Rodzynki wydłubane z życia...

Goście

Archiwum
2018
2017
2016
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005

Fb
Poczta
Bank1
Bank2

Allegro
Avon

YouTube
Drzewo

statystyka
e-mail
RSS

Logowanie

Bibliografie

BLOG MAMOFYEN                                         To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić.


01.05.2015 (15:40)

Pozbyliśmy się kolejnego straszaka - stelażu do ogromnego namiotu foliowego. Na nasze potrzeby mamy mniejszy foliak i wystarcza nam on w zupełności.
Po nieudanych próbach sprzedania konstrukcji podarowaliśmy ją w końcu pewnej babeczce z naszej wsi, która jest bardzo energiczną gospodynią na pełen etat i zrobi z niego na pewno właściwy użytek. Zagoniła do roboty męża i syna i pewnego dnia, po okopaniu osadzonych w ziemi rur potwór został ruszony z ziemi i wyniesiony w dwóch częściach.




Widok zmienił się stanowczo, a oto analiza porównawcza w obrazach - przed i po.

Ujęcie pierwsze:




Ujęcie drugie:





Ujęcie trzecie:




O stelaż wspierały się dotychczas pnące róże - Flammentanz i Dr W. van Fleet. Dostały więc szybciutko tymczasowe pergolki ze starych furtek z odzysku i nawet nie zauważyły tego faktu! Jesienią jedna z nich będzie przesadzona tak, aby znalazły się w jednej linii, wtedy też dostaną wspólną pergolę i utworzą różaną ścianę, zasłaniającą przed nami miejsce biesiadne sąsiadów, którzy znietrzeźwiają się tam z upodobaniem, psując nam widok i zakłócając percepcję Absolutu.

I pomalowałam sobie płotek z różnokolorowych kawałków. Ładniej jest!




A za furteczką...


Komentuj (0)

03.05.2015 (21:47)

Dziś niebezpiecznie zbliżyłam się do sportu!
Mamy od niedawna dwa piękne rowery (mój jest czerwony!), które dostaliśmy w prezencie. Tak, tak, są tacy ludzie, którzy dają innym rowery...

Ponieważ zaczął się już nowy sezon wiosenno-letni, to można się wreszcie było umówić na cotygodniowy zakup prawdziwego mleka. Pojechaliśmy po nie do sąsiedniej wsi - na rowerach! Dla mnie była to wyprawa po bardzo długiej przerwie - chyba ze dwanaście lat! No w każdym razie zatrzymałam się dawno temu na etapie składaków i nigdy dotąd nie jeździłam na rowerze z przerzutkami i ręcznymi hamulcami! No, serio!
Jechaliśmy najpierw naszą szosą do drogi krajowej, potem kawałek poboczem tej strasznej ruchliwej "szóstki", a potem znów w bok i jeszcze raz... a wracaliśmy polami. W drodze powrotnej kupiliśmy na stacji paliw dwa piwa, które telepały mi się potem w bagażniku obok wiadereczka z pięcioma litrami mleka.
Fajnie było, będziemy tak jeździć co tydzień!

Jak dostaliśmy te rowery, to wstyd mi się zrobiło, że ja tu tymczasem próbuję sprzedać stelaż do foliaka i od razu też go rozdałam.
Mam nadzieję, że ten impuls pójdzie dalej i wszyscy będą sobie rozdawać różne rzeczy, aż na koniec łańcuszek dobrej woli wróci do naszych rowerowych darczyńców.
Tak - powiedziała Andzia z właściwym sobie poczuciem humoru - ja wiem, ktoś mi za to będzie kiedyś troskliwie zmieniał pampersy!

Komentuj (4)

06.05.2015 (21:30)

Nastawiłam pierwszy twaróg w tym sezonie, będzie sobie odciekał całą noc. Teraz zamiast spać, zabieram się za Politykę Arystotelesa na sobotnie zajęcia, bo mi zostało jeszcze dziesięć stron i muszę to dziś skończyć, albo przynajmniej zacząć.

W piątek jadę znów do Poznania i czeka mnie podróż z udziałem autobusowej komunikacji zastępczej na części trasy - udoskonalanie kolei trwa.

Zapomniałam się pochwalić - schudłam pięć kilogramów na diecie rozdzielnej. Może nie jest to jakiś szał, bo od początku marca jestem na tej diecie, ale ja się cieszę i czuję się lżej, no i miło mi, kiedy pomyślę, jaki zadowolony musi być mój biedny kręgosłup!

W czerwcu lecimy z Młodą do Portugalii, w ostatnich dniach jakoś często o tym myślę i przeglądam program wycieczki. Będziemy mieszkać w hotelu nad oceanem, będziemy zwiedzać Lizbonę, ale marzy nam się też jakiś pozaprogramowy wieczór, tak żeby poszlochać sobie pod fado z winem.

