dwa zabiegi już za mną; masaż i uczucie wibrowania w stawach utrzymuje się do późnego ranka dnia następnego.
Mam taki plan, że wytrzymam do końca maja, przynajmniej co drugi dzień. Na kręgosłup pomogło, to teraz też pomoże, zwłaszcza, że pokrzywy majowe.

Bo to maj już przecież....













Komentuj (5)

09.05.2013 (06:03)

Nasz ogród kryje w sobie ogromne zasoby pięknych kamieni, które wydobywamy przy wszelkich pracach ziemnych, takich nawet, jak przesadzenie kępy ziół. Wykopujemy je i służą potem jako dekoracja obrzeży rabat, a przy okazji informacja dla Kory: tam nie włazimy, bo jakoś dziwnym trafem ona respektuje te obrzeża i nie włazi.

Wczoraj Stary postanowił wykopać wreszcie kamień między różankami, o który zawsze zahaczał kosiarką i jak się za to zabrał, to kopał i kopał, aż wydobył takie cudo!



Kamień trafił pod kran do podlewania ogrodu i po umyciu ukazała się cała jego uroda. Zostanie tu, służąc jako podpórka, żeby nie trzeba było się schylać przy napełnianiu konewki.



Komentuj (8)

14.05.2013 (20:31)

Maja ciąg dalszy...

















Komentuj (2)

15.05.2013 (05:43)

Powoli przemija czas tulipanów i zaczynają szaleć jabłonki. Mamy tu osiem jabłoni, każda innej odmiany, a wszystkie mają bardzo smaczne owoce. Właściwie od sierpnia do grudnia zajadamy własne jabłka, a byłoby dłużej, gdyby piwnica była chłodniejsza. Jednak mimo różnych zabiegów nie chce być w niej mniej niż dziesięć stopni i koniec! Na pewno cieszą się z tego obdarowywani!
Jabłoneczki są w różnych fazach rozwijania kwiecia, a wczoraj zauważyłam już nawet pierwsze w pełni rozwinięte kwiatki.











Następne w kolejności będą bzy i jaśminowce; kolory i zapachy tej pory roku w ogrodzie nie mają sobie równych. W tym roku zimni ogrodnicy byli łaskawi, a więc przypuszczam, że owoców będzie mnóstwo. Wreszcie doczekam się ukochanych czarnych porzeczek, których krzewy sukcesywnie przez 3 lata odmładzałam i przywracałam do życia. Obficie też zakwitły wiśnie, czereśnie, borówki wysokie i świdośliwa. Nawet maleńka śliweczka kupiona jesienią ma już trzy kwiatki no i zakwitły też dwie nowe jagody kamczackie.

Wieczorem za oknami latają nietoperze... patrzę na nie jak w telewizor.

Komentuj (4)

24.05.2013 (22:17)

Dziś rano, jak co dnia, otworzyłam kurnik, a kiedy kurki powyskakiwały jedna po drugiej swoim okienkiem, wróciłam do łóżka z kawą. Leżę jednak i słyszę kurzy wrzask pełen niepokoju. Podniosłam się więc i poszłam zobaczyć, co je tak przestraszyło.

Na dźwięk mojego głosu (tak, gadam do kur!) uspokoiły się na chwilę, po czym znów zaczęły się wydzierać. Rozejrzałam się tu i tam, pozaglądałam we wszystkie kąty, ale nic nie znalazłam. Tymczasem kury, przesuwając się tuż przy ogrodzeniu ukryte w zaroślach i gdaczące głośno, przemieszczały się w swoje ulubione miejsce pod świerkiem. Pomyślałam, że może lis się zapuszczał w pobliże kurnika, czy jakieś inne zwierzę, ale i na sąsiednim polu sołtysa niczego podejrzanego nie było widać.

Odwróciłam się i wyszłam powoli przez furtkę... i nagle zobaczyłam wielki kształt, odrywający się od akacji i odlatujący powoli. Poleciał pod światło, na wschód, więc nawet nie zdążyłam zobaczyć, czy to był bocian, czy żuraw. To tego ptaszyska przestraszyły się moje kurki.
Tak, że gęsi kapitolińskie mi nie zaimponują!

Na tej akacji siedział.




Dojrzewają aromatyczne gnojówki - u góry z pokrzyw, na dole z mniszka. Ten kamieniaczek stał sobie w szopie i nadał mi się w sam raz, jak tylko Stary opróżnił mi go ze zdechłych myszy, które zimą tam powłaziły i już wyjść nie dały rady.



Mój warzywniczek równiutki.