Komentuj (2)

10.05.2015 (00:04)

Wróciłam i mam dość. Po całym tygodniu w pracy dorżnęłam się jedenastoma godzinami w pociągach i autobusach zastępczych i sześcioma godzinami na zajęciach. Frekwencja na tym nietypowym jednodniowym zjeździe była marna i malejąca w ciągu dnia do siedmiu osób w finale. Jakiś niesmak czułam, no nie wiem, może też i dlatego, że ja jednak tam byłam od początku do końca, mimo tej odległości i trudów podróży, no i konieczności nocowania w Poznaniu.
No, ale jak mówi Stary, ja jestem za bardzo zasadnicza.

Czytałam w podróży Politykę i Wyborczą - dużo ciekawych rzeczy, inspiracji... tylko kiedy?! Chciałabym zdążyć ze wszystkim, ale to się chyba nie da.

Dzięki podróżom podjęłam też serię empirycznych badań nad talarkami Lajkonik. Jedno pełne opakowanie na trasę tam lub z powrotem pozwala bez wątpienia stwierdzić perfekcyjną chrupkość i chlebkowatość, ale jeszcze mam trzy zjazdy do wakacji, więc będę badać nadal.


Jutro chyba pojedziemy na rowerach przez las na wybory! Żeby tylko zły wilk nas nie zjadł.

Albo Grzegorz Braun.

Komentuj (2)

12.05.2015 (19:36)

Wymyśliłam chytry plan wydarcia światu jednego dnia i pojechałam dziś rano prosto do stacji krwiodawstwa. Po oddaniu krwi należy się zawsze wolny dzień, ale dotychczas ze dwa razy tylko z tego skorzystałam i właściwie nie wiem dlaczego, chyba dla zbawienia świata. A teraz postanowiłam, że owszem-owszem i nawet poprzedniego dnia umówiłam się do fryzjera.
A w dodatku dziś był ten dzień, kiedy zostałam zasłużonym krwiodawcą i stosowną legitymację mam odebrać w PCK za jakieś dwa tygodnie.

Po renowacji fryzury biegiem pognałam na autobus, kupując po drodze cztery kotlety z kością na jakiś obiad, bo ostatnio w kwestii gotowania obiadów nie jestem zbyt wylewna. W domu byłam już po dwunastej i od razu zabrałam się do sprzątania chałupy, bo siać kwiatki można już było bezpośrednio na podłogę i na pewno miałyby się w czym ukorzenić. Poodkurzałam, pozmywałam podłogi, nastawiłam pranie i ugotowałam ziemniaki dla ludzi i kur, zrobiłam też nowy twaróg. Kotlety przyprawiłam i eksperymentalnie zamoczyłam w serwatce.

W nagrodę za dobre sprawowanie kupiłam sobie dwa piwa Tatra mocne, za co z góry przepraszam Biesa, jeśli to czyta, ale co ja zrobię, że ono mi smakuje - no takiej już jestem prostej konstrukcji, niczym stułbia płowa albo wypławek biały.

Pokręciłam się też trochę po ogrodzie i okazało się, że zioła czas już ciąć, więc nakryłam stół w dużym pokoju szmatką tematyczną i suszę już hyzop, oregano i miętę.

A Stary przyjechał z kliniki, z kolejnego odczulania, wprost na gorące kotlety, ale nie wiem, czy je będzie pamiętał, bo był jak zwykle po odczulaniu półprzytomny i teraz śpi martwym bykiem. Mogłam sama zjeść.









Komentuj (7)

13.05.2015 (19:42)



Dziś inżynieria gospodarska, a w szczegółach:
1. Tubylcze wiadro z szopy z wodą dla piesków
2. Beczka z gnojówką z pokrzyw
3. Zardzewiały pług czy coś w tym rodzaju
4. Akwedukt zaklęty w wężu z Lidla
5. Stara motyka (jakby co)
6. Kij do mieszania gnojówki (mieszać codziennie; dopóki się pieni - fermentuje; jak przestanie się pienić - używać; nie oddychać!)
7. Niski gruby pniaczek w funkcji stolika przy kranie
8. Wyższy cienki pniaczek (po śliwie) w funkcji nie wiadomo jakiej
9. Ceramiczne jakieś coś, jakby zatyczka od czegoś
10. Żelazna kulka, śliczna, okrąglutka wykopana w ogrodzie

Detale do samodzielnego odnalezienia na obrazku; w nagrodę: piątka z buźką!

Komentuj (2)

15.05.2015 (21:09)

Do wsi wkroczył dżender i parytet i po dwóch kadencjach urzędowania sołtysa wybraliśmy wczoraj sołtyskę. Co prawda była jedyną kandydatką, więc nie było wyjścia, no ale.
Różnym osobom proponowano kandydowanie, ale żadna z nich się nie zgodziła. Myślałam, że Basia będzie kandydowała, ale jednak się nie zdecydowała, a szkoda.
Żeby nie było, to dodam tylko, że padła również moja kandydatura i to nie z ust pijanego Heńka, tylko poważnej osoby.
Podziękowałam i obiecałam, że za cztery lata - kto wie.

Tegoroczni zimni ogrodnicy wraz z Zośką minęli w naszym regionie bezprzymrozkowo i chwała im za to. Zapowiada się taki piękny sezon, z urodzajem kwiatów i owoców.
Jeszcze nigdy moje róże nie wyglądały tak pięknie o tej porze. Co prawda kwiatów jeszcze nie ma, ale potencjał widać, a krzaczory są takie piękne, że jak patrzę na nie z bliska, to aż mi się chce płakać.
Patrzenie z bliska pomaga też zawczasu zauważyć różne wredoty, które jak co roku kolejno będą chciały zeżreć moje róże.
Mszyco, bruzdownico pędowa, zwiocie i skoczku różany, nimułko i ogrodnico niszczylistko - wasze niedoczekanie!

Komentuj (0)

17.05.2015 (17:29)

Stary zeżarł 7 czekolad w 5 dni. Przysięgam! W dodatku były to beznadziejne czekolady, te z centrum krwiodawstwa. Na samą myśl mnie zemdliło i muszę się zastanowić, czy ja chcę z nim nadal mieszkać w jednym domu. Z podstaw matematyki wynika, że w ciągu tych pięciu dni były dwa takie, kiedy to zeżarł dwie czekolady jednego dnia. Pozostaje tajemnicą, dlaczego ocalała ósma czekolada.
Iskra mówiła o badaniach na myszach - że te, które są uzależnione od cukru, to nawet na znajomych kołowrotkach zapominają pojeździć. No to teraz ja rozumiem wiele rzeczy.

Weekend bardzo udany i słoneczny, choć zimny. Wczoraj co prawda cały dzień pisałam pracę zaliczeniową, ale udało się w ogrodzie posiedzieć z laptopem, więc nie narzekam.


Dziś porobiłam porządki w foliaku, posadziłam pięć kupnych sadzonek papryki, popikowałam sałatę i taki ogólny porządeczek sobie zrobiłam.


Potem wyplewiłam porządnie różankę i to jest bardzo ważna praca, potrzebna i od razu widoczna. Musiałam uważać, nie wyrywać wszystkiego jak leci, bo wschodzą tam cenne siewki szałwii trójbarwnej, czarnuszki i innych cudnych drobiażdżków. Udało mi się też nie złamać dupą żadnych młodych różanych przyrostów, więc jestem bardzo zadowolona.


Byłam w polu - ładnie wschodzą posiane warzywka, oczywiście razem z chwaściorami. Zostały mi jeszcze do posadzenia dynie, które czekają w foliaku w wielodoniczkach i fasola tyczkowa.

W ogrodzie jest teraz tak pięknie, mogłabym się stąd nigdzie nie ruszać...












Komentuj (3)

19.05.2015 (22:08)

Codzienne popołudniowe obchody ogrodu z macaniem liści różanych i ślęczeniem z nosem przy ziemi wykazały pierwsze objawy inwazji tego całego różożernego bydła. Jutro wkraczam z opryskiem mospilanem, który jest bezpieczny dla pszczół, a zresztą róże przecież jeszcze nie kwitną, więc co by miały roić na nich pszczoły, zwłaszcza po zachodzie słońca. Dłużej czekać już nie mogę, ale spróbuję się na razie ograniczyć do tych róż, na których już szkodniki żerują i tych kilku, które w ubiegłym roku miały problemy.

Dostałam dziś wiadomość że naprawiona jest moja konewka, stara ocynkowana dziesięciolitrówka, którą lekkomyślnie zostawiłam na zimę z wodą i lód rozsadził jej dno. Zaniosłam ją do pana Zdzicha, który robił nasz piec i poprosiłam o ratunek.
Chciałbym mieć też takie wiadro i mam nadzieję wyżebrać je od kogoś na wsi, bo założę się, że ludzie tu takie wiadra mają i nie używają ich, bo kupili sobie już dawno ładne, nowe plastikowe wiadra.

A tak moje pieski czekają na mnie przy furtce, kiedy idę do sklepu.