Pod folią - rukola, sałata i pomidory. Pomidory mam w tym roku piękne! To są głównie koktajlówki, odmiany o owocach w różnych dziwnych kolorach, wyhodowane przeze mnie z nasion, pochodzących z akcji wymiany na Forum Ogrodniczym.
Prowadzę je ekologicznie, na razie tylko z opryskami z mleka.


Lawenda moja, wylizana i odchwaszczona, pięknie puszcza przyrosty po kwietniowym cięciu.


I na koniec - coś ładnego.


Komentuj (6)

28.05.2013 (18:22)

W nowym miejscu uczę się wciąż nowych rzeczy i na sezon 2013 przypadło mi wysiadywanie kurcząt. Jedna z naszych kwoczek zaczęła przejawiać instynkty macierzyńskie i nawet już siedzi, ale na razie na podkładkach.



A było to tak...
Jakoś od połowy ubiegłego tygodnia jedna z kurek zaczęła wydawać inne, niż do tej pory, odgłosy (takie "klikające"), a nazywa się to u kur kwokaniem lub kwoczeniem lub jeszcze jakoś inaczej, zależnie od regionu.
W piątek około szesnastej zasiadła na gnieździe, ustawionym na podłodze kurnika i na nim już spędziła noc, co jest podobno pierwszym symptomem, że to już. Nie wiadomo było, ile jajek ma pod sobą, wiedzieliśmy, że na pewno 4 czwartkowe, bo nie zostały wyjęte z gniazda poprzedniego dnia (specjalnie, to taka polityka prorodzinna, żeby jej zostawiać jajka, a nuż się skusi) i ileś tam piątkowych.
Siedziała tak ciurkiem do soboty około trzynastej. Wiem, bo zaglądałam do niej w tym czasie milion pincet razy. A potem wylazła i okazało się, że ma 11 jajek w tym swoim gnieździe (czwartkowe, piątkowe i jakieś sobotnie też). No i jak poszła w długą, to łaziła do wieczora i wróciła do kurnika dopiero na noc, z innymi kurami, ale... znów na gniazdo! A ja w tym czasie dołożyłam jej 2 jajka z górnego gniazda i wieczorem siadła już na trzynastu.

Taka długa przerwa upewniła nas jednak, że to jeszcze nie prawdziwe wysiadywanie, bo kwoczka powinna schodzić z gniazda na jedzenie, picie i kupkę najwyżej na kilkanaście minut, żeby jajka się nie wychłodziły.

Grzecznie przesiedziała całą niedzielę, a my zrobiliśmy jej w tym czasie dodatkową ściankę, oddzielająca ją od innych kur, żeby miała spokój i intymny nastrój i trochę przemeblowaliśmy w kurniku.
Tymczasem druga kura zaczęła „klikać” i przesiadywać na podłodze kurnika, koło zajętego gniazda...
W poniedziałek Kwoczka Pierwsza zeszła z gniazda ochoczo z samego rana i jak przez 55 minut nie wróciła, to wyszłam z nerw, zabrałam jej prawie wszystkie jajka i zostawiłam tylko 4. Okazało się też, że z 13 jak zrobiło się 15, bo koleżanki jej jeszcze 2 doniosły.
Po naukach pobranych na forum kurzym postanowiłam podłożyć jej 5 specjalnie kupionych sklepowych jaj z pieczątkami i poczekać, aż jej minie chwiejność emocjonalna i rozsiedzi się porządnie. Łatwo będzie codziennie wybierać świeżo znoszone jajka i odkładać je do czasu, aż będą potrzebne. Powinny być w tym czasie przechowywane w lodówce, ustawione szerszym końcem do góry w tekturowej wytłoczce i codziennie obracane o 90 stopni.
Jak już je podłożymy przyszłej mamie, to wtedy pozostaje jeszcze trzytygodniowe oczekiwanie i można spodziewać się piskląt.

Słowniczek dla miastowych ortodoksów:
Grzęda - to jest taka żerdź pozioma, na której kury śpią, stojąc na niej i obejmując ją pazurkami; powinna być z grubego drąga lub gałęzi, żeby w czasie mrozów kurki mogły sobie okryć łapki piórami podbrzusza, kiedy przycupną na grzędzie;
Gniazdo - to skrzynka, wyścielona słomą, do której kurki znoszą jajka i w której wysiadują kurczęta;
Kwoka - kura, która postanowiła wysiadywać jajka.

A dla zobrazowania, jakie są miastowe, fragment mojej z koleżanką rozmowy w pracy:
Ja: Kurka mi siadła na jajkach!
Ona: O, to będziesz miała jajeczka!
Ja: Nie, będę miała kurczaczki, jajeczka JUŻ mam!

Komentuj (2)
Blogi
Barbarella
Pierwsza
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Janerka
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
Pińczów