Komentuj (0)

22.05.2015 (21:57)

Dziś na piątym miejscu trójkowej listy "O, matko!" Organka, no naprawdę super-super! No, ale... ja lubię horrory. I pomyśleć, że w zimnych Suwałkach przyszedł na świat taki fajny Organek :)
A potem Fisze i Wagle - no już oni cokolwiek by zaśpiewali, to mam od razu miętkie kolanka i łzy tuż-tuż.
No i Lao Che - uwielbiam wszystko!
Fajnymi facetami obrodziło, starzy się trzymają i młodzi kiełkują. To lubię!

Piątek bardzo ogrodowy - całe ręce mam poparzone, ale powyrywałam pokrzywy z połowy maliniaka, aż kury były zdziwione, jak je tam wypuściłam. Odchwaściłam też różne miejsca w ogrodzie, no mogłabym tym zielskiem tira załadować! Potem, jak klasyczna Buka nagrodziłam się dwoma piwami.
A jutro mnie czeka jedenaście godzin w pociągach, więc mi się należało.

W niedzielę znów wybory i znów trzeba ratować ojczyznę i wybrać nie-pis, o matko, co za naród!

Komentuj (0)

23.05.2015 (07:46)

Nastawiłam budzik na 4:40. Wstałam, zrobiłam kawę i przystąpiłam do porannych obrządków. Stary miał mnie zawieźć na pociąg, który, jak pamiętałam, odjeżdżał o 6:17. Ubrana i umalowana, spakowana - z bułkami, zeszytami i prasą do pociągu oraz w kompletnym rynsztunku podróżniczym, tuż przed wyjściem z domu zerknęłam jeszcze na bilet i ... !!! ??? patrzę, a tam jak wół: godzina odjazdu: 5:35. No a była już właśnie 5:45.
No więc.

Od dziesiątej są dziś nowe zajęcia, z edukacji demokratycznej, nie chciałam ich zaczynać nieobecnością...

Dzień darowany, weekend darowany - tak to trzeba przetworzyć. Ale skąd mi się ta 6:17 wzięła - nie mam pojęcia!







Komentuj (0)

25.05.2015 (21:14)

Wyborcza niedziela niebezpiecznie znów mnie rzuciła w szpony sportu, bo pojechaliśmy wreszcie na tych rowerach przez las do lokalu wyborczego, tak jak planowaliśmy już przy pierwszej turze. Wtedy deszcz nie pozwolił, ale wczoraj pogoda dopisała. Przez moje gapiostwo musieliśmy jechać dwa razy i jak potem zmierzyłam na google maps, to mało nie padłam z wrażenia, bo zrobiliśmy 34 kilometry! Teraz za to boli mnie kręgosłup od wertepów i tyłek od siodełka.






Niedziela była bardzo słoneczna, jak na ten zimny maj i udało mi się zainaugurować łóżko ogrodowe, z Polityką i herbatką, ale i z kocykiem.


Cała wieś o tej porze pachnie kwitnącymi bzami. Mam w ogrodzie dużo bzów i choć nie wszystkie co roku kwitną obficie, to zawsze któryś daje prawdziwy pokaz.





Kalina koralowa lada dzień też pokaże swoje możliwości


A tak wygląda różanka - moja duma i radość, której poświęcam mnóstwo czasu i uwagi. Róże jeszcze nigdy nie były takie piękne, zdrowe i dorodne, jak w tym roku, co widać już teraz i co zapowiada piękne kwitnienie.


Komentuj (2)

31.05.2015 (15:36)

Pies rasy ryjącej wynajduje miejsca, najczęściej ukryte dla ludzi - a to pod stertą chrustu, a to pod deskami opartymi o drzewo - bo w takich zacisznych miejscach lubią się zadekować nornice. Na rabatkach już nie mogą, bo tam zostają od razu namierzone i wyprowadzone z błędu. Ginie przy tym trochę roślin, znikają żurawki i szachownice, ale efekt jest widoczny i długofalowy. Mimo tych strat, opłaca się.

Cóż to takiego?

To właśnie pies rasy ryjącej podczas działań wojennych.

A od strony zakręconego ogonka dupka wygląda tak.




Potem wsteczny i w kupce chrustu zostaje dziura, prowadząca do Australii.


Po skończonej pracy pies rasy ryjącej wraz z przybranym bratem robią jeszcze krótką wizję lokalną.


Komentuj (2)
Blogi
Barbarella
Talenty
CudaMerigold
Dulbeb
Gunia
Lunia
Stary
Młoda
Jedzonko
Pesto
Wypieki
Ogród
Kompostownik
Róże (ang)
Róże (pol)
Róże (rus)
Na drutach
Drops
E-dziewiarka
IK blog
Ravelry
Reszta Świata
Janda
Kazik
MariaPeszek
Nohavica
Przemyk
WOŚP
OKOpress
Pińczów